Na początku był chaos. I tak już zostało

Wracam z wyprzedaży,  obrywam metki, po czym dochodzę do wniosku, że wszystko jest za duże, za małe, potem zamartwiam się, bo metki oberwałam i szukam, komu by to oddać, po czym oddaję rzeczy za darmo, kupuję browar i mam wreszcie spokój

1238831_190190227825451_1698222596_n

Przez cały ostatni tydzień nic nie robiłam tylko czytałam i pisałam, ze sporą przewagą na to pierwsze. No i robiłam zakupy wyprzedażowe. Moje zakupy wyglądają tak, że jadę na zakupy, wydaję jakąś niepojętą fortunę na nową kurtkę, bluzę, czapkę, rękawiczki, buty i spodnie, po czym obiecuję sobie, że już nie kupię sobie nic w tym kwartale, a za karę sprzedam coś starego na Allegro, w dodatku posprzątam w szafie. Super. Gdy wracam do domu, jeszcze w samochodzie obrywam metki, żeby przypadkiem nie chcieć wrócić i tego wszystkiego oddać, po czym w domu przymierzam i dochodzę do wniosku, że wszystko jest za duże, albo za małe. Potem zamartwiam się przez dwa dni, że metki oderwałam, w dodatku zgubiłam paragon. I już teraz szukam w myślach osoby, której moje nowe rzeczy się okażą ani za małe ani za duże, po czym oddaję za darmo, kupuję browar i mam wreszcie spokojną głowę, żeby zająć się pisaniem albo czytaniem, ze sporą przewagą na to drugie. A więc bezsens. Totalny bezsens i brak konsekwencji. I chaos. Nie wiadomo, czy bardziej twórczy, czy bardziej destrukcyjny, bo jednak obie sfery dzieli cienka bezbarwna linia. Zupełnie niewidoczna.

Nie robię żadnych noworocznych postanowień, bo się pogubię w tym szale, bez postanowień trudno żyć, z postanowieniami się nie da.

Śniło mi się na przykład, że byłam na imprezie, pokłóciłam się z matką, z ojcem, z całą rodziną, ze znajomymi, że przemycałam narkotyki, że była policja, rewizja, mało nie wpadłam z gigantyczną szyszką marihuany, podczas gdy kumpel ciągał się ostentacyjnie z torbami kokainy. W dodatku biegałam jak owczarek niemiecki, między siostrą, szwagrem, bratem, szwagierką i kuzynką, doglądając, czy wszyscy się aby dobrze bawią, tymczasem wszyscy mieli wszystko w dupie. A najbardziej, co mi szalenie imponowało, wszystko w dupie miał mój brat, który prezentował dość ostentacyjnie pogląd określany przez Wołoską skrótem WNW*. Wtedy pomyślałam, o co by tu się jeszcze pomartwić, aha, matka i stary, trzeba się pogodzić, bo co oni tam; więc biegnę, ale za późno, gdzieś powyjeżdżali. I znów bezsens, chaos, brak konsekwencji. Gdy opowiadałam to na terapii, pięć razy zadzwonił telefon, przyszedł niejaki Dziadzio podłączyć kolejny, zresztą pracownik ex-pracy, znam typa, zaraz rozwinie wieści, że się leczę psychiatrycznie, jakby to jakaś tajemnica była. Za chwilę zadzwonił ten nowy telefon i wytworzyła się rzeczywistość równoległa dzwoniącym poprzednio telefonów, co stanowiło kolejną rzeczywistość – równoległą do mojego snu, w którym biegły równolegle co najmniej trzy rzeczywistości.

_______________________________

* Wyjebane Na Wszystko.

Rzucam fajki i robotę, czyli postanowienia na przyszły rok

W przyszłym roku postanawiam się opieprzać. Opieprzać się do cna, do szpiku kości, tak żeby żadna z komórek mojego ciała nie poczuła ani przez moment, że jest w kieracie

296117_522737637789771_399713673_n

Ludzie uwielbiają podsumowania, zwłaszcza pod koniec roku, jakby się zwołali, że w tym akurat czasie coś się zmienia, następuje jakiś przełom i łubudu: huczna analiza. Właściwie nie bardzo się cokolwiek zmienia, ale podsumować zawsze można, przyjrzeć się sobie i czasom z dystansu, coś postanowić – czemu nie? Może faktycznie uda się rzucić fajki, może schudnąć pięć kilo, a może lepiej zarabiać? Ciężko stwierdzić, komu się to udaje, bo u każdego kolejnego schyłku roku mamy dokładnie tę samą liczbę tak samo zaangażowanych w postanowienia chętnych.

Całkiem bezpiecznie jest postanowić o rzeczach wysoce prawdopodobnych do spełnienia. Ja na przykład, znany powszechnie wróg papierosów, wróg zajadły i nieprzejednany, do tego stopnia zacięty, że podczas pobytu w sanatorium spektakularnie wyprowadziłam się od lokatorki palaczki, kaszlących palaczy gromiłam pogardliwym wzrokiem, jadowicie sycząc, że jak ktoś kaszle i pali to jakby był kulawy i codziennie odrąbywał po kawałku nogę, jakby miał migreny i wiercił wiertarką w czaszce, różne takie okropności – no więc ja w kwestii postanowień noworocznych, mogę ewentualnie postanowić, że od pierwszego stycznia nie palę.

Pierdolę. Zero fajek. Przysięgam. I ręczę, że dotrzymam słowa. W życiu nie wezmę choćby macha. Już na samą myśl mnie trzęsie. Wzdryga. Wywołuje odruch wymiotny. Serio. Postanowione. Amen.

Albo, że nie pójdę do pracy do urzędu. Do dziś śni mi się, że pracuję w urzędzie i przysięgam, zawsze jestem w tym śnie wkurwiona do imentu, ze przecież, mój Boże, dlaczego jestem taka głupia i tam wróciłam?! Tyle mnie to nerwów kosztowało, tyle udawania, że coś potrafię, że umiem, że wiem! Że potrafię wpiąć coś do segregatora, że w szafie nie mam składu butów, kurtek i trupów pism! Że wiem, co znaczy jakiś formularz, że czytałam jakiś statut, regulamin, a nawet KPA! Że pamiętam o budżecie i sprawozdaniu międzysesyjnym, że wiem, kim jest ten człowiek, który przemawia, wiem nawet, o czym jest ta uchwała i jaki ma numer. Kurwa! To pytanie dziennikarzy, którzy spóźnieni kucają przy mnie na sesji rady miejskiej i szeptem pytają mnie, o czym są obrady? A ja właśnie od dwóch kwadransów  jestem liściem, jestem wiatrem, względnie – z bardziej aktywnych stanów – jestem na siódmym rozdziale książki, ktoś kogoś zdradza, z kimś się kłóci, lecą słoiki z porzeczkami i skąd mam do diabła wiedzieć, o czym tu mowa?

Nie ma mowy. W przyszłym roku nie idę do roboty. A już na pewno nie do urzędu. Macie to jak w banku.

Co by tu jeszcze postanowić? Postanawiam się opieprzać. Opieprzać się do cna, do szpiku kości, tak żeby żadna z komórek mojego ciała nie poczuła ani przez moment, że jest w kieracie. Zero kieratu! Zero mozołu! Lajcik. Dystansik. Nuda. Nieruchomy wzrok na drzewo. Czekanie na wyjście kreta z trawnika. Gapienie się w ogień. Głaskanie kota. Skrollowanie komórki.  Leżenie na asfalcie. Leżenie w trawie. W kocu.

Rowerek.

Las.

Nigdy nie opieprzałam się tyle, co w ciągu minionego roku. Cały 2016 był wypełniony porażającym  lenistwem. Czas przelatywał mi przez nieszczelność planu, dziury w postanowieniach i wątpliwości. W życiu nie miałam tylu wątpliwości. Każdy dzień zdawał mi się potężną zagadką, której rozwiązania nie sposób znaleźć w pośpiechu. Gramoliłam się więc niemożliwie, przewalając z kąta w kąt własne myśli, oglądając je leniwie, drapiąc z nich patynę anachronicznych kalek, przyzwyczajeń,  zasad, regułek, zależności, schematów. I co? I z całego życia jest dla mnie najbardziej owocny rok. Napisałam bardzo ważne dla mnie teksty, podjęłam najważniejsze decyzje. Dojrzałam. Wypiękniałam. Polubiłam siebie. Wymalowałam pokój. Napisałam książkę. Przepraszam, dwie.

Znalazłam miłość, przyjaźń, macierzyństwo, rodziców, sens życia i SIEBIE. O kocie nie wspomnę.

Dlatego w Nowym Roku opieprzajcie się jak ta lala. Powolutku, bez pośpiechu, z rozgniecionym na poduszce policzkiem, spróbujcie odpowiedzieć sobie na pytanie, po co chcecie wstawać. Z mocnym naciskiem na: CHCECIE. Życzę sensownych odpowiedzi.  Nie tylko w 2017 r. W całym życiu.