Sztuka makijażu

Ile osób przyjdzie na spotkanie z YUTUBERKĄ? Tysiąc pięćset. Siedemset niezdecydowanych. Na spotkanie ze mną zdecydowało się… 38.

sztuka1

Zbieram w znoju tych Czytelników, zapraszam na spotkanie autorskie i ściągam mozolnie z Facebooka gości, gdy nagle moja nastoletnia córka pyta, kiedy to? Już się cieszę, że chociaż dziecko przyjdzie, zawsze to jakiś tłumek, zawsze to jakaś przyszłość, może koleżanki przyciągnie, może się w klasie pochwali, tak sobie naiwnie myślę. Tymczasem ona, że wiesz, sorry, ja nie o tym, ściśle ona o tym, że jest taka – uwaga! – JUTUBERKA, która w tym samym dniu ma spotkanie ze swoimi czytelnikami, tylko że w innym Empiku. I tu właśnie o nią chodzi.

– Czy ta JUTUBERKA napisała książkę?!

– Tak.

– Jaką?

–  „Sztuka makijażu”.

– Hm. A ile ludzi przyjdzie do niej?

– Nie wiem, zobacz na Facebooku.

Patrzę. Tysiąc pięćset. Siedemset niezdecydowanych.

Obecność na moim spotkaniu zadeklarowało 38 osób. Dwanaście jest niezdecydowanych.

Kopanie grobu. Wiwisekcja psychiki. Depresyjne przepaści. Nieprzespane noce. Włosy wyrwane. Ściśnięty żołądek. Rodzinne dramaty. Opus magnum. Pot i łzy.

Sztuka makijażu.

—————————————————————————————————-

Jeśli jednak ktoś, miast zgłębiać kunszt pacykowania się, zdecyduje się jednak na spotkanie ze mną, serdecznie zapraszam 29 października 2015 r. do Empiku w Galerii Bałtyckiej na godzinę 18.00. Będę przynudzać okrutnie o takich dyrdymałach, jak życie kobiet w Polce, wychowanie, spełnianie oczekiwań, poczucie wartości i zaklęty krąg męczeństwa. Bąknę coś o mojej najnowszej książce, pod tytułem, wybaczcie: „Kobieta dość doskonała”. Ale obiecuję, wezmę pędzelki!

Zdjęcie na Facebooku (Kobiety dość doskonałej)

To zdjęcie przedstawia nie tylko mnie. Obok siedzi prześliczna dziewczyna. Ta dziewczyna jest nieznośnie piękna i mądra, tak piękna i tak mądra, że mnie na tym kadrze po prostu deklasuje. Nie, ona mnie nie deklasuje – ta chuda suka mnie w tym kadrze MORDUJE

Ktoś zrobił mi zdjęcie podczas imprezy firmowej i wrzucił na Facebook. W dodatku mnie oznaczył. Wyglądam na tym zdjęciu jak stara, gruba ciotka. Nie mogę na siebie patrzeć. Nie mogę patrzeć, a patrzę. Wpatruję się w monitor jak zahipnotyzowana, jakbym zobaczyła pająka, struktury wywołujące fobię, smoka z siedmioma miliardami par oczu, wampira Nosferatu.

To zdjęcie przedstawia nie tylko mnie. Obok siedzi prześliczna młoda dziewczyna, która wygląda jak świeżość wszystkich poranków świata. Ta dziewczyna jest nieznośnie piękna i mądra, tak piękna i tak mądra, że mnie na tym kadrze po prostu deklasuje. Nie, ona mnie nie deklasuje – „deklasuje” to eufemizm. Bo prawda jest taka, że ona, ta chuda suka, mnie w tym kadrze ściśle: MORDUJE. Ona mnie morduje, zjada na śniadanie w ten swój piękny poranek, połyka jak kawałek prosiaka z chlewika mojego dziadka. Ona mnie, bezimienną świnię, pożera, po zbyt tłustym posiłku wzdycha, ociera swoje piękne usta finezyjną chusteczką skropioną paryskim zapachem. A obok ja. Gruby baleron, pękata torba rozlana na krześle. Na dwóch krzesłach, bo na jednym się już nie mieszczę. Mam nabrzmiałą twarz, czerwoną, spoconą, włosy w nieładzie, rozjeżdżający się żakiet. Ten żakiet nie może ukryć otłuszczonych wałków, wylewających się piersi, ukradkiem wypitych trzech piw, wypalonych siedmiu papierosów, niewyspanej nocy, niewykorzystanego karnetu na siłownię, nieodłączonej wściekłości na samą siebie, na rozdygotaną niepewność, na szare włosy, na drugi podbródek i wory pod oczami.

Fotografia jest właśnie jak to bezlitosne lustro. To obnażająca, straszliwa dziedzina, którą ludzkość wymyśliła tylko po to, żeby siebie unieszczęśliwić. Taki fotograf jest jak niedyskretny ginekolog. (…) O ile resztki przyzwoitości się w nim telepią, łaskawie choć przez edytor przepuści, zanim zmęczone i pomarszczone truchło rzuci tłumowi na pożarcie. Niestety, ten fotograf nie zrobił nic, żeby mnie upiększyć. Nie odchudził. Nie wysmuklił. Nie wygładził. Zwis sflaczałej skóry i smutek z opadniętej twarzy wydobył. Podgardle jak u zwierza pokazał. Gębę szeroką obwieścił. Nos krzywy odtajnił. Na dobitkę tę chudą blerwę umieścił obok. I, kurwa, wrzucił to wszystko na Facebook.

(…) Boże, czemu jestem taka beznadziejna, czemu taka byle jaka? Co będzie, jak zobaczą to zdjęcie? Jak się dowiedzą? Jeszcze nie widzą, jeszcze mogę udawać, że jestem ładna, jeszcze się kreuję, jeszcze się miotam, jeszcze mam w CV dwa fakultety, jeszcze piszę felietony dla gazety, jeszcze zbieram lajki. Ale zaraz, za chwilę, cała ludzkość zobaczy to zdjęcie na Facebooku i będzie jasne. Wszystko wyjdzie na jaw. Okaże się, że tak naprawdę jestem gruba i brzydka, głupia, beznadziejna i nie umiem pisać.

(…) Może jednak usunę ten znacznik? Może jeszcze nie cały świat się dowiedział? Ale nie, nie mogę. Jeśli to usunę, to zwrócę uwagę, to zaczną sobie wysyłać, zaczną się nabijać, robić memy. Już to widzę. Ze skrzynki na skrzynkę, cała firma ma ubaw: patrzcie jaka ta Kaśka jest brzydka? Widzieliście? Matko święta, jaki potwór, a myśleliśmy że całkiem ładna z niej laska. Wydawało się nam! Bo ona tak udawała i teraz jeszcze dalej udaje, a co gorsza, ona wszystkich nabiera, że coś niby umie, że mówi po angielsku, że po niemiecku i jeszcze po rosyjsku, a prawda jest taka, że nie zna żadnego języka, nawet dobrze polskiego nie zna, po prostu nie umie nic. No i brzydka jest.

Nie mogę usunąć znacznika ze zdjęcia. Nie mogę zrobić nic, siedzę jak sparaliżowana, bez czucia, bez ruchu, bez nadziei. (…) I okropnie, beznadziejnie boję się prawdy, a prawda jest taka, że jestem gruba i brzydka i nie umiem pisać. W tej chwili, zaraz, za moment cały świat się dowie o tym, już mi nie odpisują z redakcji na maile. Ha, ciekawe czemu? Na pewno dlatego, że się dowiedzieli, odrzucili mój tekst, to jasne, przejrzeli na oczy, każdy by przejrzał, jakby zobaczył tę fotę na fejsie.

(fragment książki „Kobieta dość doskonała”)

——————————————————————————————

Kiedy pisałam tę książkę, myślałam, że gdy już ona będzie, kiedy się narodzi, nic już do niej nie będę miała. Nie będę miała wpływu na to, jak będzie czytana, jak będzie rozumiana i jak jej się w życiu ułoży. No i proszę. Jutro premiera w księgarniach , a ta cholera już jest w pierwszej dziesiątce najlepiej sprzedających się książek na stronie Empiku. Przed skandynawskimi kryminałami, zaraz po tegorocznej laureatce NIKE…

Dlatego nic tu po mnie, jedyne co mogę zrobić, to życzyć Wam wrażeń. A kto chce te wrażenia przeżyć, niech kliknie w okładkę:

StLS03OTk4NDUtS29iaWV0YURvxZvEh0Rvc2tvbmHFgmFfb2vFgmFka2EuanBn

Recenzje:

„To jest dla wszystkich kobiet, które żyją ściśnięte własnym życiem. To jest szczere, złością pisane życie zwyczajnej Kasi, która bardzo chce być fajna i dosyć szybko orientuje się, że inne są prawa dla niej, a inne dla chłopców.
Kubryńska niczego nie udaje, nie stara się wymyślać losów i tła, tylko daje głos setkom, tysiącom kobiet. Przygody Kasi to przygody bez przygód, to właśnie ta szara szmata, w której żyją kobiety. Nie ma tu akcji z XIX wieku, kryminału i reportażu. Jest treść od której po prostu robi się lepiej. Że ktoś też tak ma.”

Małgorzata Halber

„Dziękuję ci za tę książkę, Sylwia. Dajesz w niej piękny, ironiczny upust naszym zbiorowym, stłumionym kobiecym frustracjom. Napisałaś dla nas katharsis. Sprawiasz, że absurd i humor sytuacji samoograniczających się kobiet stają się widoczne. A to, co widać, da się zmienić. Tym razem już po swojemu. Nareszcie!”

Zuza Ziomecka

„Często narzekamy na brak polskich odkryć. I oto jest. Największe polskie odkrycie tego roku: Sylwia Kubryńska.”

Paulina Reiter
redaktorka naczelna „Wysokich Obcasów”

Wysokie Obcasy i szampan dla krokodyla

Piszę o tym nie dlatego, żeby się pochwalić, ale żeby przekazać wam bardzo ważną rzecz…

obcasy

Nie wiem! Nie wiem! Nie wiem! Nie wiem, czy będę wielkości znaczka pocztowego, czy jak dwa znaczki. Nie wiem, czy w środku, czy na końcu. Nie wiem nic, wiem tylko że w najbliższą sobotę po raz pierwszy w życiu pojawię się w papierowych Wysokich Obcasach. Piszę o tym nie dlatego, żeby się pochwalić, ale by przekazać ważną informację:

Marzenia się spełniają.

Ja osobiście już trochę boję się marzyć, bo nie ma marzenia, które by mi się nie spełniło. A bynajmniej nie jestem szczęściarą. Nie jestem też jakąś wyjątkową optymistką. Nie mam nigdzie znajomości, ani wpływowej rodziny. I nie mam wybitnego talentu.

A i tak się spełniają.

Pięć lat temu ciągnęłam po gdańskim dworcu wielką walizkę z próbkami powieści i czekałam na pociąg do Nieba. Pociąg przyjechał i zabrał mnie najpierw do Warszawy, potem do Krakowa, a uwierzcie kochani, ani Warszawa, ani Kraków z Niebem nie mają nic wspólnego. Chodziłam zatem od wydawnictwa do wydawnictwa, tłumacząc wszystkim w chorobliwym zapale, dlaczego warto zainwestować w mój talent. Oszczędzę wam szczegółów, bo na samą myśl o tym zdejmuje mnie paraliżująca żenada do dziś.

Wreszcie zaniechałam procederu. Zrozumiałam, że nie dam rady fizycznie obskoczyć wszystkich redakcji w Polsce. Wróciłam zatem do Gdańska i jęłam wysyłać maile. Nie pytajcie mnie, ile maili wysłałam. Ta liczba, a raczej relacja tej liczby do liczby odpowiedzi, to wspomnienie zbyt bolesne. Nie był to jednak czas lizania ran. Najboleśniejsze miałam jeszcze przed sobą. Najboleśniejsze miało dopiero przyjść. W odpowiedzi, na którą tak czekałam. W odpowiedzi z wydawnictwa od pewnego krytyka literackiego. W odpowiedzi, która brzmiała tak:

„Banał, nuda i pretensjonalny język”.

O Boże, ile było w tym racji! O Matko, jaki to był banał O Jezu, jaka to była nuda! O Chryste, jak pretensjonalny język! Redaktorze bezimienny, który napisałeś tego maila! Gdzie jesteś?! Odezwij się! Jestem ci dozgonnie wdzięczna. Jestem ci dłużna. Chcę ci podziękować, na wódkę zaprosić.

Człowiek bowiem sam tego nie zobaczy. Trzeba wyjść z ram, żeby ujrzeć obraz. Trzeba opuścić kołowrotek, żeby przestać się w nim kręcić. Trzeba dostać takiego maila, żeby zaniechać banału, nudy i pretensjonalnego języka.

A przynajmniej nie dostawać już takich maili. Oczywiście, maile są. Są w najlepsze. Jak się maili nie dostaje, to dopiero jest paraliż. Jak się nie ma hejterów, to dopiero jest marazm. Człowiek poznaje swoją wartość przez liczbę ganiących go krytykantów. Ja uwielbiam swoich. Dostaję od nich epistoły ze wskazówkami, pogróżkami, rozczarowaniem „Nie idź tą drogą!”. „Tym razem przesadziłaś”, „Lubiłem twój blog i teraz się zawiodłem!”, „Nigdy nie wrócę!”, „Spodziewałem się mniej populistycznego bełkotu.”

Ile razy ze sobą zerwaliśmy! Ile już było rozstań! Ile było powrotów! I wciąż jesteśmy, na dobre i na złe, a właściwie tylko na złe. No nic, trzeba iść dalej. Trzeba wydać książkę. Ten krótki błysk w życiu każdego debiutanta, gdy przychodzi umowa z wydawnictwa. Ta para skrzydeł zwinięta a drżąca z gotowości do lotu! Jezu! Boże! Matko! Czy istnieje numer telefonu, którego nie wybrałam tamtego dnia, gdy podpisałam umowę na wydanie książki?! Czy jest jakiś adres mailowy, na który bym nie wysłała tej cudownej nowiny! Moja książka! Na półce! W empiku! W księgarni Jawor! W Bibliotece Miejskiej! Na Allegro! W Merlinie! W Amazonie! Kuźwa, nie wiem, gdzie jeszcze! Świat przestanie się kręcić, świat się zatrzyma! Nic nie będzie, jak kiedyś! Koniec smutków, koniec frustracji! Już jutro, za chwilę nastanie wiekuiste szczęście! Wyjdzie drukiem moja książka! Spełni się moje marzenie.

A teraz matematyczna zagadka. Ostrzegam, trudna! Ile to jest: prawa autorskie plus dwa tysiące sztuk oficjalnego nakładu, plus niewiadoma – dodruk, zamknąć nawias, razy dwa złote za egzemplarz, plus odsetki z czterech lat?

Podpowiadam: paradoksalnie, nie jest to liczba dodatnia. Jak nie wierzycie, zadzwońcie do kancelarii adwokackiej. Oni mają sporo takiej arytmetyki.

Marzenia się spełniają. Spełniają się, aż strach. Marzenia są jak krokodyle. Wykluwają się małe, urocze jak broszki, a potem mnie zjadają. Nic, trudno, trzeba iść dalej. Ja idę. A raczej siadam. Siadam i piszę, a moje krokodyle nadgryzają mnie po cichu.

W sobotę pojawię się w Wysokich Obcasach. Wstanę rano, wezmę rower i pojadę do kiosku. Kupię sobie Gazetę Wyborczą i butelkę szampana. Gazeta dla mnie. Szampan dla krokodyla.

Najlepszy dzień w moim życiu

Z każdego spotkania wynosimy plan uwiedzenia wszystkich mężczyzn tego świata

faceci

Tysiąc razy spotkałam Ewkę i Wołoską, za każdym spotkaniem objawienie. Objawienie objawień. Niewyczerpana studnia olśnienia. Głębia głębi. Wanna Archimedesa.

Za każdym razem wszystkie wynosimy z tych wspólnych spotkań teorię podboju kosmosu. Receptę na szczęście doczesne. Receptę na szczęście wieczne. Złoty środek na bezrobocie. Przełom w ekonomii. Sens życia. Plan uwiedzenia najwspanialszych mężczyzn świata. Algorytm na udany z nimi związek. Konspekt szczęśliwego z nimi rozwodu. Filozofię radosnej samotności, jaką jest ten wspaniały stan, gdy już najwspanialsi mężczyźni tego świata sobie pójdą. Albo raczej: gdy już z nimi zerwiemy (ale o tym za chwilę). Dalej. Projekt stuprocentowej pomyślności w interesach. Biznesplan multimilionerek. Scenariusz najpsotniejszych wakacji świata. Kamień filozoficzny. Święty Graal.

I żeby was nie zmylił geniusz naszych odkryć! To nie są efekty mozolnych obliczeń, ślęczeń nad tabelami, zawiłych wykresów, czy wyczerpujących badań. O nie! To są, moi Państwo, bardzo proste sprawy. Proste sprawy wynikające z życia codziennego. Niech mi ktoś powie, że w życiu codziennym nie można dokonać odkryć. Niech mi ktoś powie, że Archimedes wchodził do wanny od wielkiego dzwonu. Niech mi ktoś powie, że autor podwalin nauk fizycznych, Isaac Newton siedział pod jabłonią z jakiejś potężnej niecodziennej przyczyny! Niech mi ktoś wreszcie powie, że wybawca ludzkości, Aleksander Fleming, w pocie czoła zapuścił laboratorium do tego stopnia, że mu próbki spleśniały!

Największe wynalazki tego świata powstały przez przypadek, na skutek wygodnictwa, lenistwa i niechlujstwa. Na skutek nic nierobienia. Albo – jak w przypadku moim, Ewki i Wołoskiej – na skutek nieposkromionej zabawy. Spotykamy się w różnych okolicznościach, ale te okoliczności zawsze są preludium wszetecznej zabawy. Podczas wściekłych imprez opracowujemy przełomowe teorie. Przerobiłyśmy już wszystko. W kwestii związków jesteśmy absolutnymi ekspertkami. One są ekspertkami w dziedzinie moich związków, a ja mogę właściwie już robić doktorat na ich związkach. Jeśli zaś chodzi o związki innych ludzi na tej planecie – wszystkie zrobiłyśmy na nich profesurę.

Psychologia. Analiza zachowań od kołyski po dziś dzień. W małym palcu. A raczej: w trzech małych palcach. Wszystko mamy rozpracowane. Punkt po punkcie usprawiedliwiłyśmy swoje i nieswoje (prawdę mówiąc: tylko swoje) odchyły.

Kariera. Jakże paraliżujące rozwiązania powstają w naszych kuchniach! Nie ma komisji rekrutacyjnej, która (gdyby tylko się w którejś kuchni pojawiła) nie padłaby trupem z zachwytu nad ustaloną przez nas strategią.  Odpowiedź na każde pytanie? Odpowiedź?! Riposta cięta jak brzytew, nóż w sercu konkurentów z całego świata! Ile stanowisk zajęłyśmy! Ile szczebli kariery przeskoczyłyśmy! Ile awansów! Inna sprawa, że zwalniamy się z pracy na potęgę. W kwestii konstruowania wypowiedzeń jesteśmy mistrzyniami.

Mistrzyniami jesteśmy także w zrywaniu. Wciąż zrywamy. Nie ma osoby na tym świecie, z którą byśmy w nie zerwały. Zrywamy krwawo! Bojowo! Bezlitośnie. Z satysfakcją i dumą. Albo nie. Z OBOJĘTNOŚCIĄ! Jezu, jakie my jesteśmy okrutnie obojętne! Jak my obojętnie przez wiele godzin o przedmiotach swej obojętności rozprawiamy!

– W dupie mam.

– Pieprzę.

– Olewam.

– W ogóle się nie przejmuję.

– Daj spokój, nie gadajmy już o tym.

– Ani słowa.

– Najlepiej milczeć.

– Najlepiej olać.

– Olewasz?

– Jasne. W dupie mam.

I tak do późnej nocy. Olewamy wszystko. Na wszystko jesteśmy obojętne. Zwłaszcza na to (na tego), z czym (z kim) zrywamy. Ważną funkcję w obojętności pełni tzw. Plan Po Zerwaniu (w skrócie PPZ). Jest to rozbudowany harmonogram zachowań i zajęć, które powinny nastąpić po dokonaniu lodowato obojętnego zerwania. Konstruowanie PPZ-ta nie jest łatwe, w ferworze obojętności można bowiem zapomnieć o rzeczach kluczowych, jak na przykład:

1. Zgłoszenie na policję wszelkich prób odebrania wiary w siebie

2. Codzienne słuchanie piosenki Maleńczuka pt. „Kocham się”

3. Zakup obłędnego ciucha (co z tego, że kolejnego?)

4. I butów (nie będę tego komentować).

Konstrukcja tego planu często wymaga obecności Wołoskiej.  Ona ma umysł analityczny, nic się nie zapodzieje. Nic nie umknie. Żadna frajda, żadna przyjemność z PPZ-ta się nie wysmyrgnie. Kiedyś napiszę o tym bardziej szczegółowo, tymczasem muszę wreszcie dojść do meritum.

Koniec! Dość tych opowieści! Puenta jest gdzie indziej! Puenta jest, rzecz jasna, umiejscowiona w przyszłości. W przyszłości, której nie znamy, dopóki się nie spotkamy. A trzeba pamiętać, że nie ma takiej dziedziny, z którą byśmy sobie nie poradziły. Nie ma takiego pola, na którym byśmy poległy. Nawet (zwłaszcza!) z przewidywaniem przyszłości dajemy radę. Proroctwa to nasz konik! Wróżenie to nasza profesja. I teraz puenta. Ciężka, bo ciężka, ale jest. Oderwana od orbity tego tekstu, ale jest. Zaskakująca i bez związku, ale JEST. Otóż Najlepszy Blog na Świecie jest nominowany do Blog of Gdańsk 2014. I co? Nie mam pojęcia! Niech Ewka zajrzy w gwiazdy. Niech Wołoska przetrze szklaną kulę. Niech przerzucą fusy. Niech policzą płatki gerbery. Niech skalkulują rachunek prawdopodobieństwa. Niech mówią, czy wygram, bo nie wiem, czy robić imprezę?

I teraz Ewka, marmurowym głosem, z tym swoim zodiakalnym absurdem:

– Wygrasz. Na pewno kiedyś wygrasz. Czytałam twój horoskop. Napisali, że JUTRO jest najlepszym dniem w twoim życiu.

Ludzie! Kiedy będzie jutro?! Wołoska twierdzi, że jutro nie nadejdzie nigdy. Czy to możliwe, że może nadejść dziś?

———————————————————————————————–

Właściwa puenta jest jeszcze gdzie indziej. Chodzi o to, że możecie temu mojemu JUTRU pomóc i zagłosować klikając tu (prawa kolumna 20-sty od góry):

NBnS

Bez względu na wynik – JUTRO jest impreza.

„Grubi mają gorzej, zwłaszcza, jeśli są kobietami”

Drogi Kominku, sympatyczny kolego Tomku! Dzięki za twoje plecy. Przydały mi się do skakania na trampolinie sławy!

Ten blog nie jest miejscem do uprawiania polemiki z najpopularniejszym blogerem, to jest raczej blog o wszystkim innym. Jeśli mnie jednak coś nieco poruszy, pozwalam sobie napisać parę słów nie oczekując w zamian żadnego szaleństwa, nie oczekując z pewnością takiego szaleństwa, jakie nastąpiło po publikacji mojego ostatniego postu. Kiedy więc przeczytałam w Natemat.pl, że jestem nie tylko „e-potępiona” (zabawne, ostatnio pisałam, że decyduję się na potępienie), ale też podła, ściśle podłe jest to co robię – postanowiłam wrócić i być może znów dotknąć tych kilka nerwów, tak do tej pory błogo osłoniętych otuliną aprobaty.

Mój ostatni wpis miał być komentarzem zjawiska, które ostatnio wzbudza mnóstwo emocji, o którym się mówi w superlatywach, czasem gani, w każdym razie – jest. I nie zawsze jest aż takie fajne, jak nam się wydaje. Ja to właśnie tak widzę. Nie jesteśmy aż tacy fajni, blogerzy. Owszem, są pasjonaci – ludzie, którzy robią świetne rzeczy nie przeliczając swojego zaangażowania na ekstrasy od reklamodawców. Ale nafaszerowane kryptoreklamami blogi, blogi z treściami, które mogą obrażać, krzywdzić – budują słabą opinię o blogosferze (poza gronem blogerów zachwyconych własnym poletkiem).

Szukając wartości właśnie na tych najpopularniejszych blogach, trafiłam na blog Kominka. Przeczytałam parę wpisów, które wydały mi się po prostu obraźliwe. Forma mentorska plus pogardliwe wtręty, wszystko to sprawiało ogólne wrażenie nadęcia i pozoru kontrowersji, która powinna wywołać burzę. Ale nie wywołuje, bo w komentarzach jest jedynie pianie z zachwytu. Dlaczego? Otóż dlatego, że negatywne komentarze są usuwane. I to jest wg mnie zagrożenie dla blogosfery. Zagrożenie polegające na zepchnięcie w kąt pasji na rzecz dobrze opłacanego kursu ku narcyzmowi.

Ale, ale. Jest coś, co trzeba z pokorą przyznać. Kominek stwierdził w Natemat.pl, że odbiłam się na jego plecach ku sławie. Powiem tak. Sympatyczny kolego Tomku! Dzięki za twoje plecy. Przydały mi się do skakania na trampolinie sławy! Byłam kiedyś zaproszona do udziału w popularnym programie TVN. Byłam też zaproszona do plebiscytu, który przeprowadzał jeden z najpopularniejszych portali internetowych. Ale zrezygnowałam, bo wiedziałam, że te parę milionów sprzed telewizora, czy monitora to betka. Wystarczy wrzucić kilka cytatów z bloga Kominka i sprawa załatwiona!

Może to kogoś szokować, ale popularność nie jest dla mnie wartością. Jak powiedział Oskar Wilde: „everything popular is wrong”. W dupie mam więc popularność, tak jak Kominek ma w dupie prawa mniejszości („To nie jest miejsce dla mniejszości”). Dlaczego więc napisałam krytyczny tekst o blogosferze i dla przykładu wrzuciłam te kilka cytatów? To też pewnie może być szokujące. Zrobiłam to tylko dlatego, że nie zgadzam się z poglądami wyrażonymi na jednym z najpopularniejszych blogów. Na blogu Kominka. A blog to jest efekt pracy. Nie komentuję więc sympatycznego kolegi z Blog Forum Gdańsk. Krytykuję jego pracę.

Nic do Kominka nie mam. Tak jak on nie ma nic do Murzynów, Żydów i grubych. Ale nie podoba mi się, gdy pisze: ludzie otyli są sobie winni, bo za dużo żrą. Tak na marginesie. W mojej rodzinie żyła (już nie żyje) piękna młoda kobieta o imieniu Ela. Ela była zawsze szczupła, wysportowana. Któregoś dnia okazało się, że jest bardzo poważnie chora. Że musi przyjmować leki, które mają skutki uboczne, między innymi powodują tycie. Ela przytyła, ale dzięki lekom żyła jeszcze przez cztery lata. Jak myślicie, gdyby wtedy przeczytała:

„Grubsze było, jest i pozostanie brzydsze, samotniejsze i wyśmiewane.” (…) Grubi mają gorzej, zwłaszcza, jeśli są kobietami. (…) Nie ma co ich brać w obronę, oni wcale nie są tacy biedni. Człowiek zawsze tyje, bo żre i przywalę z liścia każdemu, kto mi tu zaraz napisze, że czasami otyłość jest wynikiem choroby. Może i jest, ale ja się mniejszościami nie zajmuję. Jeśli ktoś ma nadwagę, to musi ponosić konsekwencje z nią związane, a jeśli nie chce mieć nadwagi, to wystarczy mniej żreć. („Kiedy-grube-schudlo”)”

– naprawdę by pomyślała, że coś tu jest wyrwane z kontekstu?

Każdy ma prawo do swoich poglądów. Ale też musi się liczyć z krytyką. Swoją drogą, ja krytyki oszczędziłam, wrzucając tylko fragmenty tekstów. Napisałam, że to są fragmenty. Nie żadne wyjęte z sentencji słowa, ale całe zdania. Jego autorstwa. Gdzie tkwi problem? Problem polega na tym, że na moim blogu są negatywne komentarze dotyczące tych tekstów. I ja ich nie kasuję.

Inna rzecz, o której chcę na koniec wspomnieć rzucając to moje światło na blogosferę, to reakcja blogera na krytykę. Kiedyś napisałam prześmiewczy wpis na temat tekstu Segritty o Nikonie Złym. Chyba każdy bloger zna tę historię. Pośmiałam się we wpisie, że też bym chciała to i tamto. Jak to rozpieszczony bloger. I co się stało? Rozbawiona Matylda nazajutrz przesłała mi maila, bez żadnej urazy. Czy zatem można przyjąć krytykę z klasą? Można. O ile ma się jaja. I tu kobieta ma znacznie większe jaja niż facet.

Kończąc już ten temat: lejtmotyw tegorocznej konferencji Blog Forum Gdańsk to „Inspiracje, pasja, zmiany”. Cieszę się zwłaszcza na te: „zmiany”.

04
Możecie mi nie wierzyć, ale opieram się (plecami) o kominek.

01.01.2011 Elle, Shape i Różne Takie, czyli znów o tym, że nie zdanżam

Na śmierć zapomniałam napisać o tym, że ten konkurs, na który napisałam dziesięć razy za długi esej, to w gruncie rzeczy wygrałam.
Ostatecznie skróconą wersję można sobie przeczytać w takiej gazecie o nazwie Elle. To w ogóle jakiś czas temu wyszło, a ja zapomniałam się pochwalić i teraz nie wiem, czy jeszcze jest w obiegu.

Z tymi kolorowymi magazynami jest taka sytuacja, że wychodzą na jakieś trzy miesiące przed terminem i zanim się pokapujesz, że jesteś w gazecie – tej już dawno nie ma, bo jest nowa. Jeśli na przykład jest styczeń, to znaczy, że wychodzi numer wiosenny. Wiosną – choć wieje i zacina – oglądamy modę plażową. Latem z kolei szykujemy szuby. I tak dalej.

Tak czy siak, jeśli ktoś chce poczytać ten mój konkursowy esej, powinien się raczej sprężać. Chyba że ma obcykany kram w podziemiu. Facet sprzedaje stare gazety za pół ceny. Taki wtórny rynek. Kupujesz gazetę sprzed sezonu, bez ekstrasów, czyli z oberwanymi próbkami fluidów, jednak tanio. Taki second hand dla ducha. Lumpeks dla lansu.

Za ten wpis dostanę chyba manto od redakcji kolorowych pism dla kobiet. Może nie tylko dla kobiet, bo Top Gear też tam mają. I Playboya. I różne takie. Właściwie nie wiem, co jest dla kobiet, a co nie, bo przecież czytam właśnie różne takie, a jestem kobietą.

Wracając. Niedużo tego tekstu, ale już mówiłam, takie były warunki. W sensie że krótko i na temat. Sami Państwo wiedzą, że u mnie to raczej niemożliwe, tym bardziej zdumiewa mnie fakt, że wygrałam. Życie jest pełne niespodzianek.

Inna sprawa, że w takim magazynie dla kobiet aktywnych Shape jest wywiad ze mną. O pierwszej TAKIEJ polskiej powieści, czyli o „Last Minute”. Ale o tym już pisałam. W grudniu. Hm… W listopadzie?

Chyba mam przerąbane.

————————————————————————————————

PS. Sprawdziłam, styczniowy numer jest w obiegu. Ale nie będzie długo, bo przecież już… pierwszy stycznia!