Guovssahas

Od kiedy pamiętam, od pierwszych chwil mojej świadomości na tej ziemi, co nie ukrywam, z miejsca przyprawiło mnie o przerażenie – wszyscy wokół byli dziećmi. 

I mama. I tata. I panie w przedszkolu. I panie w szkole. Babcia najmniej. Ale dziadek za dwoje. 

Wszyscy. 

Wszyscy. 

Każdego dnia doświadczałam tego faktu z coraz większym poczuciem niemocy i beznadziei. Przepaść czarnej rozpaczy jęła wypełniać moje serce. 

Wszyscy. Wszyscy. 

Wszyscy. 

Przecież skoro są dziećmi, trzeba się nimi opiekować! Trzeba się nimi zająć, wyręczyć, poprowadzić! Trzeba im pieluchy zmieniać, prasować skarpetki! Trzeba ich lulać i tulić, nawet jak są okrutni. Mówią, że dzieci są okrutne. Wiedzą, co mówią.

Wszyscy. 

Wszyscy.

Koledzy w szkole, koleżanki z klasy. Pani dyrektor. Facet z radia, facetka z telewizji. 

Wszyscy. 

Jestem zorzą polarną. Rozpędzonym wiatrem słonecznym rwącym ku błękitowi atmosfery, by na nim grać. Struna po strunie rozpiętej na wielowymiarowych gryfach, na nieskończonej przestrzeni klawiatur. Gram melodię, wybijam rytm. Mój głos niesie się po szmaragdowym niżu biegunowym wprost od rozpaloności Słońca. Moja temperatura to zmiana. Nigdy nie zbadana niewiadoma emocji. 

Wczoraj rzucałam krzesłem, dziś zanurzam się w wannie. Zamykam dłońmi przestrzeń niewidzialną, gdzie ukryta jest moja dusza. W niej rozgrywają się kompozycje geniuszu świadomości o milionie imion. Sylwia. Noemi. Guovssahas. 

Wszyscy. Wszyscy. 

Wszyscy. 

Nie ma już płci. Nie ma już ego. Nie ma już małej opiekunki dzieci świata. Jest tylko wodorowa reakcja łańcuchowa. Zieleń. Błękit. Czerwień. Biel. 

Wolność. 

Zadzieram głowę i z otwartymi ustami patrzę w Niebo. Pomruk burzy przeszywa moje ciało. 

Gdy się urodziłam wszyscy byli dziećmi.

Nadal są. 

Niech sobie będą. 

nemezis.me

fullsizeoutput_ad
Gdy się urodziłam, wszyscy byli dziećmi…