Tagged: premiera

Poczucie winy, czyli MAMA

Gdyby nie ja, nie miałby skazy, nie płakałby w nocy, nie skarżyłby się na kolkę. Gdyby nie ja, nie byłby narażony na choroby zakaźne, na trzydniówki, jelitówki, zło, nienawiść, wojnę. Gdyby nie ja, nie urodziłby się i nie cierpiał nigdy, gdyby nie, kurwa, JA

Dziecku, które ma skazę białkową i pooraną skórę powinno się prać pieluszki w jakimś odpałowym, nowoczesnym, hipersuperantyalergicznym proszku trzy dychy za paczkę. Skąd mam wziąć trzy dychy? Mało tego. Dziecko, które ma skazę białkową, powinno przyjmować pokarm z soi. Paczka takiego proszku sojowego to piętnastak. Starcza na tydzień. Pierdolę. Ja nawet na karmę dla psa nie mam, będę wydawać pieniądze na pokarm dla dziecka, skoro mam w piersiach? Karmię więc dalej piersią i słucham lamentów pediatry. W podręczniku dla matek doktor Spock pisze, że mleko matki jest najlepsze. To samo mówili na bioinżynierii, ale dziecko to przecież nie zwierzę!

Ciotka Teresa z kolei twierdzi, że powinnam włączyć marchewkę. W trzecim miesiącu koniecznie trzeba dać marchewkę, startą, miksowaną najlepiej z masełkiem albo z żółtkiem, żółtko jest dobre na rozwój mózgu, żebyś wiedziała, Kubuś Pobusińskiej dostawał żółtko, teraz widzisz, dostał się na politechnikę w Gdańsku, projekty samolotów już robi na brudno. Ja ci mogę pożyczyć mikser, mam taki do robienia rolady, kremu do rolady znaczy, chwilowo jestem zajęta wymianą podłogi, więc nie mam kiedy robić rolady, nie mam kiedy robić gołąbków, ale ci zrobię, przyniosę, pamiętam, tymczasem dam ci ten mikser, zmiksujesz marchewkę i dasz dzieciakowi, bo sama widzisz, kochana, non stop głodny, aż się serce kraje.

Aż się serce kraje! Kolejna wrzutka do mojego poczucia winy. Dzięki, ciociu, i tak już jestem najgorszą matką, ledwo dziecko z życiem uszło przed gronkowcem. Ale się staram, Boże, jak ja się staram. Wszystkie matki kupują swoim dzieciom pampersy, mnie na to nie stać, piorę w ręku pieluchy, w ręku i w mydle, dupa odparzona. Podobno chociaż na noc trzeba, na spacer trzeba pampersa mieć, żeby dziecka nie przeziębić, ciułam więc na paczkę, raz użyty suszę na kaloryferze, może nikt nie zauważy? Na opakowaniu pampersów są misie. Podobno jak się zbierze trzydzieści misiów, można wygrać dom. Wygram dom z pewnością! Tylko muszę poczekać, aż mi syn dorośnie i zacznie ze starości walić w gacie, bo chyba dopiero wtedy uda mi się kupić tyle paczek, żeby zebrać tyle misiów.

Może kupię sobie gazetę „Dziecko”? „Mamo, to Ja”? „Matka, Weź Się Ogarnij”?! Może tam napisali jeszcze coś nowego, przełomowego, coś co mnie podniesie na duchu i przekona, że nie jestem aż tak beznadziejna?

A mówili, nie jedz, nie rób, nie bierz, nie noś, nie karm, nie całuj, nie kładź, nie myj, nie ruszaj, nie podnoś, nie wynoś, nie dotykaj, nie chodź, nie leż, nie bujaj, nie śpiewaj, nie śpiewaj! Kurwa, nieposłuszna siksa, nienormalna, dzika, pierdolnięta, za młoda, za głupia na matkę. Dziecko zniszczyła. Nie wychowała, nie utrzymała, nie zadbała, nie ogarnęła. Co trzy godziny się karmi, a nie. W łóżeczku się trzyma, a nie. Plastikowe pozytywki się włącza. A nie.

Beznadziejna! Beznadziejna matka! Głupia! Zła! Morderczyni!

Wyrzuty sumienia. Poczucie winy. Codzienne poczucie bycia złą matką, coraz gorszą, coraz bardziej toksyczną dla własnego dziecka. Gdyby nie ja, nie miałby skazy, nie miałby złamanego obojczyka, nie miałby opuchlizny wokół oka, nie płakałby w nocy, nie skarżyłby się na kolkę. Gdyby nie ja, z pewnością nie zostałby tak niewprawnie wykąpany w wanience, tak okropnie niezdarnie, że nalało mu się wody do noska. Gdyby nie ja, nie byłby narażony na choroby zakaźne, na trzydniówki, jelitówki, zło, nienawiść, wojnę. Gdyby nie ja, nie urodziłby się i nie cierpiał nigdy, gdyby nie, kurwa, JA.

Muszę wyjść. Muszę uciec. On śpi, pewnie jeszcze będzie trochę spał, zostawiam go na kanapie, podsuwam krzesło, żeby nie spadł, i postanawiam zniknąć. Wyciągam swoje dżinsy i patrzę na nie z tęsknotą. Patrzę i wspominam, jak kiedyś, jakieś tysiąc lat temu zakładałam dżinsy i wychodziłam gdzieś. Tak o. Po prostu. WYCHODZIŁAM.

Nie wiem już, jak to jest, kiedy się wychodzi. Kiedy się idzie. Kiedy się czegoś nie dźwiga. Nie wiem, jak to jest, kiedy się wchodzi po schodach swobodnie, podskakując beztrosko na stopniach. Nie wiem, jak to jest, kiedy się po prostu dokądś zmierza i nie myśli, że o tej i o tej coś tam, a potem jeszcze coś tam i to, i tamto, szybko, najszybciej na świecie, bo się nie zdąży. Nie wiem, co to jest wolność i się już nie dowiem. Umarłam, umarło moje JA. Teraz już do końca życia będę matką, będę z tym dzieckiem zrośnięta na zawsze, na zawsze z tym zawiniątkiem na brzuchu, na wypiętym lewym biodrze, na plecach, w głowie.

Muszę wyjść, muszę złapać oddech, bo się uduszę i będę uduszoną matką. Mój Boże, nawet po śmierci już nie będę sobą, tylko matką, komunikat prasowy, nie żyje MATKA, znaleziono zwłoki MATKI, osierociła niemowlę, zostawiła dziecko, MATKA, MATKA, MATKA. Nie ma mojego imienia, nie ma nazwiska, jest tylko ta funkcja, rola mojego życia, stygmat, klatka, sznur. A gdzie tam sznur! Obroża i smycz, zaciskająca się kolczatka na mojej szyi: matka. Spróbuj uciec, spróbuj się oddalić, twój chip się odzywa dotkliwie, jak igła w głowie, czujnik sterowany przez kogoś tam z góry, przez jakiegoś psychopatę boga, który mną steruje, nie – nie mną, moim ciałem, moim umysłem, tylko nie mną, bo mnie już nie ma. Stawiam kroki na trotuarze, czuję się jakby mnie zrzucili z samolotu. Gdzie ja jestem? Jak to się robi? To jest jakiś świat? Nic nie wiem, nie rozumiem, nie pasuję. Rozglądam się po tych ulicach, które niby kiedyś znałam, a teraz są zupełnie inne, obce, puste, mimo że pełne tłumów.

Co ja tu w ogóle robię i – przede wszystkim – JAKIM PRAWEM? Ktoś mi dał może przepustkę na to chodzenie po świecie?! Ktoś pozwolił, wydał kwit może? Co ty tu robisz, zdają się pytać twarze zgorszonych ludzi, czego tu szukasz? Ten świat to nie twoje miejsce, ten świat to miejsce tyidziecka. Nie masz prawa być odrębnym człowiekiem, jesteś zrośnięta z tamtą istotą, jesteś matkodzieckiem, jesteś dwuorganizmem, i tylko jako taki masz prawo się po ulicach szwendać. Myślę, żeby zadzwonić do tego taksówkarza i powiedzieć mu, oto właśnie potrzebuję pomocy, potrzebuję taksówki, żeby na sygnale SPIERDALAĆ. Tymczasem, on powie: a gdzie dziecko, umarło czy co, bez oka też można żyć, proszę nie oszukiwać, bez dziecka nigdzie nie jedziemy, bez dziecka, proszę pani, pani nie istnieje. Przyspieszam tempo, a igła wbija się w miękką tkankę mózgową, boleśnie, kategorycznie:

WRACAJ.

Wracaj, MATKO, do swojej celi, twój czujnik piszczy. Wracaj, to rozkaz najbardziej kategoryczny ze wszystkich. Wracaj, nigdzie nie pójdziesz, ani do koleżanki, ani do fryzjera, ani do kosmetyczki, ani na żaden pieprzony samotny spacer, ani na randkę, ani do lasu, ani nigdzie. Wracaj, piszczy czujnik, on się na pewno już obudził! A ja już faktycznie świruję, nie wracam, tylko biegnę co sił. Kto by pomyślał, całe dwadzieścia minut ucieczki, trochę ponad kwadrans gigantycznej zrywy i oto proszę, jak działa doskonały system psychopaty boga, zapieprzam jak sterowany robocik do swojego więzienia, do nigdy nie ustającej niewoli.

Tylko przekraczam próg budynku i już go słyszę. Wtedy biegnę tak, że przewracam poustawiane na korytarzu sprzęty. Potykam się o jakiś dziecięcy rowerek, o czyjąś suszarkę do bielizny. Nie patrzę, nie myślę, lecę po schodach, a im bliżej jestem, tym silniejsze bombardowanie, tym boleśniejszy napalm poczucia winy na mnie spada. Roztrzęsiona, acz skupiona niczym wiązka lasera, jak to się dzieje u diabła, otwieram zamek u drzwi, wpadam do mieszkania, widzę z daleka te małe rączki wyciągnięte w próżnię po MATCE i czuję siłę wyrzutu z jego strony: dlaczego mnie zostawiłaś, dziwko!?

Sekundę później trzymam go i wyję jak zwierzę, wyję nad własnym kurewstwem, nad moim odczłowieczeniem, nad jego krzywdą. Już nigdy, mówię mu, już nigdy, a on się wtula i wierzy, ufa w stu procentach, że już nigdy…

 

 


Premiera „Mamy” w EMPIK Junior, Warszawa, ul. Marszałkowska 116/112, 23 maja, godzina 19.00. Zapraszam.

Zdjęcie na Facebooku (Kobiety dość doskonałej)

To zdjęcie przedstawia nie tylko mnie. Obok siedzi prześliczna dziewczyna. Ta dziewczyna jest nieznośnie piękna i mądra, tak piękna i tak mądra, że mnie na tym kadrze po prostu deklasuje. Nie, ona mnie nie deklasuje – ta chuda suka mnie w tym kadrze MORDUJE

Ktoś zrobił mi zdjęcie podczas imprezy firmowej i wrzucił na Facebook. W dodatku mnie oznaczył. Wyglądam na tym zdjęciu jak stara, gruba ciotka. Nie mogę na siebie patrzeć. Nie mogę patrzeć, a patrzę. Wpatruję się w monitor jak zahipnotyzowana, jakbym zobaczyła pająka, struktury wywołujące fobię, smoka z siedmioma miliardami par oczu, wampira Nosferatu.

To zdjęcie przedstawia nie tylko mnie. Obok siedzi prześliczna młoda dziewczyna, która wygląda jak świeżość wszystkich poranków świata. Ta dziewczyna jest nieznośnie piękna i mądra, tak piękna i tak mądra, że mnie na tym kadrze po prostu deklasuje. Nie, ona mnie nie deklasuje – „deklasuje” to eufemizm. Bo prawda jest taka, że ona, ta chuda suka, mnie w tym kadrze ściśle: MORDUJE. Ona mnie morduje, zjada na śniadanie w ten swój piękny poranek, połyka jak kawałek prosiaka z chlewika mojego dziadka. Ona mnie, bezimienną świnię, pożera, po zbyt tłustym posiłku wzdycha, ociera swoje piękne usta finezyjną chusteczką skropioną paryskim zapachem. A obok ja. Gruby baleron, pękata torba rozlana na krześle. Na dwóch krzesłach, bo na jednym się już nie mieszczę. Mam nabrzmiałą twarz, czerwoną, spoconą, włosy w nieładzie, rozjeżdżający się żakiet. Ten żakiet nie może ukryć otłuszczonych wałków, wylewających się piersi, ukradkiem wypitych trzech piw, wypalonych siedmiu papierosów, niewyspanej nocy, niewykorzystanego karnetu na siłownię, nieodłączonej wściekłości na samą siebie, na rozdygotaną niepewność, na szare włosy, na drugi podbródek i wory pod oczami.

Fotografia jest właśnie jak to bezlitosne lustro. To obnażająca, straszliwa dziedzina, którą ludzkość wymyśliła tylko po to, żeby siebie unieszczęśliwić. Taki fotograf jest jak niedyskretny ginekolog. (…) O ile resztki przyzwoitości się w nim telepią, łaskawie choć przez edytor przepuści, zanim zmęczone i pomarszczone truchło rzuci tłumowi na pożarcie. Niestety, ten fotograf nie zrobił nic, żeby mnie upiększyć. Nie odchudził. Nie wysmuklił. Nie wygładził. Zwis sflaczałej skóry i smutek z opadniętej twarzy wydobył. Podgardle jak u zwierza pokazał. Gębę szeroką obwieścił. Nos krzywy odtajnił. Na dobitkę tę chudą blerwę umieścił obok. I, kurwa, wrzucił to wszystko na Facebook.

(…) Boże, czemu jestem taka beznadziejna, czemu taka byle jaka? Co będzie, jak zobaczą to zdjęcie? Jak się dowiedzą? Jeszcze nie widzą, jeszcze mogę udawać, że jestem ładna, jeszcze się kreuję, jeszcze się miotam, jeszcze mam w CV dwa fakultety, jeszcze piszę felietony dla gazety, jeszcze zbieram lajki. Ale zaraz, za chwilę, cała ludzkość zobaczy to zdjęcie na Facebooku i będzie jasne. Wszystko wyjdzie na jaw. Okaże się, że tak naprawdę jestem gruba i brzydka, głupia, beznadziejna i nie umiem pisać.

(…) Może jednak usunę ten znacznik? Może jeszcze nie cały świat się dowiedział? Ale nie, nie mogę. Jeśli to usunę, to zwrócę uwagę, to zaczną sobie wysyłać, zaczną się nabijać, robić memy. Już to widzę. Ze skrzynki na skrzynkę, cała firma ma ubaw: patrzcie jaka ta Kaśka jest brzydka? Widzieliście? Matko święta, jaki potwór, a myśleliśmy że całkiem ładna z niej laska. Wydawało się nam! Bo ona tak udawała i teraz jeszcze dalej udaje, a co gorsza, ona wszystkich nabiera, że coś niby umie, że mówi po angielsku, że po niemiecku i jeszcze po rosyjsku, a prawda jest taka, że nie zna żadnego języka, nawet dobrze polskiego nie zna, po prostu nie umie nic. No i brzydka jest.

Nie mogę usunąć znacznika ze zdjęcia. Nie mogę zrobić nic, siedzę jak sparaliżowana, bez czucia, bez ruchu, bez nadziei. (…) I okropnie, beznadziejnie boję się prawdy, a prawda jest taka, że jestem gruba i brzydka i nie umiem pisać. W tej chwili, zaraz, za moment cały świat się dowie o tym, już mi nie odpisują z redakcji na maile. Ha, ciekawe czemu? Na pewno dlatego, że się dowiedzieli, odrzucili mój tekst, to jasne, przejrzeli na oczy, każdy by przejrzał, jakby zobaczył tę fotę na fejsie.

(fragment książki „Kobieta dość doskonała”)

——————————————————————————————

Kiedy pisałam tę książkę, myślałam, że gdy już ona będzie, kiedy się narodzi, nic już do niej nie będę miała. Nie będę miała wpływu na to, jak będzie czytana, jak będzie rozumiana i jak jej się w życiu ułoży. No i proszę. Jutro premiera w księgarniach , a ta cholera już jest w pierwszej dziesiątce najlepiej sprzedających się książek na stronie Empiku. Przed skandynawskimi kryminałami, zaraz po tegorocznej laureatce NIKE…

Dlatego nic tu po mnie, jedyne co mogę zrobić, to życzyć Wam wrażeń. A kto chce te wrażenia przeżyć, niech kliknie w okładkę:

StLS03OTk4NDUtS29iaWV0YURvxZvEh0Rvc2tvbmHFgmFfb2vFgmFka2EuanBn

Recenzje:

„To jest dla wszystkich kobiet, które żyją ściśnięte własnym życiem. To jest szczere, złością pisane życie zwyczajnej Kasi, która bardzo chce być fajna i dosyć szybko orientuje się, że inne są prawa dla niej, a inne dla chłopców.
Kubryńska niczego nie udaje, nie stara się wymyślać losów i tła, tylko daje głos setkom, tysiącom kobiet. Przygody Kasi to przygody bez przygód, to właśnie ta szara szmata, w której żyją kobiety. Nie ma tu akcji z XIX wieku, kryminału i reportażu. Jest treść od której po prostu robi się lepiej. Że ktoś też tak ma.”

Małgorzata Halber

„Dziękuję ci za tę książkę, Sylwia. Dajesz w niej piękny, ironiczny upust naszym zbiorowym, stłumionym kobiecym frustracjom. Napisałaś dla nas katharsis. Sprawiasz, że absurd i humor sytuacji samoograniczających się kobiet stają się widoczne. A to, co widać, da się zmienić. Tym razem już po swojemu. Nareszcie!”

Zuza Ziomecka

„Często narzekamy na brak polskich odkryć. I oto jest. Największe polskie odkrycie tego roku: Sylwia Kubryńska.”

Paulina Reiter
redaktorka naczelna „Wysokich Obcasów”