Pałac Myśli

Stefania mi poradziła, żeby zapalić białą szałwię. 

– Tylko tego nie pal, bo wyskoczysz przez okno! – zastrzegła z miejsca. Zapalić, ale nie palić!

Kadzić. 

Ok, tyle mogę zrobić. Tym bardziej, że (jak lojalnie uprzedziła) to DZIAŁA: 

– Zaczęłam kadzić, a po dwudziestu minutach Łysy miał wypadek. A wiesz, ja to tylko w internecie gdzieś coś, niespecjalnie. Czarownicą nie jestem. OSTROŻNIE więc wypowiadaj intencje podczas kadzenia, każde słowo jest tu traktowane jeden do jednego. 

Dobra. Zapaliłam. A raczej: zakadziłam. Ale po kolei. Bo zanim w ogóle cokolwiek się wydarzyło, wystrzelił mi płomień zapalniczki, zadzwonił telefon i dalej to nie pamiętam. 

Na pewno odpaliłam żar od płomienia i zaczęło dymić. A ja z tym dymem i słuchawką przy uchu, bo oto zadzwoniła Nogiłóżka i zapytała, co u mnie. 

Poleciały straszliwe wyzwiska, gromy i przekleństwa. O dymie, rzecz jasna, zapomniałam, kto by zwracał uwagę na jakiś dym co się wokół intensywnie kłębi i kłębi i kłębi i jest go coraz więcej i jest coraz bielszy i bardziej realny, tak bardzo realny, że ZMATERIALIZOWANY w Białą Damę, która rozsiadła się na fotelach i z wielkim zainteresowaniem wysłuchuje wyrzucanych w Kosmos życzeń.

Nie wiem. Nie mam pojęcia. Jakie są straty – też nie sprawdzałam. Stefania wypowiedziała jedną a konkretną intencję, intencję policzalną, zatem łatwą do zweryfikowania. W moim przypadku trudno cokolwiek stwierdzić. Niewiadoma. X, Y, Z. Do potęgi X. Albo Y. Albo Z. 

Wydaje mi się, że poszkodowanych może być więcej niż w jej przypadku. Grupa osób. Nie wiem, czy zaraz pięć, żywcem z Listy ZŁO przepisanych? Nie pamiętam. W ogóle nic nie pamiętam. Gdy się zorientowałam, że od dwudziestu minut czaruję – szybko rzecz ugasiłam. Biała Dama snując się leniwie, z wielkim ociąganiem opuściła lokal. 

Ale swoje wie. 

– KURWA MAĆ – tak jakoś powiedziałam do Nogiłóżki, po czym wyjaśniłam, że podczas tej rozmowy kadziłam białą szałwią. A ona, że ojej. Po tonie czuć było, że to „ojej” wcale nie zapowiada co niektórym bukiecika fiołków.

– No trudno.

Ja właściwie nie o tym. 

Chciałam dziś napisać o Pałacu Myśli. Wiecie, co to jest Pałac Myśli? To jest takie piękne lokum (moje jest piękne), w którym znajdują się pokoje z urzędującymi w głowie sprawami. Każdy człowiek ma do dyspozycji swój pałac, nie każdy jednak z niego korzysta. A szkoda. Pałac bowiem pozwala zapamiętywać niezliczone ilości informacji, doskonale orientować się w faktach, błyskawicznie i bezbłędnie wyszukać zapomnianą myśl, a uporządkowany stwarza wyśmienite warunki dla rozwoju umysłu. 

Pałacu Myśli używał Sherlock Holmes. 

No i od dzisiaj ja. 

Ale po kolei. 

Mój Pałac Myśli w kółko mi się śnił, gdy dryfowałam samotnie po bagnach Piekła. Czasem był to jakby hotel, czasem dom z wieloma pokojami. Raz chyba nawet wylądowałam w akademiku. Zabrałam się stamtąd klasycznie: przez okno, schodami pożarowymi. 

No a dziś wreszcie połączyłam sny z jawą, stanęłam wobec problemu twarzą w twarz i oto jest. 

Zbudowałam go. 

A raczej: odkryłam. 

I tam się dzieją rzeczy niesamowite. 

Przede wszystkim: remont. Malowanie ścian, dobieranie kolorów, antyczne szafeczki, komódeczki, biblioteczki. Szaman dobiera oświetlenie. Tu się nie wtrącam, mam zaufanie. Obstawiam lampy naftowe z wymienną funkcją na prąd. Ciepłe światło nastrojowe. Miękkie, aksamitne sztory. Dywany perskie. 

Kwiaty! 

Owszem, istnieje obawa, że mi wszystkie zaraz padną, ale przecież kogoś obsadzę do podlewania. Bo w moim Pałacu rozdysponowałam pokoje i funkcje. Roz-dys-po-no-wu-ję. Rzecz jest dynamiczna. Wszystko się jeszcze może zmienić. 

Wszystko się ZAWSZE może zmienić. 

No i chciałam właśnie napisać o tym, że… NIE MOGĘ SIĘ DOCZEKAĆ, kiedy ci opowiem, kim jesteś w moim Pałacu Myśli.

Nie mogę się doczekać, kiedy ci opowiem, jaką masz w nim funkcję.

Nie mogę się doczekać, kiedy ci opowiem, który jest twój pokój.

I czy jest w nim stolik.

 

Noemi. 

dym

Guovssahas

Od kiedy pamiętam, od pierwszych chwil mojej świadomości na tej ziemi, co nie ukrywam, z miejsca przyprawiło mnie o przerażenie – wszyscy wokół byli dziećmi. 

I mama. I tata. I panie w przedszkolu. I panie w szkole. Babcia najmniej. Ale dziadek za dwoje. 

Wszyscy. 

Wszyscy. 

Każdego dnia doświadczałam tego faktu z coraz większym poczuciem niemocy i beznadziei. Przepaść czarnej rozpaczy jęła wypełniać moje serce. 

Wszyscy. Wszyscy. 

Wszyscy. 

Przecież skoro są dziećmi, trzeba się nimi opiekować! Trzeba się nimi zająć, wyręczyć, poprowadzić! Trzeba im pieluchy zmieniać, prasować skarpetki! Trzeba ich lulać i tulić, nawet jak są okrutni. Mówią, że dzieci są okrutne. Wiedzą, co mówią.

Wszyscy. 

Wszyscy.

Koledzy w szkole, koleżanki z klasy. Pani dyrektor. Facet z radia, facetka z telewizji. 

Wszyscy. 

Jestem zorzą polarną. Rozpędzonym wiatrem słonecznym rwącym ku błękitowi atmosfery, by na nim grać. Struna po strunie rozpiętej na wielowymiarowych gryfach, na nieskończonej przestrzeni klawiatur. Gram melodię, wybijam rytm. Mój głos niesie się po szmaragdowym niżu biegunowym wprost od rozpaloności Słońca. Moja temperatura to zmiana. Nigdy nie zbadana niewiadoma emocji. 

Wczoraj rzucałam krzesłem, dziś zanurzam się w wannie. Zamykam dłońmi przestrzeń niewidzialną, gdzie ukryta jest moja dusza. W niej rozgrywają się kompozycje geniuszu świadomości o milionie imion. Sylwia. Noemi. Guovssahas. 

Wszyscy. Wszyscy. 

Wszyscy. 

Nie ma już płci. Nie ma już ego. Nie ma już małej opiekunki dzieci świata. Jest tylko wodorowa reakcja łańcuchowa. Zieleń. Błękit. Czerwień. Biel. 

Wolność. 

Zadzieram głowę i z otwartymi ustami patrzę w Niebo. Pomruk burzy przeszywa moje ciało. 

Gdy się urodziłam wszyscy byli dziećmi.

Nadal są. 

Niech sobie będą. 

nemezis.me

fullsizeoutput_ad
Gdy się urodziłam, wszyscy byli dziećmi…

Promienie czarnego światła

Emanuję samym dobrem. Chyba że trzeba, to jeszcze złem.

Miałam napisać tylko to jedno zdanie (a właściwie dwa), ale jak już podłączyłam te kable, te hasła powpisywałam, cały ten mozół za mną – chciałoby się rozkręcić nieco.

Dobro i zło. Coś, czego w naturze nie ma. Czy kiedy lew rozszarpuje łanię, jest zły? Te pojęcia zostały wymyślone po coś, a jak coś zostało wymyślone po coś, z miejsca wydaje się podejrzane. Sama natura nie wymyśla, nie musi. Jest taka zasada. Jak przestaję myśleć, to od razu wiem. Tak właśnie jest ze wszystkim, ale człowiekowi się wydaje, że musi coś tam kombinować straszliwie, bo niby od tego ma mózg. Czasem racja, czasem warto się zastanowić. W szachy jak się gra, na przykład. Ale żeby wymyślić dobro i zło, trzeba mieć w tym gruby interes. Palcami wytykać nie będę. Oni wiedzą.

Człowiek jest jak kamień. Czasem szlachetny. Czasem nawet diament. Miałam ostatnio sposobność widzieć diamenty. I powiem wam o nich coś, czego zwykły śmiertelnik nie wie. W dzisiejszych czasach ludzie rzadko myślą o kamieniach szlachetnych. Do diamentów nawet nie podchodzą, bo się boją, że ich cena zje. Albo coś. Nie wiem. W modzie jest biżuteria doskonale żadna, taka co, nie daj Boże, nie wywoła emocji.

A ja lubię. Wchodzę do jubilera, każę pokazać najpiękniejszy pierścionek z – na przykład – diamentami. Przymierzam go, podnoszę do światła. Sprzedawca zasypuje mnie propozycjami rabatów, a ja tymczasem mam ten swój taniec z kamieniami.

Potem zaczynam marudzić. O jeszcze większy rabat, rzecz jasna. O to, że nie wiem, czy pasuje. Zmniejszyć by trzeba. Coś tam. Zakładam okulary, zaczynam badać szlif, jak rasowy znawca. No nie wiem… Hm. Jest piękny, ale… Zawieszam głos i daję sprzedawcy szansę na szczerość. Teraz dowiem się wszystkiego. Co tam ewentualnie jest jakie.

No i wreszcie, gdy już wszystko o sobie wiemy, bierzemy ten nasz pierwszy mały ślub, a raczej: zaręczyny. Odkładam pierścionek na ladę i mówię: – Muszę to przemyśleć. Proszę dla mnie go przechować do, dajmy na to, środy.

– Na jakie imię?

Ha. Kochani. Na jakie imię! Najpiękniejsze! Najbardziej stosowne! Najszykowniejsze! Na takie, żeby ten subiekt wiedział, że ja i kamień, to jedno.

Nie powiem wam, na jakie imię, bo same swoich macie pewnie aż nadto. I każda inne przecież. I wszystkie te pierścionki za milion na was czekają, byście do nich przyszły, byście z nimi potańcowały, byście je na te swoje właściwe imiona poodkładały do środy. I byście do środy były the Lords of the Rings.

Słabo?

Wróćmy do diamentów. Czego ludzie o nich nie wiedzą? Powiem tak: niczego. Ale mnie chodzi konkretnie o taką rzecz, że ludzie nie wiedzą o tym, że diamenty świecą na czarno. Diamenty świecą czarnym światłem.

Wiem, bo widziałam. Mało tego, mam świadków. A propos świadków, jest to historia o dwóch kobietach, które mnie ostatnio odwiedziły zupełnym przypadkiem. Poznałyśmy się w Mistrzyni i Małgorzacie. Jedna z nich zapragnęła kupić moją książkę, ale taką, której akurat nie miałam w tej mojej pyciej księgarence. Jakoś tak się złożyło, że jej nie było. Zaproponowałam, żeby mnie odwiozły do domu, w domu mam. Pojechałyśmy. Stanęłyśmy pod domem. Mówię, może wejdziecie na herbatę? A nie znamy się przecież wcale. One dwie grzeczne, urzędniczki. Ale już ze mną parę minut spędziły. I mówią tak.

Kobieta nr 1: – Pranie wywiesiłam, siedem pralek, na deszcz idzie. A, ch… z praniem.

Kobieta nr 2: – Mam małego psa w domu. Nie powiem, że ch… z psem. Ale ch… tam.

Wicher mojego jestestwa porusza tym Kosmosem. Weszły. I wtedy właśnie zeszło na te diamenty. I Magda, ta od psa, również widziała ich czarne światło. Czarne światło istnieje.

Czemu diamenty świecą czasem na czarno? Bo oddają mrok, jaki przez nie przechodzi. Zwracają to, co dostają.

Człowiek jest jak kamień. Bywa że szlachetny. Bywa że diament. Dobro i zło nie istnieje. Jest tylko zwierciadło. Blask zwróconych promieni i zimne jak lód odbicie mroku.

PS. nemezis.me

IMG-1578

 

Post Scriptum

Lubię tę część korespondencji. A gdy oglądam swoje pamiętniki, dochodzę do wniosku, że nawet uwielbiam. Mam na przykład taki zapis z któregoś tam 1989 roku:

Kurwa mać. 

PS. I tu następuje szczegółowy opis rzeczonego kurwa mać. 

No więc Post Scriptum to mój znak rozpoznawczy. I tu go nagle zabrakło. Myślę jednak, że w mojej historii znalazło się (a właściwie się nie znalazło) wiele rzeczy, których zabrakło. 

Jest taka legenda o Feniksie. Feniks to ptak, który coś tam, lata, żyje, zmaga się, nagle: trach! – zamienia się w popiół i tyle go widzieli. Podobnie jest ze mną. Spopieliłam się własną naiwnością, wiarą w DOBRO (he,he), wiarą w człowieka (jeszcze lepsze) i przekonaniem, że im więcej będę pracować, tym lepiej. Może i lepiej, ale nie dla mnie. Paru ludziom pomogłam. Nikt nie docenił. A gdy się w popiół zamieniałam, też nikogo nie było. 

No, może dwie osoby. Ale o nich potem. 

Z Feniksem jest jednak taka zasada, że Feniks wraca. Odradza się z popiołów, z zapomnienia powstaje. Z ciszy wybrzmiewa. I te swoje „post scriptum” dodaje. A ma ich nieskończoność. 

Umierałam tysiąc razy, znam się na tym. Wiem też, co się dzieje po śmierci. Wszystko to (co się dzieje po śmierci, co do śmierci doprowadza i w ogóle mnóstwo piekielnie ciekawych rzeczy) opisuję ZE SZCZEGÓŁAMI. I wszystko to (co się dzieje po śmierci, co do  śmierci doprowadza oraz o wyżej wspomnianych dwóch osobach) możecie przeczytać tu:

nemezis.me

Już wam zazdroszczę. 

PS. Można dać PS do PS? Nie wiem, JA MOGĘ. Dziękuję więc wszystkim tym, co nie przestali we mnie wierzyć. Niby wiarę w człowieka wychichotałam, ale jednak czasem trzeba jej oddać honor. 

Nemezis