Tagged: Wysokie Obcasy

Z nerwów chce mi się płakać, mamo

Mija mnie facet na rowerze z dzieciakiem, po chwili szarpie się z tym rowerem i dzieckiem, bo rozgrzebali ścieżkę, kładąc kanalizację. On pcha ten rower między ogrodzeniem budowlanym a hałdą piachu, nie mieści się, włazi na hałdę, buty całe w błocie.

– Polska, kurwa! – klnie.

Sylwia Kubryńska - WO (4)

fot. Dawid Groński/Agencja Gazeta

Matka pyta, co słychać.

Co słychać? Całe życie próbowałam się tego nauczyć i nie wiem do dziś. Nie wiem, nie mam pojęcia, jak się odpowiada na pytanie: „Co słychać?”. Może to, że zostawiłam Kubę w kinie i przez godzinę paliłam papierosy na zewnątrz? A może to, że kupiłam mu wielką torbę cukierków i twój wnuczek, mamo, twoja krew, potomek polskich katolików, patriotów do szpiku kości, będzie teraz czcił szatana, częstując innych czcicieli szatana cukierkami?

A może po prostu nic nie mówić?

Codziennie rano wypisuję sobie w terminarzu parę słów, które mają wypływać z mojego wnętrza, ze studni mózgu. Przypomina mi to owszem studnię, ale pełną smoły. Gdy już mi się uda wreszcie coś z niej wyłowić, jest to na przykład stary kalosz smutku. Znoszony gumofilc lęku. Strzęp niechęci. I gałgan z dna gardła, supeł na krtani. To właśnie słychać. Pogadamy? Zawijam się w rulon, w naleśnik. Mamo, masz może jakiś dobry przepis na naleśniki? Pogadamy o przepisach kulinarnych. Weźmy na tapetę, na przykład mąkę. Wodę. Dwa jajka. I olej do smażenia naleśników. Olej do smażenia naleśników jest wspaniały. Kupuj olej do smażenia naleśników. Będziesz mi mówiła bardzo długo i nużąco, jak się robi ciasto, a ja się tymczasem zawinę, odetnę się, ucieknę, wyłączę, tylko po to żeby zebrać siły na nowy konflikt. Bo przecież obie doskonale wiemy, że ten sztucznie neutralny temat przeobrazi się za sekundę w wojnę atomową. W końcu i tak się pokłócimy. Jestem pewna, że nawet kiedy zaczniemy rozmawiać o naleśnikach, znajdziemy powód do kłótni. Ja się z matką kłócę nawet przez sen. Przez sen, w którym matka wiesza mi krzyże nad łóżkiem, a ja charczę psami.

Zawsze, za każdym razem okazuje się, że trzeba było wyłączyć telefon. Albo chociaż wyciszyć. Zanim zadzwoni, zanim zapiszczy SMS. Ja nie umiem rozmawiać przez telefon, nie umiem rozmawiać przez SMS, nie umiem rozmawiać przez komunikator. Nie umiem rozmawiać twarzą w twarz. Nie umiem rozmawiać tak, żeby się nie pokłócić. Dokładnie tak samo, jak trzydzieści osiem milionów ludzi w tym kraju.

***

Idę ulicą i przyglądam się twarzom. Zacięte usta, odwrócone oczy. Ludzie nie patrzą sobie w oczy. Ja też odwracam wzrok. Tak mnie wszystko wkurwia, że aż mnie boli. Bolą mnie ramiona, plecy, boli mnie głowa. Boli mnie życie, boli mnie ten tłum na ulicach, tłum z zaciętą miną, jedną, homogeniczną, wielką maską nieprzychylności. Mija mnie facet na rowerze z dzieciakiem, po chwili szarpie się z tym rowerem i dzieckiem, bo rozgrzebali ścieżkę, kładąc kanalizację. On pcha ten rower między ogrodzeniem budowlanym a hałdą piachu, nie mieści się, włazi na hałdę, buty całe w błocie.

– Polska, kurwa! – klnie.

Boli mnie ta Polska, kurwa. Bolą mnie ludzie w windzie, milczący nieznajomi nie mówiący „dzień dobry”. Boli mnie każdy poranek, każdy przedmiot, którego muszę dotknąć. Boli mnie telefon, boli mnie wyświetlacz ze zdjęciem chłopca, którego kiedyś zostawiłam w kinie. Boli mnie ekran, na którym codziennie pojawiają się nazwiska wszystkich osób, z którymi nie mogę, nie chcę, nie umiem rozmawiać. Boli mnie ranking najlepszych książek, wśród których nie ma mojej. Boli mnie Grand Press, którego nigdy nie dostałam, boli mnie każda nagroda, którą dostają inni, a ja jej nigdy nie dostanę. Boli mnie X i boli mnie Y. Boli mnie Fronda i boli mnie Natemat. Boli mnie mama i tata. Moher i leming. I ten język nienawiści obu stron, zaciekłe skakanie sobie do krtani. Bolą mnie oczy od patrzenia w monitor, gdzie wyskakują kolejne wyroki na mnie, na moją wrażliwość, na moją nigdy nie wykiełkowaną radość życia.

Jestem taka zła, jestem taka wściekła, że z nerwów chce mi się płakać, mamo. To słychać.


Fragmenty mojej najnowszej książki Furia mać! Więcej na Wysokie Obcasy

Zamów książkę w promocyjnej cenie:

cover_01_finit

Mroczna przepowiednia. Horoskop na 2015 rok

Mam przepowiednię. Proroctwo na nowy, 2015 rok. Nie wyczytałam go z gwiazd, ani z fusów, nic nie wymyśliłam. Po prostu wiem. Dokładnie wiem. Co gorsza, przepowiednia nie jest dobra. Rok 2015-sty to prawdziwy Czas Apokalipsy. Tragicznego absurdu i straszliwych niedorzeczności. Kliknijcie w zdjęcie i przeczytajcie, co was czeka:

z17198027Q,Wrozba

Wysokie Obcasy i szampan dla krokodyla

Piszę o tym nie dlatego, żeby się pochwalić, ale żeby przekazać wam bardzo ważną rzecz…

obcasy

Nie wiem! Nie wiem! Nie wiem! Nie wiem, czy będę wielkości znaczka pocztowego, czy jak dwa znaczki. Nie wiem, czy w środku, czy na końcu. Nie wiem nic, wiem tylko że w najbliższą sobotę po raz pierwszy w życiu pojawię się w papierowych Wysokich Obcasach. Piszę o tym nie dlatego, żeby się pochwalić, ale by przekazać ważną informację:

Marzenia się spełniają.

Ja osobiście już trochę boję się marzyć, bo nie ma marzenia, które by mi się nie spełniło. A bynajmniej nie jestem szczęściarą. Nie jestem też jakąś wyjątkową optymistką. Nie mam nigdzie znajomości, ani wpływowej rodziny. I nie mam wybitnego talentu.

A i tak się spełniają.

Pięć lat temu ciągnęłam po gdańskim dworcu wielką walizkę z próbkami powieści i czekałam na pociąg do Nieba. Pociąg przyjechał i zabrał mnie najpierw do Warszawy, potem do Krakowa, a uwierzcie kochani, ani Warszawa, ani Kraków z Niebem nie mają nic wspólnego. Chodziłam zatem od wydawnictwa do wydawnictwa, tłumacząc wszystkim w chorobliwym zapale, dlaczego warto zainwestować w mój talent. Oszczędzę wam szczegółów, bo na samą myśl o tym zdejmuje mnie paraliżująca żenada do dziś.

Wreszcie zaniechałam procederu. Zrozumiałam, że nie dam rady fizycznie obskoczyć wszystkich redakcji w Polsce. Wróciłam zatem do Gdańska i jęłam wysyłać maile. Nie pytajcie mnie, ile maili wysłałam. Ta liczba, a raczej relacja tej liczby do liczby odpowiedzi, to wspomnienie zbyt bolesne. Nie był to jednak czas lizania ran. Najboleśniejsze miałam jeszcze przed sobą. Najboleśniejsze miało dopiero przyjść. W odpowiedzi, na którą tak czekałam. W odpowiedzi z wydawnictwa od pewnego krytyka literackiego. W odpowiedzi, która brzmiała tak:

„Banał, nuda i pretensjonalny język”.

O Boże, ile było w tym racji! O Matko, jaki to był banał O Jezu, jaka to była nuda! O Chryste, jak pretensjonalny język! Redaktorze bezimienny, który napisałeś tego maila! Gdzie jesteś?! Odezwij się! Jestem ci dozgonnie wdzięczna. Jestem ci dłużna. Chcę ci podziękować, na wódkę zaprosić.

Człowiek bowiem sam tego nie zobaczy. Trzeba wyjść z ram, żeby ujrzeć obraz. Trzeba opuścić kołowrotek, żeby przestać się w nim kręcić. Trzeba dostać takiego maila, żeby zaniechać banału, nudy i pretensjonalnego języka.

A przynajmniej nie dostawać już takich maili. Oczywiście, maile są. Są w najlepsze. Jak się maili nie dostaje, to dopiero jest paraliż. Jak się nie ma hejterów, to dopiero jest marazm. Człowiek poznaje swoją wartość przez liczbę ganiących go krytykantów. Ja uwielbiam swoich. Dostaję od nich epistoły ze wskazówkami, pogróżkami, rozczarowaniem „Nie idź tą drogą!”. „Tym razem przesadziłaś”, „Lubiłem twój blog i teraz się zawiodłem!”, „Nigdy nie wrócę!”, „Spodziewałem się mniej populistycznego bełkotu.”

Ile razy ze sobą zerwaliśmy! Ile już było rozstań! Ile było powrotów! I wciąż jesteśmy, na dobre i na złe, a właściwie tylko na złe. No nic, trzeba iść dalej. Trzeba wydać książkę. Ten krótki błysk w życiu każdego debiutanta, gdy przychodzi umowa z wydawnictwa. Ta para skrzydeł zwinięta a drżąca z gotowości do lotu! Jezu! Boże! Matko! Czy istnieje numer telefonu, którego nie wybrałam tamtego dnia, gdy podpisałam umowę na wydanie książki?! Czy jest jakiś adres mailowy, na który bym nie wysłała tej cudownej nowiny! Moja książka! Na półce! W empiku! W księgarni Jawor! W Bibliotece Miejskiej! Na Allegro! W Merlinie! W Amazonie! Kuźwa, nie wiem, gdzie jeszcze! Świat przestanie się kręcić, świat się zatrzyma! Nic nie będzie, jak kiedyś! Koniec smutków, koniec frustracji! Już jutro, za chwilę nastanie wiekuiste szczęście! Wyjdzie drukiem moja książka! Spełni się moje marzenie.

A teraz matematyczna zagadka. Ostrzegam, trudna! Ile to jest: prawa autorskie plus dwa tysiące sztuk oficjalnego nakładu, plus niewiadoma – dodruk, zamknąć nawias, razy dwa złote za egzemplarz, plus odsetki z czterech lat?

Podpowiadam: paradoksalnie, nie jest to liczba dodatnia. Jak nie wierzycie, zadzwońcie do kancelarii adwokackiej. Oni mają sporo takiej arytmetyki.

Marzenia się spełniają. Spełniają się, aż strach. Marzenia są jak krokodyle. Wykluwają się małe, urocze jak broszki, a potem mnie zjadają. Nic, trudno, trzeba iść dalej. Ja idę. A raczej siadam. Siadam i piszę, a moje krokodyle nadgryzają mnie po cichu.

W sobotę pojawię się w Wysokich Obcasach. Wstanę rano, wezmę rower i pojadę do kiosku. Kupię sobie Gazetę Wyborczą i butelkę szampana. Gazeta dla mnie. Szampan dla krokodyla.

Kalkulator do obliczania niemocy

Tomek! Gdzie jesteś?! Twoja skrupulatność, w której swoje miejsce znalazła nawet gazeta za 2,50, raziła we mnie jak piorun

Szanowni Państwo! Wychodzę za mąż!

Tak, mam już nawet kandydata na męża. Nazywa się Tomek. I od soboty pilnie go poszukuję. Tomek jest bohaterem reportażu Urszuli Jabłońskiej i Karoliny Sulej zamieszczonego w ostatnich Wysokich Obcasach. Mój kandydat na męża ma 37 lat i jest księgowym. W odpowiedzi na anons matrymonialny, Tomek pisze takie oto piękne słowa:

…moje zarobki wynoszą 2200 zł netto (czyli 3668 zł kosztu pracy, państwo zabiera 1468 zł). … Pracuję w małym biurze rachunkowym, …kredyt na 35 lat we franku szwajcarskim, minus 700 zł. Zostaje 1500. Na utrzymanie potrzebuję 700-800 zł. Czynsz – 100 zł, bilet miesięczny na dojazdy do pracy – 100 zł, gazety, bo lubię być na bieżąco – kolejne 100. Telefon – 20, internet – 40. Jedzenie – 400. W dni powszednie jem w barze na mieście. Zwykle zupę….”

Skopiowałam ten tekst z WO, bo sama nie umiałabym tego napisać. Już w drugiej linijce bym wszystko pokręciła. Tomkowi zatem należy się wielki szacunek. Chylę czoła. I od dziś nie ruszam się bez kalkulatora. W razie czego, mam już gotową wizytówkę: ” Dzień Dobry, nazywam się Sylwia Kubryńska, zarabiam tyle i tyle minus opłata za wywóz śmieci (segreguję), minus zupa z kalafiora i ziemniaki z wody, minus cztery kisiele w miesiącu, minus tatar z Biedronki, zostaje jakieś siedem złotych razy 12 miesięcy, równa się 84, akurat na welon z lumpeksu”.

Tomek! Gdzie jesteś?! Poeto liczb, mój księgowy władco!  Czekam na ciebie i twój matematyczny poemat! Czekam na wynik twoich obliczeń, drżę na samą myśl, co jeszcze wyciągniesz z tego dwumianu Newtona, jakim jest twoje życie! Skrupulatność, w której swoje miejsce znalazło nawet drugie danie na mieście i gazeta za 2,50 (bo lubisz być na bieżąco), raziła we mnie jak piorun.

Słowo daję, nie mam pojęcia, czemu Tomek nie może znaleźć dziewczyny. Skarży się, że na Sympatii żadna nie chce mu odpisać. Co za niefart, że mnie nie ma na Sympatii! Po takim liście odpisałabym na pewno!

Dziewczyny, bierzcie Tomka! Taki facet to przecież skarb. Takiemu facetowi mysz się nie wyślizgnie. Taki facet uciuła każdy zaplątany w odkurzaczu grosz. Nie ma mowy o trwonieniu pieniędzy, tym bardziej, że Tomek na wstępie reklamuje się jako „biedak”. On, moje panie, nie będzie kombinował, jakby tu zarobić więcej. On nie będzie siebie ani was narażał na niepotrzebną ekscytację związaną z podnoszeniem swojego statusu. On nie będzie wracał późno z pracy, dorabiał po godzinach. Nic z tych rzeczy. Macie go w domu, w kapciach, przyklejonego do swoich nienaruszalnych kwalifikacji w lekkim drżeniu przed tabelką zwiastującą kryzys. Tomek ma kalkulator. Ma też wykresy. W końcu jest księgowym. Obliczył, że nie stać go na to, aby żyć. Tomkowi z obliczeń wyszła niemoc. Zmiany? Awanse? Rozwój? Takie hasła, jak zaradność, drugi etat, zmiana pracy, szkolenia – Tomek zostawia nam, kobietom. I dobrze. Nie będziemy Tomka narażać na stresy. On i tak ma urwanie głowy ze swoim kalkulatorem.

Według Tomka kryzys (czy chodzi może o kryzys męskości?) ma nastąpić między 2020 a 2030, więc do tej pory nie będzie go stać na dziewczynę. Ale spokojnie, Tomek ma czas. Jest jeszcze młody. Ma dopiero pod czterdziestkę.

Tomek mieszkał z rodzicami do 33 roku życia. Strasznie krótko! Trzeba było nadal mieszkać! Owszem, ja wyprowadziłam się od rodziców w wieku lat dwudziestu bez grosza, z psem wielkości cielaka i z dzieckiem w drodze. Według Tomka obliczeń, nie powinnam była przeżyć. A już na pewno nie powinnam w tak zwanym międzyczasie zrobić dwóch fakultetów, ani założyć firmy, ani wychować dzieci – dla Tomka za drogich w utrzymaniu. Prawdę mówiąc nie miałam pojęcia, że są tak drogie. Ale ja jestem roztargnioną kobietą i oczywiście zapomniałam o kalkulatorze. Moja mama też zapomniała. I babcia, która wychowała czwórkę dzieci, pracując i robiąc studia, podczas gdy jej mąż wysiadywał wyrok za przynależność do AK – ona też zapomniała!

Nie, my kobiety nie mamy takiego kalkulatora. Nie obliczamy, czy możemy żyć. My po prostu żyjemy.

What’s your problem, lady?!

Możesz być piękna jak zorza, wesoła jak strumyk wiosenny i mądra niczym Salomon. A twój brzuchaty kolega i tak nazwie cię paszczurem…

beyonce-na-plazy-71940008

Określenie „paszczur” znalazłam też w komentarzach pod tym zdjęciem

Przeczytałam w Wysokich Obcasach list czytelniczki podpisującej się jako Wkurzona. Otóż Wkurzona jest nieco po trzydziestce i od lat próbuje znaleźć faceta. Niestety, nic z tego nie wychodzi. I nie pomagają: poradniki, portale randkowe, a nawet niezwykła uroda Wkurzonej. Na nic pączkujące w tym temacie blogi. A propos porad i blogów – ze zdumieniem czytam te wszystkie rewelacje. Rozumiem ruch w blogosferze. Temat jest wciąż żywy, od wieków po wieczność potrzebny. Zdumiewają mnie jednak blogi redagowane przez facetów, którzy o kobietach wyrażają się w sposób obraźliwy, wręcz chamski, co nie przeszkadza im w posiadaniu tłumów wielbicielek piejących z zachwytu po każdym siarczystym klapsie.

Ale cóż, widocznie tak musi być. To też lekcja dla Ciebie, Wkurzona. Nie od dziś wiadomo, że faceci wiedzą najlepiej. I wiedzą, na przykład, że teraz nie płaci się za kobietę rachunków w knajpie. Luz. Problem z głowy. Jest równouprawnienie, sytuacja czysta. Jeśli zatem narzeczona nie dysponuje zasobnym portfelem, siedząc na przeciwko rozpływającego się nad kaczką w migdałach absztyfikanta, spokojnie może wcinać frytki.

Nie ma też co zawracać sobie gitary odprowadzaniem do domu po randce. Nawet jeśli wyciągnie się oblubienicę do drugiego powiatu, gdzie nie kursuje żaden nocny autobus – to jest jej problem. Pamiętam, jak pewien dżentelmen dzwonił do mnie przez pół roku i namawiał na wspólną wódkę. Wreszcie nadarzyła się okazja, jakaś tematyczna biba dla felietonistów, pomyślałam, raz kozie i dałam się skusić.

Wyszykowałam się, zorganizowałam transport (oczywiście, mieszkam w innym powiecie), załatwiłam wejściówkę i poczęstunek. Facet pojawił się na miejscu w wyciągniętym swetrze, zajął (sobie!) najlepsze miejsce przy stole, a gdy się już nabzdryngolił darmową wódką, jął nalegać bym odwiozła go do domu.

Panowie, litości! Na randkę, do restauracji zakładamy: KOSZULĘ, MARYNARKĘ i PANTOFLE (nie adidasy). A głowę golimy tylko wtedy, gdy mamy wszawicę

Wracając do czytelniczki WO. Droga Wkurzona, wytłumaczę ci w czym rzecz. Sprawa jest bardzo prosta. Piszesz, że jesteś atrakcyjna. Otóż błąd. W Polsce nie ma pięknych kobiet. Są za to piękni mężczyźni. Mówisz, że jesteś wesoła? Nie ma nic gorszego. Wesoła kobieta jest albo „nawalona”, albo się puszcza. A może jesteś mądra? Ha, ha, ha! Mądra kobieta?!

Daj spokój.

Prawda jest taka, że możesz być piękna jak zorza, wesoła jak strumyk wiosenny, oczytana, błyskotliwa i mądra niczym wspomniany król. Możesz mieć brzuch o fakturze panelu grzewczego, a nogi sięgające nieboskłonu. Możesz mieć w oczach toń oceanu, a usta jak dojrzałe wiśnie. Możesz swą urodą budzić ze snu kwiaty, które w swym zachwycie kłaść się będą do twych wypielęgnowanych stóp. Twój głos kochać będą słowiki, trelujące o brzasku pieśni na twą cześć. A twój kolega z brzuchem pękatym od nadmiaru Tyskiego, zanosząc się zdrowym męskim rechotem prezentującym ubytki w żuchwie, i tak podsumuje cię słowem:

– Paszczur!

Paszczur, pasztet, wieloryb. Z przodu deska, z tyłu plecy, Pan Bóg stworzył cię dla hecy. Gruba baba, same kości. Szafa trzydrzwiowa, kostucha. Cnotka niewydymka, puszczalska. Babochłop – feministka. Albo kura domowa.

Te i inne radosne określenia każda dziewczynka słyszy od podstawówki i dobrze wie, że funkcjonują one w języku polskim głównie w odniesieniu do kobiet. Ciekawe, że na każdą coś się znajdzie. Na grubą, na chudą, na skromną i na hedonistkę. Na wyzwoloną i na spolegliwą. Na ambitną i na opiekuńczą. Dla każdego coś śmiesznego. A co z Wami, Panowie? Bo nawet jeśli przymknie się oko na brak manier, to przecież… litości! Te wasze sterczące brzuchy, te wasze ogolone głowy, te skarpetki frotte wystające z butów do biegania, mój ty Panie…

Przy okazji. Jak świat światem, do biura, na randkę, do restauracji zakładać się powinno KOSZULĘ, nie T-shirt, MARYNARKĘ, nie bluzę z kapturem i PANTOFLE zamiast adidasów. Głowę zaś golimy tylko wtedy, gdy:

  1. Mamy wszawicę
  2. Jesteśmy w koszarach
  3. Mamy zakola, placek na czubku i nijak nam pasuje tupecik.

Niestety, mimo apeli, wizerunek polskiego dżentelmena od lat się nie zmienia, od lat straszy i pokutuje fantazją rodem z wiejskiego orlika lub z domu poprawczego. Gdzieś czytałam, że pewna światowej sławy modelka ośmieliła się skrytykować „fryzury” naszych panów i, rzecz jasna, została przez nich obrzucona paszczurowym błotem.

Co zatem może biedna Wkurzona? Biedna Wkurzona, jak każda zdesperowana polska kobieta, która marzy o przeżyciu czegoś więcej niż rubaszne poklepywanie po tyłku podczas meczu Lechii, zmuszona jest do porzucenia matrymonialnego patriotyzmu. Taka kobieta prędzej czy później ląduje w ramionach piekielnie przystojnego i nieźle ubranego, zaliczającego przygody w nadmorskich kurortach zagranicznego turysty.

Ale, ale. Turysta, czy to otumaniony niezwykłą w dalekich krajach europejskich słowiańską urodą, albo li też może rozbisurmaniony światowym trendem zanikania konwenansów, czy może po prostu rozochocony wściekłym powodzeniem u rodaczek –  po ośmiu minutach znajomości bezceremonialnie ładuje polskiej kobiecie język do gardła i łapę pod jej spódnicę!

Wychowana na grochu i pierwszych piątkach miesiąca polska kobieta próbuje oponować. Tłumaczy mu, że to nie tak się robi. Że chce porozmawiać. Polubić się. Trochę ze sobą „pochodzić”. Używa przy tym wszelkiej finezji, babcinych porad i chwytów ze sztambucha. Wreszcie, cudem uniknąwszy młócki w spatifowskiej toalecie, wyciąga turystę na plażę, by tam przy blasku księżyca dać obojgu szansę na odrobinę romantyczności. W zamian otrzymuje paraliżującą propozycję, by wspólnie udali się w krzaki (tak, te rachityczne turzyce na wymach), a gdy zrywa się z tym swoim słusznym polskim oburzeniem, słyszy na pożegnanie:

– What’s your problem, lady?!

Kończąc już tę bolesną analizę, dam ci, Wkurzona, radę. Przestań się wkurzać. Zajmij się czymś innym. Najlepiej zajmij się… sobą. Otocz siebie miłością i opieką. Przeżyj ze sobą cudowne chwile. Porozmawiaj ze sobą. Powiedz sobie coś miłego. Zabierz siebie do restauracji na romantyczną kolację. Kup sobie kwiaty. Kup sobie pierścionek. Odwieź siebie taksówką do domu i za nic w życiu nie ciągnij się w krzaki. Pokaż im, jak to jest cię kochać.

Nic tak nie działa, jak dobry przykład.