14.04.2012 Oś Czasu*

Słuchacze pozwalają mi na śpiew tylko z jednego powodu. Podczas mojego występu są w stanie powszechnie zwanym intensywną najebką

Trzeba przyznać, że temat marzeń to rzeka niezgłębiona. Wyguglawszy słowo: „marzenia”, znajduję niezliczoną ilość aforyzmów, z których znakomita większość należy do Paulo Coelho. Facet zna się na rzeczy, a filozofia wszech czasów leży i płacze. Ale pomału, dojdziemy do niego. Jeśli chodzi zaś o moje marzenia, sprawa jest dość prosta. Wszystkie są nierealne. Moja wyspa bezludna  również trafiła do zbioru życzeń biegnących linią równoległą do rzeczywistości. Wylądowała obok srebrnego proszku, prawa latania i nieśmiertelnego, największego z moich pragnień:  bycia Murzynką. Osiemnastoletnią.

Gnębi mnie to, od kiedy pamiętam. Gdy byłam dzieckiem chciałam mieć osiemnaście lat i być Murzynką. Jak stałam się dorosła, też chciałam mieć osiemnaście lat i być Murzynką. W tej krótkiej chwili, gdy miałam lat osiemnaście zdawało mi się, że jestem już blisko ideału, lecz niestety – przez cały okrągły dzień moich osiemnastych urodzin moja skóra była uparcie biała. Nazajutrz, jak się Państwo domyślają,  moje marzenie poczęło odpływać w kierunku absurdu.

Czasem, w chwilach ustępliwości, skłonna jestem przystać na lekką śniadość. Czasem też dopuszczam wiek lat dwudziestu. No, dwudziestu paru. Zbliżam się na krzywej kompromisu do prostej rozsądku. Ale potem zaraz bach – hiperbola.

Od razu mówię, solarium odpada. Religijnie wykluczam tego typu zabiegi. Moja fascynacja czarnym kolorem nie ma podłoża czysto fizycznego. To raczej tęsknota za duchowym stanem świadomości. Za czernią duszy. Za mrokiem spojrzenia. Za głębią głosu. Za tajemnicą nigdy nieodgadniętego dzikiego serca.

Tymczasem nie mam nic, absolutnie nic z egzotyki. Nic ze smagłej pantery z temperamentem rozdygotanym w rytmie buszu. Śpiewać nie umiem. To znaczy – nikt mi nie zarzuci, że nie śpiewam!  „Katiuszę” na przykład – bardzo chętnie. Zwłaszcza w lokalach. Nie jest to jednak wykonanie na miarę Arethy Franklin. Właściwie nie jest to wykonanie na żadną miarę. Właściwie to jest chyba fałsz. Tak przypuszczam, bo wiedzieć nie mogę. Nie mogą tego pamiętać także moi słuchacze, bo oni zazwyczaj zupełnie nic nie pamiętają. Nic nie pamiętają, bo nie mogą. Podczas mojego występu są w stanie pomroczności niejasnej. W stanie mentalnego niebytu. Ściśle, w stanie powszechnie zwanym intensywną najebką. I niech świadczy o tym fakt, że beztrosko pozwalają mi na brawurowe śpiewy.

Tańczyć też za bardzo nie umiem. Zapisałam się ostatnio na taki rodzaj ruchu o nazwie „zumba”. Trzeba było to zobaczyć. Coś pomiędzy C-3PO  a Czarną Żmiją. Z tendencją do wykonywania padów. Na twarz.

Nie gram na żadnym instrumencie. Biegam jak Barbapapa. Ogólnie jestem poczciwa, oswojona, wręcz swojska. Dynamiczna raczej wewnętrznie. W życiu nie byłam w dżungli. Boję się pająków. Skorpionów i skolopendr, panicznie. Poza tym, nie lubię upałów. Jestem człowiekiem północy. Jak ustaliliśmy – starym.

Paulo Coelho pisze, że marzenia się spełniają. Nawet te najbardziej niedorzeczne. Bo, jak twierdzi, wszystko jest możliwe. Wprawdzie równoległe osie nieczęsto się spotykają, ale od czego jest wiara?  Ja wierzę, że się uda. Ale Paulo nie wierzy. On wie.

——————————————————————–

* Pisałam ten tekst z beznadziejną świadomością nigdy nie osiągniętej satysfakcji, gdy pojawił się w międzyczasie globalny problem. Otóż FACEBOOK postanowił wyjść swojemu klientowi naprzeciw i dać mu w mordę niejaką Osią Czasu. Nie wiadomo dokładnie o co chodzi, jasne jest tylko, że to coś wszystkich mega wkurwia. Z racji braku satysfakcji dołączyłam do wkurwionych, pytając po drodze, co to w ogóle oznacza? I kumpel mnie oświecił, że dzięki Osi Czasu można się przemieszczać w czasie.

HA! HA! HA!

Szanowni Państwo, czekam na kolejny pomysł Zuckerberga, a każdemu, kto drze łacha z Coelho: wpie….