Tagged: rozmowa

Jedyna osoba na świecie

Natychmiast po wrzuceniu przeze mnie selfie, wyświetlacz mojego telefonu zapadł się w mrok, całość zgasła i zamilkła na wieki. Koniec tego, kurwa. Tak powiedział Bóg

 

Już, już miałam zamykać tego bloga, już się wyrzucałam z Facebooka, już wywaliłam smartphona. Ale jeszcze – pomyślałam – jeszcze o tym napiszę.

Na wakacjach będąc, bo właśnie wróciłam – dostałam wiekuistego olśnienia w sprawie sensu życia. Dotknęłam Absolutu. A raczej Absolut dopadł mnie poprzez ukazanie prawdy o wpatrywaniu się w komórkę przy jednoczesnym braku kontaktu z człowiekiem OBOK.

Uwierzcie, są ludzie, którzy prawdopodobnie nie wiedzą, że jeśli, dajmy na to – przez godzinę nie wyjmą telefonu z torby – NIE przestaną oddychać.

Druga rzecz, że gdzieś tam jest zawsze coś bardziej interesującego. Ktoś wyjeżdża na wyczekiwany, upragniony, wyciułany urlop i z miejsca szuka wifi. Ktoś wytycza trasy zwiedzania w przewodnikach i na mapach, a w drodze nie odrywa się od telefonu.

Bo to potwornie ważne, że ktoś coś pieprznął w Sejmie, że Macierewicz i PiS, że wypadek na siódemce, że coś w robocie, a w dodatku jeszcze Jola. Warto badać pogodę w Polsce i stan wody w Wiśle. Obejrzeć statusy, kto co tam oświadczył, umył auto, czy zjadł płatki – wszystko w czerwonej ramce.

„Tu i teraz” na urlopie jest tylko po to, żeby to spstrykać i wysłać komuś, bo tam ktoś sczeźnie, zanim tego nie zobaczy. „Tu i teraz” na wakacjach nigdy nie jest po to, żeby to przeżyć. Bo gdzieś tam gonią sprawy, tam czekają posty, tam się dzieją apokalipsy.

I tak mnie Pan Bóg natchnął, tak doświadczył, że drugi Jego dotyk był jeszcze surowszy, jeszcze bardziej ostateczny, mianowicie natychmiast po wrzuceniu przeze mnie selfie na FB, wyświetlacz mojego telefonu zapadł się w mrok, przycisk „power” doznał paraliżu, całość zgasła i zamilkła na wieki. Koniec tego, kurwa. Tak powiedział Bóg.

Poszłam do tamtejszego serwisu. Pokręcili głową.

Poszłam do kumpeli faceta. Dłubał, nic nie poradził.

Poszłam wreszcie na piwo.

Bo co? Co niby? Pracownik GSM się dziwił, gdy mu wczoraj zostawiłam truchło bez żalu i powiedziałam: nie spieszy mi się. Nie spieszy mi się, bo Alicja pożyczyła mi starą nokię, która z atrakcji: DZWONI. I to – jak się okazuje – całkowicie wystarczy, żeby żyć.

Ale ja nie o tym. Chcę napisać o czymś innym. Chcę napisać, jakże to się pięknie składa – o rozmowie. Ale nie o rozmowie z kimś, kto patrzy w smartphon i ma cię w dupie. To nie ma sensu. Nigdy nie mów nic do osoby, która patrzy w smartphon. Jeszcze cię opierdoli.

Mów raczej do osoby, która cię słucha. Do jedynej osoby, z którą nie da się rozmawiać przez komórkę. Jest tylko jedna taka osoba na świecie. Ty.

Z początku taka rozmowa jest trudna. Człowiek się jednak nieco wstydzi. Kiedyś, owszem, za dzieciaka się do siebie gadało, ale teraz przecież jesteśmy dorośli, jesteśmy poważni, jesteśmy NORMALNI, dlatego śledzimy z pasją śmieszne koty i zdjęcia potraw koleżanek. Ale żeby gadać do siebie? Ciężko. Ciężko.

Słowa drewniane, nieśmiało wydukane wydają nam się dziwne i niepotrzebne. Głos jakiś obcy, nielubiany, sztuczny. Najlepiej wychodzą bluzgi, najłatwiej za kierownicą. Ale żeby już powiedzieć: – ej, czego tak klniesz? – to już głupio. To znaczy głupio, że się klnie, ale zaraz można to wyjaśnić. Najlepszym wyjaśnieniem tej sytuacji jest krótkie, a mocne zdanie, w którym wypuszczamy całą negatywną emocję: – Bo tak!

I od razu lepiej. Serio.

Gadać trzeba od rana. Można przyjąć, że jesteśmy jedną osobą, można też uznać nas za parę. Są wypadki, gdzie człowiek stanowi całą kompanię i to też jest OK. Ale rano najlepiej się nie rozprzestrzeniać. Zanim się kawy napijesz, zanim się obudzisz, zostań sam. Nie rzucaj się od razu w wir towarzyski, bo się pogubisz.

Ja rano nie przepadam za tłumami, nawet jeśli tłum stanowią moje własne osobowości. Nigdy nie wiadomo, której przyjdzie ochota wrzasnąć, tupać, czy zadać głupie pytanie. Sama sobie zadam najwyżej coś w stylu: – kawa czarna, czy z mlekiem?, – a jest mleko?, – nie mów mi, że nie ma!, – a kto nie kupił?!, – no chyba nie ja!

Im dłużej człowiek ze sobą gada, tym więcej znajduje tematów do rozmów. Super się samemu ze sobą obgaduje kogoś, kto w danej chwili wkurza. Tego rodzaju obsmarowanie jest o tyle świetne, że w żaden sposób nie przecieknie do niepożądanego ucha. Nikt nigdy wam nic nie wytknie, żadnych głupot, błędów, omyłek. Nikt się nie przyczepi, że przesadzacie, nikt nie popuka w czoło. No chyba że wy. Ale wtedy spokojnie możecie się ze sobą pokłócić.

Kłótnia ze sobą to najwspanialsze oczyszczenie atmosfery między tobą a najważniejszą osobą na świecie. Nic tak nie buduje, nic tak nie uczy. Kłócić się można do krwi, do przekleństw i rzucania przedmiotami o ścianę. Możecie się obrażać, możecie się przepraszać. Wszystko dozwolone. A jednak. Jedna rzecz jest zabroniona.

Nie wolno się do siebie NIE odzywać.

Brak kontaktu ze sobą jest potwornym doświadczeniem. Wygląda jak klatka. Ciasna komórka, po której człowiek chodzi skulony nad świecącym przedmiotem i puka w niego palcem bez słowa, bez skutku szukając messengera z własnym imieniem. A wokół ludzie, a wokół ptaki, a wokół drzewa, a wokół kwiaty. I wszystko tak potwornie niewidzialne, niedostępne, niemożliwe…