Historia pewnego obrazu

Depresja to niezwykła choroba. Zgadzam się: groźna. Bezwględna. Ale w tej bezwzględności jest bezcenna wartość. Co nie zabije, to wzmocni. Kto przeżyje, ten wie. Wie wszystko…

Gdy po raz pierwszy weszłam do Ważka Caffe, rzucił mi się w oczy portret. Przedstawiał osobę skądinąd mi znaną, a znaną tak blisko, że nie mogłam oderwać oczu. Kiedyś  pewnie miotana niepokojem Boże, skąd znam tę osobę!, pozostałabym w stuporze nieodgadnięcia. Kiedyś w ogóle bym pozostała w stuporze nieodgadnięcia wielu kwestii, nie tylko postaci na obrazie. Ale tamte czasy minęły. Tajemnice, o których szepczą znajomi za plecami, kręcąc głowami z niedowierzaniem: „ślepa, czy co?” – cudownym sposobem się przede mną odsłoniły. 

Depresja to niezwykła choroba. Zgadzam się: groźna. Bezwględna. Ale w tej bezwzględności jest bezcenna wartość. Co nie zabije, to wzmocni. Kto przeżyje, ten wie. Wie wszystko. 

Także patrzę, trach, wiem. Poznaję. 

Ktoś namalował mnie samą. 

Skąd znał? Dlaczego?!

Usiadłam przy stoliku, zamówiłam ciastko, zadałam pytanie kluczowe. Kto jest autorem obrazu? 

– Pewna znajoma malarka – poinformowała mnie niezwykle uprzejma właścicielka kawiarni o imieniu Małgorzata.

I zaraz potem objaśniła w szczegółach, na czym polega sukces smaku pałaszowanej przeze mnie szarlotki. Wszystko na maśle… codziennie świeże… jaja… mąka… – dobiegały mnie słowa, a ja tkwiłam w obrazie po uszy i jak zwykle ignorowałam sprawy kulinarne. 

Są ludzie, którzy ignorują sprawy kulinarne. Nigdy nie zapiszą żadnego przepisu, ich mózg wyłącza skupienie, gdy tylko coś w tej kwestii usłyszą. Sterowane układem autonomicznym decyzje umysłu o odrzuceniu wszelkich tego typu informacji dzieją się bez użycia woli. I choćby nie wiem, jakby się człowiek skupiał – nie zapamięta ani jednej linijki z żadnego przepisu na nic. 

Należę do tych ludzi. 

I żeby nie było. Umiem gotować. Gotuję wyśmienicie. Ale nie pytajcie, jak to robię. Nie mam zielonego pojęcia. Nic na ten temat nie wiem. Ostatnio piekłam ciasteczka. Ewelement świadkiem. Siedziała przy stole, ja zagniatałam ciasto (???!!!), a gdy przyszło włączyć piekarnik, jęłam naciskać jakieś tajemne przyciski (bez skutku), wreszcie nieco już zirytowana odeszłam dwa kroki, uniosłam dłonie, zaklęłam i wykonałam gest w rodzaju „abrakadabra” – po czym piekarnik się włączył. 

Ciasteczka wyszły bajeczne. Dosłownie. 

Wracając do obrazu. Wisi na ścianie i ukazuje mnie światu, a ja nie wiem, skąd, dlaczego, jak. Zbliżam się, przyglądam, patrzę, oczom nie wierzę. Obraz jest podpisany… moim imieniem! 

– Ile za ten obraz?

Małgorzata odpowiada coś w rodzaju: milion pięćset, sto dziewięćset. Wiem, że nie mam takiej sumy. I wiem, że muszę mieć ten obraz. Bo to ja. Bo to MOJE. 

Mijają miesiące. Jak wiecie, odwiedzam „Ważkę” niemal codziennie. Tu są moje książki, tu jest moja dusza. I przychodzi TEN dzień. Ten dzień jest dniem proroczym, zwiastunem nadchodzącego roku. Skąd to wiem? Tak się składa, że właśnie czytam książkę o cywilizacji Majów. I dokładnie tego dnia dowiaduję się o tym dniu. Dziewiętnasty listopada. Dzień proroctwo, wzór na kolejny rok, symbol przyszłości. Wszystko, co się dziś wydarzy, rozpocznie wydarzenia w dwa tysiące dwudziestym!

Zrywam się jak oparzona. Nie mam czasu. Muszę działać, muszę zadbać o przyszłość! Czego bym w niej pragnęła? To oczywiste. W przyszłym roku chcę osiągnąć sukces wydawniczy, chcę…! 

Dziś muszę sprzedać książkę. Nie ma to tamto. MUSZĘ. 

Lecę do Ważki na skrzydłach, z daleka już widzę kogoś w kawiarni. Jakąś babę. Z dzieckiem. Trudno. Wcisnę jej Poradnik dla psychopatów. Nie dam wyboru. I tak jak powiedziałam, nie daję wyboru. Wchodzę wejściem smoka, na bezczela oznajmiam, co następuje:

– Dziś jest święty dzień Majów, dzień proroczy. Muszę sprzedać książkę! 

Kobieta odwraca głowę, przygląda mi się przez moment, po czym odpowiada zgodnie z planem:

– Biorę. Ile?

Kuźwa, życie jest takie proste, myślę i siadam obok niej, obok dzieciaka. Dzieciak grzebie w czekoladzie na gorąco, nieśmiało się uśmiecha. Zna się na Majach. Wszystkie dzieci znają się na Majach. Wszystkie dzieci są „Maya”. 

– A ty, Sylwunia, jak sobie radzisz?- słyszę zatroskany głos Małgorzaty zza zaplecza. – Jak po rozwodzie? Udało ci się jakoś stanąć na nogi?

To nie do mnie! Ludzie, to nie do mnie! Jak powiedział Szaman Mako: w ciemności wszystkie Noemi są czarne. Małgorzata rozmawia z tą kobietą, która nosi moje stare imię. Która… 

Nie na darmo czytam książki. Nie na darmo mi wiedza o dawnych cywilizacjach. Patrzę na kobietę z dzieckiem, zaraz na własny portret. TO ONA. I mówię jej słowami: 

– Biorę. Ile?

A ta wcale nie zdziwiona, bo przecież już dawno temu przeszłyśmy na język Hopi i nic nie musimy sobie tłumaczyć – odpowiada, że nie weźmie ode mnie miliona pięćset, bo wie, że tyle nie mam. I wymieniamy się bez zbędnych ceregieli własnymi talentami. 

Talent to moneta o wielkim nominale. Bezcennym. 

Byłoby super, gdybym teraz mogła wam wyjaśnić, że ona mnie znała wcześniej. Ale tego nie zrobię. Bo ona mnie nie znała. Ona nic o mnie nie widziała. Wiedząc jednocześnie wszystko. 

Skąd wiedziała wszystko? Jakże to proste. A jakże tajemnicze. 

Wracam do domu z obrazem, ona wraca do domu z książką. Ja obraz wieszam na ścianie, ona chce postawić książkę na półkę. Na półce w jej wynajętym mieszkaniu stoi inna książka. W niebieskiej okładce. Coś w tej okładce przykuwa uwagę.

Może znajome imię? 

Artystka bierze książkę, ogląda. Na okładce kobieta dość doskonała wytrzymuje ból siedząc na nożach.

Chwilę później mój telefon dźwięczy. SMS. Od nowej znajomej. 

Zobacz, co mam. Gdy uciekałam z domu, niewiele zdążyłam zabrać. Ale o tej książce pamiętałam…

nemezis.me

Sylwia Mickiewicz Sylwia Kubryńska

Jakie są plusy bycia niesławną?

Sława to taki stan, w którym nikt cię nie rozumie i należy się zabić.

IMG_2069Postanowiłam pisać już tylko o pozytywnych sprawach, podkreślając w nich pozytywny aspekt w pozytywny sposób. I już, już miałam zamykać tego bloga, gdy w ostatnim desperackim rzucie myśli przyszedł mi do głowy pomysł napisania o zaletach bycia niesławną. 

Niewiele ludzi wie, jakie to uczucie: być najpierw sławną, a potem niesławną. 

Aby w pełni ukazać walory tego drugiego stanu, muszę zacząć od początku, a więc od bycia niesławną. Bo przecież z jakiejś niesławy najpierw trzeba wyjść, żeby stać się sławną, by potem ostatecznie popaść w niesławę. 

Pierwsza niesława jest jak woda. Ani słodka, ani gorzka. Dzień jak codzień. Nic się nie dzieje, nikt się nie interesuje, cisza, martwota. Życie znojne i nieustanne próby realizacji tej swojej fanaberii, jaką jest twórczość. Potem nagle mały ruch. Ludzie zaczynają się interesować. Doceniać. Życie się zmienia. Z początku niby powoli, ale jednak pruje coraz śmielej i nawet nie wiesz, kiedy mówisz do trzech milionów widzów. 

Wiecie jakie to paraliżujące? 

Weź się pomyl! Weź się wygłup! Weź się zdradź!

Z początku jeszcze nie bierzesz do głowy, bo niby z jakiego powodu ta spina? Ale szczerość zaczyna być nierozumiana. Gorzej: wywołuje protest. Oburzenie. A ty w zamrożeniu ważysz każde słowo, żeby afery nie było. 

Im większa sława, tym gorzej. Wynika to z matematycznej zasady. Im więcej wokół ludzi, tym większa grupa osób ma problem ze zrozumieniem. A właściwie: ty masz problem. Jak mawiał Einstein – mówię, że to on, choć nigdzie nie znalazłam potwierdzenia źródła i już zaczynam podejrzewać, że to moje słowa: 

Jeśli obsługa urządzenia wymaga instrukcji, należy zabić projektanta. 

Na nasze będzie: Jeśli słowa są niepojęte, należy zabić autora. (Autorkę !!!)

No więc sława to taki stan, w którym nikt cię nie rozumie i należy cię zabić. A że nikt się nie odważy, nie ma wyjścia, musisz zabić się sama. 

Wtedy przychodzi niesława. I nagle rzecz wygląda zupełnie inaczej. Oczywiście nadal nikt cię nie rozumie, ale przestaje ci to doskwierać. Topnieją tłumy, cichną telefony, pustoszeje komunikator. Nastaje pustka wokół. Nie ma nawet zaproszeń na galę, co warto podkreślić, piszemy wszak o pozytywach.  

Wolność. Zero ustaleń, umów, zobowiązań. Żadnych pracodawców i żadnych oczekiwań. Nie ma reguł, terminów, warunków. Wszystko znika.  

Tymczasem możliwości pozostają!

Możesz teraz pisać co chcesz, mówić co chcesz i robić co chcesz. 

W kwestii zrozumienia? Nie masz stanowiska. Tym razem to już naprawdę nie twój problem. Zresztą, wystarczy zapytać Einsteina o tę frazę. Jak to było? 

Jeśli urządzenie ci się nie podoba, zrób lepsze. Na pewno umiesz. 

Sami przetłumaczcie, jak to na nasze będzie. 

nemezis.me

Stowarzyszenie Pięknych Kobiet – warsztaty

Ogłaszam warsztaty artystyczne dla dzieci i młodzieży! Będziemy pisać baśnie! Będziemy rysować smoki! Będziemy robić teatr! Będziemy otwierać czakramy! Z nieskażonych narzekaniem umysłów zbudujemy inny świat

Obudził mnie własny śmiech. Mam zdarte gardło. Poważnie. Pierwszy raz mi się coś takiego przytrafiło. Słyszałam kiedyś, że można płakać przez sen, ale żeby się tak śmiać? Do zdarcia? Do wybudzenia?

A jednak.

Mam gruby jak cegła słownik symboli Kopalińskiego. Znalazłam go kiedyś na ławeczce we Fromborku. Nie pytajcie, czemu akurat tam. Spadł z kosmosu niechybnie. Kopernik mi zrzuciła. A ja rzeczy z kosmosu szanuję. I używam słownika nader często. Zaraz po przebudzeniu sprawdzam. Księżyc. Wilk. Kot. Rzeka. Zaćmienie słońca. Rubin. Wszystko coś znaczy, zwłaszcza we śnie. Znaczenia moich snów są zwykle negatywne. Kłopoty, zmartwienia, choroba. Bieda. Nędza. Śmierć. 

Gdy to czytam, zwykle parskam śmiechem, bo wszystko przez Kopalińskiego wymienione dawno już jest za mną. Co mnie finansowe tarapaty? Co mnie tam choroba? Co mnie śmierć? To już było. Drugi raz nie umrę przecież.

Ale Radości w słowniku nie ma. Takie rzeczy się nie zdarzają. Śmiech nie może być symbolem niczego z tej prostej przyczyny, że w tej szerokości geograficznej nie występuje. Jak czegoś nie ma, to nie ma. Tymczasem budzi mnie. Do rozpuku.

Siadam na łóżku z tym zdartym gardłem i przypominam sobie scena po scenie, co mnie tak rozśmieszyło. Latam w Dolnym Wrzeszczu nad Placem Wybickiego. A tam dzieci. Dużo dzieci. W dzieciakach jest pełno radości. Jakaś roztańczona dziewczynka mówi do narzekającej baby: pani do szpitala się uda, a nie. Dupę zawraca.

–  Pani do szpitala się uda. A nie. Dupę zawraca.

Kobieta idzie do pracy i utyskuje. Że ją strzyka i boli, że źle, że się nie chce.

–  Pani do szpitala się uda. A nie. Dupę zawraca.

A ja latam. I w locie umieram ze śmiechu. To takie proste. I takie śmieszne. I takie oczywiste. Ile kobiet dziś przyszło do pracy? Ile z nich narzeka? Ile do szpitala się nie udało?

I dupę zawraca?

Dzieci są takie mądre. Tak prosto wszystko widzą. I tyle w nich radości!

Kiedyś prowadziłam dwumiesięczne warsztaty dla dorosłych. Dwie osoby się obraziły. Kilka nie miało czasu. Rozmyło się, rozjechało.

Kiedyś prowadziłam godzinne warsztaty dla dzieci. Miesiąc później spotkałam w Biedronce dziewczynkę. Podeszła do mnie i powiedziała: –  A ja napisałam tę książkę!

Napisała. I będzie pisać. Zostanie artystką z tą unikatową umiejętnością, której nie ma dziś prawie nikt. Z umiejętnością, która sprawia, że jej książkę czyta się jednym tchem. A nie. Dupę zawraca.

Dla tych, co dupę zawracają są nagrody literackie. Dla tych, co piszą czytelnie: są Czytelnicy. Wybór należy do was.

Złapałam za telefon, napisałam kilka esemesów do matek. I już mam dwie chętne! Tak, tak. Tylko bezrefleksyjni ryzykanci ignorują swoje sny. Ja nie mogę aż tak ryzykować. Mnie się śnią śmierci i tarapaty. Kopaliński dupy nie zawraca. On wie, co pisze.

Ogłaszam warsztaty artystyczne dla dzieci i młodzieży! Będziemy pisać baśnie! Będziemy rysować smoki! Będziemy robić teatr! Będziemy otwierać czakramy! Z nieskażonych narzekaniem umysłów zbudujemy inny świat.

Rusza rok szkolny. Dajcie sobie spokój z tymi hałaśliwymi basenami. Nie szukajcie zajęć po omacku. Ja się zajmę waszymi pociechami. Nauczę ich, jak odbić rzeczywistość w twórczości. Jak trudne emocje wyrzucić na kartkę papieru. A potem zagiąć panią od polskiego, która, owszem, może i się uczyła pisać, ale nadal nie umie.

Czas przeszły nigdy nie dokonany.

Już załatwiam salę. Szczegóły podam wkrótce. Tymczasem piszcie do mnie, zgłaszajcie. Biorę każdego dzieciaka. Im mniej umie, tym lepiej. Tabula rasa. Czysta kartka. Napiszemy na niej baśń tysiąca i jednej nocy. E tam, tysiąca. Miliona miliardów.

Nieskończoność możliwości ludzkiego umysłu.

To właśnie wasze dziecko.

———————————————————————–

Organizator – Spółdzielnia Literacka „BaBa” Sylwia Kubryńska, Stowarzyszenie Pięknych Kobiet.

Termin – Od października 2019.

Miejsce – Gdańsk Wrzeszcz albo Sopot.

Cena – Nie wiem, jeszcze szukam wsparcia, zależy ile dzieci, powiem po kaszubsku: nie pokrzywdzę. 

Zgłoszenia: redakcja@baba.com.pl

PS. Jeśli jesteś dorosła, a siedzi w tobie dzieciak – przyjmę.

PS2. Facetów uczyć nie będę, ich ego jest nie do przeskoczenia nawet dla tych, co potrafią latać. No chyba, że to będzie Szaman Mako.

PS3. nemezis.me

IMG_0534
Co mnie śmierć? Drugi raz nie umrę przecież… (fot. Ewelement)

 

 

 

Psychopacki

fullsizeoutput_231Jestem redaktorem naczelnym gazety! Ha! Ha! Hahaha!

Już tłumaczę, jak do tego doszło. Najpierw sen. Stoję w kolejce do niemieckiego kasjera (NIEMIECKI KASJER), w kieszeni mam coś pochowane, w zasadzie: kradnę. W Niemczech. Trzeba mieć jaja jak byk, żeby w Niemczech coś zwędzić. A ja proszę. Stoję na bezczela, patrzę w oczy temu niemieckiemu oficerowi geszeftu i przemycam jakieś pierdypały z ichniejszego tysiąca i jeden drobiazgów. 

No, ale, myślę: dobra. Po cholerę mi kraść, zaraz gestapo zawołają i mnie w tym niemieckim więzieniu będą torturować. Dziękuję. Stać mnie. Co ja tam nakradłam? I wyjmuję na ladę coś, co wygląda jak termometr, tylko że pompowany. Pompowany termometr? Ciśnieniomierz? Zawału dostanę? Dobra, dalej. Co wyciągam jeszcze? Tu się zdziwicie: RYZĘ PAPIERU do drukarek. Ryza. Wyjęta z kieszeni. Luz. 

Pierwsza myśl: po cholerę mi ryza papieru? No i GŁOS z góry, TEN głos, wiecie:

– PRZYYYDA CI SIĘ.

Dalej poszło szybko. Ryza papieru do drukarek oznacza potrzeby drukarskie, coś mam drukować, a co innego można drukować na formacie A4, jak nie gazetę? Jakieś urzędowe flaki z olejem, albo… No i powstała dziś Ona, moja pierwsza, jedyna, numer jeden, własna gazeta, którą lecimy pewnie raz na tydzień i w ogóle mam pomysłów MILION. 

Ciekawostka. Jak na rasową artystkę przystało, zrobiłam błąd redaktorski. Czy jakiś tam. W każdym razie: błąd jest z przytupem. W tytule gazety. Jak już wydrukowałam pierwszy nakład i zrobiłam mu zdjęcie, to na tym właśnie zdjęciu ujrzałam siebie w pełnej krasie. Nie napiszę, bo nie chcę wam zabierać zabawy. 

Niemniej: uf! Leżę z kolportażem. 

PS. Miałam pisać o zupełnie czym innym! O tym, że na przeciwko Ważka Cafe jest facet, co ma sklepik z winami, nawet z bezalkoholowymi też. Wpadam do niego czasem, on mi (przed trzynastą!) wina nalewa (bezalkoholowego, hehe) do wysokiego kieliszka i… gadaaamy, gadaaamy o takich na przykład zaskakujących rzeczach, jak sny. Facet, który gada o snach. Zważcie. 

PS2. U niego też będzie kolportowana gazeta. 

PS3. On jeszcze o tym nie wie. Nie mówcie. 

PS4. nemezis.me

 

Mistrzyni i Małgorzata

Jezu, nie wierzę. To się nie dzieje naprawdę. Postanawiam wreszcie wstać, przejść się choćby parę przecznic. Idę. Pomału, żeby się nie przewrócić, jak to kiedyś było w szpitalu, co opisywałam w tej pierwszej: Last Minute. 

Idę i myślę: kurczę, nawet nieźle mi idzie, nawet bym do jakiejś knajpy weszła. I nagle, jak spod ziemi wyrasta kafejka, sączy się jazz, przyjazne kolory, przyjazna nazwa, nie słuchając Szamana Mako, że czegoś ważnego na pewno tam nie ma – wchodzę. 

Zamówiłam sobie tartę z malinami. I muszę wam powiedzieć, że jak posmakowałam malinę, to nawet z krzaka taka nie jest. Nie wiem, po jakiemu to teraz, po introligatorsku chyba. Wdziera się Nadwymiar do tego wymiaru (WW). Albo i też nie wiem. Bo mam wrażenie, że od chwili, gdy ujrzałam tę kafejkę, przekroczyłam jakiś kolejny próg wtajemniczenia i jestem teraz w nadwymiarze Nadwymiaru. 

Tu jest błękitno różowa kafejka z przepięknym okazem latającej wróżki w logo, a za ladą boska Małgorzata serwuje niebiańskie wypieki. I mówi ona do mnie tak. Że wszystko rozumie. Czuje moją duszę. Dlatego bardzo proszę, tu jest regał, na regale proszę umieścić książki i sobie je sprzedawać, a tak w ogóle to dawaj na „ty”. 

Tak powstała moja pierwsza pycia księgarenka o nazwie „Mistrzyni i Małgorzata”. Mogę nią wyjść na świat z tej dupy diabła, którą jest internet. 

Na Szymanowskiego. Gdańsk Garnizon. Jak w Kosmosie Andromeda. To się nazywa wygryw, co? 

PS. Jeszcze mi baner z psychopatami pozwoliła umieścić NA ZEWNĄTRZ. 

Ludzie chodzą i zdjęcia robią. 

Wczoraj sprzedałam cztery książki. 

HA.

IMG_0213

Post Scriptum

Lubię tę część korespondencji. A gdy oglądam swoje pamiętniki, dochodzę do wniosku, że nawet uwielbiam. Mam na przykład taki zapis z któregoś tam 1989 roku:

Kurwa mać. 

PS. I tu następuje szczegółowy opis rzeczonego kurwa mać. 

No więc Post Scriptum to mój znak rozpoznawczy. I tu go nagle zabrakło. Myślę jednak, że w mojej historii znalazło się (a właściwie się nie znalazło) wiele rzeczy, których zabrakło. 

Jest taka legenda o Feniksie. Feniks to ptak, który coś tam, lata, żyje, zmaga się, nagle: trach! – zamienia się w popiół i tyle go widzieli. Podobnie jest ze mną. Spopieliłam się własną naiwnością, wiarą w DOBRO (he,he), wiarą w człowieka (jeszcze lepsze) i przekonaniem, że im więcej będę pracować, tym lepiej. Może i lepiej, ale nie dla mnie. Paru ludziom pomogłam. Nikt nie docenił. A gdy się w popiół zamieniałam, też nikogo nie było. 

No, może dwie osoby. Ale o nich potem. 

Z Feniksem jest jednak taka zasada, że Feniks wraca. Odradza się z popiołów, z zapomnienia powstaje. Z ciszy wybrzmiewa. I te swoje „post scriptum” dodaje. A ma ich nieskończoność. 

Umierałam tysiąc razy, znam się na tym. Wiem też, co się dzieje po śmierci. Wszystko to (co się dzieje po śmierci, co do śmierci doprowadza i w ogóle mnóstwo piekielnie ciekawych rzeczy) opisuję ZE SZCZEGÓŁAMI. I wszystko to (co się dzieje po śmierci, co do  śmierci doprowadza oraz o wyżej wspomnianych dwóch osobach) możecie przeczytać tu:

nemezis.me

Już wam zazdroszczę. 

PS. Można dać PS do PS? Nie wiem, JA MOGĘ. Dziękuję więc wszystkim tym, co nie przestali we mnie wierzyć. Niby wiarę w człowieka wychichotałam, ale jednak czasem trzeba jej oddać honor. 

Nemezis

List pożegnalny

To mój ostatni tekst. Długo myślałam, jak go napisać. Przyznam, że zarwałam niejedną noc układając go w duchu. A teraz, gdy do niego usiadłam, mam kompletną pustkę w głowie. Nie pamiętam tamtych fraz, a przecież takie były akuratne.
Nie wiem, co się mówi, gdy się odchodzi. Może najlepiej: nic?

Jednak coś mi każe się pożegnać, wyjaśnić, dlaczego. No więc wyjaśniam.
Nie mam już siły.
Już nie mogę.

Kilka miesięcy temu zapragnęłam dowiedzieć się prawdy. Zaczęło się niewinnie – powołując się na obowiązujące w Polsce prawo, wysłałam grzeczne pytanie do najpopularniejszej sieci sprzedaży książek (celowo nie wymieniam nazwy) z prośbą o udzielenie mi informacji, ile sprzedało się moich powieści. Bo wiem, że dużo. Czytelniczki i Czytelnicy mówią, że zmieniłam ich życie. Sprzedawcy tych księgarni opowiadają, że moje książki idą jak ciepłe bułeczki. Tymczasem moje wynagrodzenie oscyluje na granicy nędzy.

Odpowiedzi nie dostaję. W księgarniach są wszystkie moje tytuły, w ciągłej sprzedaży. Wydawane pod znakiem wydawnictwa, z którym… nie mam żadnej umowy wydawniczej. Na moje pisma i pytania wydawca nie reaguje. Zawiadamiam prokuraturę. Nic się nie zmienia. W międzyczasie Wysokie Obcasy wyrzucają mnie z pracy. Bez wyjaśnienia, bez podania przyczyny. Właściwie nie mam za co żyć. Ale przecież się nie poddaję.

Zakładam własne wydawnictwo BaBa. Wydaję książki, nie tylko swoje. Dwoję się i troję, nie śpię, wypruwam żyły, żeby je wypromować. Ale kiedy ktoś wpisuje moje nazwisko w wyszukiwarkę, wyskakuje mu wiadoma sieć. Media, które tak chętnie do tej pory robiły ze mną wywiady, teraz nagle milczą. Mogę policzyć na palcach jednej ręki, którzy dziennikarze mają odwagę ze mną rozmawiać. Jeszcze mniej decyduje się na publikacje moich słów.

Zaczynam znikać. Nie mogę się przebić przez system, który ktoś kiedyś stworzył, bo bardzo mu się to opłacało. System, który wypłaca autorom niecałe dwa złote od książki. Albo i nie.

Zostaję sama. Pukam do różnych drzwi – bez skutku. Jedyna instytucja, która okazuje mi pomoc to śp. Paweł Adamowicz, Prezydent Gdańska. Reszta się przygląda. Ludzie lubią się przyglądać. Patrzeć, jak niewielka kobieta walczy na arenie z trzygłowym smokiem. Ciekawe, czy da radę?

Otóż nie dałam. Smok mnie zeżarł. Odchodzę. I jedyne, co jeszcze mogę zrobić, to ocalić moje „dzieci”, zwrócić im należny szacunek. Zmieniam więc tytuły i okładki (tu pragnę podziękować najbliższej Rodzinie za wsparcie) i wydaję wszystkie moje powieści ponownie. Książki są wystawione w przedsprzedaży, będą drukowane według zamówień. Obsługą zajmą się moi Najbliżsi. A ja tymczasem żegnam ten dziwny świat. Zostawiam Wam moje powieści. Może pamięć o nich przetrwa dłużej niż ja…

Sylwia Kubryńska

Sylwia Kubryńska
fot. Ewelina Lubecka/GryfEL