Sześć sekund wielkiej miłości

Siedzę nad talerzem, a po sali krząta się ON. I maniakalnie na mnie patrzy. Albo chce mnie zabić, albo się ze mną przespać

handsome-waiterJeśli ktoś patrzy ci prosto w oczy dłużej niż sześć sekund, to znaczy, że chce cię zabić, albo się z tobą przespać. Ten facet nie patrzył mi w oczy sześć sekund. Ten facet patrzył mi w oczy bity miesiąc każdego dnia mojego pobytu w tajskiej restauracji.

Nie wiem, jak u was, ale tu nad Bałtykiem istnieje albo przystań rybacka ze świeżym dorszem w okresie połowu i śledziem po kaszubsku, albo dla odmiany restauracja tajska. Ta ostatnia ma to do siebie, że jest bliżej mojego domu. Dlatego w każdy dzień zgarniania jakiegokolwiek honorarium, pindrzę się odświętnie i ruszam do tajskiej restauracji na wyśmienitą zupę TOM YUM KOONG. Zupa ta ma wszystkie zupy pod sobą i składa się z miliona przecudownych smaków. Dzieją się tam niestworzone rzeczy, niebo z piekłem w jednej misce, totalna apokalipsa, którą zwykle muszę gasić potężną butlą wody z cytryną. Oprócz egzotycznych traw i tajemniczych grzybów, w zupie tej hojnie pływają krewetki tygrysie, co zawsze przyprawia mnie o przyjemną iluzję pławienia się w luksusie. Co z tego, że są to krewetki z hurtowni mrożonek, ja widzę wykwintne rarytasy zanurzone w kokosowym niebiańsko-piekielnym eliksirze.

No więc i tym razem trafiam do tajskiej restauracji, i tym razem zamawiam zupę, i tym razem siedzę nad tym wiekuistym daniem. A tymczasem po sali krząta się kelner. I maniakalnie na mnie patrzy. Patrzy tak, że nie sposób być obojętnym. Jest niewiele rozwiązań tej sytuacji. Albo facet chce mnie zabić, albo się ze mną przespać. Jeśli chce mnie zabić, muszę myśleć ściśle precyzyjnie. Co mi grozi? Jakim sposobem zginę? Jak zabić może ktoś taki jak kelner? Luksusowa krewetka tygrysia na wpół przełknięta staje mi nagle w gardle pionowo. Boże, to przerażająco logiczne. Otruje mnie! Mało tego. On już mnie otruł. Patrzę w miskę na tajemnicze grzyby. Diabli ich, tajskich grzybiarzy, wiedzą co to jest. Żeby to jeszcze sromotniki były, człowiek by wiedział, na czym stoi. Ale to jakieś farfoclowate cudaki, psie porosty, skąd mam wiedzieć, jak szybko ścinają z nóg? Czy wyjdę stąd żywa? Czy dojdę do parkingu? Kiedy zaczną się męczarnie? Czy morderca zaplanował śmierć na miejscu, czy rozłożoną w czasie? Czy jego stanowczy, świdrujący wzrok coś ma mi powiedzieć? Jaki komunikat w tym gapieniu się mam wyłapać? Czy – wreszcie – dalej jeść?

Spróbujcie nie jeść. Spróbujcie w największym głodzie zamówić swoje ulubione danie, rzecz absolutnie obłędną w smaku i z niej zrezygnować. Proszę bardzo. Gratuluję. Ja osobiście w takiej sytuacji gwiżdżę na śmierć. Wolę umrzeć zatruta, niż umrzeć z głodu. Chrzanię. Jem.

A on patrzy. Mija stolik z hałaśliwą rodzinką, kłania się gościom, zbiera zamówienia, ba! nawet coś w notesie pisze, ale ciągle PATRZY! I zważywszy, że jest zabójczo przystojny, decyduję się wreszcie na pogodzenie z wariantem drugim. On chce się ze mną przespać. To pewne. Co w końcu dziwnego, ze chce się ze mną przespać jakiś obcy młody mężczyzna? Statystycznie rzecz biorąc każdy młody mężczyzna chce się przespać z jakąś obcą kobietą. W moim życiu natknęłam się na tłumy młodych mężczyzn, którzy chcieli się przespać z obcą kobietą. Ale czy każdy z nich się tak gapił?!

Płacę, wychodzę, to wariat. Piekielnie przystojny, ale wariat. Psychopata. Świr. Nigdy więcej tu nie wrócę. Do końca życia będę zasuwać na przystań do Sopotu, żeby zjeść rybę. Postanowione.

Ha, ha, dobre sobie. Spróbujcie do końca życia zasuwać na drugi koniec Trójmiasta! Gdy macie pod nosem ambrozje! I tylko dlatego, że morderczo przystojny kelner uważa was za obłędną piękność! Tak, sorry, nie będę owijać w bawełnę. Musi tak uważać, skoro się tak gapi. Pokażcie mi faceta, który nie może oderwać wzroku od kobiety, tylko dlatego, że coś tam. Nie ma mowy. Poraziłam go urodą. I gracją. Może zupę jadłam wyjątkowo? Może emanowałam aurą? Nie wiem, nie wiem, nie zrezygnuję z krewetek tygrysich za żadne skarby świata. Idę tam znów. Niech sobie patrzy.

Wchodzę, rozglądam się, jest. Stoi przy barze. I, oczywiście, od baru się odrywa, podchodzi do stolika, uśmiecha się. I świdruje mnie wzrokiem, aż czuję w szpiku kostnym. Mój Boże! Tysiące głębi niewysłowionych! Tygrysie nie są krewetki, tygrysi jest on! Oczy jak dwie przepaści, a w nich moje konanie! I co ja mam teraz zrobić? Jak wzrokiem własnym odpowiedzieć na taki wzrok? Co w spojrzeniu wyrazić, o co spytać?!

Dlaczego tak patrzysz, pytam w myślach rozpaczliwie.

– Jest zupa z krewetkami? – mówię na głos.

Umieram z zachwytu, krzyczą jego oczy.

– Oczywiście – mówi on.

I tak sobie rozmawiamy, dwoje rozbitków na kawałku Azji, na magicznej wyspie morza Andamańskiego, na zawsze obcy kochankowie. Mówimy językiem nikomu niepojętym, dla nas najprostszym na świecie. Niby zwykłe słowa, a tyle znaczeń! Pieczona kaczka: płonę z pożądania. Chrupiący kurczak: usycham z tęsknoty. Wołowina w sosie: bez ciebie się rozpadam. Ryż jaśminowy: na drobne!

Miesiąc trwał ten romans. On mnie karmił krewetkami, ja mruczałam z rozkoszy. Ja mrugałam rzęsami, on patrzył. To był piękny związek. Nigdy się nie pokłóciliśmy, nie było żadnych scen. Zero zazdrości i niesnasek. Żadnych rozczarowań. Do tego pamiętnego dnia, kiedy zechciałam zapłacić za rachunek kartą.

Długo wpatrywał się w dokument. Myślałam, że upaja swoje oczy pięknem mojego imienia (przez ten miesiąc nasze imiona owiane były tajemnicą). Myślałam, że może teraz wreszcie zechce mi mówić na „ty”? W końcu jesteśmy już od miesiąca w związku! Tyle patrzenia nie może sczeznąć na wiecznym „paniowaniu”! Ale nie. Nie przeszliśmy na „ty”. Nie przeszliśmy wtedy, ani nigdy potem. Bo gdy on wreszcie oderwał wzrok od mojej karty, podniósł ręce do góry jak jakiś młokos i nagle triumfalnie wykrzyknął:

– Już wiem, skąd panią znam! Prowadziła pani w zeszłym roku warsztat dziennikarski!

A potem uniósł głowę i z dumą rzekł:

– Byłem tam pani studentem.

————————————————————————————

Ten tekst, a także mnóstwo innych znajdziecie w Magazyn Be

Historię dedykuję Wołoskiej, która mnie kiedyś poinformowała o tym, że gdy ktoś patrzy w oczy dłużej niż sześć sekund, chce zabić, albo zaciągnąć do łóżka. Ta wiedza pozwoliła mi przeżyć ów piękny romans.

Morderstwo doskonałe

czyli gdzie jest pies pogrzebany?

horror001Bierzemy zwłoki i po cichu, żeby nikt nie zauważył, wrzucamy je do budy…

Skończmy już z tym zabijaniem! I tak zderzyłam się z falą protestów. Obrońcy Praw Zwierząt chcą mnie aresztować. Obrońcy życia chcą mnie zabić. Mam pisać dalej? Boję się, że zginę. Ale dobra, napiszę. Bo historia jest warta śmierci. Rzadko tak uważam, tym razem wiem na pewno. Wolę zginąć, niż nie opisać tego, co się przytrafiło pewnego weekendu, tydzień przed końcem świata.

A więc jest sobota. Sobota ma to do siebie, że następuje po piątku. A piątek ma to do siebie, że nie wiadomo co było. Sobota jest zatem wypadkową: nie wiadomo co było i nie wiadomo co będzie. Stoję więc nad ranem w sobotę pod drzwiami, bez kluczy, szukam panicznie telefonu i zastanawiam się jak mam na imię.

Klucze – przepadły. Telefon – nie istnieje. Jedyne, co istnieje na tym świecie tego dnia to przyjaciółka sąsiadka, ta jedna jedyna, która nie złożyła jeszcze skargi na zbyt głośną zabawę pod moim adresem. I jeśli chcę żyć, powinnam jak najszybciej udać się właśnie do niej. Daleko nie mam. Może przeżyję.

Przychodzę do Ewki, a u niej na wycieraczce siedzi labrador. Duży i silny Pies Pańci, ten sam, co upodobał sobie dmuchawce i w rytmie melancholijnym kolebie się przez życie, patrząc mętnie na niepojęty gnający obok świat. I, czy z braku dmuchawców, czy z racji niezgłębionej przez nikogo tajemnicy, spokojny do tej pory jak kamień Pies Pańci najwyraźniej przekroczył Rubikon wieku średniego.

Zgadzam się, jeśli kryzys środka życia to czerwone Mitsubishi Lancer. Ok., jeśli to żółte Lamborghini. Nie ruszają mnie białe macintoshe. Wszystko rozumiem, ale szaleństwo Psa Pańci przyprawiło mnie o (nie tak trudne do uzyskania w moim stanie) torsje. Otóż Pies Pańci postanowił zostać mordercą. I Pies Pańci faktycznie zamordował. I teraz Pies Pańci siedzi na wycieraczce Ewki z ofiarą w pysku.

– Ewka, otwieraj! Pies Pańci zagryzł psa sąsiadki! Nieszczepiony na bank! Nieubezpieczony! Ewka, otwieraj! Ewka! Ewka…!

Ewka wychodzi z gęsimi piórami we włosach  i patrzy nierozumnie. Przytomność jednak przychodzi szybko, Ewka zaczyna nagle wrzeszczeć, więc rzucam się na nią, zatykam usta i pokazuję wymownie na czoło. Po chwili już zupełnie opanowane wciągamy do garażu mordercę z trupem i pilnie ustalamy plan. Najpierw telefon do Pańci. Jak słusznie przypuszczamy, Pańcia również wpada w histerię. Chwilę potem, ku naszemu zaskoczeniu, przytomnie postanawia ukryć zwłoki i udawać, że nic się nie stało.

– Bez sensu – zauważa Ewka. – Zaczną się alerty, poszukiwania, listy gończe. Rozkleją po osiedlu zdjęcia, apele. Dzieci będą płakać, niekończąca się historia. Mam lepszy pomysł.

I tu Ewka przechodzi inny Rubikon. Ewka posiada pewną zdolność. Jest to chyba najbardziej pożądana zdolność w dziejach ludzkości. Zdolność do obmyślenia perfekcyjnego planu. Planu, jakiego nie rozgryźli najwięksi detektywi wszech czasów. Mordercy światowej sławy przy tym leżą i płaczą. Tak, moi Państwo, Ewka przekracza Rubikon MORDERSTWA DOSKONAŁEGO.

– Bierzemy zwłoki i po cichu, żeby sąsiadka nie zauważyła, wrzucamy je do budy. Sąsiadka jutro znajduje zdechłego psa, robi mu pogrzeb i po sprawie.

Patrzymy z Pańcią na Ewkę przepełnione podziwem i nie mówimy ani słowa. Chwilę później truchtamy z martwym psem ku jego, niedawno jeszcze ciepłemu, legowisku. Ręką zgrabiałą ze strachu dotykam klamki od furtki sąsiadki, furtka groźnie zgrzyta.

– Cii! Nie obudź psa! – szeptem krzyczy Pańcia, ale chwilę zaraz się uspokaja, bo pies jak zabity – faktycznie milczy.

Sąsiadka jak zaklęta, też milczy, choć najwyraźniej żyje. W domu siedzi przed telewizorem, jej głowę w niebieskiej poświacie zanurzoną – wszystkie gorączkowo obserwujemy. Serca nam dudnią, tętnice kruszeją. Migrena moja wraz z psem sąsiadki czeźnie. Niech mi ktoś powie, że w obliczu śmierci ma migrenę! Ja nie mam. Jest trup, nie ma sprawy. Plan doskonały Ewki wypełniamy z szacunkiem i pietyzmem. I tylko zmarmurowiałymi ze strachu wargami:

– Ja pier…ę, ja pier…ę, ja pie… ę – szepczemy.

Jest buda! Sztywne truchło siłą trzech współ-morderczyń wciskamy, ocieramy czoła od lodowatego potu i mkniemy do furtki, furtkę: „zgrzyyyt”, zamykamy i teraz zgodnym, równym galopem – do sklepu po wódkę.

Dwie godziny i cztery wściekłe – nomen omen – psy później siedzimy wesoło przy kominku, i gładząc Psa Pańci, bawimy się historią, raz po raz przerywając debatę śmiechem.

Gdy nagle do drzwi rozlega się pukanie.

Pukanie początkowo słabe, jednak coraz odważniejsze, przeradza się wreszcie w łomot. Zastygamy w  poczuciu nieczystego sumienia. I nagle przypominam sobie o wszystkich tych znajomych, z którymi się umówiłam na sobotnie „nie wiadomo, co będzie”. To na pewno któryś z nich! – wołam. Ale to nikt z nich.

To SĄSIADKA.

Stoi w drzwiach i patrzy stalowym wzrokiem, wyraźnie czymś poruszona. Głuchy jęk przechodzi przez przedpokój, Pańcia chowa się za kominek.

Ewka chrząka, wstaje z podłogi, podnosi głowę i stalowemu spojrzeniu stawia czoło. Wszak ona plan wymyśliła! Niech się tłumaczy! Niech mówi, co za pomysł?! Kto psa zabił? Dlaczego? Jak? Gdzie narzędzie zbrodni!? Czemu jeszcze żyje?! Czemu bestia wściekła po okolicy biega?! I kto za to wszystko zapłaci?! A w ogóle, co za żarty z pogrzebu, ze śmierci jaja, co za picie wódki?!

Ewka milczy, sąsiadka milczy, wzrokiem się krzyżują, mierzą i wreszcie ta druga ożywa:

– Widziała pani może kogoś, że się kręcił? Koło domu gdzieś, mojego? Przy budzie? Psa?

– Nie!

Krótkie, żołnierskie, piękne. Sąsiadka z miejsca mięknie, żołnierskiemu duchowi Ewki ulega, głowę zwiesza i słabym głosem mówi:

– Jacy ludzie, wie pani, jacy ludzie są… Pies mi zdechł wczoraj, zakopałam za działką, a dziś ktoś psa odkopał i do budy mi wrzucił…

———————————————————————————–

Publikacja wznowiona, tekst ze zmianami opublikowany był także w miesięczniku  Magazyn Be

Muszę napisać do BE!

– Nie dzwońcie, nie piszcie, siedźcie cicho, bo pozabijam!

291918_160230127394007_1893105668_n

Wydaje się, że cykl pisania felietonów do Magazynu BE trwa około miesiąca. W rzeczywistości trwa około paru mętnych dni, w których to czas odklejony od poczucia obowiązku skraca się jak sprężyna, by nagle wystrzelić dead – line’em w mailu:

– Hej, jak tam teksty?

Nie, wróć! Prawda jest taka, że dead – line zwykle mija niepostrzeżenie, a potem naraz, tydzień później, wyskakuje z maila porażające pytanie od naczelnego:

– Hej, jak tam teksty?

I zaczyna się TEN dzień. Dzień autora tekstów do Magazynu BE. Dzień autora tekstów do Magazynu BE to śnieżnobiała strona w wordzie, kawa, piwo, telefon, Facebook i wyrzut sumienia. Zanim autor tekstów do Magazynu BE zrobi podejście do tekstu do Magazynu BE, zrobi absolutnie wszystko, co nie jest podejściem do napisania tekstu do Magazynu Be. Jednak trzeba przyznać,  że po sprawdzeniu całego internetu (w tym kilku ponaglających wiadomości z redakcji Magazynu Be), przyparty do muru autor ogłosi wreszcie światu kategoryczny komunikat:

– Nie dzwońcie, nie piszcie, odczepcie się, siedźcie cicho, bo pozabijam ! Muszę napisać do BE!

Naturalnie, po dwóch latach obserwacji rytmu pracy autora piszącego do Magazynu BE – nikt, absolutnie nikt nie traktuje poważnie morderczych ostrzeżeń autora. Nikt poważnie nie traktuje tego, że prasa drukarska jest rozgrzana do czerwoności od minionego przed tygodniem terminu, a permanentne spóźnienia oznaczają w konsekwencji, że to już naprawdę tym razem przegięcie, że tym razem to już autor pojechał po bandzie, tym razem to już na pewno autor wyleci z pracy.

Nikt więc się nie przejmuje i nikt nie siedzi cicho. Wręcz odwrotnie. Ludzie dostają wtedy niezwykłej energii do podzielenia się z autorem najróżniejszymi informacjami na temat:

  1. Wstrząsającej relacji fotograficznej na temat stadium zaawansowania cellulitu u Magdy Mołek.
  2. Porównania, który z Bondów jest najprzystojniejszy.
  3. Zagadnienia, czy w tym roku podrożeją gofry.
  4. Dywagacji, czy w basenie ogrodowym można hodować żaby.
  5. Wreszcie: ustalenia, czy autor idzie może z pytającym na plażę, bo akurat dziś (w TEN dzień) jest wymarzona ku temu pogoda.

Każdy z tych palących tematów skonkludowany jest oczywiście niezmąconym kiwnięciem głową:

– Spoko, wiem, musisz napisać do BE.

Najbliżsi podsuwają autorowi różne rozwiązania. Do najpopularniejszych należy pisanie systematyczne, z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Pisanie systematyczne z dwutygodniowym wyprzedzeniem ma jednak to do siebie, że nie istnieje. I nie to, że nie istnieje w wydaniu autora tekstów do Magazynu BE. Pisanie systematyczne z dwutygodniowym wyprzedzeniem nie istnieje, moi drodzy, w ogóle. Nie ma takiej możliwości, żeby autor pisał cokolwiek z dwutygodniowym wyprzedzeniem, w dodatku systematycznie. Systematycznie to się autor może spóźniać. Z dwutygodniowym wyprzedzeniem to się autorowi może kasa skończyć.

Autorem sterują dwie zasady o czasie i przestrzeni. Jeśli chodzi o przestrzeń zasada jest taka, że ma wymiar kosmiczny. Autor pisze w różnych miejscach. Pisze więc w tramwaju, w kolejce na poczcie, w samochodzie na światłach, na imprezie ostatkowej, w saunie, na sesji, u dentysty, w sklepie, w urzędzie, na nartach, na orbicie Saturna.

Jeśli zaś chodzi o czas, zasada jest żelazna, niezmienna. Autor zawsze pisze PO CZASIE. I to się również tyczy tekstów do Magazynu BE. Do Magazynu BE pisze się wszędzie tam, gdzie czas się skończył, gdzie pod murem ostateczności autor zipie wściekłością na samego siebie, że znów nie zdążył, że znów zapomniał, że znów biega jak kot z pęcherzem w całość sklejając wiadomości, co gdzie kiedy dlaczego i najważniejsze: o czym???!.

Mówi się, że dobry artysta to głodny artysta. Definicja ta budzi we mnie wiele zastrzeżeń. Nie można bowiem zaraz się wyrywać z tym oceniającym przymiotnikiem. Skupmy się najpierw, kim jest artysta w ogóle? Artysta, moi drodzy, to człowiek, który po dwóch latach paralitycznych zrywów za pięć dwunasta w celu napisania tekstu do Magazynu BE – zrywa się za pięć dwunasta w celu napisania tekstu do Magazynu BE. I to ten sam człowiek, który cały w przeprosinach wysyła spóźniony tekst do redakcji szczerze przysięgając, że wprawdzie sumiennie spóźniał się przez dwa lata, ale teraz – po dwóch latach, już nigdy, przenigdy się nie spóźni.

Czego redakcji Magazynu BE – z okazji urodzin – serdecznie życzę!

Magazyn Be

Rododendron (na Dzień Dziecka)

Dziecko. Niewyczerpana rzeka potrzeb. Pasmo udręk, nierównej walki. Lata wyrzeczeń i kompromisów. Wieczna porażka

DDGDOd samego początku swego istnienia wywraca świat do góry nogami. W dniu jego pojawienia się powstaje nieopisany rejwach. Jakby faktycznie nic poza nim się nie liczyło, jakby ludzkość od zarania dziejów nigdy czegoś podobnego na oczy nie widziała. Jestem, dajmy na to, w pracy. Księgowej szwagierki bratanicy siostra urodziła dziecko. Z tego powodu piszczy pół biura. Zdjęcia rozsyłają. Na fejsbuku tysiąc lajków. Wódka na stole. Delegacja po śpioszki. Zdarzył się cud. Ósmy cud świata. Dwie ręce, dwie nogi, głowa ciut za duża. Palce sztuk dziesięć. U stóp drugie tyle. Apetyt – maks. Defekacja – maks. Absorbowanie – maks. Decybele – maks. Potencjał niszczycielski – MAKS.

Wolność i niezależność rodziców  – zero. Sobotnie imprezy – zero. Słuchanie muzyki – zero. Święty spokój – zero.

Trzy i pół kilo, pięćdziesiąt centymetrów. I jeden pewnik. Nic już nie będzie takie jak kiedyś.

Do końca życia siostra bratanicy szwagierki księgowej nie zazna spokoju. Do końca życia siostry bratanica szwagierki księgowej nie odzyska talii. Do końca życia siostra bratanicy szwagierki księgowej nie posłucha Red Hotów. Do końca życia siostra bratanicy szwagierki księgowej nie zaszaleje w Spatifie. Do końca życia siostra bratanicy szwagierki księgowej nie pryśnie pod namiot. Chyba że z dzieciakiem. Ho, ho, ho! To ci dopiero zabawa.

Dziecko kosztuje fortunę. Tonę pampersów, które zapaskudzają środowisko i ścielą planetę nigdy nie rozkładającym się polipropylenem. Stosy plastikowych smoczków, butelek, kubków, gryzaczków, grzechotek. Wózki, nosidełka, bujaczki. Chodziki, nocniki, wanienki. Łóżeczka, pozytywki, materace. Dwa tiry gadżetów. Chudy portfel i grube kłopoty. Dziecko. Nigdy nie wyczerpana rzeka potrzeb. Pasmo udręk, nierównej walki. Lata wyrzeczeń i kompromisów. Wieczna porażka. Od samego początku.

Daruję wszystkim narodziny, karmienie i połóg. Fizjologia nie jest poezją, nie jest nawet prozą. Określenie „cud narodzin” to cynizm facetów, którzy mają sadystyczne zacięcie. Zacznę od pierwszej fety wokół tej jazgotliwej istoty, która ubrana w koronkowy uniform, zaczyna swój destrukcyjny proces. Proces dobijania rodziców.

Chrzciny.  Cała chałupa siódmych wód po kisielu, na koncie pustka, w głowie wojna. Goście pieją, że fajnie. Nic nie jest fajnie. Matka ma poryty tyłek, popękane cycki. Na stole sałatka, dziecko się drze.  Słabo? To dopiero początek.

Pierwszy dzień w szkole. Tornister jak cegła, krew na kolanie. Do permanentnego stresu dobija pani od matmy. Biały kołnierzyk. Czerwony zeszyt. Czarne myśli.

Komunia. Znów ciotki i babki zza Bugu. Budżet domowy leży i płacze, rodzina plądruje lodówkę.  W nowiutkim laptopie nie ma procesora, dzieciak nakarmił nim rybki.

Rocznikowo jestem dorosły, czyli pierwszy powrót do domu w stanie półpłynnym. W codziennej diecie pojawia się wybuchowy koktajl.  Rodzic, dzieciak i sześć promili pomiędzy.

Matura. Gardło ściśnięte, nerwosol na stole. Rodzic patrzy w kalendarz, kiedy się dzieciak wyniesie. Już bliżej niż dalej, może wreszcie będzie spokój?

Studia. I owszem, ten się pakuje, wyjeżdża na studia, uf, myśli rodzic, idę na jubel. Dzieciak w świecie, w domu spokój. Dziewięć miesięcy później dzieciak wraca i mieszka do czterdziestki. Wraz z nim tobołek. Wrzeszczący.

To ja chyba sobie lepiej rododendron kupię.

——————————————————————————————

MAGAZYN BE

http://issuu.com/bemagazyn/docs/be_kids

Facet doskonały

Facet dokonały powinien mówić komplementy. Tylko niech nie przesadza, a właściwie niech w ogóle się nie odzywa

Facet doskonały jest przystojny. Ale nie za bardzo, żeby się inne nie oglądały. Starannie ogolony. Z dwudniowym zarostem. Kolejna sprawa: oczy. To ważne. Oczy muszą być jasne, przejrzyste, uczciwe, najlepiej czarne. Włosy? Długie gęste kręcone, dokładnie przystrzyżone. Blond o zdecydowanej kasztanowej barwie, z lekką łysiną.

Niezbyt wysoki, dwa metry. Szczupły, wysportowany, z brzuchem. Totalny luzak w garniturze. Wydepilowany niczym małpa. W łóżku delikatny jak bestia. Wrażliwiec, poeta, umięśniony jak Schwarzenegger.

Szarmancki. Nieznajomy w podróży  powinien taszczyć bagaże. Ale niezbyt ochoczo, bo wyjdzie, że złodziej. Powinien się serdecznie uśmiechać, półgębkiem, najlepiej wcale. Sprawiać wrażenie miłego, stonowanego, odpowiedzialnego wariata.

Świetnie, gdyby był lekarzem. Artystą. Księgowym. Kierowcą rajdowym. Żeby miał psa. To znaczy kota. Świnkę morską. Rybki. Żadnych zwierząt!

Co jeszcze? Musi być inteligentny. Tylko żeby się nie mądrzył! Miły. Ale nie jakiś milutki. Dowcipny, ale nie wesołek. Taki trochę zadziorny, zawadiacki. Hm, typ spod ciemnej gwiazdy… Ale z kryształową przeszłością! Chodzi o to, żeby nas po rękach całował, w drzwiach przepuszczał i rachunki płacił. I nie puszył się tym męskim szowinizmem, z cmokaniem w dłoń nie wyskakiwał. I niech pamięta, że jesteśmy niezależne, w końcu stać nas na zapłacenie rachunku! O, żeby mówił komplementy. Tylko, niech nie przesadza. Właściwie, lepiej niech się w ogóle nie odzywa.

Ma być wierny. I zazdrosny jak talib. Niech się jednak nie wtrąca w nasze sprawy, bo i tak ich nie zrozumie. Choć, oczywiście, jest cudownie wyrozumiały.

Podsumowując, Facet idealny to piekielny macho, sto procent mężczyzny, chodzący testosteron. Świetnie gotuje, robi zakupy, zajmuje się dziećmi. Ba! On karmi je piersią.

——————————————————————————-

be_manTekst – jak inne moje teksty znajdziecie w BEMAGAZINE

Mgła

Samoloty nie latają wcale, a samochody snują się jak zjawy…

Fot. Aneta Bogatek

Plany były dalekosiężne. Najpierw Cisowa Góra, potem most w Stańczykach. Kanapki, termosy. Lornetka. Luneta. Wszystko w pogotowiu. Będą widoki. Będzie oglądanie. Co tam oglądanie. Zdjęcia! Na Facebook się wrzuci, na blog.

Rano mgła. Nie widać nic. Nic kompletnie. Domu sąsiada. Drzewa w ogrodzie. Drogi, jeziora, rzeki, przepaści… ? Mleko wylało się na świat, mlekiem zalał się krajobraz.

Samoloty wstrzymane. Podróże sparaliżowane. Samochody zastygły, zastygło życie. Żadnego ruchu w tę czy w tę, po prostu totalny, klimatyczny jesienny paraliż. Idziemy pomału, żeby się nie przewrócić, o kamień nie potknąć, w drzewo nie walnąć. Krok za krokiem, jak dzieci gęsiego, wolniutko jak starcy. Most w Stańczykach tkwi gdzieś w mlecznej poświacie zanurzony, my na moście nie wiemy nawet gdzie przepaść. Nie ma przepaści! Jest tylko ręka, którą trzymam kurczowo i tylko głos, który mnie zza zasłony dochodzi.

– Idziemy?

– Gdzie?

– Nie wiem…

Zastygnięci, w oparach świtu zanurzeni przestajemy się spieszyć. Przecież spieszyć się nie sposób. Każdy ruch, gwałtowny zryw może się skończyć tragicznie. Siedzimy więc na moście, patrzymy na swoje dłonie, oglądamy guziki przy kurtce. Tylko guziki widać, gdy się je do oczu przybliży.

– Może choć zdjęcie zrobię? – pytasz, a ja się przekornie zgadzam, bo wiem, że na zdjęciu nic nie wyjdzie. Nikomu tego zdjęcia nie pokażę, bo przecież tej mlecznej chwili i tak nikt nie zrozumie. Pstryk, słyszę, jak chwila zastyga razem z nami w tej mgle, ale nie dbam o to. Jem kanapki z plecaka i znów oglądam guziki. Ten od twojej kurtki, zobacz, jest przyszyty niebieską nitką. Nie mogłam znaleźć czarnej, to wzięłam niebieską. Pamiętasz, jak sobie skleiłeś kiedyś buty taśmą klejącą, bo nie mogłeś znaleźć butaprenu? Śmiejemy się, bo nagle wszystkie te rzeczy, których kiedyś nie mogliśmy znaleźć, stają się niepotrzebne. Po co szukaliśmy? Przecież wszystko jest tu, pod ręką. Niebieska nitka też świetnie trzyma. Taśma klejąca też daje radę. Przepaść w Stańczykach jest pewnie piękna, krajobraz z pewnością cudny. Lot samolotem, cały ten plan oblatania Ziemi dookoła w tę i z powrotem… cały ten pośpiech, strach, że nie zdążymy, że nam życia nie starczy, żeby jeszcze to zobaczyć, tamto zaliczyć, wszystko, cały świat jednym haustem połknąć…   Ale zaraz, zaraz… Co z naszymi guzikami? Gdzie chwile nieostre, których żadną miarą na Facebook wrzucić się nie da?

Mgły są zatrzymanym oddechem jesieni. Jej snem. We mgle jest ciszej. We mgle świat się kołysze w tym swoim niepojętym letargu. We mgle samoloty nie latają, a samochody snują się pomału, jakby były zjawami. Czas nie istnieje, nie istnieją światy. Jesteśmy tylko my ze swoimi małymi rzeczami, ze swoimi guzikami na niebieskiej nitce, ze swoimi kanapkami w plecaku, z kieszeniami, w których przed listopadowym chłodem chowamy dłonie. Nic nas nie obchodzi, żaden wielki świat, my tu mamy swoje małe jesienne życie i niech ono trwa jak najdłużej.

—————————————————————————————-

BE Magazyn/)7/Slow

20.05.2012 Kalkulator kalorii

http://www.bemagazyn.pl

Pierwsze promienie słońca wprawiają nas w radosną mobilizację, by spalić zimową garderobę. Chwilę potem drepczemy przed pustą szafą w poszukiwaniu czegokolwiek, w co się zmieścimy. 

 

Wiosna. Wraz z prymulkami rośnie zainteresowanie posiadaniem szczupłej sylwetki. No, przynajmniej jej stałej formy. A, co najważniejsze: sylwetki mieszczącej się w dostępnej na rynku odzieży. Ja wiem, że po mroku wiecznej zimy i – ze słusznością arktycznego morsa – półrocznego obrastania w tłuszcz, powyższe założenia wydają się wydumanym farmazonem. Rozumiem to całkowicie, bo ostatnie, o czym myśli człowiek wychodzący z rozpiętej pomiędzy listopadem a marcem ponurej czeluści, to fatałaszki.

Pamięć ludzka jest jednak najbardziej nieodpowiedzialną pamięcią wśród żyjących na Ziemi gatunków. Żadne zwierzę tak prędko nie zapomina o przykrościach wywołanych dojmującym chłodem. Już pierwsze promienie słoneczne wprawiają nas w otępienie i zgubnie radosną mobilizację, by oddać/wyrzucić/spalić* (*niepotrzebne skreślić) zimową garderobę. Chwilę potem panicznie biegamy w negliżu przed opustoszałą szafą w poszukiwaniu… czegokolwiek, w co się zmieścimy.

Według wskaźnika BMI, nie powinniśmy ważyć tyle samo, co arktyczna foka. Aby to osiągnąć, należy pamiętać, że dzienne zapotrzebowanie dorosłej kobiety w kalorie nie przekracza dwóch tysięcy. Proszę mi wierzyć, ten fakt potrafi zdumiewać.

No, może nie tak od razu, może nie w tym momencie, gdy kombinując w jaki sposób przywołać wspomnienie talii, zaglądamy na schudnij.pl. Nie, nie. Wtedy jeszcze nam się wydaje, że dwa tysiące kalorii jest liczbą zawrotną. Mina nam rzędnie po pierwszym posiłku, a raczej pierwszym przeliczeniu wartości spożytego jedzenia na potencjał wroga, w jaki wspomniane, a wraz z mijającym wspomnieniem – coraz smaczniejsze jedzenie się zmienia. Bo trzeba przyznać, że nic tak nie zaostrza apetytu jak dieta.

Wracając do naszego kalkulatora WCHŁANIANYCH KALORII. W powyższym akapicie założyłam brawurowo, że przeliczamy śniadanie i po przeliczeniu śniadania mina nam rzędnie. Ściśle: jesteśmy smutni, głodni, ale, uwaga – sprytniejsi od wroga.

Utopia. Rzecz nierealna. Absurd i nonsens. Nie ma takiej istoty na Ziemi (o zdrowych zmysłach), która by zawracała sobie głowę po śniadaniu jakąś kłopotliwą tabelą. Po śniadaniu robi się wiele ciekawych rzeczy, takich jak na przykład: kawa. A do kawy, umówmy się, trzeba zjeść ciastko. Nikt tu nie jest z kamienia. A już na pewno kamienia nie przypomina (patrz pierwszy akapit).

Dobra, obiad. Na obiad, jak tradycja każe, trzeba suto pojeść. Jemy więc suto, a w głowie zaczyna majaczyć nieśmiała obietnica rychłego podliczenia wchłoniętych kalorii. Jesteśmy jednak w świetnej formie, bo jak świat światem, dwa tysiące to całkiem przyzwoita wartość, niezależnie od nominału. Spokojnie idziemy więc na lody/gofra/piwo* (*nic nie skreślać!), po czym przystępujemy do ceremonii wieczerzy.

Po „Pamiętnikach z Wakacji” przypominamy sobie, że jesteśmy na diecie i siadamy wreszcie do kalkulatora kalorii. I wtedy okazuje się niestety, że swoje zapotrzebowanie przekroczyliśmy gdzieś około „Teleranka”, czyli dwadzieścia lat temu.

Panikę odradzam. Stanowczo sprzeciwiam się także wyrzutom sumienia. I składaniu czczych obietnic, że niby jutro będzie lepiej. Działać trzeba zdecydowanie i rozsądnie. Matematyka nas zgubiła, matematyka nas odnajdzie. Potrzebny jest kalkulator. Tym razem kalkulator SPALANIA KALORII. Wszystko, co robimy, kosztuje energię. Logiczne. Energię dostarczamy wraz z jedzeniem. Proste. Jedzenie, którego tak strasznie za dużo zjedliśmy, musimy po prostu spalić. Jak? Możliwości jest wiele. Wchodzimy na wspomniany portal i sprawdzamy, jaka czynność zużywa najwięcej kalorii. O, proszę: sprint. Godzina sprintu to ponad tysiąc kalorii! Świetnie! Problem w tym, że ostatnie na co mamy ochotę, to bieganie po osiedlu z językiem na brodzie.

Tenis. Półtorej godziny i nadwyżka z głowy. Dobre sobie. Jest godzina dwudziesta druga, w domu ani śladu rakiety, w życiu nie graliśmy w tenisa. Patrzymy dalej.

Gra w piłkę nożną. Mamy już lekkie poczucie absurdu, oczy nam się kleją i z ciekawości sprawdzamy, ile kosztuję sen. Otóż, proszę państwa, nasz organizm podczas dziesięciu godzin snu spala dokładnie tyle samo kalorii, ile przez godzinę biegania po boisku. Okrągły tysiąc.

Nic nie będę sugerować. Argumenty są jednak twarde. Jak z kamienia.

————————————————————

Magazyn Be nr 1/2012