Grzech śmiertelny

Mdlałam ze strachu, słysząc zza tej kratki surowe polecenie, żeby ominąć regułki i przejść od razu do grzechów, a właściwie do tego jednego grzechu…

pacierz

To był mój największy strach, najdotkliwsze upokorzenie. Ten moment, kiedy okazało się, że muszę powiedzieć o najskrytszych tajemnicach mojego ośmioletniego życia obcemu mężczyźnie.

Musiałam wyznać wszystko komuś, kogo nie znałam, nie lubiłam, kogo nawet nie widziałam. Musiałam mu wykrztusić z przerażeniem najgłębsze swoje sekrety, najintymniejsze szczegóły mojego JA.

Przekroczyłam granicę własnej na siebie agresji i zacisnęłam na swojej szyi pętlę dławiącego wstydu. Mdlałam ze strachu, słysząc zza tej kratki zachrypnięty od surowości głos, ten karcący ton i brak cierpliwości, to ponaglanie, żeby ominąć regułki, żeby przejść od razu do tego, co najważniejsze. Do tego, co we mnie siedzi najgłębiej, do własnych ułomności i własnej na to niezgody, tej samej niezgody, która mnie ukorzy, udupi na całe życie.

Nie chciałam tego, czułam że to jakaś przemoc, ale to była przemoc tak wyrafinowana, tak ubrana w te święte metafory, że niemożliwa do określenia, zwłaszcza dla ośmioletniego dziecka. Dla dziecka, które z jakichś powodów musi wywlec swoją intymność i boleśnie zeskrobać z niej swoje „grzechy”.

I nie chodziło wcale o to, że dostałam dwójkę, albo kłóciłam się z siostrą, to było mniej ważne, choć za to też mogłam dostać reprymendę. Nie chodziło też tak naprawdę o opuszczenie mszy świętej w niedzielę, choć za to też mogłam być obsztorcowana. Z tytułu wielu swoich niedoskonałości mogłam poczuć się gorzej, ale koniec końców, dziwnym trafem zwykle chodziło o ten jeden konkretny, najstraszliwszy, śmiertelny i niewybaczalny grzech.

To, że to grzech, dowiedziałam się na lekcji religii, jakoś na początku podstawówki. To, że ten grzech jest śmiertelny, że za ten grzech idzie się do piekła na wieczne potępienie, na wieczne smażenie się w smole, na niekończące się tortury – dowiedziałam się w wieku ośmiu lat. W wieku ośmiu lat musiałam przyjąć, że dotykanie siebie prowadzi do samozagłady. I wtedy też musiałam zrozumieć, że każda chwila nieuwagi, każda moja słabość dyktowana najnaturalniejszą w świecie ciekawością, ściągnie na mnie konsekwencję tego zdławionego wyznania przy konfesjonale. I nie ma wyjścia, trzeba potem przynieść zaświadczenie, tę uświęconą karteczkę, którą wymyślono po to, żeby udowodnić, jak bardzo się nie ufa tym, które ufają bezgranicznie.

Dzieciom.

Jestem więc dzieckiem, mam osiem lat i za chwilę będę czuć gnijące spustoszenie, rozpadające się fragmenty swojej wartości, niszczącą siłę poczucia niewyobrażalnej winy, która wymiecie ze mnie dziecięcą ciekawość i akceptację siebie.

Znów skulę się na kolanach przed wielkim mężczyzną z zachrypniętym od surowości głosem i będę się krztusić, będę się palić ze wstydu, będę się kajać z powodu, którego właściwie nie rozumiem. I tak cichym głosem, jakby mnie nie było, jakbym w ogóle znikła, jakbym się pod ten konfesjonał zapadła, jakbym starła się w proch wiekuisty, będę odpowiadać na srogie pytania obcego faceta, będę się kruszyć przed jego dociekliwością: „ale sama, czy z kimś?!”, „ale jak często?!”, „jak długo”, „gdzie?!”, „dokładnie!”. A potem, wracając do kościelnej ławki, będę łykać łzy z upokorzenia i niemocy, bo za co to – przecież tak naprawdę nic złego nie zrobiłam.

Albo pójdę do piekła.

———————————————————————————

W Polsce co roku przystępuje do pierwszej spowiedzi ponad 300 tysięcy małych dzieci. Nikt nie stawia pytań, jaki wpływ na ich wrażliwość ma przymus wyznawania intymnych zwierzeń obcemu mężczyźnie. Nikt się nie zastanawia, co czuje dziecko, gdy się dowiaduje, że jest brudne i złe.

Mój prywatny dżihad

Według Frondy wierzący mają grubszą korę mózgową i doskonalszy mózg

1233524_625169200846858_2027507747_n

Niektóre teksty są jak używka, paczka papierosów, lub jeszcze lepiej: alkohol. Wysokoprocentowa ironia jest nie dla wszystkich, tak jak nie dla wszystkich jest butelka wódki. Ironia do głowy uderza i niektórych bawi. Należy jednak pamiętać, że to zabawa niebezpieczna. Są tacy, co tego „alkoholu” pić nie mogą, bo wywołuje w nich agresję, stany ostateczne, żądzę krwi i, co najgorsze: urażone uczucia religijne. Gdy na dodatek w tekście pojawiają się słowa klucze, tagi wywołujące rażenie o kilkunastotysięcznym zasięgu (Bóg, szatan, Pawłowicz), wojna murowana. Wojna za słowo. Mój prywatny dżihad.

W takich chwilach tęsknię do swoich siedmiu czytelników i psa z kulawą nogą, do kilkuset odsłon dziennie i do kameralności bloga. Myślę jak się uzbroić w obojętność, by na komentarz o treści: „chuj ci w dupę pierdolona suko” reagować tylko krótkim i stanowczym kliknięciem: kasuj. A na obrażone moim istnieniem czyjeś uczucia religijne – jeno wzruszeniem ramion. Uczucia religijne! Urażone uczucia religijne! Nie ma na świecie bardziej podatnych na urażanie uczuć niż religijne! Uczucia religijne mają oddzielne kryterium wrażliwości, są jak komórki nerwowe, które toczy stwardnienie rozsiane – pozbawione osłonek ulegają paraliżowi przy najmniejszym powiewie różnic poglądowych. Uczucia religijne to niezabezpieczony arsenał jądrowy gotów zmieść z powierzchni Ziemi każde życie, które z racji samego istnienia uczucia religijne uraża. A urażone uczucia religijne to już sztylet w zębach, to bomba zegarowa przymocowana do dziewięciolatki. Urażone uczucia religijne to śmierć za słowo, wyklęcie za ironię. Nóż w plecy za felieton. Fatwa za książkę.

W drugą stronę to nie działa. Uczuć niereligijnych nie ma, obrażanie ich nie istnieje. Byłam kiedyś świadkiem nawracającej rozmowy pewnej pary, składającej się niefortunnie z wierzącej żony i niewierzącego męża. On stawał na rzęsach, by wierzącej nie urazić. Jednak był, istniał, uwierał, NIE WIERZYŁ. Koniec końców żona wpadła w furię i przywołując na świadka Stwórcę, wrzasnęła:

– Boże, jak można być tak głupim i nie wierzyć!?

Strach pomyśleć, co by było, gdyby facet wspiął się na ten sam podniebny poziom i odparł:

– Jak można być tak głupim, żeby wierzyć!?

Histeria, rozwód, skandal, urażone uczucia religijne.

Uczucia religijne można urazić na wiele sposobów. Ba!, prościej się zastanowić, jak można ich nie urazić. Prościej, bo odpowiedź prosta: nie można. Uczuć religijnych nie urazić nie sposób. Istotą uczuć religijnych jest bycie urażonymi. Zdaję sobie sprawę, że moje uczucia (niereligijne) wywołane komentarzem „chuj ci w dupę pierdolona suko” są niczym w porównaniu z uczuciami chrześcijanina, którego uraża samo moje istnienie.

Jak już jesteśmy przy urażaniu uczuć niereligijnych. Pismo Fronda opublikowało ostatnio fascynujący artykuł o budowie mózgów ludzi wierzących i niewierzących. Otóż podobno amerykańscy naukowcy zbadali mózgi pewnej grupy ludzi i okazało się, że uduchowieni mają grubszą korę mózgową od tych drugich. Fronda z miejsca uznała, że grubsza kora jest doskonalsza, zatem niewierzący mają po prostu gorszą (nieprawidłową) strukturę mózgu. Na szczęście, pismo nie zastrzega, o jaką wiarę chodzi. Łatwo można się domyśleć, że moc wiary jest wprost proporcjonalna do grubości kory mózgowej. Proponuję taki prosty quiz:

Oceń w skali od 1 do 10 hasła, które kojarzą ci się z największym natężeniem wiary:

– Hezbollah.

– Inkwizycja.

– Al Kaida.

– Polowanie na czarownice.

– Krucjata.

– Taliban.

– Atak na WOŚP.

Wynik: Osoby związane z hasłami o największej liczbie punktów mają/miały najbardziej prawidłowy mózg.

Wiara Śmierć Potępienie

Skombinowałam szałową kieckę do trumny, a potem wyobrażałam sobie własny pogrzeb, na którym bawię się setnie widząc ten lament, nieutulony żal po mnie

Całe moje dzieciństwo było dla mnie jednym śmiertelnym zagrożeniem. Jak sięgnę pamięcią, wciąż pakowałam się w jakieś porażające rozrywki, z których cudem wychodziłam cało. Wędrowałam więc po stromych dachach starych kamienic, wisiałam na parapetach okien najwyższych pięter, jeździłam na rowerze slalomem między autobusami i zapadałam na straszliwe choroby. Wstrzykiwano mi penicylinę, na którą byłam uczulona, gonili mnie zboczeńcy, atakowały mnie psy ze szczękościskiem i rozjuszone prośne lochy.

Udało mi się przeżyć. Ale od początku swojego istnienia czułam tę śmierć na plecach. O śmierci się słyszało, śmierć się oglądało. Ciągle ktoś umierał i ciągle się o tym mówiło. Poza tym bez przerwy robiliśmy z Whisky jakieś pogrzeby chomikom. Pies zmarł mi na rękach. Pisałam o śmierci wiersze. Opowiadania. Eseje. Śmierć prowadziła mnie za rękę  hartując jednocześnie przed samą sobą. Była jak szczepionka, jak ta penicylina, z tą jednak różnicą, że nie wywoływała uczuleń. Obecna w rozmowach, obecna w literaturze, w telewizji, w jedynej wówczas emitowanej tematyce Drugiej Wojny Światowej, dawała pewne poczucie bezpieczeństwa. Bo co podczas moich wędrówek po dachach, podczas podpalania domu, podczas gorączek krwotocznych, co takiego mogło się stać? Otóż w najgorszym przypadku mogła nastąpić śmierć. A my się z koleżanką dobrze znamy. My się nawet lubimy. My sobie razem łazimy po parapetach i rozbrajamy stare niewypały.

Druga rzecz, wiara. Kiedy bowiem już śmierć oswoiłam, natychmiast nasunęło mi się pytanie: co dalej? Co po śmierci? Oczywiście wykluczone, że nic. Na pewno COŚ. I na pewno coś zabawnego. Na pewno będę po śmierci świadoma,  w pełni przytomna i, co najważniejsze, niezniszczalna. Dlatego będę mogła bezkarnie robić sobie siupy i nic mi już nie zagrozi. Wykombinowałam w myślach szałową kieckę do trumny, a potem wyobrażałam sobie własny pogrzeb, na którym bawię się setnie obserwując ten lament i czuję jak rozpiera mnie satysfakcja, gdy rodzice rwą włosy z głowy z nigdy nie utulonego żalu, bo mi na coś tam wczoraj nie pozwolili, bo mi nie kupili czerwonych bucików, bo mi nie dali na lody, albo zrobili jakąś absurdalną aferę z powodu dwói z matematyki.

Tak się beztrosko pławiłam w tych wizjach pośmiertnych, tak się z moją przyjaciółką śmiercią nabijałam z życia dopóty, dopóki nie wtryniła się w to wszystko moja babcia. Babcia rozgoniła nasz duet, po czym zaciągnęła mnie na roraty i sprzedała kilka ważnych prawd o wiecznym zbawieniu. Bo śmierć śmiercią, ale potem kończą się żarty, zaczyna się jatka, mamy do czynienia z jazdą ekstremalną, nie ma zmiłuj, jedni na lewo, inni na prawo, jedni do raju, inni do kotła, i do kotła właśnie najprawdopodobniej ja!

Chyba że postaram się o zbawienie.

A zbawienie, kochani, można sobie załatwić tylko w jeden sposób. NIE GRZESZYĆ. Nie grzeszyć! A ja grzeszyłam na okrągło i w kółko miałam to poczucie bycia w czarnej dupie. Znacie ten majak niepokojący, lęk, że w każdej chwili może zapukać do was skarbówka? I z tytułu rozliczenia rocznego, zażądać faktury za materiały budowlane z 2001 roku? Niby gdzieś ją wpięliście, niby składaliście, ale to remont, to przeprowadzka, grom wie co, już segregator nie wiadomo który, już go właściwie nie kojarzycie, a na wiecznie odkładane porządki nigdy nie ma czasu. Skarbówka czekać nie będzie, śmierć też czekać nie będzie, nikt tu nie jest od tupania nogą w podłogę, nikt tu nie wygrał czasu na loterii, to macie tę fakturę czy nie?!

Najgorsze były wakacje. Latem bowiem rodzice oddawali mnie na bite dwa miesiące do babci i choć był to słodki czas rozpieszczania, to jednak mara wylądowania w kotle stawała się wówczas wyraźniejsza, wręcz namacalna, wręcz nieunikniona! Pamiętam jak trafiłam kiedyś z wyrostkiem robaczkowym do szpitala, a tam leżał siedmioletni pacjent, który wcześniej bawił się na budowie w ten sposób, że wędrował po krawędzi kotła z gotującą się smołą. I poślizgnęła mu się noga. I wpadł do środka. Nie chcecie wiedzieć, co było dalej. Ja wiedziałam. Widziałam, co się dzieje z człowiekiem, który wpada do kotła. I ten obraz stał mi przed oczami po rozmowie z babcią. I z tym obrazem, w mroku katolickiej wiary – dorastałam.

Było jednak światełko w tym mroku. Usłyszałam kiedyś (najpewniej od babci), że można z tego wybrnąć, że jest jakiś system ubezpieczeń, coś takiego jak pierwsze piątki miesiąca. W każdy pierwszy piątek idziesz do spowiedzi, potem do komunii. Tych piątków trzeba zaliczyć chyba dziewięć. Nie wiem, czemu dziewięć. To pewnie jakiś symbol ciąży zbawiennej, efekt niepokalanego poczęcia. Pomyślałam: biorę. Wchodzę w to. Nie mam wyjścia.  Nie zamierzam się kiedyś obudzić z ręką w szambie, w czarnej dupie diabła. Nie znasz dnia ani godziny. Ja, mimo przyjaźni ze śmiercią, też nie znam. Załóżmy więc, że w danej chwili spadam z parapetu. A wcześniej nie zdążyłam się wyspowiadać. No i dupa. Czarna dupa diabła.

Każde wakacje rozpoczynałam od rzucania się w projekt ZBAWIENIE. Projekt realizowałam mniej więcej w dwudziestu procentach. Wakacje trwały bowiem tylko dwa miesiące. Potem wracałam do domu i projekt upadał. Po kilku latach prób zrozumiałam, że wrodzony brak systematyczności może wykluczyć mnie z niebiańskiego towarzystwa i wtarabanić do kotła. Spytałam mojego eksperta – babcię – czy te święte piątki można zsumować i zaliczyć na poczet mojego zbawienia? Zaprzeczyła.  A na poczet negocjacji? Jak spadnę z parapetu i zginę, przyjdzie anioł śmierci i będzie mnie chciał potępić, a ja wyjmę pięć kartek, na każdej kartce po dwa piątki, nawet ponad normę. I co?!

– Nic.

To ja, pomyślałam, to ja to pierniczę. Co ja jestem w jakimś lojalnościowym programie? Co to, system zdrapek? Czemu akurat musi to być trzeci pierwszy piątek miesiąca po drugim pierwszym piątku miesiąca? Czemu ma być ich aż dziewięć? Czemu ma to trwać nieprzerwanie? A jeśli, załóżmy, nie mówię tu o sobie, ale jeśli ktoś nie nagrzeszył przez jeden z tych następujących po sobie miesięcy? A jeśli wyjechał?  Zachorował? Nie miał czasu? No i znów jak z tą skarbówką. Diabeł tupie nogą o ziemię, ramionami wzrusza, nic go nie obchodzą moje tłumaczenia. Nie ma faktury, nie ma rozmowy. Pięć rozpoczętych formularzy go nie interesuje.

Nie było wyjścia. Zrobiłam to, co uznałam za jedyne słuszne posunięcie w tej sprawie. Zaprzyjaźniłam się i z nim. Zresztą można się było tego spodziewać. Taką mam metodę. Zawsze zaprzyjaźniam się z wrogiem. Z każdym potencjalnym zagrożeniem. Z sekretarką męża. Z dziewczyną kochanka. Z komisją rekrutacyjną. Z członkami jury. Z największym moberem w firmie. Z szefową i kadrową. Ze śmiercią. Z potępieniem.

Zaprzyjaźniam się, zabieram na wódkę i załatwiam, że nie trafię kotła. I powiem wam coś. Nie trafię do kotła. Piekielnie w to wierzę. A wiara czyni cuda.

7348__wiara-jpg

W jakiego boga nie wierzysz?

Taksówkarz spojrzał w górę, jakby spodziewał się nagłego piorunu, gdy ten jednak nie uderzył, zapytał…

170397_zachod_slonca_kobieta_dlon

W sobotę wylądowałam na warszawskiej Pradze w knajpie o nazwie Skup Butelek. Na głównej ścianie zapyziałej salki koncertowej widniał dość gigantyczny napis: SZKŁO. Nie byłoby w tym nic godnego odnotowania, gdyby nie fakt, że trzy dni wcześniej napisałam tekst o butelkach i szkle, i stał się on kolejnym moim proroctwem, niezamierzonym ściągnięciem sobie na głowę takiego właśnie losu. Tak kochani, to co piszę zawsze się zdarza. Jeśli nie w przeszłości, to na bank w czasie przyszłym. I oczywiście nie ma mowy o tym, żeby wydarzyło się coś dobrego. Zawsze zło.  Czemu się z kolei nie dziwię, najpierw trzeba by coś dobrego napisać.

Ale w czym rzecz? Otóż w ponurej scenerii Skupu Butelek zawędrowałam w labirynt rozmów o Bogu i perspektywie życia po śmierci. Sami przyznacie, temat beznadziejny. Tym bardziej beznadziejny, że o ile traktujący o śmiertelności – sam w sobie jest nieśmiertelny. Od wieków ludzi pochłaniający, po wieczność zgubny. Ale tak mnie i przypadkowo uciułane przeze mnie towarzystwo zajął, że nikt z obecnych nie zauważył, kiedy została zakupiona piąta zero siedem. I kiedy wybiła szósta zero sześć. Człowiek po takiej dawce konwersacji nie ma już wiele do powiedzenia. Rozmowy o Stwórcy zaklęte nocą w szkle niczym dżin, nad ranem z niego ulatują, zostawiając jedynie głuchy jęk wiatru wędrującego po pustych jak skacowane głowy, butelkach. I właściwie powinno się wtedy porzucić wszelkie dysputy, zamilknąć i w ślad za nieustalonym bogiem, zniknąć. Tak też postanowiłam. Została mi jednak ostatnia konwersacja – rozmowa z dyspozytorem korporacji „Taxi – Grosik”. Gdy więc wylądowałam w pluszowej taksówce, postanowiłam cicho siedzieć i drzemać. Niestety, nie dało się. Warszawscy taksówkarze należą bodaj do najbardziej rozgadanego towarzystwa na świecie i żadne odburknięcia ich nie zrażają. Dlatego, gdy kierowca zadał mi siedemnaste pytanie w stylu: skąd jestem, dlaczego akurat Skup Butelek, i jak się bawiłam, wściekła na to burzenie pożądanej ciszy, wyskoczyłam jak z karabinem maszynowym:

– Ubawiłam się setnie! To była najbardziej konstruktywna impreza w moim życiu! Całą noc w jakiejś zatęchłej dziurze rozmawiałam o bogu, w którego nie wierzę!

Facet spojrzał przez okno gdzieś w górę, jakby się spodziewał nagłego piorunu, gdy ten jednak nie uderzył, postanowił się upewnić:

– Nie wierzy pani?

– Nie.

Podrapał się po brodzie szukając w niej satysfakcji, ale nie znalazłszy, z jakąś taką nadzieją w głosie, lekko dobrotliwym tonem podpowiadającym jedyną słuszną odpowiedź, zadał mi to ostatnie pytanie – pytanie, które wciąż dźwięczy mi w głowie szklanym dźwiękiem oddawanych do skupu butelek, choć weekend minął, choć się wyspałam, choć niby opuściłam tę szklaną nierzeczywistość:

– Ale rozumiem, że nie wierzy pani w tego naszego Boga… . Czy co?

Pytanie to zostawiło we mnie głębokie przekonanie o potrzebie religijnego patriotyzmu. Nawet jeśli ktoś deklaruje brak wiary, powinien zaznaczyć, jakiej religii ten brak wiary dotyczy! Żaden bowiem szanujący się warszawski taksówkarz nie będzie woził po polskiej stolicy kogoś, kto nie wierzy w jakiegoś obcego (może protestanckiego? prawosławnego? a może nie daj Bóg, jakiegoś islamskiego?) boga. Dlatego z miejsca kierowcę uspokoiłam:

– Oczywiście, że w naszego.