Stowarzyszenie Pięknych Kobiet – warsztaty

Ogłaszam warsztaty artystyczne dla dzieci i młodzieży! Będziemy pisać baśnie! Będziemy rysować smoki! Będziemy robić teatr! Będziemy otwierać czakramy! Z nieskażonych narzekaniem umysłów zbudujemy inny świat

Obudził mnie własny śmiech. Mam zdarte gardło. Poważnie. Pierwszy raz mi się coś takiego przytrafiło. Słyszałam kiedyś, że można płakać przez sen, ale żeby się tak śmiać? Do zdarcia? Do wybudzenia?

A jednak.

Mam gruby jak cegła słownik symboli Kopalińskiego. Znalazłam go kiedyś na ławeczce we Fromborku. Nie pytajcie, czemu akurat tam. Spadł z kosmosu niechybnie. Kopernik mi zrzuciła. A ja rzeczy z kosmosu szanuję. I używam słownika nader często. Zaraz po przebudzeniu sprawdzam. Księżyc. Wilk. Kot. Rzeka. Zaćmienie słońca. Rubin. Wszystko coś znaczy, zwłaszcza we śnie. Znaczenia moich snów są zwykle negatywne. Kłopoty, zmartwienia, choroba. Bieda. Nędza. Śmierć. 

Gdy to czytam, zwykle parskam śmiechem, bo wszystko przez Kopalińskiego wymienione dawno już jest za mną. Co mnie finansowe tarapaty? Co mnie tam choroba? Co mnie śmierć? To już było. Drugi raz nie umrę przecież.

Ale Radości w słowniku nie ma. Takie rzeczy się nie zdarzają. Śmiech nie może być symbolem niczego z tej prostej przyczyny, że w tej szerokości geograficznej nie występuje. Jak czegoś nie ma, to nie ma. Tymczasem budzi mnie. Do rozpuku.

Siadam na łóżku z tym zdartym gardłem i przypominam sobie scena po scenie, co mnie tak rozśmieszyło. Latam w Dolnym Wrzeszczu nad Placem Wybickiego. A tam dzieci. Dużo dzieci. W dzieciakach jest pełno radości. Jakaś roztańczona dziewczynka mówi do narzekającej baby: pani do szpitala się uda, a nie. Dupę zawraca.

–  Pani do szpitala się uda. A nie. Dupę zawraca.

Kobieta idzie do pracy i utyskuje. Że ją strzyka i boli, że źle, że się nie chce.

–  Pani do szpitala się uda. A nie. Dupę zawraca.

A ja latam. I w locie umieram ze śmiechu. To takie proste. I takie śmieszne. I takie oczywiste. Ile kobiet dziś przyszło do pracy? Ile z nich narzeka? Ile do szpitala się nie udało?

I dupę zawraca?

Dzieci są takie mądre. Tak prosto wszystko widzą. I tyle w nich radości!

Kiedyś prowadziłam dwumiesięczne warsztaty dla dorosłych. Dwie osoby się obraziły. Kilka nie miało czasu. Rozmyło się, rozjechało.

Kiedyś prowadziłam godzinne warsztaty dla dzieci. Miesiąc później spotkałam w Biedronce dziewczynkę. Podeszła do mnie i powiedziała: –  A ja napisałam tę książkę!

Napisała. I będzie pisać. Zostanie artystką z tą unikatową umiejętnością, której nie ma dziś prawie nikt. Z umiejętnością, która sprawia, że jej książkę czyta się jednym tchem. A nie. Dupę zawraca.

Dla tych, co dupę zawracają są nagrody literackie. Dla tych, co piszą czytelnie: są Czytelnicy. Wybór należy do was.

Złapałam za telefon, napisałam kilka esemesów do matek. I już mam dwie chętne! Tak, tak. Tylko bezrefleksyjni ryzykanci ignorują swoje sny. Ja nie mogę aż tak ryzykować. Mnie się śnią śmierci i tarapaty. Kopaliński dupy nie zawraca. On wie, co pisze.

Ogłaszam warsztaty artystyczne dla dzieci i młodzieży! Będziemy pisać baśnie! Będziemy rysować smoki! Będziemy robić teatr! Będziemy otwierać czakramy! Z nieskażonych narzekaniem umysłów zbudujemy inny świat.

Rusza rok szkolny. Dajcie sobie spokój z tymi hałaśliwymi basenami. Nie szukajcie zajęć po omacku. Ja się zajmę waszymi pociechami. Nauczę ich, jak odbić rzeczywistość w twórczości. Jak trudne emocje wyrzucić na kartkę papieru. A potem zagiąć panią od polskiego, która, owszem, może i się uczyła pisać, ale nadal nie umie.

Czas przeszły nigdy nie dokonany.

Już załatwiam salę. Szczegóły podam wkrótce. Tymczasem piszcie do mnie, zgłaszajcie. Biorę każdego dzieciaka. Im mniej umie, tym lepiej. Tabula rasa. Czysta kartka. Napiszemy na niej baśń tysiąca i jednej nocy. E tam, tysiąca. Miliona miliardów.

Nieskończoność możliwości ludzkiego umysłu.

To właśnie wasze dziecko.

———————————————————————–

Organizator – Spółdzielnia Literacka „BaBa” Sylwia Kubryńska, Stowarzyszenie Pięknych Kobiet.

Termin – Od października 2019.

Miejsce – Gdańsk Wrzeszcz albo Sopot.

Cena – Nie wiem, jeszcze szukam wsparcia, zależy ile dzieci, powiem po kaszubsku: nie pokrzywdzę. 

Zgłoszenia: redakcja@baba.com.pl

PS. Jeśli jesteś dorosła, a siedzi w tobie dzieciak – przyjmę.

PS2. Facetów uczyć nie będę, ich ego jest nie do przeskoczenia nawet dla tych, co potrafią latać. No chyba, że to będzie Szaman Mako.

PS3. nemezis.me

IMG_0534
Co mnie śmierć? Drugi raz nie umrę przecież… (fot. Ewelement)

 

 

 

17.07.2012 Chwile, skrawki raju

W barze powiadają, że do lepienia pierogów potrzebne jest doświadczenie, na co Małpa Tarzana mówi, że ma doświadczenie, całe życie lepiła je z babcią. A oni, że to się nie liczy, doświadczenie musi być na piśmie.

szukałam zbyt trudnych dla Małpy Tarzana pierogów, obawiam się jednak, że z takimi też by sobie poradziła

Czasem utkwi w głowie coś, do czego przez długie tygodnie, a jeśli nie przez długie tygodnie, to na pewno nazajutrz w pracy przy kawie z Biedronki i przy Radiu Plus, które w tej dziurze eterycznej jako jedyne zaraz po Radiu Maryja nie trzeszczy – tęskni się straszliwie.

Ostatnio zauważyłam, że umysł mój niczym zraniony dzieciak wciąż wraca pod skrzydła mojej siostry, której imienia tu nie napiszę, a szkoda, bo imię mojej siostry niezwykle jest oryginalne, tak oryginalne, że gdy przyszła na świat okazała się być jedyną osobą o takim imieniu w całym mieście.

W książce pt. „Dzieci Północy”, jednej z moich ulubionych książek w ogóle, a już na pewno ulubionej książce autorstwa Salmana Rushdie, pojawiła się siostra o imieniu równie niezwykłym (Mosiężna Małpka) jak imię mojej siostry, a nawet w jakimś stopniu podobnym, pamiętam bowiem, że w dzieciństwie moja siostra identyfikowana była z małpą Tarzana, Czitą. Ze względu jednak na to, że moja siostra wcale nie nazywa się Czita, a imienia jej tu nie mogę napisać, nazwijmy ją po prostu Małpą Tarzana.

Zauważyłam więc, że tęsknię przeogromnie do Małpy Tarzana, a ściśle tęsknie do jej małych dłoni i do tej chwili ulotnej sprzed dni paru, gdy jeszcze na urlopie bawiłam w stronach rodzinnych. Otóż w chwili tej moja Małpa Tarzana niczym indiańska opiekunka młodszego rodzeństwa nakładała mi hennę, skubała brwi i opowiadała o kolczykach ze sznurków, które wyplata w chwilach wolnych, a chwil wolnych ma od zabicia, bo niedawno straciła pracę i nawet skłonna jest lepić pierogi, zaszła więc do baru z pierogami i mówi: „Ok., mogę lepić pierogi.” Przecież korona jej z głowy nie spadnie, w życiu tak się plecie, że raz pod wozem, raz pod wozem, żadna robota nie jest tak zła, żeby jej zaraz nie wykonywać. A w barze powiadają, że do lepienia pierogów potrzebne jest doświadczenie, na co Małpa Tarzana odpowiada, że ma doświadczenie, całe życie pomagała babci (tej, co trzasnęła konfiturami o ścianę) lepić pierogi, a oni, że to się nie liczy, doświadczenie musi być na piśmie. I tak opowiadała mi po cichu te swoje historie i tak mnie miziała po twarzy i chwila ta, proszę Państwa, jest nie do opisania i tęsknię do niej pasjami i wszystko bym oddała, by znów znaleźć się na kozetce Małpy Tarzana.

A od wczoraj mam jeszcze jedno wspomnienie. Myśl jak obraz zaczarowany, w którym wszystko się zmienia, choć pozornie jest takie samo. Plaża w Sopocie. Piasek, bezkres morza, szare mewy, kilkoro dzieci, dwie dziewczyny z aparatem, statek na horyzoncie, dwa statki… zaraz, trzy? Chłodny wieczór lipcowy i opadające słońce i coraz dłuższe cienie, i dorsz smażony,  i lampka zmrożonego wina białego, i dwóch niemieckich staruszków, i zabłąkana dziewczynka, i jej ładna mama, i głodne wróble na oparciu krzesła małej kafejki zaraz za gwarnym barem „Przystań”.

Właśnie do tej chwili z wczorajszej plaży tęsknię i myślę, że gdyby Małpa Tarzana pojawiła się na niej ze swoją pęsetą – mogłabym tam zamieszkać, głęboko przekonana, że tak właśnie wygląda Niebo. Bo Niebo jak każde szczęście – jest chwilą.

22.09.2011 Facet

Wczoraj byłam na spotkaniu z czytelniczkami, które, jak sama nazwa wskazuje, były kobietami, a kobietami były z założenia i z premedytacją, bo to miało być spotkanie kobiet. Tak więc kobiety w różnym wieku przybyły na spotkanie ze mną, by porozmawiać o mojej książce, o blogu, o Woodym Allenie i o zmianie koła w Punto.

Ostatni wątek powstał w warunkach dość dramatycznych, bo rano, gdy spieszyłam się do pracy. A byłam już spóźniona, gdy nagle się okazało, że spełnił się jeden z moich koszmarów, mianowicie złapałam gumę.

Długo wpatrywałam się w zalegający w bagażniku zestaw młodego mechanika samochodowego i tylko czasem przerywałam stupor, by zatopić wzrok w wyświetlaczu komórki.

Po głowie biegały mi myśli niczym głodne szczury i tylko jedna z nich zdominowała resztę na tyle, by wprowadzić ją w  życie. Zadzwoniłam do Mikołaja i przerywając mu instrukcję obsługi lewarka, wyrzuciłam w słuchawkę stek przekleństw. A potem znów zastygłam nad bagażnikiem.

Nie jestem facetem. Nie jestem nawet w ułamku procenta. Nie znam się na zmianie koła w Punto. Nie rozumiem tego. Nie wiem, co to jest lewarek. Jaki lewarek? Te śruby są zapiekłe. Koło brudne. Gdzie to przyłożyć? Która to jest strona: lewa?

Tak, rozwiązałam zagadkę Einsteina. Tak, radzę sobie z układanką „T”. Tak, skończyłam techniczne studia. Ale, kurde belans, to wszystko było łatwe.

I tak sobie wesoło rozmawiałyśmy, my kobiety na spotkaniu kobiet, gdy nagle jedna z nich coś sobie przypomniała, coś jej zazgrzytało, zmarszczyła więc czoło i wypaliła takie oto zdanie:

– Ale zaraz, zaraz… mój znajomy powiedział, że jesteś autorką, która rozumie mężczyzn!

Szanowni Państwo, skończyły się siupy. Taka opinia zobowiązuje. Taka opinia stawia mnie po jednej ze stron damsko-męskiej barykady. I nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przytaknąć. Pewnie, że rozumiem! Rozumiem w stu procentach.

I właśnie dlatego z ulgą porzuciłam rozbabrane Punto i zawołałam Kazika. A Kazik z pasją popisał się umiejętnościami, przy których zagadka Einsteina jest zadaniem dla śliniącego się niemowlaka, a studia podyplomowe to żart.

29.08.2011 Melancholia, czyli Zakopane kontra Sopot

Wspomnienie Zakopanego leżało mi na żołądku jak kac po podłym winie, który postanowiłam zażegnać starą wypróbowaną metodą klina. Wylądowałam więc przy monopolowym na końcu ulicy Monte Cassino w Sopocie. Oprócz wymienionego, miałam ku temu jeszcze dwa powody. Po pierwsze: moja przyjaciółka postanowiła opuścić Trójmiasto i wyjechać na Śląsk.

Już mi się to w życiu zdarzyło. Byłam na pierwszym roku studiów. Po kilku miesiącach samotnego kolebania się po korytarzach uczelni i snucia marzeń o plaży, poznałam wreszcie Pawła S. Tak, tego od tubifeksów.

Stałam przy kranie w laboratorium sali zajęć z chemii analitycznej i myłam probówkę. Coś mi się miało w niej wytrącić i przyjąć kolor błękitu paryskiego. W innym przypadku zajęcia były niezaliczone, co lokowało mnie w tak zwanej dupie kosmicznej. Takich niewytrąconych błękitów paryskich miałam już na swoim koncie kilkanaście, a zbliżał się koniec pierwszego semestru. Gdy okazało się, że znalazłam sie jednak w tej dupie kosmicznej, podszedł do mnie Paweł S. Nachylił się nad probówką, która dzieliła z moją głową zgodną pustkę i zapytał:

– Ty, Sylwia, a ile masz zaliczonych zajęć z tej chemii?

– Jedno – odparłam, instynktownie szukając w jego wzroku zrozumienia.

– Lecisz jak strzała – stwierdził z uznaniem. I dodał: – Ja żadnego.

Od tamtej pory staliśmy się nierozłączni. Świat przybrał barwę błękitu paryskiego, a studia stały się nieustającą zabawą. Do naszej kompanii dołączali kolejni studenci i już myślałam, że przeżywam najpiękniejszy okres swojego życia, gdy któregoś wieczoru Paweł zapukał do moich drzwii, oznajmił, że wyjeżdża i wyjechał i nigdy już nie było tak jak przedtem. A teraz, gdy Tatiana postanowiła się wyprowadzić na Śląsk, poczułam to samo.

Drugi powód mojej obecności na Monte Cassino, to Melancholia, planeta śmierci. Tak, w tym wpisie dominuje barwa błękitna, niebieski smutek i tęsknota do spraw ostatecznych. Wielkie oczekiwanie na odgórne załatwienie skomplikowanych ziemskich spraw. Na kategoryczny wielki wybuch zmiatający z powierzchni Ziemi wszystkie puszki po piwie, wszystkie pampersy i zdechłe koty. Oczekiwanie na koniec wprowadzający absolutny, idealny ład.

Stojąc więc na Monciaku i patrząc na gwiazdy, pomyślałam z nadzieją, że gdyby ta rozpędzona planeta uderzyła w Zakopane, sprawy ułożyłyby się nad podziw gładko. I choć Tatiana przekonywała mnie, że wraz z Zakopanem mógły ucierpieć na przykład taki Śląsk (na co, nie odrywając oczu od gwiazd, wzruszyłam ramionami), a może nawet i Sopot (tu spojrzałam na nią nieufnie przez moment), wyjaśniłam, że nie ma innego rozwiązania, a jeśli ktoś musi przy okazji ucierpieć, trudno, przy wielkich projektach zawsze są jakieś ofiary. Po czym wróciłam tęsknym wzrokiem ku niebu, wywołując z niego swoją Melancholię.

W tym momencie, gdzieś między skrzyżowaniem naszych spojrzeń a sklepieniem niebieskim, kątem oka ujrzałam kosmiczny błysk. Czy jeden? Bynajmniej. Było to zgodne, miarowe pulsowanie wielu skupionych na horyzoncie istnień, intensywnie niebieskich świateł połączonych w jedno niepokojące ciało, wewnątrz którego żarzył się czerwony ogień. Ciało zbliżało się z przerażającą prędkością kosmiczną, a na dodatek jęło emitować ultradźwięki składające się na jednostajny intensywny jazgot.

Zapomniałam o Melancholii, zapomniałam o Zakopanem. Apokalipsa miasta mającego podzielić los Sodomy i Gomory znikła mi gdzieś w zakamarkach umysłu, pojawił się za to czysty lęk. Pojawiła się też ciekawość. A ciekawość to pierwszy stopień do piekła, o czym miałam się za chwilę przekonać. Bo gdy pulsujące ciało zbliżyło się na umożliwiającą zidentyfikowanie odległość, okazało się że składa się ono z kuso odzianych, dźwigających na głowach migające królicze uszy uczestniczek wieczoru panieńskiego. Spośród nich wyróżniała się przyszła panna młoda, której głowę zdobiły rozżarzone czerwienią, diabelskie rogi.