Tagged: www.baba.com.pl

Poradnik dla psychopatów. Jak zrozumieć święta?

Oglądajcie, bawcie się dobrze i roznieście po świecie, na media nie ma co liczyć, bo przecież żadna gazeta newsowa nie jest zainteresowana tym, jak naprawdę wygląda nasz kraj

To jest tak. Siedzimy, jemy, trawimy, jedna godzina, druga godzina, trzecia… Człowiek popada w stupor, odrętwienie, znów stupor na przemian z katatonią. Ciotka Jadźka kłóci się w wujkiem o PiS, z ciotką i wujkiem kłócą się talerze, a matka, jak za starych dobrych, niemowlęcych czasów, pilnuje, żeby nikt nie przestał jeść ani na minutę. Myślisz, że to minie, bo przecież wszystko w życiu mija, ale święta to zjawisko spod wszelkich zasad fizyki wyjęte, jak się zaczynają w listopadzie, tak trwają w nieskończoność. Nieskończone są więc minuty, godziny, zdawało by się: dni – przy stole z bigosem.

Jednak. Ktoś zaczyna się jakoś inaczej poruszać, ktoś inny daje znak jakby poza ramy obrazu rodzinnego się wychylający, jest jakiś ruch powietrza, jakiś wiatr, coś w rodzaju dynamiki, a może raczej: jakaś dynamiki zapowiedź? Może jednak, myślisz, może jednak to się kiedyś skończy, może nawet w tej wieczności, kto wie? Nie należy popadać w zbytni optymizm, ganisz się w myślach, ale nie możesz się przecież powstrzymać. Zaraz więc podejmujesz ten pierwszy zrywik, ten mikro podmuch zmierzający ku wyjściu. Czynisz charakterystyczne ruchy szyjne wskazujące ku drzwiom, łowisz wzrok tych, którzy być może kiedyś cię w życiu rozumieli, co niesie nadzieję na zrozumienie ponowne.

To trwa, ale ewoluuje.

Wreszcie. Widzisz to. Oczom nie wierzysz. Wstają. Mało tego! Ubierają się! Idą w ruch płaszcze i szaliki, wśród głośnych oddechów i pojękiwań wsuwane są zimowe buty. Ktoś za klamkę łapie i już, już, szczęście jest tak blisko…

I wtedy następuje ta chwila, gdy ktoś nieopatrznie zada ostatnie pytanie, ktoś w roztargnieniu rzuci jakąś myśl o pogodzie, a może kot przebiegnie, może czapka z półki spadnie, cokolwiek się wydarzy – nieważne. Ważne jest to, że ten niepozorny, niby nic nie znaczący kamyczek wywołuje lawinę, kaskadę tematów i rozmów, rozmów niekończących się NIGDY, rozmów przeprowadzonych przy klamce. Klamka naciśnięta nie otworzy drzwi, drzwi z naciśniętą klamką nikogo nie wypuszczą. Trwaj chwilo bez końca, wszak dobiegłaś do punktu krytycznego, do gordyjskiej pętli czasu, z którego jak z czarnej dziury – nic się nie wydostanie.

Pewna dziennikarka poprosiła mnie ostatnio, żebym opisała polskie święta w paru zdaniach. Niestety, moje wspomnienia nie wpasowały się w „klimat” i nie zostały opublikowane, bo były zbyt realistyczne jak na newsową gazetę. Dowiedziałam się, że z SZACUNKU do pozostałych wspominających nie można dać ludziom poczytać o kłótni ciotki Jadźki, nie można też wspominać o starej polskiej tradycji „Klamkówki”. Zainspirowało mnie to do nagrania krótkiego filmu, który jest jednocześnie zwiastunem Poradnika dla psychopatów, jakich w naszym kraju nie brakuje.

Oglądajcie, bawcie się dobrze i roznieście po świecie, na media nie ma co liczyć, bo przecież żadna gazeta newsowa nie jest zainteresowana tym, jak naprawdę wygląda nasz kraj.

BaBa śnieg

Wskakuję, wsteczny, jedynka, jadę. Przede mną mercedes sunie po ośnieżonej drodze. A ja jadę. Już sobie nawet radio włączyłam. Pod nosem nucę. Zakręt, mercedes tańczy niebezpiecznie, chwila, sekunda…

Budzę się pomału jak smok w smoczej jaskini. Budzę się i myślę, o tym co było.
A było tak:

Jadę takim małym samochodem marki Fiat Punto, jadę z dzieckiem, radia słucham, noc, zima, śnieg… i nagle: trach, jestem w dziurze. Szr… szr, wyjeżdżam z dziury… trach! – jestem w drugiej dziurze i to jest koniec mojej jazdy, bo dziura jest jak koryto rzeki, dżisas kurwa ja pierdolę.

Dziecko w ryk, ja za telefon, przybiega Ewka w piżamie, pcha, ale bez przekonania jakoś, auto w korycie, ja w rozpaczy, dzwonię po pomoc. Przyjeżdża mercedes, maszyna jak czołg, dobra – woła – ciągniemy! Lina – hak, wszyscy pchamy. Trach – lina pęka, auto w korycie. Zima  – stwierdza krótko ten od mercedesa i trudno się z nim nie zgodzić. Przybiega sąsiad, syn sąsiada, bocian i żabka, ciągną i ciągną, wyciągnąć nie mogą.

– Dajcie mi rękawiczki!- wołam, chwytam za zderzak i drę gębę: NAPIERDALAJ! -mercedes napierdala, punto idzie w górę i nagle: cud! Koryto puste.

Wszyscy się cieszą, wskakuję, wsteczny, trach! – i jestem w tej poprzedniej – pierwszej dziurze.

Scenariusz podobny, rękawiczki, napierdalaj, napierdala, punto beton mur, zaklęte. Szamoczemy się, przybiega drugi sąsiad, lina – hak, wnuczek za babcię, babcia za dziadka, dziadek za rzepkę…
Wyjęli! Wyjęli! Wyjęli!

Wskakuję, wsteczny, jedynka, jadę. Przede mną mercedes świeci elegancko i sunie spokojnie po ośnieżonej drodze. A ja jadę. Już sobie nawet radio włączyłam. Pod nosem nucę.
Zakręt, mercedes tańczy niebezpiecznie, chwila, sekunda…

Czy wiedzą Państwo,  jak trudno jest wyciągnąć włoską zabawką ten niemiecki czołg z zaspy?

Śpi moja dusza oderwana od ciała, śpi i śni o zaskoczonych śniegiem drogowcach, a sny te są krwawe, koszmarne…


    • Jak by się pani czuła, prowadząc samochód z tylnym napędem po śniegu?
    • BaBabym się.

Samum, pustynny wiatr

To była moja tęsknota, to jest moja radość, to od zawsze i na zawsze zostanie moim smutkiem. Ilustrowana przez moją przyjaciółkę, bez której nigdy ta powieść by nie powstała…

Samum_Okladka_finalSiedzę w pokoju z kotem, obok palą się świece, w tle gra, a nawet śpiewa i to cudowanie śpiewa Melody Gardot. Jej niski, welurowy głos rozbija delikatnie jak masaż moje ciało na drobne, bezbronne – ale też wolne od cierpienia, znoju, czy pretensji – ciało. Powoli zamieniam się w spokojnie falujący na pulsującej fali dźwięku wiatr.

Jestem wiatrem, ale bez jego porywczości, jestem wichrem, ale spokoju, jestem okiem, ale cyklonu. Te czasoprzestrzenne miejsca/zdarzenia, ten moment zatrzymania żywiołu, jest esencją mojego istnienia. Samo określenie: „oko”, jakby: dodatkowe, trzecie oko – daje mi poczucie wyjątkowości chwili, przejścia świadomości w stan gdzieś powyżej, ponad. Kiedy żywioł się zatrzymuje, zbiera siły. Ja zbieram siły. Gromadzę energię, ściągam ją ku sobie, siedząc nieruchomo, chłonę moc, by z nią uderzyć jeszcze raz.

Wczoraj był pierwszy wieczór autorski mojego wydawnictwa. Dziś płakać mi się chce ze szczęścia. Za to, że mam taką Autorkę, za to że mam takiego Syna, za to że on ma taką Dziewczynę. Kto był, ten wie, o czym mówię, kto nie był – niech będzie następnym razem, bo takie rzeczy warto w życiu doświadczać. Takie rzeczy to życie czynią żywym.

Tak dużo jeszcze chcę zrobić! Tyle mam pomysłów, że czasem zastanawiam się, czy mi życia starczy. I nie mówię tu bynajmniej o życiu jako zatrzaśniętym paśmie na osi czasu. Nie. Życie to nie tylko odcinek  między dwoma punktami zwanymi narodzinami i śmiercią. Życie to jego treść, nieważne na ile dni rozciągnięta. I właśnie nad tym się zastanawiam: czy starczy mi życia, energii, oddechów? Czy te kwanty gromadzone skrzętnie przy słuchaniu Melody Gardot, dadzą radę? Czy, tak jak Julek ze Szklanki na pająki karmił się kolorami, ja dostatecznie nakarmię się muzyką, by nie tylko trwać, ale w tym trwaniu zrobić to wszystko, to WSZYSTKO, co chcę zrobić?

Czy barwa głosu, czy pomruk saksofonu, czy plumkanie pianina, czy wreszcie: cisza przemykająca się między nutami – czy to wszystko wystarczy?

Mogę tu kokietować, że nie wiem, że ten, tamten. Mogę się krygować na fałszywą skromność, ale kto mnie zna, wie, że krygować się nie będę. Bo moje zastanawianie się, to żaden lęk. Ja się nie boję, CZY mi starczy sił, jak się zastanawiam JAK mi starczy sił. To jakby przyglądanie się niezwykłym prawom przyrody, to jakby badanie praw fizyki. No jak to? No tak to. Jestem okiem cyklonu. Wokół burza piaskowa. Wokół słoneczny huragan. Ten huragan to też ja. Ale wczoraj. Dziś jestem ciszą. Zbieram siły. Jutro znów będę wiać. I to pełna parą. Jutro wypuszczę kolejną książkę mojego wydawnictwa. I będzie to moje pierwsze dziecko, to najstarsze. Romans na pustyni, zagubione serce Sahary. Kiedyś, dawno temu, dałam imię temu dziecku. To było tak, jakbym je powiła w wiosce indiańskiej i starym indiańskim zwyczajem nazwała je określeniem dwuczłonowym. Linie Równoległe. Potem, wystraszona skojarzeniami z traumą młodości: matematyką, zmieniłam to imię na Last Minute. Ostatnia chwila. Bo każda chwila jest ostatnia. Tamta też się stała ostatnia i całe szczęście. Nie chciałabym do niej wracać.

Last Minute poszła w świat i tak jak poprzednie wydanie Szklanki na pająki Basi Piórkowskiej – nie dała mi zarobić. Ale życie to energia nie tylko stracona, to także energia odzyskana. Odzyskałam więc moje najstarsze dziecko i znów, po raz ostatni (choć być może pychą jest wyrokowanie: co tu, w tym wymiarze jest po raz ostatni), dałam mu imię. To imię oznacza właśnie to, co opisuję dziś. Wiatr. Gorący, pustynny wicher.

Samum.

Ta książka to radość i smutek, ale przede wszystkim tęsknota. Kto z nas jej nie zna? To była moja tęsknota, to jest moja radość, to od zawsze i na zawsze zostanie moim smutkiem. Książka jest ilustrowana przez moją przyjaciółkę, Agnieszkę, bez której też nigdy ta powieść by nie powstała. Korci mnie, żeby Wam pokazać jeden z rysunków, albo okładkę, ale nie. Nie w oku cyklonu. Tu, teraz – nic nie może się stać. Tu nic nie ma.

A jeśli chodzi o emocje, to owszem, w oku cyklonu trudno także o emocje. A nawet nie trudno, nie. One są gdzieś poniżej, w strumieniu, w rzece myśli, właśnie w tym huraganie. Prują wraz z energią, tą właśnie energią, którą teraz zbieram. Patrzę na nie jak na film, który będzie wyświetlany dopiero następnego dnia. Jestem w swoim pałacu, w czerwonym zamku czasu i pstryk: odsłaniam kotarę jutra. Oto są. Pędzą w szyku zwartym, w poukładanych misternie fraktalach potężnej wichury. Przyglądam się im bez pośpiechu, nie muszę się spieszyć. Zdążę do jutra. Jedyne, co mi towarzyszy, to ciekawość, a właściwie nie ciekawość, raczej: zaciekawienie. Która z nich będzie najwyraźniejsza? Która jest królową? Radość? Nie, nie w tym wieku! To może gniew? Darujcie. Gniew też już odchorowałam. Lęk? Ha, ha, ha. Sami sobie odpowiedzcie, czy mogę czuć lęk, skoro na sam dźwięk tego słowa chce mi się śmiać?

I oto jest. Ta emocja, która mnie obecnie chyba najbardziej przejmuje. Delikatny smutek, cień maleńkiego żalu, który można określić mianem: szkoda.

Szkoda tych, co mi na drodze staną.

System wydawniczy w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w …

Skoro wydanie książki to taki kosmos finansowy, a ludzie książek nie kupują – czemu jest w Polsce tak dużo wydawców i czemu żyją jak pączki w maśle?

W związku z tym, że prasa skrzętnie obcina, a nawet ukrywa w sieci moje refleksje na temat systemu wydawniczego w Polsce, postanowiłam rzecz opisać tam, gdzie mi nikt nic nie ocenzuruje, mianowicie na własnym blogu. Wypowiedziałam już w wywiadzie (np. do Gazety Wyborczej) parę słów, które nie mogą one ujrzeć świata, a raczej (bo chyba o to chodzi) świat nie może ujrzeć ich. Jeśli zapragniecie więc wyguglać moją maleńką wypowiedź o tym, że autor – który jest mózgiem dzieła – dostaje za swoje dzieło tyle (albo mniej), co maszyna drukarska – nie znajdziecie tak łatwo tego artykułu. Owszem, redakcja może tłumaczyć to kwestiami technicznymi, jednak każdy dziennikarz (mam ich sporo w znajomych) może się potknąć o mój profil na Facebooku, gdzie zgłosiłam problem. Nadal jednak po wyguglaniu artykułu i znalezieniu pierwszego zaproponowanego linku, czytelnik obejrzy jeno moją twarz, ale ani słowa nie przeczyta.

Mam zatem kilka refleksji, z którymi chcę się tu podzielić, bo przecież kwestia wydawania, kupowania oraz czytania, wbrew pozorom, a nawet mitom – dotyczy nas wszystkich.

Od wielu lat słyszę, że w Polsce nikt nie czyta książek, dlatego sprzedać książkę w Polsce to jakiś cud, rzecz niebywale trudna, właściwie niemożliwa. Słyszałam to jako autorka, która pochodzi z małego Kętrzyna, która nie miała żadnego nazwiska ani wsparcia, która do wszystkiego musiała dochodzić mozołem i ostrym laniem po dupie. Dziwicie się, że takim właśnie autorom jak ja, takim właśnie znikąd, którzy od dziecka marzyli o wydaniu własnej książki i którzy słyszą, że w Polsce nikt książek nie czyta, a proces wydawniczy to jakiś, kurwa, kosmos finansowy – nie spieszy się zbytnio do wzięcia spraw w swoje ręce? No nie dziwicie się i nie ma w tym nic dziwnego. Ale zaraz, zaraz. Skoro ta książka to taki kosmos finansowy, a ludzie książek nie kupują – czemu jest w Polsce tak dużo wydawców i czemu żyją jak pączki w maśle?

Według założeń naszego systemu wydawniczego przeciętna kobieta (np. z Kętrzyna), która zechce kupić książkę, musi wsiąść w autobus i pojechać do najbliższego dużego miasta, gdzie jest galeria handlowa, a w niej niezbędna podobno do sprzedaży sieciówka, w której ochroniarz patrzy na nią jak na złodziejkę, a personel trąca mopem po butach. Tam właśnie, by nakarmić swą duszę, musi wydać prawie pięć dych. Tylko że to jest jakby mało realne, bo ta kobieta ma 1200 złotych emerytury, albo i nie, do autobusu jakieś 2 kilometry piechotą i ogólnie to chyba by na głowę upadła, by sprostać wymaganiom tego systemu.

Ale przecież, zaraz mi ktoś powie, ta książka tańsza być nie może, bo tyle kosztuje jej produkcja. No, niestety, nie jest to prawdą. Ta książka kosztuje pięć dych dlatego, że po drodze zarabia na niej wydawca, dystrybutor i sieciówka ze znajomym skrótem w logo. Autor dostaje mniej więcej tyle, co wynosi produkcja, czyli około dwóch złotych. Albo i tego nie dostaje. Dlaczego nie dostaje? Bo nie ma ŻADNEJ kontroli nad tym, ile faktycznie sprzedaje się jego książek. Wszystko jest okryte tak zwaną, nie wiadomo czym popartą TAJEMNICĄ HANDLOWĄ. Komu służy ta „tajemnica handlowa”? Zastanówcie się. Bo bynajmniej nie autorowi.

No więc autor dostaje jakieś tam zestawienia, jakieś tam pieniądze raz na pół roku i jedyne co mu pozostaje, to wierzyć wydawcy na słowo, że ten go nie dyma. No chyba że zapragnie zrobić wydawcy audyt, ale to kosztuje. Tak dużo kosztuje, żeby autorowi pomysł z głowy skutecznie uleciał, bo przecież z tych pieniędzy, które dostaje raz na pół roku raczej takiej kwoty nie uciuła. No więc wierzy na słowo. Chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, co znaczy tym kraju wierzyć na słowo? Ja wierzyłam na słowo, że książka to najtrudniejszy produkt. Dopóki nie wydałam „Szklanki na pająki”, która w dziesięć dni sprzedała się w liczbie stanowiącej pół całego nakładu.

Dziś już nie wierzę na słowo. Nie wierzę, że ludzie są głupi i nie czytają. Nie wierzę, że branża wydawnicza jest trudna. Dla autora, owszem. I dla czytelnika, który nie dość, że jest obrażany, to jeszcze musi wydawać kosmiczne pieniądze na coś, na czym wszyscy zarabiają, tylko nie ten, co to stworzył.