Mistrzyni i Małgorzata

Jezu, nie wierzę. To się nie dzieje naprawdę. Postanawiam wreszcie wstać, przejść się choćby parę przecznic. Idę. Pomału, żeby się nie przewrócić, jak to kiedyś było w szpitalu, co opisywałam w tej pierwszej: Last Minute. 

Idę i myślę: kurczę, nawet nieźle mi idzie, nawet bym do jakiejś knajpy weszła. I nagle, jak spod ziemi wyrasta kafejka, sączy się jazz, przyjazne kolory, przyjazna nazwa, nie słuchając Szamana Mako, że czegoś ważnego na pewno tam nie ma – wchodzę. 

Zamówiłam sobie tartę z malinami. I muszę wam powiedzieć, że jak posmakowałam malinę, to nawet z krzaka taka nie jest. Nie wiem, po jakiemu to teraz, po introligatorsku chyba. Wdziera się Nadwymiar do tego wymiaru (WW). Albo i też nie wiem. Bo mam wrażenie, że od chwili, gdy ujrzałam tę kafejkę, przekroczyłam jakiś kolejny próg wtajemniczenia i jestem teraz w nadwymiarze Nadwymiaru. 

Tu jest błękitno różowa kafejka z przepięknym okazem latającej wróżki w logo, a za ladą boska Małgorzata serwuje niebiańskie wypieki. I mówi ona do mnie tak. Że wszystko rozumie. Czuje moją duszę. Dlatego bardzo proszę, tu jest regał, na regale proszę umieścić książki i sobie je sprzedawać, a tak w ogóle to dawaj na „ty”. 

Tak powstała moja pierwsza pycia księgarenka o nazwie „Mistrzyni i Małgorzata”. Mogę nią wyjść na świat z tej dupy diabła, którą jest internet. 

Na Szymanowskiego. Gdańsk Garnizon. Jak w Kosmosie Andromeda. To się nazywa wygryw, co? 

PS. Jeszcze mi baner z psychopatami pozwoliła umieścić NA ZEWNĄTRZ. 

Ludzie chodzą i zdjęcia robią. 

Wczoraj sprzedałam cztery książki. 

HA.

IMG_0213

Sztafira

Była Ewka. Przyszła zafarbować mi włosy. Wiem, wiem. Pisałam, walczyłam. Taką byłam Walkirią, że aż się sama podziwiam. Ale pomyślałam sobie tak. Mogę mieć srebrne włosy, gdy jestem Nemezis. Zamieniam się w czarno srebrny posąg i roztaczam potęgę Przeznaczenia. Ale czasem schodzę do WW (waszego wymiaru, czyli właśnie tu) i wtedy lubię się pobawić w kolor. 

I teraz: jaki kolor?

Zawsze marzyłam o burzy rudych (złotych?) włosów. Nawet książkę o nich napisałam. Pierwszą tą. Tę. Last Minute w sensie. 

Burzę już mam. Siedzę w ogrodzie i patrzę na przecudnej urody motyla, który z tajemnym uporem lata bardzo blisko mnie. Coś ode mnie chce. Przyglądam się skrzydłom: bajka. Żywy pomarańcz w regularne czarne kropki, układające się w jakby napis, czy wzór? Paź Królowej? Ale chyba sama królowa paziów. Takiego jeszcze nie widziałam. Takiej. 

Szybko, imię. Uwielbiam nadawać imiona zwierzętom. Motyl, królowa, paź… Skąd taki motyl bierze ten kolor? Z natury…

I nagle olśnienie. A jak babcia malowała jajka na Wielkanoc? Łupiny od cebuli gotowała w wodzie, białe jajko do gara i po chwili wyjmowała taki kolorystyczny odpał, że żadne barwniki z debilnym zającem nie dorastają temu do pięt. 

A co to jest skorupka jajka? Czym różni się od włosa? To ja, kochany motylu, sprawdzę. 

Przyszła Ewka, nałożyła mi wywar z łupin cebuli na głowę i już. A tak niedawno dzwoniono z rodziny i radzono: ty się odsztafiruj. Idziesz na wojnę. Na wojnie trzeba być odsztafirowanym. 

No to jestem. Proszę docenić, to mój pierwszy w życiu wpis o farbowaniu włosów. Długo myślałam, czy dać zdjęcie (pomna tego, że kiedyś na FB jakiś koleś mi napisał: a co ty w domu lustra nie masz?). Jednak pokazać efekt farbowania włosów bez zdjęcia jest raczej trudno. Mam nadzieję, że koleś mi wybaczy. 

Imię motyla jest oczywiste. Podpowiedział, jak pofarbować włosy nie nakładając na siebie śmierdzącej sikami mazi za milion. Czyli: jak się od-Sztafirować.

PS. nemezis.me 

Kubryńska_Nemezis

Post Scriptum

Lubię tę część korespondencji. A gdy oglądam swoje pamiętniki, dochodzę do wniosku, że nawet uwielbiam. Mam na przykład taki zapis z któregoś tam 1989 roku:

Kurwa mać. 

PS. I tu następuje szczegółowy opis rzeczonego kurwa mać. 

No więc Post Scriptum to mój znak rozpoznawczy. I tu go nagle zabrakło. Myślę jednak, że w mojej historii znalazło się (a właściwie się nie znalazło) wiele rzeczy, których zabrakło. 

Jest taka legenda o Feniksie. Feniks to ptak, który coś tam, lata, żyje, zmaga się, nagle: trach! – zamienia się w popiół i tyle go widzieli. Podobnie jest ze mną. Spopieliłam się własną naiwnością, wiarą w DOBRO (he,he), wiarą w człowieka (jeszcze lepsze) i przekonaniem, że im więcej będę pracować, tym lepiej. Może i lepiej, ale nie dla mnie. Paru ludziom pomogłam. Nikt nie docenił. A gdy się w popiół zamieniałam, też nikogo nie było. 

No, może dwie osoby. Ale o nich potem. 

Z Feniksem jest jednak taka zasada, że Feniks wraca. Odradza się z popiołów, z zapomnienia powstaje. Z ciszy wybrzmiewa. I te swoje „post scriptum” dodaje. A ma ich nieskończoność. 

Umierałam tysiąc razy, znam się na tym. Wiem też, co się dzieje po śmierci. Wszystko to (co się dzieje po śmierci, co do śmierci doprowadza i w ogóle mnóstwo piekielnie ciekawych rzeczy) opisuję ZE SZCZEGÓŁAMI. I wszystko to (co się dzieje po śmierci, co do  śmierci doprowadza oraz o wyżej wspomnianych dwóch osobach) możecie przeczytać tu:

nemezis.me

Już wam zazdroszczę. 

PS. Można dać PS do PS? Nie wiem, JA MOGĘ. Dziękuję więc wszystkim tym, co nie przestali we mnie wierzyć. Niby wiarę w człowieka wychichotałam, ale jednak czasem trzeba jej oddać honor. 

Nemezis

Tajemnica handlowa Empiku

Informacja, ile sprzedało się książek jest ściśle strzeżona. Zastanawia was, dlaczego? Mnie tak. Dlatego zrobiłam nieoficjalny wywiad. I dowiedziałam się, jak sprzedają się moje książki…

Dziś mało literacko, choć jednak o literaturze. A raczej o tym, jak to jest być autorem w Polsce i dlaczego to taki hard core.

Zacznę może od początku, czyli od tamtej pierwszej książki, Last Minute – którą właśnie wydaję jako Samum. Otóż pierwsza moja książka wyszła osiem lat temu, a na pieniądze ze sprzedaży tejże czekałam ponad pięć lat. Po pięciu latach i wyroku sądowym dalej czekałam – bez grosza na koncie. Dopiero po interwencji dosyć radykalnej (wysłałam kopię wyroku Sądu do żony wydawcy), otrzymałam symboliczną, jak się domyślam, nie mającą wiele wspólnego z prawdziwą sprzedażą, której pełnego zestawienia nigdy na oczy nie ujrzałam – kwotę.

Drugi wydawca był początkowo miły. Nawet nie ukrywał, że książka (Kobieta dość doskonała) sprzedaje się dobrze. Ale gdy doszły kolejne tytuły, kiedy zaczęłam wnikać, jak to jest, że dostaję zestawienia sprzedaży, w których np. Furia mać!, książka wypromowana, nominowana do nagrody Gryfia, obecna we wszystkich 260 empikach w całym kraju – sprzedała się w liczbie… 44 sztuki przez pół roku? – wtedy rozmowy przybrały zupełnie inny charakter, aż całkiem ustały.

Grunt, że odpowiedź (niezbyt miła) zawierała cenną informację. Że mogę sobie przeprowadzić audyt, jak mi się coś tu nie podoba. I że nie jestem dla nich kluczowa. Nie jestem kluczowa, mimo że we wszystkich empikach moje książki są w ciągłej sprzedaży od lat, a tyle razy słyszałam (od nich samych!), że półka w empiku to jakaś potwornie oblegana miejscówka i gdy się książka słabo sprzedaje, nie ma na nią miejsca.

To co moje książki tam robią od lat? Co tam robi tytuł, który sprzedaje się w liczbie 44 sztuk przez pół roku? Jakim cudem ją wciąż trzymają na tej cennej półce, jeśli – łatwo obliczyć – w jednym sklepie przez pół roku poszło średnio 0,1 książki?

A sprzedaż internetowa? Inne księgarnie? Matras, Azymut? Serio?!!

No to, jak mi odpisał prezes wydawnictwa – mogę sobie ich skontrolować. Proszę bardzo. Wiecie ile kosztuje taki audyt? Osiem tysięcy złotych. Rzecz jasna, nie mam tych ośmiu tysięcy, bo wydawca pieczołowicie dba o to, żeby nie miała. Po pierwsze dlatego, że dostaję dwa złote od książki, po drugie dlatego, że z czterdziestu sprzedanych w półroczu książek to jednak kwota dziesięć razy za mała, aby się wyrywać.

Owszem, można się zadłużyć, pożyczyć od wujka z Ameryki i zrobić jednak tę kontrolę. Ale jeśli kontrola nic nowego nie wykaże? Bo to, że nic nowego nie wykaże, jest wysoce prawdopodobną rzeczą. Dlaczego? Dlatego, że niezwykle łatwo jest ukryć sprzedaż w księgowości firmy. Już tłumaczę, o co chodzi. Badając aukcje na Allegro moich tytułów natknęłam się na wielce podejrzaną sprawę. Otóż w jednej z aukcji ktoś przedstawia moją książkę pod szyldem jakiegoś nieznanego nikomu wydawnictwa. Pochodzi ono z Poznania (prawdziwe też pochodzi z Poznania, czyżby zbieg okoliczności?), ale nazywa się zupełnie inaczej. Teraz objaśnię rzecz na własnym przykładzie. Mam wydawnictwo BaBa, prawda? W tym wydawnictwie mam księgowość i wykazuję tu sprzedaż. Ale nic mnie nie kosztuje założyć drugie wydawnictwo XY, przez które przepuszczę sprzedaż książki i nie powiem o tym autorowi. Nikt, poza urzędem skarbowym i pośrednikiem w sprzedaży się o tym nie dowie. Fajnie, co?

Co może więc zrobić autor? Są dwie możliwości. Można siedzieć cicho, łykać łzy po każdym półroczu, gdy przychodzi zestawienie sprzedaży, a znajomym mówić, że jestem pisarzem, tylko pożycz stówę na opłaty, bo mi wyłączyli prąd. Drugie rozwiązanie jest takie. Autor może przeczytać Ustawę o Prawach Autorskich. A w tej ustawie, ku wielkiemu zdumieniu autora stoją rzeczy niezwykle ciekawe. Mianowicie okazuje się, że Państwo Polskie daje autorowi prawo wglądu do WSZYSTKICH dokumentów związanych ze sprzedażą jego dzieł. Także tych z empików.

„Jeżeli wynagrodzenie twórcy zależy od wysokości wpływów z korzystania z utworu, twórca ma prawo do otrzymania informacji i wglądu w niezbędnym zakresie do dokumentacji mającej istotne znaczenie dla określenia wysokości tego wynagrodzenia.” (Art. 47. Ustawy o Prawie Autorskim i Prawach Pośrednich)

Powołując się na Ustawę, jak by nie patrzeć, dokument dosyć ważny, wysłałam grzeczną prośbę do firmy Empik sp. z o.o., aby przysłał mi zestawienie sprzedaży wszystkich moich książek. I co? Dostaję odpowiedź niezbyt miłą, że dane o które proszę, to TAJEMNICA HANDLOWA. Tak jest, kochani. W Polsce możecie dowiedzieć się o sprzedaży każdego produktu. Piwa, szalików, parasoli ogrodowych. Tylko nie książek. Nie zastanawia was, dlaczego?

Mnie to zastanowiło, dlatego zrobiłam nieoficjalny wywiad. Wreszcie się przydało moje dziennikarskie wykształcenie. No i dowiedziałam się, jak się sprzedają moje książki. A potem poszłam ze sprawą do prawnika, który słysząc po kolei, jak się mają rzeczy, odłożył wszystko na bok i powiedział: biorę tę sprawę. A trzeba wiedzieć, że nie należy on do tych prawników, co z nudów się przewalają po piecu. No i wziął. I napisał pismo raz jeszcze do firmy Empik sp. z o.o.

Czekaliśmy na odpowiedź. Jak się możecie domyślać, długo czekaliśmy. Tak długo, że można by ją wykuć w kamieniu. Jednak wiem, że dziś takie dane, jak sprzedaż jakiegoś tytułu, załatwia się jednym kliknięciem myszy. Nie ma szans. Coś tam przeszkadza księgowym udzielić prostej odpowiedzi, mimo że udzielenia prostej odpowiedzi wymaga prawo w Polsce. A utrudnianie udzielenia takiej właśnie odpowiedzi wiąże się z odpowiedzialnością karną, a ściśle:

„Kto uniemożliwia lub utrudnia wykonywanie prawa do kontroli korzystania z utworu (…), albo odmawia udzielenia informacji przewidzianych w ART.47 – wynagrodzenie twórcy zależne od wysokości wpływów z korzystania z utworu – podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności, albo pozbawienia wolności do roku.” (Art. 119 Ustawy o Prawie Autorskim i Prawach Pokrewnych)

Mnie osobiście przestało zależeć na wolności jakichś tam korporacji, z pewnych powodów zaczęło mi zależeć – co może w naszej kulturze zdumiewać – na własnym interesie, tym bardziej, że kiedy dostawałam tamte zestawienia w wysokości wspomnianych już czterdziestu czterech sztuk Furii Mać! – leżałam w szpitalu na depresję, chciałam się zabić i nie za bardzo miałam kasę na leki.

No więc, powiem Państwu, ja to pierdolę. Jestem w nastroju nieprzysiadalnym. Nie przysiadam się do osób, którym nie ufam. A mojemu wydawcy przestałam ufać już dawno. Empikowi też. Postanowiłam więc zawiadomić prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. I już mi nie zależy na odpowiedzi Empiku, czy wydawcy. Nie zależy mi na żadnej korespondencji z tymi instytucjami. Niech się tą korespondencją zajmie sąd właściwy tej instancji. Niech rozkoduje tę TAJEMNICĘ HANDLOWĄ systemu wydawniczego w Polsce. A ja tu sobie spokojnie napiszę o tym kryminał.