Psychopacki

fullsizeoutput_231Jestem redaktorem naczelnym gazety! Ha! Ha! Hahaha!

Już tłumaczę, jak do tego doszło. Najpierw sen. Stoję w kolejce do niemieckiego kasjera (NIEMIECKI KASJER), w kieszeni mam coś pochowane, w zasadzie: kradnę. W Niemczech. Trzeba mieć jaja jak byk, żeby w Niemczech coś zwędzić. A ja proszę. Stoję na bezczela, patrzę w oczy temu niemieckiemu oficerowi geszeftu i przemycam jakieś pierdypały z ichniejszego tysiąca i jeden drobiazgów. 

No, ale, myślę: dobra. Po cholerę mi kraść, zaraz gestapo zawołają i mnie w tym niemieckim więzieniu będą torturować. Dziękuję. Stać mnie. Co ja tam nakradłam? I wyjmuję na ladę coś, co wygląda jak termometr, tylko że pompowany. Pompowany termometr? Ciśnieniomierz? Zawału dostanę? Dobra, dalej. Co wyciągam jeszcze? Tu się zdziwicie: RYZĘ PAPIERU do drukarek. Ryza. Wyjęta z kieszeni. Luz. 

Pierwsza myśl: po cholerę mi ryza papieru? No i GŁOS z góry, TEN głos, wiecie:

– PRZYYYDA CI SIĘ.

Dalej poszło szybko. Ryza papieru do drukarek oznacza potrzeby drukarskie, coś mam drukować, a co innego można drukować na formacie A4, jak nie gazetę? Jakieś urzędowe flaki z olejem, albo… No i powstała dziś Ona, moja pierwsza, jedyna, numer jeden, własna gazeta, którą lecimy pewnie raz na tydzień i w ogóle mam pomysłów MILION. 

Ciekawostka. Jak na rasową artystkę przystało, zrobiłam błąd redaktorski. Czy jakiś tam. W każdym razie: błąd jest z przytupem. W tytule gazety. Jak już wydrukowałam pierwszy nakład i zrobiłam mu zdjęcie, to na tym właśnie zdjęciu ujrzałam siebie w pełnej krasie. Nie napiszę, bo nie chcę wam zabierać zabawy. 

Niemniej: uf! Leżę z kolportażem. 

PS. Miałam pisać o zupełnie czym innym! O tym, że na przeciwko Ważka Cafe jest facet, co ma sklepik z winami, nawet z bezalkoholowymi też. Wpadam do niego czasem, on mi (przed trzynastą!) wina nalewa (bezalkoholowego, hehe) do wysokiego kieliszka i… gadaaamy, gadaaamy o takich na przykład zaskakujących rzeczach, jak sny. Facet, który gada o snach. Zważcie. 

PS2. U niego też będzie kolportowana gazeta. 

PS3. On jeszcze o tym nie wie. Nie mówcie. 

PS4. nemezis.me

 

Jestem zajeBaBana, czyli o wpadce BaBy

Wszystkich, którzy mają niedogodność czytania romansu z piasków Sahary – najmocniej przepraszam. A że przepraszanie nie ma mocy realnego zadośćuczynienia, proponuję konkretną rzecz…

Zważywszy na powszechność kaleczenia języka polskiego, słowotwórstwo w skali globalnej, płynące z telewizorów i radioodbiorników poklejone ze słów angielskich, a może i amerykańskich, kto ich tam wie? – twory, a także różnego rodzaju wtręty tajemne, moja Spółdzielnia Literacka BaBa wyszła przed szereg. I nie to, że specjalnie jakoś, metodycznie, ale przypadkiem, a może raczej: przez nieuwagę. Albo – choć nie wypada mi się tłumaczyć – na skutek pośpiechu, natłoku pracy, brak doświadczenia i znajomości narzędzi, które z racji mojej artystycznej natury są mi od zawsze obce. 

Na przykład program do składu książki. Rzecz o trudności wymiaru kosmicznego. Żeby to opanować, a jednocześnie pilnować spraw księgowych, prawnych, a także terminów, promocji, wysyłki, rodziny i pisania książek – trzeba mieć trzy głowy minimum, z wymaganiem 150 IQ dla każdej. 

STARAM SIĘ! Ale nie zawsze się udaje. Oto właśnie dotarło do mnie, że moja powieść SAMUM została złożona przez wspomniany program tak sprytnie, że po prawej stronie, owszem, jest OK, ale po lewej program postanowił wywinąć numer i poprzenosić wyrazy od tak zwanej czapy. I tak powstała zupełnie nowa definicja stylistycznej formy powieści, której ja jestem prekursorem. 

Wszystkich, którzy z tego powodu mają niedogodność czytania romansu z piasków Sahary – najmocniej przepraszam. A że przepraszanie nie ma mocy realnego zadośćuczynienia, proponuję konkretną rzecz. 

Każdy z was, kto kupił (kupi) u mnie Samum, przy kupnie następnej dowolnej książki otrzyma zupełnie gratis Poradnik dla psychopatów. Wystarczy podać w zamówieniu hasło: „BaBa tkwi w szczegółach”. Będę wiedziała o co chodzi. Jeszcze chusteczkę do okularów dodam. Tym, którzy już złożyli kolejne zamówienie, wrzucam do koperty drugi „Poradnik” w ekstrasie. 

W razie pytań, piszcie. I mam nadzieję, że mi wybaczycie. ZajeBaBana jestem. 

Poradnik dla psychopatów. Jak zrozumieć święta?

Oglądajcie, bawcie się dobrze i roznieście po świecie, na media nie ma co liczyć, bo przecież żadna gazeta newsowa nie jest zainteresowana tym, jak naprawdę wygląda nasz kraj

To jest tak. Siedzimy, jemy, trawimy, jedna godzina, druga godzina, trzecia… Człowiek popada w stupor, odrętwienie, znów stupor na przemian z katatonią. Ciotka Jadźka kłóci się w wujkiem o PiS, z ciotką i wujkiem kłócą się talerze, a matka, jak za starych dobrych, niemowlęcych czasów, pilnuje, żeby nikt nie przestał jeść ani na minutę. Myślisz, że to minie, bo przecież wszystko w życiu mija, ale święta to zjawisko spod wszelkich zasad fizyki wyjęte, jak się zaczynają w listopadzie, tak trwają w nieskończoność. Nieskończone są więc minuty, godziny, zdawało by się: dni – przy stole z bigosem.

Jednak. Ktoś zaczyna się jakoś inaczej poruszać, ktoś inny daje znak jakby poza ramy obrazu rodzinnego się wychylający, jest jakiś ruch powietrza, jakiś wiatr, coś w rodzaju dynamiki, a może raczej: jakaś dynamiki zapowiedź? Może jednak, myślisz, może jednak to się kiedyś skończy, może nawet w tej wieczności, kto wie? Nie należy popadać w zbytni optymizm, ganisz się w myślach, ale nie możesz się przecież powstrzymać. Zaraz więc podejmujesz ten pierwszy zrywik, ten mikro podmuch zmierzający ku wyjściu. Czynisz charakterystyczne ruchy szyjne wskazujące ku drzwiom, łowisz wzrok tych, którzy być może kiedyś cię w życiu rozumieli, co niesie nadzieję na zrozumienie ponowne.

To trwa, ale ewoluuje.

Wreszcie. Widzisz to. Oczom nie wierzysz. Wstają. Mało tego! Ubierają się! Idą w ruch płaszcze i szaliki, wśród głośnych oddechów i pojękiwań wsuwane są zimowe buty. Ktoś za klamkę łapie i już, już, szczęście jest tak blisko…

I wtedy następuje ta chwila, gdy ktoś nieopatrznie zada ostatnie pytanie, ktoś w roztargnieniu rzuci jakąś myśl o pogodzie, a może kot przebiegnie, może czapka z półki spadnie, cokolwiek się wydarzy – nieważne. Ważne jest to, że ten niepozorny, niby nic nie znaczący kamyczek wywołuje lawinę, kaskadę tematów i rozmów, rozmów niekończących się NIGDY, rozmów przeprowadzonych przy klamce. Klamka naciśnięta nie otworzy drzwi, drzwi z naciśniętą klamką nikogo nie wypuszczą. Trwaj chwilo bez końca, wszak dobiegłaś do punktu krytycznego, do gordyjskiej pętli czasu, z którego jak z czarnej dziury – nic się nie wydostanie.

Pewna dziennikarka poprosiła mnie ostatnio, żebym opisała polskie święta w paru zdaniach. Niestety, moje wspomnienia nie wpasowały się w „klimat” i nie zostały opublikowane, bo były zbyt realistyczne jak na newsową gazetę. Dowiedziałam się, że z SZACUNKU do pozostałych wspominających nie można dać ludziom poczytać o kłótni ciotki Jadźki, nie można też wspominać o starej polskiej tradycji „Klamkówki”. Zainspirowało mnie to do nagrania krótkiego filmu, który jest jednocześnie zwiastunem Poradnika dla psychopatów, jakich w naszym kraju nie brakuje.

Oglądajcie, bawcie się dobrze i roznieście po świecie, na media nie ma co liczyć, bo przecież żadna gazeta newsowa nie jest zainteresowana tym, jak naprawdę wygląda nasz kraj.