Tagged: pieniądze

Cannelloni z buraka, czyli Żony Hollywood

Mają w Ameryce posiadłość, gdzie jest osiemnaście basenów. Jeżdżą sobie tam we dwoje. I pływają naraz w tych osiemnastu basenach, bo przecież w jednym basenie pływać się nie da

Moja mama mówiła na to, że ktoś się „wygina”. Myślę, że to jest bardzo trafne określenie. Oddaje ono dokładnie to, co dana osoba robi ze sobą, ze swoim ciałem, ze swoim językiem, twarzą, osobowością.

Siedzi – dajmy na to – naprzeciwko was, ale jakby nie do końca siedzi, można powiedzieć, że niby to siedzi, niby to się kręci, niby to się trochę kładzie, a może nawet niby to tańczy. Trudno określić, co ta osoba robi w kwestii siedzenia.

Patrzy. Ale jednak nie patrzy. To znaczy niby patrzy, ale nie wiadomo gdzie. Język jest tu bezradny, bo jakże określić tak nieprecyzyjne patrzenie? Takie patrzenie, niepatrzenie? Ty niby widzisz, ten ktoś ma oczy, temu komuś się nawet wiele wokół tych oczu dzieje, a jednak oczy te zgasłe, nieprzytomne, nieczujne, puste. Wzrok rozbiegany, strzelający po ścianach, wokół, tu, tam, wszędzie, po wierzchu. Tylko nie wprost, tylko nie w duszę, tylko nie w prawdę.

Dalej. Można by się rzucić do określania stanu relacji, w jakim ta osoba się znajduje, ale tu też zasieki. Bo niby to rozmawia, a jednak nie do końca. Niby to mówi, ustami rusza, ale dokądś bieży, którędyś umyka, trochę coś w waszym języku, za chwilę to przeplata jakąś kompilacją innych języków, splata kompilacje, wyciąga z nich własne twory, znów coś tam dodaje, okrasza, zniekształca i właściwie nie wiadomo, co powiedziała, ale jednak musiała powiedzieć, bo przecież tak dużo to kosztowało, tyle energii, czasu, prychania, skrzywień, strzelania oczami, trzepotania rzęsami, wydymania warg!

A gdy się jednak próbujecie dokopać sensu, gdy się jednak uprzecie wyciskać treść, okazuje się, że, owszem, gdzieś przemknęła, ale tak zaszyfrowana, tak zakodowana tajnymi hasłami w innych językach, że przepadła nieodgadniona, albo może i nie przepadła, może i się pojawiła, ale zawiera właściwie tylko coś na kształt: „och”.

Albo: „ee”.

I to właśnie można wypatrzeć i wysłuchać na kanale TVN, śledząc cykl programów pt. „Żony Hollywood”.

I pewnie bym nie wpadła na to, żeby sprawić sobie tego rodzaju rozrywkę i wytrzymać jeden z odcinków tej wstrząsającej relacji (chociaż próbowałam, jednak mam w sobie coś w rodzaju instynktu samozachowawczego, tego samego, co mnie chroni przed kupowaniem karnetu na wesołe miasteczko w Kaletce, biletu do cyrku, czy na kabaret Kryszaka) – gdyby nie zaproszono bohaterów programu do programu innego, jaki, owszem, ku własnemu zdumieniu, zdarza się mi się oglądać, a mianowicie do niejakiego Masterchef.

Nie to, że jestem jakimś samorodnym, niespełnionym talentem kulinarnym, bo kto mnie zna, wie, że zawsze będę tak kombinować, żeby nie robić obiadu. Nie to też, że mnie jakoś kręcą zawody w obrabianiu kaczki. Mam jednak pewną słabość do Magdy Gessler, która robi w jeszcze innym programie tak przepiękną jatkę tym nadętym, zdzierającym kasę za własne nieudacznictwo polskim restauratorom, że nie mogę sobie odmówić przyjemności przebywania w jej towarzystwie, choćby przy okazji.

Tu warto podkreślić, że osobę kombinującej tak, żeby nie robić obiadu, serio frustruje spustoszała mapa przyzwoitych restauracji, w których nikt nie chce cię zrobić w tak zwanego chuja, nikt nie sadza cię przy brudnym stole, nikt nie wciska ci czegoś zamiast czegoś, nikt nie dolewa ci żadnych substytutów, nikt cię nie truje, nie dyma i na koniec nie przynosi bezczelnie bandyckiego rachunku za to wszystko.

No więc zobaczyłam żony Hollywood w Masterchef, który oglądałam ze względu na Kuchenne Rewolucje. Taka akrobacja. A niby do cyrku nie chadzam. A tu cyrk. Przy stole siedzi podstarzała para obwieszona diamentami. Facet nieco łysiejący, na resztce włosów ma balejaż. Na szyi wisior. Złoty. Koszula rozchełstana. Wygląda jak poważnie zniszczony Don Wasyl, tylko że gorzej.

Obok babka składająca się z dekoltu i warg. Wargi są tak napompowane, że zdaje się czuć zagrożenie wystrzelenia spod napiętej skóry jakiejś galaretowatej substancji wprost na podawane wykwintności. Kobieta operuje dziwnym językiem, jak sądzę: AMERYKAŃSKIM i choć wcale niedawno opuściła Polskę, za diabła nie może sobie przypomnieć, jak jest po polsku: jedzenie.

Tym językiem zwierza się, że oto mają u siebie w Ameryce posiadłość, gdzie jest osiemnaście basenów. Jeżdżą sobie tam odpoczywać na weekend, do tych osiemnastu basenów – rzecz jasna – we dwoje. Jak rozumiem, bo tego już bohaterka nie wyszczególniła, a jednak mnie to ciekawi, pływają naraz w tych osiemnastu basenach podczas jednego weekendu, bo przecież w jednym, choćby nie wiem jak dużym i bajeranckim basenie pływać się nie da. W głowie się nie mieści, że są na świecie ludzie, którzy pływają w jednym basenie. To jak opowieść z krajów Trzeciego Świata, lepiej to zostawmy!

Przy okazji nasuwa mi się ostatnia aferka z sesją zdjęciową pewnej celebryckiej pary (kobieta zrobiła karierę na sprzątaniu, a facet kiedyś grał [średnio] w piłkę), która postanowiła podzielić się swoim kompleksem pod tytułem: o jeny, jak nas kręci kasa, tarzanie się w złocie, pieniądze, pieniądze, musimy to pokazać! I nastrzelali fotek na osiemnaście stron pod hasłem: królowa i lokaj bzykają się w Bombaju. Czy gdzieś tam.

No, ale do rzeczy. Pies. O tym nie można zapomnieć. Siedzi ten biedny pies przy stole, skrępowany jakimiś cudacznymi fatałaszkami, karany niepowstrzymywanymi pocałunkami i wyściskiwaniem – no i musi zżerać „special diet”, czyli… canelloni z buraka. A jak nie, to skaczący nad nim kucharze wylecą z programu.

Nie je.

Szanuję ogromnie pisarzy, którzy potrafią opisać rzeczywistość bez używania brzydkich słów. Ja też się bardzo staram. Staram się od lat i jest coraz lepiej. Ostatnio naprawdę idzie mi dość niesamowicie. Mam jednak słabsze chwile. Czasem nie mogę. Wtedy sobie tłumaczę, że te słowa nie są brzydkie, tylko adekwatne. No więc adekwatnie zakończę ten tekst.

JA PIERDOLĘ.

Pieniądze są niepotrzebne

– Dzień dobry, czy mogę kupić jakiś prezent na gwiazdkę dla dziecka? – Płaci pani gotówką czy kartą?
– Niczym.

lmTrzy tygodnie temu zepsuła mi się karta bankomatowa. Przestała działać. Oczywiście rzecz się stała w sytuacji zupełnie niestosownej, przy kasie w markecie, między jedną zniecierpliwioną klientką a drugim nad wyraz zniecierpliwionym klientem. Karta przesunięta przez czytnik dwadzieścia trzy razy uparcie odmawiała jakiejkolwiek reakcji, co w efekcie zmusiło mnie do zrezygnowania z obiadu i innych przyjemności.

Obiad i inne przyjemności na ulicy nie leżą, obiad i inne przyjemności mają to do siebie, że trudno z nich zrezygnować, choćby się miało nie wiadomo jak głuchą na przesuwanie przez sklepowy czytnik kartę. Dlatego zostawiając zawartość koszyka przekonałam kasjerkę, by nie odkładała moich zakupów na półkę. Ja za moment, niedługa chwilkę, tylko skoczę do bankomatu (wszak w bankomacie czytniki mają wyższy poziom inteligencji i czytają z większym zrozumieniem) pobiorę kwotę i wrócę. Wrócę, zapłacę, wezmę to co mi się należy. I po problemie.

He, He. Dobre sobie. Bankomat kartę jak połknął tak wypluł, a raczej wypluł jeszcze bardziej niż połknął, mianowicie wypluł z pogardą i jeszcze coś obraźliwego napisał, ściśle napisał: „włóż kartę”, w domyśle: a nie blister po aspirynie. Zrozumiałam więc, że wartość mojej karty jest zbliżona blistrowi po aspirynie, tyle samo z niej pożytku, taką samą wywołuje refleksję: działało, nie działa, a akurat teraz do diabła, wyjątkowo przydałoby się, żeby zadziałało!

Karta pusta, opakowanie bez zawartości, pudełko bez wartości, obietnica bez pokrycia, ból głowy bez lekarstwa, dwa tygodnie do świąt.

Dzwonię do banku, wśród dławionych przekleństw żądam nowej karty. Niechęć wrodzona, z mlekiem matki wyssana niechęć do kolejek na poczcie wzbrania mnie przed pójściem do oddziału banku po zwrot honoru nadszarpniętego przez sklepowy czytnik i plujący bankomat. Niechęć wobec ogonków w banku to argument, wybaczcie, żelazny. Nie idę. Dzwonię, wściekam się, słuchawką rzucam. Piszę wojenne maile. Bombarduję skrzynkę na ich stronie internetowej. Strzelam z karabinu maszynowego, wciąż na odległość. Nie chce mi się iść do banku. Nie chce mi się do banku. Nienawidzę chodzić do banku. Chcę kartę. Działającą. Tu i teraz. Natychmiast.

Karta działająca nie przychodzi. Został tydzień do świąt. Poczta Polska ledwo zipie. Tak strasznie ledwo zipie, że karty z Wrzeszcza (mieszkam pod Gdańskiem) nie daje rady dowieźć. Dla porównania – w tak zwanym międzyczasie zdąży przywędrować przez trzy kontynenty i dwa oceany prezent z Amazonu. Mam więc prezent. Jeden. Potrzebuję jeszcze dwudziestu.

Wrodzona niechęć przed pójściem do banku kapituluje pod presją Bożego Narodzenia. Cały świat kapituluje pod presją Bożego Narodzenia. Boże Narodzenie jak olbrzymi młyn wciąga ludzkość w wielkie tryby zakupów gwiazdkowych. A ja co? A ja siedzę z blistrem po aspirynie, z jednym prezentem z Amazonu (gdybym wiedziała co mnie spotka, wszystko bym kupiła w Amazonie, wykupiłabym cały Amazon z wdzięczności za sprawną logistykę) bez obiadu, bez gotówki, bez kredytowych kart (z tego już dawno zrezygnowałam, wrodzone roztargnienie nie pozwoliło mi ani razu wpłacić raty bez opóźnienia, co mnie dotkliwie rujnowało), z niesprawną Pocztą Polską, z bliskim jak kurwa mać, niech to szlag trafi, Marry Christmas.

Powiem krótko, bo chce mieć to za sobą. Idę wreszcie do banku. Stoję ponad godzinę w kolejce, łykam łzy, cała się trzęsę, próbuję zbuntować innych kolejkowiczów, grzebię w smartfonie, znów próbuję zbuntować kolejkowiczów (jeden facet już jest tak samo wkurzony jak ja, więc stwierdzam sukces), znów grzebię w smartfonie, znów łykam łzy, jak zwykle żałuję, że nie wzięłam jakiejś przyzwoitej (albo jeszcze lepiej: nieprzyzwoitej) książki, przyzwoita (albo jeszcze lepiej: nieprzyzwoita) książka byłaby tu swego rodzaju świstoklikiem, tunelem ucieczki przed bolesną rzeczywistością polskiego systemu bankowości. Tymczasem nigdzie nie umykam, nic nie czytam, stoję i kipię, a w głowie mielę przekleństwa: …pier…. ne reklamy… Majewski szoł… z du…py mini ratka, w pi.., …bana, ku… mać, …dolone kocopoły, kredyty z du…py, gów… konsumpcja, pier…ny bełkot!

– Pani konto jest internetowe, nie mogę pani wypłacić  ŻADNEJ gotówki. Ani nic.

Moje konto jest internetowe, nie można mi wypłacić gotówki! Ani nic! Nic! Zarówno gotówka jak i wszystko (karta też) generowana jest bynajmniej nie przez coś rzeczywistego. W moim przypadku żadna pani z okienka nie jest w stanie pomóc, bo należy do innego świata. Świat internetowy ze światem realnym nie ma kontaktu, jak kraina duchów odcięta jest na wieczność od krainy żywych. Mam więc swoją wirtualną kasę, tam jest rzeczywisty sklep, mijamy się równolegle, tak jak mijają się dwa równoległe światy, rzeczywistość i ja – postać z komiksu z kontem z komiksu, dzień dobry, czy mogę kupić jakiś prezent dla dziecka na gwiazdkę?

– Płaci pani gotówką czy kartą?

– Niczym.

Pytacie jak przeżyć? Wszystkie kieszenie płaszczy letnich, jesiennych i zimowych skrywają mnóstwo zaskakujących zasobów. W starym portfelu znajduję odłożone na czarną godzinę kilka euro. Dom do góry nogami przewrócony jak skarbonka wysypuje ze szpar, dziur, niezaślepionych łączeń parkietowych – niezliczone oszczędności. Moje przypuszczenia odwieczne, że gdy posprzątam chałupę, stanę się bogata – nabierają kształtów proroctwa. Jakoś się przez te święta przekolebię. Jakoś do sylwestra. Do Nowego Roku. Do siego jutra. Do nie-wiadomo-kiedy.

Dziś rano zaproponowałam w osiedlowym sklepie pewną transakcję. W zamian za kefir i bułkę zapłacę opowieścią wigilijną. Historią o tym, jak wszystkim ludziom na Ziemi zepsuły się karty do bankomatu. Tuż przed świętami. Ludzie nie mieli dostępu do swych kont, żadnej gotówki oprócz wyskrobanych zza pralki klepaków. Nastał stan wyjątkowy, przestano udzielać kredytów. Nikt nie mógł zrobić zakupów w hipermarkecie, ani w Media Markt, ani w Euro AGD, ani nigdzie. Nikt nie mógł kupić telewizora full HDMI, siedemdziesiąt osiem cali. Nikt nie wywalił fortuny na jazgotliwy zestaw do karaoke, ani na morderczego quada. Nikt nie kupił laptopa, ani telefonu komórkowego. Nikt nic nie kupił, bo każdy prezent trzeba było zrobić samemu.  Usiąść, pomyśleć i wykrzesać z siebie jakiś pomysł, zamiast kasy.

I wiecie co? Mam bułkę i kefir. Działającej karty bankomatowej nie mam nadal. Możecie mi przypomnieć, po co w ogóle mi ta karta?

Być kobietą. Bogatą

Jak na kobietę bogatą przystało, obudziłam się dziś z poczuciem umiarkowanego szczęścia i spojrzałam na świat z góry

sylwia_kubrynska_

Wpis ten jest o czymś tak niepojętym, że zachodzę w głowę, kto go właściwie napisał. Trudno bowiem uwierzyć, że ja jestem w stanie pisać o czymś tak egzotycznym. Tak niespotykanym. Tak odległym, że w tym porównaniu Kepler-22b zdaje się plątać pod nogami. Szanowni Państwo, ten wpis jest o pieniądzach. Wiem, szok.

Szok, nie szok, czuję się zobowiązana publikować. Skoro tyle razy wspominałam, że mi się nie przelewa, że kupuję w Biedronce, że świeczkami z Lidla dom oświetlam, że mi prąd, telefon, gaz odcięli – muszę wyznać prawdę. Tak, drodzy moi. To wszystko przeszłość. To wszystko już za mną.

Jestem bogata.

Tu pragnę podkreślić, że mamy ogólnie kryzys, mamy czarcią zapadkę, epidemię zwolnień grupowych, pikowanie wykresów, bessę, płacz i zgrzytanie zębów. I trzeba też wiedzieć, że bycie bogatą w takich warunkach, to dopiero jest frajda. Ale po kolei.

Ewka zaprosiła mnie na mrożonego Smirnoffa. Mrożonego Smirnoffa z zasady się nie odmawia, na temat mrożonego Smirnoffa w ogóle się nie polemizuje. Inna rzecz, mrożony Smirnoff po ulicy nie chodzi. Cóż się zatem dziwić, skorzystałam z zaproszenia. Będąc już u Ewki, siedząc przy owym mrożonym Smirnoffie, gryząc ogórka kiszonego, nagle ujrzałam leżącą na parapecie grę planszową o znamiennej nazwie MONOPOLY.

Nie żebym jakoś specjalnie marzyła o spędzeniu wieczoru na transakcjach nieruchomościami, dotknęłam jedynie pudełka, bo lubię dotykać takich rzeczy jak pudełka, zwłaszcza pudełka nowe. Lubię je także wąchać, zapachem przypominają bowiem książki, więc dotknęłam, powąchałam i w tej samej sekundzie usłyszałam:

– Dawaj, gramy!

To zagraliśmy. A było nas pięcioro. Dwóch facetów (zarządzanie, architektura), Ewka (księgowość), ja (wiadomo, a raczej: nie wiadomo co) i Smirnoff. Smirnoff sprawę, że się tak brzydko wyrażę, olał. A raczej oblał.

Nie wierzyłam w sukces. Wręcz odwrotnie – z początku widziałam siebie na tarczy, kolebiącą się w hańbie ekonomicznej porażki z przyklejoną od zawsze łatką: looser. Grać zatem wcale nie chciałam. Nie rwałam się. Powiem więcej, ja się wręcz ociągałam!

Bogactwo jest jednak jak przeznaczenie, jak ślepy los, jak grom z jasnego nieba. Przed bogactwem nie uciekniesz. Nie miałam więc wyjścia. Puściłam współgraczy z torbami w mrok hipoteki, zgarnęłam wszystkie ich dobra, a  horrendalnym czynszem wycisnęłam ostatnie soki z ich niknących kont.

Jak na kobietę niewyobrażalnie bogatą przystało, wstałam nazajutrz z poczuciem umiarkowanego szczęścia i spojrzałam na świat z góry. Ani w lodówce, ani w szafie nie dostrzegłam nic dość wykwintnego, postanowiłam więc udać się do sklepu. Po przerzuceniu kilku reklamowych gazetek, wybrałam oczywiście najdroższe centrum handlowe w okolicy.

Najpierw wstąpiłam do sklepu z bielizną. Obejrzałam cudowne dessous w cenie 1299, 99 złotych. Cena wydała mi się doskonale adekwatna do jakości artykułu, więc oglądałam naprawdę z satysfakcją. Potem poszłam do salonu z kosmetykami, gdzie obejrzałam różne cuda, między innymi Trójfazowy Rekonstruktor Gładkiej Skóry i Inicjator Modelowania Sylwetki oraz Plastyczną Maskę oryginalnej francuskiej firmy, wszystko w zestawie za jedyne 1499, 99. Warte obejrzenia były także perfumy w cenie 789,99 złotych, tym bardziej że do flakonika producent dorzucił breloczek. Wszystko to skrupulatnie oglądałam. Pytania ekspedientek poruszonych moją skupioną acz dumną fizys, gasiłam dystyngowanym:

– Dziękuję.

Wychodząc ze świata piękna, poczułam się doskonale zadbana i udałam się po wiktuały. Bym, oprócz tego że bogatą, okazała się również modną – bardzo dokładnie obejrzałam półkę z produktami do sushi. Zajrzałam też na dział „Eko”, gdzie prześledziłam ofertę najdroższych pod słońcem piekarni, masarni, farm i pasiek. Spojrzałam ciekawie na szynkę parmeńską, długo obserwowałam francuskie pasztety. Sporą chwilę zajęło mi też oglądanie solankowego sera z suszonymi pomidorami za 69, 99 złotych kilogram. Ba!, dziabnęłam nawet odrobinę z tacki rozpromienionej hostessy.

Wyjeżdżając z centrum handlowego czułam się bardzo spokojna i usatysfakcjonowana. Ten rodzaj spokoju i satysfakcji mają tylko ludzie niezwykle bogaci, tacy właśnie bogaci jak ja – bogactwem, który jest stanem nie tyle fizycznym, co stanem świadomości.

Po drodze do domu miałam bardzo krótki epizod w pewnym żółtym markecie o jakiejś dziwnej entomologicznej nazwie, nie pamiętam jakiej. Ten epizod był tak krótki, że na śmierć go zapomniałam, ale przecież jestem tak strasznie bogata, że nie poświęcam uwagi błahostkom.