06.09.2012 Hollywood Ending

Czy to syndrom neurotycznego twórcy, co mając szansę jedną na milion, kładzie wszystko z powodu nagłej utraty wzroku?

Cały dzień mościłam się na ten wieczór, w którym napiszę kolejne rozdziały DMŻ (Dzieła Mojego Życia). A teraz siadłam, rozłożyłam Acera i ściskam powieki, raz, dwa, trzy, wgniatam palcami gałki oczne, i znów mrug, mrug, mrug, pokrętła w mózgu się grzeją, litery skaczą, jeden wniosek z tego taki: jestem zgubiona. Straciłam wzrok.

Nie mogę pisać. Nic nie napiszę. Na nic pies przewodnik. Choćby labrador. Wszak pisać za mnie nie będzie.

Czy to syndrom neurotycznego twórcy o żydowskich korzeniach, który mając szansę jedną na milion – wyreżyserowania filmu z gwiazdorską obsadą pod okiem hojnego producenta – kładzie wszystko z powodu nagłej utraty wzroku? I czemu nie dziwi to jego syna, który otwiera mu drzwi po latach i jednym miotnięciem intuicji:

– Oślepłeś psychosomatycznie – bezbłędnie stawia diagnozę?

Bo jest taki sam. I ja mam to samo. I mnie los postanowił sprzątnąć sprzed nosa wygodę, wpędzając w zaułek ironii:

– Mało miałaś czasu? Narzekałaś na  chaos, obowiązki, brak weny? To masz teraz ślepotę. Jeszcze trochę ponarzekasz, to ci urwę rękę. Prawą.

Dlatego siedzę cicho. I piszę DMŻ. Val Waxmann też po cichu kręcił swój film. Jak wyszło tak wyszło. Jeszcze w liceum filmy się oglądało na taśmach wideo. Chodziło się do Beverly Hills, brało się kasety. Idę więc z kumplem, patrzymy, szukamy, co by wypożyczyć. Wreszcie trafiamy na Woody’ego Allena. Ja chcę już brać, już mnie moja pokręcona natura korci, lecz kumpel mnie trzeźwo:

– Daj spokój, to półka dla zjebów – ze ścieżki tej krętej zawraca.

Bez skutku. Bo od lat, choć po omacku, kolebię się na tę półkę.

11 listopada 2011, gdzieś w dżungli

– Czy ktoś z was czytał o nazistach? Czy nie uważacie, że powinniśmy się skrzyknąć, złapać za kije bejsbolowe i wyjaśnić im parę rzeczy?

– Sądzę, że  pokojowe rozwiązania są lepsze.

– Pokojowe rozwiązania to jedna rzecz, a druga to taka, że argumenty za pomocą bejsbola trafiają w samo sedno.

Nie wiem, czy ktoś się nie obrazi za moje dość swobodne tłumaczenie tego dialogu, proszę jednak pamiętać o furtce zwanej licentia poetica, którą zwykle się wymykam przed twardymi konkretami krytyki. Przytaczając ów dialog z filmu W. Allena pt. Manhattan, chciałam wyrazić swoją opinię na temat obchodów Święta Niepodległości w naszym kraju. Mogłabym jeszcze wrzucić jakiś tekst typu: „Kill’em All”, albo „Rozpierdolę wszystko wkoło”, ale się powstrzymam od nadmiaru słów, bo w pewnych sytuacjach jest lepiej, gdy słów po prostu brak.

22.09.2011 Facet

Wczoraj byłam na spotkaniu z czytelniczkami, które, jak sama nazwa wskazuje, były kobietami, a kobietami były z założenia i z premedytacją, bo to miało być spotkanie kobiet. Tak więc kobiety w różnym wieku przybyły na spotkanie ze mną, by porozmawiać o mojej książce, o blogu, o Woodym Allenie i o zmianie koła w Punto.

Ostatni wątek powstał w warunkach dość dramatycznych, bo rano, gdy spieszyłam się do pracy. A byłam już spóźniona, gdy nagle się okazało, że spełnił się jeden z moich koszmarów, mianowicie złapałam gumę.

Długo wpatrywałam się w zalegający w bagażniku zestaw młodego mechanika samochodowego i tylko czasem przerywałam stupor, by zatopić wzrok w wyświetlaczu komórki.

Po głowie biegały mi myśli niczym głodne szczury i tylko jedna z nich zdominowała resztę na tyle, by wprowadzić ją w  życie. Zadzwoniłam do Mikołaja i przerywając mu instrukcję obsługi lewarka, wyrzuciłam w słuchawkę stek przekleństw. A potem znów zastygłam nad bagażnikiem.

Nie jestem facetem. Nie jestem nawet w ułamku procenta. Nie znam się na zmianie koła w Punto. Nie rozumiem tego. Nie wiem, co to jest lewarek. Jaki lewarek? Te śruby są zapiekłe. Koło brudne. Gdzie to przyłożyć? Która to jest strona: lewa?

Tak, rozwiązałam zagadkę Einsteina. Tak, radzę sobie z układanką „T”. Tak, skończyłam techniczne studia. Ale, kurde belans, to wszystko było łatwe.

I tak sobie wesoło rozmawiałyśmy, my kobiety na spotkaniu kobiet, gdy nagle jedna z nich coś sobie przypomniała, coś jej zazgrzytało, zmarszczyła więc czoło i wypaliła takie oto zdanie:

– Ale zaraz, zaraz… mój znajomy powiedział, że jesteś autorką, która rozumie mężczyzn!

Szanowni Państwo, skończyły się siupy. Taka opinia zobowiązuje. Taka opinia stawia mnie po jednej ze stron damsko-męskiej barykady. I nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przytaknąć. Pewnie, że rozumiem! Rozumiem w stu procentach.

I właśnie dlatego z ulgą porzuciłam rozbabrane Punto i zawołałam Kazika. A Kazik z pasją popisał się umiejętnościami, przy których zagadka Einsteina jest zadaniem dla śliniącego się niemowlaka, a studia podyplomowe to żart.