Zabić gnoja, czyli hejt w sieci

W komentarzach zawsze są jakieś życzenia. Życzy się męczarni, chorób, zdychania na raka…

Kierowca, który poturbował dwadzieścia trzy osoby na Monciaku w Sopocie prawdopodobnie nie będzie skazany za przestępstwo (czytaj tu). Jest chory psychicznie i musi być leczony w zakładzie zamkniętym. Jego choroba, mówiąc oględnie, nie przypadła do gustu internautom, którzy zdecydowanie woleliby żeby mężczyzna był:

  1. Zdrowy
  2. Pijany
  3. Pod wpływem narkotyków
  4. Skazany na śmierć.

Niestety, żadne z tych życzeń nie chce się spełnić. Byłoby fajnie, ale nie da rady. Trudno się więc dziwić furii społeczeństwa. Nic nie idzie po naszej myśli. Ani on zdrowy, ani pijany, ani naćpany, ani skazany na śmierć. Pozostaje nam tylko jedno. Zabić gnoja przez internet. Pozostaje nam już tylko hejt.

Warto zauważyć, że nie tylko w tym kontrowersyjnym przypadku nasze oczekiwania się nie spełniają. Właściwie pod każdą publikacją w sieci jest z tym krucho. Czy to będzie publikacja o kierowcy z Monciaka, czy o roztargnionym ojcu, czy o zbyt troskliwej matce, czy o australijskiej żabie, wszystko jedno. Dlatego hejt musi być i będzie. Warto się w nim podszkolić. Jak go sformułować, co zawrzeć, żeby był wystarczająco dosadny? Są pewne zasady, które trzeba znać. Tak więc, zanim napiszemy jakikolwiek komentarz (również pod tym artykułem), pamiętajmy aby:

  • Ostro się sprzeciwić. Bo wszystko, co właśnie przeczytaliśmy to stek bzdur. My za to jesteśmy chodzącą encyklopedią i znamy się na: polityce, historii, prawie, ekonomii i naukach ścisłych. W dziedzinie medycyny jesteśmy orłami. Z psychiatrii nikt nas nie zagnie.
  • Wykorzystać znaki przestankowe. Wykrzykników proponuję stosować jak najwięcej, warto też na stałe wcisnąć Caps Lock. Liczą się też zwroty wyrażające bezbrzeżne oburzenie. Wulgaryzmy polecam przeplatać wielokropkiem. Zabieg, ze względu na brak możliwości swobodnego rzucania mięsem na forach, wzmaga emocje i podnosi wartość komentarza.
  • Używać szyderczych określeń, typu: „główka makówka” na przemian z określeniem „zakuty łeb”. Tego rodzaju akrobacje dezorientują adresata, a jednocześnie przyprawiają o zawrót wspomnianej pustej głowy. Niech tam, w końcu to nasza jedyna forma ekspresji!
  • Obrażać. Ale nie tylko autora, czy bohatera tekstu! To za mało. Warto obrazić przy okazji: księży, prokuratorów, urzędników, dziennikarzy, rodzinę, przyjaciół, matkę i sąsiada. Feministki, biegaczy, rowerzystów, Jurka Owsiaka. PO i PiS. Obrońców życia poczętego i obrońców życia narodzonego. Wszystkich. Proponuję tu uniwersalny pomocniczy zwrot, np.: „wszawe psy”.
  • Należy przedstawić wszelkie (nieważne czy prawdziwe) koneksje adresata z Putinem, z listą Wildsteina, z Wehrmachtem i z Urzędem Bezpieczeństwa. Zaleca się połączyć te koneksje z Donaldem Tuskiem. Nadaje to komentarzowi klarowności buntowniczej, która poparta społeczną aprobatą (wiadomo czyja wina) ma szansę zrobić prawdziwą furorę.
  • Wypomnieć żydowskie pochodzenie. To się zawsze sprawdza. Pamiętam cenną przestrogę komentatora pod wywiadem z pewnym poetą o imieniu Jakub. Autor komentarza grzmiał: „Sprzedadzą Polskę te pejsate oszołomy!”. Nawet jeśli bohaterem artykułu jest gekon pręgowany – też nie należy mu darować. Z pewnością ukrywa gdzieś zabłąkany semicki gen.
  • Oskarżyć o homoseksualizm. Wciąż sobie cenię komentarz niejakiego Rafi, od którego dowiedziałam się, że: „Jestem tłustą lesbą, której rodzice nie kochali, a brat po głowie łopatką bił”. Jedno zdanie, a skarb. Wątek można jeszcze rozbudować o pierwiastek polityczny, tudzież penitencjarny. Przykład z bloga Jasia Kapeli, prawdziwa hejterska perełka: „lewacki cwel”.
  • Gardzić. Pogarda jest największą torturą, a przecież po to tu jesteśmy, żeby torturować. Słowem kluczem, wytrychem naszej internetowej twórczości jest nieskończona odmiana przymiotnika „głupi”. Pamiętam interesujące rozwiązanie pewnego hejtera, który pod harmonogramem wystawek błysnął taką racą: „Głupi artykuł, nie mówiąc o autorze.”
  • Życzyć. W każdym szanującym się hejterskim komentarzu są życzenia. Zazwyczaj życzy się męczarni, zemsty, chorób, zdychania na raka. Przykład z autopsji: „życzę ci żebyś zdechła, pierd…na suko”. W skrajnie jadowitych przypadkach można życzyć rozumu. Rozumu życzą hejterzy wyniośli, sami siebie stawiający na poziomie wyżyn intelektualnych, czego z uwagi na wymienione wyżej treści, nie sposób im odmówić.
  • Ferować wyroki. Oczywiście, tylko wyroki śmierci. Bynajmniej nie chodzi tylko o to, żeby „zabić gnoja”. Wszak szanująca się nienawiść zawsze żąda krwi. Jeśli zatem chcemy być prawdziwymi hejterami, katujmy, dźgajmy, wieszajmy, sadzajmy na krześle elektrycznym, topmy, ćwiartujmy, strzelajmy z kuszy, nabijajmy na pal, kamienujmy i palmy na stosie. W końcu żyjemy w kraju katolickim.

17.07.2012 Chwile, skrawki raju

W barze powiadają, że do lepienia pierogów potrzebne jest doświadczenie, na co Małpa Tarzana mówi, że ma doświadczenie, całe życie lepiła je z babcią. A oni, że to się nie liczy, doświadczenie musi być na piśmie.

szukałam zbyt trudnych dla Małpy Tarzana pierogów, obawiam się jednak, że z takimi też by sobie poradziła

Czasem utkwi w głowie coś, do czego przez długie tygodnie, a jeśli nie przez długie tygodnie, to na pewno nazajutrz w pracy przy kawie z Biedronki i przy Radiu Plus, które w tej dziurze eterycznej jako jedyne zaraz po Radiu Maryja nie trzeszczy – tęskni się straszliwie.

Ostatnio zauważyłam, że umysł mój niczym zraniony dzieciak wciąż wraca pod skrzydła mojej siostry, której imienia tu nie napiszę, a szkoda, bo imię mojej siostry niezwykle jest oryginalne, tak oryginalne, że gdy przyszła na świat okazała się być jedyną osobą o takim imieniu w całym mieście.

W książce pt. „Dzieci Północy”, jednej z moich ulubionych książek w ogóle, a już na pewno ulubionej książce autorstwa Salmana Rushdie, pojawiła się siostra o imieniu równie niezwykłym (Mosiężna Małpka) jak imię mojej siostry, a nawet w jakimś stopniu podobnym, pamiętam bowiem, że w dzieciństwie moja siostra identyfikowana była z małpą Tarzana, Czitą. Ze względu jednak na to, że moja siostra wcale nie nazywa się Czita, a imienia jej tu nie mogę napisać, nazwijmy ją po prostu Małpą Tarzana.

Zauważyłam więc, że tęsknię przeogromnie do Małpy Tarzana, a ściśle tęsknie do jej małych dłoni i do tej chwili ulotnej sprzed dni paru, gdy jeszcze na urlopie bawiłam w stronach rodzinnych. Otóż w chwili tej moja Małpa Tarzana niczym indiańska opiekunka młodszego rodzeństwa nakładała mi hennę, skubała brwi i opowiadała o kolczykach ze sznurków, które wyplata w chwilach wolnych, a chwil wolnych ma od zabicia, bo niedawno straciła pracę i nawet skłonna jest lepić pierogi, zaszła więc do baru z pierogami i mówi: „Ok., mogę lepić pierogi.” Przecież korona jej z głowy nie spadnie, w życiu tak się plecie, że raz pod wozem, raz pod wozem, żadna robota nie jest tak zła, żeby jej zaraz nie wykonywać. A w barze powiadają, że do lepienia pierogów potrzebne jest doświadczenie, na co Małpa Tarzana odpowiada, że ma doświadczenie, całe życie pomagała babci (tej, co trzasnęła konfiturami o ścianę) lepić pierogi, a oni, że to się nie liczy, doświadczenie musi być na piśmie. I tak opowiadała mi po cichu te swoje historie i tak mnie miziała po twarzy i chwila ta, proszę Państwa, jest nie do opisania i tęsknię do niej pasjami i wszystko bym oddała, by znów znaleźć się na kozetce Małpy Tarzana.

A od wczoraj mam jeszcze jedno wspomnienie. Myśl jak obraz zaczarowany, w którym wszystko się zmienia, choć pozornie jest takie samo. Plaża w Sopocie. Piasek, bezkres morza, szare mewy, kilkoro dzieci, dwie dziewczyny z aparatem, statek na horyzoncie, dwa statki… zaraz, trzy? Chłodny wieczór lipcowy i opadające słońce i coraz dłuższe cienie, i dorsz smażony,  i lampka zmrożonego wina białego, i dwóch niemieckich staruszków, i zabłąkana dziewczynka, i jej ładna mama, i głodne wróble na oparciu krzesła małej kafejki zaraz za gwarnym barem „Przystań”.

Właśnie do tej chwili z wczorajszej plaży tęsknię i myślę, że gdyby Małpa Tarzana pojawiła się na niej ze swoją pęsetą – mogłabym tam zamieszkać, głęboko przekonana, że tak właśnie wygląda Niebo. Bo Niebo jak każde szczęście – jest chwilą.

22.09.2011 Facet

Wczoraj byłam na spotkaniu z czytelniczkami, które, jak sama nazwa wskazuje, były kobietami, a kobietami były z założenia i z premedytacją, bo to miało być spotkanie kobiet. Tak więc kobiety w różnym wieku przybyły na spotkanie ze mną, by porozmawiać o mojej książce, o blogu, o Woodym Allenie i o zmianie koła w Punto.

Ostatni wątek powstał w warunkach dość dramatycznych, bo rano, gdy spieszyłam się do pracy. A byłam już spóźniona, gdy nagle się okazało, że spełnił się jeden z moich koszmarów, mianowicie złapałam gumę.

Długo wpatrywałam się w zalegający w bagażniku zestaw młodego mechanika samochodowego i tylko czasem przerywałam stupor, by zatopić wzrok w wyświetlaczu komórki.

Po głowie biegały mi myśli niczym głodne szczury i tylko jedna z nich zdominowała resztę na tyle, by wprowadzić ją w  życie. Zadzwoniłam do Mikołaja i przerywając mu instrukcję obsługi lewarka, wyrzuciłam w słuchawkę stek przekleństw. A potem znów zastygłam nad bagażnikiem.

Nie jestem facetem. Nie jestem nawet w ułamku procenta. Nie znam się na zmianie koła w Punto. Nie rozumiem tego. Nie wiem, co to jest lewarek. Jaki lewarek? Te śruby są zapiekłe. Koło brudne. Gdzie to przyłożyć? Która to jest strona: lewa?

Tak, rozwiązałam zagadkę Einsteina. Tak, radzę sobie z układanką „T”. Tak, skończyłam techniczne studia. Ale, kurde belans, to wszystko było łatwe.

I tak sobie wesoło rozmawiałyśmy, my kobiety na spotkaniu kobiet, gdy nagle jedna z nich coś sobie przypomniała, coś jej zazgrzytało, zmarszczyła więc czoło i wypaliła takie oto zdanie:

– Ale zaraz, zaraz… mój znajomy powiedział, że jesteś autorką, która rozumie mężczyzn!

Szanowni Państwo, skończyły się siupy. Taka opinia zobowiązuje. Taka opinia stawia mnie po jednej ze stron damsko-męskiej barykady. I nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przytaknąć. Pewnie, że rozumiem! Rozumiem w stu procentach.

I właśnie dlatego z ulgą porzuciłam rozbabrane Punto i zawołałam Kazika. A Kazik z pasją popisał się umiejętnościami, przy których zagadka Einsteina jest zadaniem dla śliniącego się niemowlaka, a studia podyplomowe to żart.

29.08.2011 Melancholia, czyli Zakopane kontra Sopot

Wspomnienie Zakopanego leżało mi na żołądku jak kac po podłym winie, który postanowiłam zażegnać starą wypróbowaną metodą klina. Wylądowałam więc przy monopolowym na końcu ulicy Monte Cassino w Sopocie. Oprócz wymienionego, miałam ku temu jeszcze dwa powody. Po pierwsze: moja przyjaciółka postanowiła opuścić Trójmiasto i wyjechać na Śląsk.

Już mi się to w życiu zdarzyło. Byłam na pierwszym roku studiów. Po kilku miesiącach samotnego kolebania się po korytarzach uczelni i snucia marzeń o plaży, poznałam wreszcie Pawła S. Tak, tego od tubifeksów.

Stałam przy kranie w laboratorium sali zajęć z chemii analitycznej i myłam probówkę. Coś mi się miało w niej wytrącić i przyjąć kolor błękitu paryskiego. W innym przypadku zajęcia były niezaliczone, co lokowało mnie w tak zwanej dupie kosmicznej. Takich niewytrąconych błękitów paryskich miałam już na swoim koncie kilkanaście, a zbliżał się koniec pierwszego semestru. Gdy okazało się, że znalazłam sie jednak w tej dupie kosmicznej, podszedł do mnie Paweł S. Nachylił się nad probówką, która dzieliła z moją głową zgodną pustkę i zapytał:

– Ty, Sylwia, a ile masz zaliczonych zajęć z tej chemii?

– Jedno – odparłam, instynktownie szukając w jego wzroku zrozumienia.

– Lecisz jak strzała – stwierdził z uznaniem. I dodał: – Ja żadnego.

Od tamtej pory staliśmy się nierozłączni. Świat przybrał barwę błękitu paryskiego, a studia stały się nieustającą zabawą. Do naszej kompanii dołączali kolejni studenci i już myślałam, że przeżywam najpiękniejszy okres swojego życia, gdy któregoś wieczoru Paweł zapukał do moich drzwii, oznajmił, że wyjeżdża i wyjechał i nigdy już nie było tak jak przedtem. A teraz, gdy Tatiana postanowiła się wyprowadzić na Śląsk, poczułam to samo.

Drugi powód mojej obecności na Monte Cassino, to Melancholia, planeta śmierci. Tak, w tym wpisie dominuje barwa błękitna, niebieski smutek i tęsknota do spraw ostatecznych. Wielkie oczekiwanie na odgórne załatwienie skomplikowanych ziemskich spraw. Na kategoryczny wielki wybuch zmiatający z powierzchni Ziemi wszystkie puszki po piwie, wszystkie pampersy i zdechłe koty. Oczekiwanie na koniec wprowadzający absolutny, idealny ład.

Stojąc więc na Monciaku i patrząc na gwiazdy, pomyślałam z nadzieją, że gdyby ta rozpędzona planeta uderzyła w Zakopane, sprawy ułożyłyby się nad podziw gładko. I choć Tatiana przekonywała mnie, że wraz z Zakopanem mógły ucierpieć na przykład taki Śląsk (na co, nie odrywając oczu od gwiazd, wzruszyłam ramionami), a może nawet i Sopot (tu spojrzałam na nią nieufnie przez moment), wyjaśniłam, że nie ma innego rozwiązania, a jeśli ktoś musi przy okazji ucierpieć, trudno, przy wielkich projektach zawsze są jakieś ofiary. Po czym wróciłam tęsknym wzrokiem ku niebu, wywołując z niego swoją Melancholię.

W tym momencie, gdzieś między skrzyżowaniem naszych spojrzeń a sklepieniem niebieskim, kątem oka ujrzałam kosmiczny błysk. Czy jeden? Bynajmniej. Było to zgodne, miarowe pulsowanie wielu skupionych na horyzoncie istnień, intensywnie niebieskich świateł połączonych w jedno niepokojące ciało, wewnątrz którego żarzył się czerwony ogień. Ciało zbliżało się z przerażającą prędkością kosmiczną, a na dodatek jęło emitować ultradźwięki składające się na jednostajny intensywny jazgot.

Zapomniałam o Melancholii, zapomniałam o Zakopanem. Apokalipsa miasta mającego podzielić los Sodomy i Gomory znikła mi gdzieś w zakamarkach umysłu, pojawił się za to czysty lęk. Pojawiła się też ciekawość. A ciekawość to pierwszy stopień do piekła, o czym miałam się za chwilę przekonać. Bo gdy pulsujące ciało zbliżyło się na umożliwiającą zidentyfikowanie odległość, okazało się że składa się ono z kuso odzianych, dźwigających na głowach migające królicze uszy uczestniczek wieczoru panieńskiego. Spośród nich wyróżniała się przyszła panna młoda, której głowę zdobiły rozżarzone czerwienią, diabelskie rogi.