Tagged: Sylwia Kubryńska

Samum, pustynny wiatr

To była moja tęsknota, to jest moja radość, to od zawsze i na zawsze zostanie moim smutkiem. Ilustrowana przez moją przyjaciółkę, bez której nigdy ta powieść by nie powstała…

Samum_Okladka_finalSiedzę w pokoju z kotem, obok palą się świece, w tle gra, a nawet śpiewa i to cudowanie śpiewa Melody Gardot. Jej niski, welurowy głos rozbija delikatnie jak masaż moje ciało na drobne, bezbronne – ale też wolne od cierpienia, znoju, czy pretensji – ciało. Powoli zamieniam się w spokojnie falujący na pulsującej fali dźwięku wiatr.

Jestem wiatrem, ale bez jego porywczości, jestem wichrem, ale spokoju, jestem okiem, ale cyklonu. Te czasoprzestrzenne miejsca/zdarzenia, ten moment zatrzymania żywiołu, jest esencją mojego istnienia. Samo określenie: „oko”, jakby: dodatkowe, trzecie oko – daje mi poczucie wyjątkowości chwili, przejścia świadomości w stan gdzieś powyżej, ponad. Kiedy żywioł się zatrzymuje, zbiera siły. Ja zbieram siły. Gromadzę energię, ściągam ją ku sobie, siedząc nieruchomo, chłonę moc, by z nią uderzyć jeszcze raz.

Wczoraj był pierwszy wieczór autorski mojego wydawnictwa. Dziś płakać mi się chce ze szczęścia. Za to, że mam taką Autorkę, za to że mam takiego Syna, za to że on ma taką Dziewczynę. Kto był, ten wie, o czym mówię, kto nie był – niech będzie następnym razem, bo takie rzeczy warto w życiu doświadczać. Takie rzeczy to życie czynią żywym.

Tak dużo jeszcze chcę zrobić! Tyle mam pomysłów, że czasem zastanawiam się, czy mi życia starczy. I nie mówię tu bynajmniej o życiu jako zatrzaśniętym paśmie na osi czasu. Nie. Życie to nie tylko odcinek  między dwoma punktami zwanymi narodzinami i śmiercią. Życie to jego treść, nieważne na ile dni rozciągnięta. I właśnie nad tym się zastanawiam: czy starczy mi życia, energii, oddechów? Czy te kwanty gromadzone skrzętnie przy słuchaniu Melody Gardot, dadzą radę? Czy, tak jak Julek ze Szklanki na pająki karmił się kolorami, ja dostatecznie nakarmię się muzyką, by nie tylko trwać, ale w tym trwaniu zrobić to wszystko, to WSZYSTKO, co chcę zrobić?

Czy barwa głosu, czy pomruk saksofonu, czy plumkanie pianina, czy wreszcie: cisza przemykająca się między nutami – czy to wszystko wystarczy?

Mogę tu kokietować, że nie wiem, że ten, tamten. Mogę się krygować na fałszywą skromność, ale kto mnie zna, wie, że krygować się nie będę. Bo moje zastanawianie się, to żaden lęk. Ja się nie boję, CZY mi starczy sił, jak się zastanawiam JAK mi starczy sił. To jakby przyglądanie się niezwykłym prawom przyrody, to jakby badanie praw fizyki. No jak to? No tak to. Jestem okiem cyklonu. Wokół burza piaskowa. Wokół słoneczny huragan. Ten huragan to też ja. Ale wczoraj. Dziś jestem ciszą. Zbieram siły. Jutro znów będę wiać. I to pełna parą. Jutro wypuszczę kolejną książkę mojego wydawnictwa. I będzie to moje pierwsze dziecko, to najstarsze. Romans na pustyni, zagubione serce Sahary. Kiedyś, dawno temu, dałam imię temu dziecku. To było tak, jakbym je powiła w wiosce indiańskiej i starym indiańskim zwyczajem nazwała je określeniem dwuczłonowym. Linie Równoległe. Potem, wystraszona skojarzeniami z traumą młodości: matematyką, zmieniłam to imię na Last Minute. Ostatnia chwila. Bo każda chwila jest ostatnia. Tamta też się stała ostatnia i całe szczęście. Nie chciałabym do niej wracać.

Last Minute poszła w świat i tak jak poprzednie wydanie Szklanki na pająki Basi Piórkowskiej – nie dała mi zarobić. Ale życie to energia nie tylko stracona, to także energia odzyskana. Odzyskałam więc moje najstarsze dziecko i znów, po raz ostatni (choć być może pychą jest wyrokowanie: co tu, w tym wymiarze jest po raz ostatni), dałam mu imię. To imię oznacza właśnie to, co opisuję dziś. Wiatr. Gorący, pustynny wicher.

Samum.

Ta książka to radość i smutek, ale przede wszystkim tęsknota. Kto z nas jej nie zna? To była moja tęsknota, to jest moja radość, to od zawsze i na zawsze zostanie moim smutkiem. Książka jest ilustrowana przez moją przyjaciółkę, Agnieszkę, bez której też nigdy ta powieść by nie powstała. Korci mnie, żeby Wam pokazać jeden z rysunków, albo okładkę, ale nie. Nie w oku cyklonu. Tu, teraz – nic nie może się stać. Tu nic nie ma.

A jeśli chodzi o emocje, to owszem, w oku cyklonu trudno także o emocje. A nawet nie trudno, nie. One są gdzieś poniżej, w strumieniu, w rzece myśli, właśnie w tym huraganie. Prują wraz z energią, tą właśnie energią, którą teraz zbieram. Patrzę na nie jak na film, który będzie wyświetlany dopiero następnego dnia. Jestem w swoim pałacu, w czerwonym zamku czasu i pstryk: odsłaniam kotarę jutra. Oto są. Pędzą w szyku zwartym, w poukładanych misternie fraktalach potężnej wichury. Przyglądam się im bez pośpiechu, nie muszę się spieszyć. Zdążę do jutra. Jedyne, co mi towarzyszy, to ciekawość, a właściwie nie ciekawość, raczej: zaciekawienie. Która z nich będzie najwyraźniejsza? Która jest królową? Radość? Nie, nie w tym wieku! To może gniew? Darujcie. Gniew też już odchorowałam. Lęk? Ha, ha, ha. Sami sobie odpowiedzcie, czy mogę czuć lęk, skoro na sam dźwięk tego słowa chce mi się śmiać?

I oto jest. Ta emocja, która mnie obecnie chyba najbardziej przejmuje. Delikatny smutek, cień maleńkiego żalu, który można określić mianem: szkoda.

Szkoda tych, co mi na drodze staną.

Superbohaterka Roku 2015

Co założę na Galę? Kostium Kobiety Kota. Niech to będzie mój skok z wieżowca, moje salto mortale, bo przecież kot, choć ma dziewięć żyć, żyje jednym, tym najpiękniejszym, gdzie sprawy, na które nie ma wpływu, może mieć w dupie

kkot2

 

Zostałam nominowana do tytułu Superbohaterki 2015 w Plebiscycie Wysokich Obcasów. Wiadomość ta obudziła mnie na Mazurach, między snem o białych lampartach a planem nurkowania na rafie koralowej. Oczywiście, nic z tego nie wyszło, bo spadłam z łóżka z wrażenia i zaczęłam kombinować, czy może mi się śnić jednocześnie rafa, lampart i nominacja? Ze mną jest różnie. Bywa, że we śnie walczę ze smokiem, który zamienia się w Benedicta Cumberbatch i zamiast ciosać mieczem, zaczynam knuć, jakby tu z nim gdzieś prysnąć.

Tymczasem serio. Jawa. Rzeczywistość. Rzeczywistość namacalna. Wstrząsająco prawdziwa. Ja. Ja i kostium niebieski, czerwona peleryna. Super hero. Nominowana za wrażliwość społeczną i dowcip. Za – jak się domyślam – szczerość, na którą się pewnego dnia zdecydowałam, bo przecież ile można udawać, że jest się fajniejszym niż jest? Ile można ciągnąć coś, czego się nie lubi? Ile można kompromisów zawierać, skoro wcale się ich nie chce?  Ile można dźwigać na twarzy masek?

Leżę więc nadal w łóżku z tym swoim białym lampartem, z tym smokiem i z telefonem przy uchu, kompletnie zaskoczona. I nie wierzę własnym uszom, że to moje pisanie było takie ważne. Nie wierzę, że mogłam kogoś uszczęśliwić tym, że przyznałam się do własnej ułomności. Nie wierzę, że te moje żartobliwe teksty coś mogły zmienić. Kogoś podnieść. Komuś pomóc. Paula mi tłumaczy, uśmiecha się do słuchawki, a ja płaczę.

Nie mam pojęcia, co założę na Galę. Może kostium Kobiety Kota? Niech to będzie mój skok z wieżowca Gotham City, moje salto mortale, podczas którego złapię wszystkie pozostałe Kobiety Koty, które muszą ciągle się przebierać, udawać, starać się o coś i gówno z tego mają. Tymczasem przecież kot, choć ma dziewięć żyć, żyje jednym, tym najpiękniejszym, gdzie sprawy, na które nie ma wpływu, może mieć w dupie.

Poniżej przedstawiam moją nominację (ja jestem w czerwonej sukience i się wkurzam) oraz pozostałych piętnaście nominowanych Super Bohaterek, które ogromnie cenię. Za odwagę, za szczerość, za moc. Tę jedyną, nie do podrobienia, nie do przecenienia, najważniejszą. Moc Kobiet. Oddajcie głos na którąś z nas. Nie mówię, że na mnie. Ale na którąś TAK. Kobiety na to zasługują.

Plebiscyt-Superbohaterka-2015

Kliknij, żeby zagłosować.

Czerwona sukienka

Tortura? Tortura to jest kochani nad ranem, gdy nic nie pamiętam, a po podłodze wala się moja sukienka

……………………………………………………………………………………………………….

976888_661591373875300_300040238_o

fot. Zygmunt Rytka

Moja sukienka jest winna.  Ponoszę tę winę jeszcze do wieczora. Może do nocy? Kto wie, kiedy się skończy ten dzień? Taki dzień zwykle kończy się nagłym zrzuceniem winy na podłogę. Nad ranem ściągnięte czoło bezsilnie próbuje wyłuszczyć z pamięci tę chwilę. Poranna ucieczka to zbrodnia. Ale kto jest zbrodniarzem? Czy ten kto ucieka, czy ten kto zostaje porzucony? Nie ma winnych. Wina została zdarta jak miękki materiał. To sukienka jest winna, nie ja.

Dowodem winy jest jest ona sama jak plama krwi z nieobecnego w niej ciała. Pamiętacie pusty garnitur kierownika Prochora Piotrowicza? Szatański pomysł Behemota? Moje ciało też diabli porwali. Moje ciało jest czort wie gdzie. Nie tylko dlatego, że tak przez tę noc schudłam, choć i tego nie wykluczam. Znikłam, jak to mam w zwyczaju, jak to miała w zwyczaju babka Czyżowa, jak to ma w zwyczaju każda kobieta. Nie dzwoń więc do mnie, i tak nie odbiorę. Zadzwoń do sukienki. To sukienka jest winna, nie ja.

To sukienka była pijana. Pełna winy i pełna wina, winna, zwinna, winowata. Tańczy beze mnie zhańbiona i rzuca się po podłodze w spazmach. Ten, kto odrzuca też cierpi. Cierpi podwójnie, bo wisi na nim wina jak krwawy sztandar. Czerwona sukienka. Morderca poranków. Będzie ją trzeba powiesić. Na szubienicy wieszaka, w trumnie szafy. Trzeba ją wsadzić za kraty szkockiej spódnicy. Umieścić w areszcie garderoby. Zakopać swetrem w kolorze ziemi. I nigdy więcej nie wyjmować. Wszak trupów z szafy się nie wyciąga. Nie wskrzesza się skazańców.

Myślicie, że zasłużyła na tortury? Tortura to jest kochani nad ranem, gdy nic nie pamiętam, a po podłodze wala się moja sukienka. Wkładam więc ją jak rewolucyjną flagę i wymykam się po cichu wprost pod obstrzał.

Kobieto! Możesz się wymykać bez najmniejszego szmeru, twoja sukienka i tak krzyczy. Nie ma takiej możliwości, żebym bez: „Mogę ci postawić drinka?”, „Czemu jesteś sama?”, „Dokąd to?” – przemknęła choć dwie przecznice. Nie ma szans. Jestem cholernym czerwonym wykrzyknikiem, ruchomym celem. Trzeba było się tak nie ubierać. Trzeba było nie prowokować.

– Chyba wiesz, po co się tak ubrałaś?

Moja sukienka kłóci się jak przekupka na skraju drogi. Kłóci się ze światem, kłóci się ze mną. Jestem łysą feministką z owłosionymi nogami. Spod czerwonego materiału wystają czarne kędziory wyzwolenia. Ostrzegawczy kolor mówi, że ucieknę nad ranem. Chcesz postawić mi drinka? Dobre sobie. Ja wódkę wypiję, ty kieliszek wbijesz mi w kark. Szkło wyrzutów ugrzęźnie poczuciem winy w niegojącej się ranie na plecach. Sukienka jest słabym bandażem. Sukienka za szybko się zsuwa. Sukienka jest winna. Winna, zwinna, winowata.

Za wódkę trzeba zapłacić. Za noc trzeba zapłacić. Kręci się spirala zależności. Jeśli wyjdę bez słowa, będę potworem. Jeśli zostanę – lalką. Zaznacz, co wybierasz.

Po co się tak ubrałam? Dla kogo? Dla siebie? Bzdura. Lepiej nie pić drinków po knajpach. Lepiej w domu wódkę wymieszać. Sukienki spalić. W ogródku rozstrzelać. Włosy ściąć. Plecy zasłonić. Nogi odrąbać. Wszystkie sklepy z czerwonymi sukienkami omijać. Wszystkie sukienki są winne. Winna jest wiosna. Wysokie obcasy. Uśmiech. Radość. Kobiecość.

Nic nie rozumiesz? Deseń sukienki to fizyka kwantowa. To nieskończony dowód na niepojętość. To wzór chemiczny przemiany cukrów w tłuszcze, kremówek w oponki, batoników w obfite tyłki. To huśtawki nastrojów, taniec grup wodorowych na placach zabaw hormonów. To wskaźnik BMI, diagram znikania. To poranny odwrót. To kategoryczne odrzucenie. To NIE pod pozorem TAK. TAK pod pozorem NIE. To matematyczna silnia dziewczęca do potęgi kobiecej. Rozwiązuj, rozwiązuj ten test do rana, bo rano włożę czerwoną sukienkę i wyjdę bez czekania.

– Dokąd to?

Na łąkę. Na deszcz. Na słońce. Czerwona sukienka to flaga słoneczna. Mak polny, róża ogrodowa. Roztargniona kokieteria. Kolor krwi, kształt ciała. Wiosna. Nie zastrzelę jej, nie spalę. Nie powieszę. W razie czego – obwinię. Obwinię i rozgrzeszę.

Bo ona to ja.