Tagged: Kubryńska

On by mnie zabił

Nieprawdopodobna tragedia. Mąż zabija żonę z powodu pomalowanych paznokci, nie ma komu ugotować obiadu, mężczyzna kona w straszliwych męczarniach z głodu…

1465223_469746026467156_1074216895_n

Słuchaj, mówi Teresa do Krysi, która wróciła z domu z przepustki. Słuchaj, jak ci coś powiem, to padniesz! Alicja leży zwinięta w kłębek na tapczanie i słyszy tę rozmowę, bo w słuchawkach skończyła się płyta. Od kilku dni bez przerwy słuchała starej płyty, która napawało ją jedynym bezpiecznym uczuciem – rozpadającym się smutkiem. Płakała po cichu pod kołdrą, a potem zasypiała. Gdy się budziła i słyszała ich paplanie, znów włączała w swojej komórce tę samą płytę i znów płakała i znów zasypiała. Tym razem poczuła w sobie kompletną, totalną bezradność, taką, która uniemożliwiała kliknięcie w komórce zapętlonej ikonki. Przez ciszę w słuchawkach słyszała więc rozmowę Teresy z Krysią i apatycznie rozważała ich słowa:

– Pojechałaś do domu z pomalowanymi paznokciami?!

– No coś ty! Teraz pomalowałam.

– A tamte zmyłaś?

– No jasne. Przecież by mnie zabił, idiota.

Znów wróciło wspomnienie, tamte dni, miesiące, lata ukradzione z jej życia, całe dzieciństwo i młodość pozbawione jej samej. Jakby ktoś pożyczył od niej ciało i duszę i siał w nich spustoszenie od pierwszych dni pojawienia się na świecie. Postać wypełniona pustką, bolesną, rozpadającą się na kawałki pustką, w której nie ma miejsca na nią samą, bo jej dawno już nie ma, nie ma i nie było. Zmyłaś paznokcie? Oczywiście, przecież by mnie zabił. Co za absurd, pomyślała. Co to jest za absurd, co to jest za wywrócenie jestestwa na drugą stronę! Ktoś odbiera ci ciebie, twoje prawo do własnego ciała, do własnych paznokci. Ktoś to zagarnia, a ty się na to godzisz. Zagarnia paznokcie, potem twarz, potem całe ciało, potem pamięć, pamiętniki, sumienie, wyznanie, poglądy, cały umysł, całe życie. Krysia jest niemłoda, ma już pod pięćdziesiątkę, może nawet więcej – a jednak nie ma nic swojego, nie ma nawet paznokci. Gotuje obiady na przepustce dla męża, na przepustce ze szpitala. Jedzie do niego nakarmić, przewinąć, ogarnąć, kurwa, a paznokcie musi zmywać, bo by ją zabił. Jak to zabił? A jakby zabił, to co? Umarłby z głodu? Co za paradoks, dwa trupy w mieszkaniu, TVN Uwaga, żółto czarna taśma wokół i spiker relacjonuje:

– Nieprawdopodobna tragedia. Mąż zabija żonę z powodu paznokci, nie ma komu ugotować obiadu, mężczyzna kona w straszliwych męczarniach z głodu.

——————————————————————————

(fragment książki „30 sekund”)

30-sekund-okladka-72dpi

Jestem Bogiem

Moje ciało należy do mnie. To ja, moje serce, moje nerki, moja macica. Nie zgadzam się, żeby je oddać. Tak jak nie zgadzam się oddać serca, wątroby, płuc, tak nie zgadzam się oddać macicy

Alicja zobaczyła przemoknięte kobiety, pełne energii i buntu. Ich skrywany dotąd gniew rozbłysnął w oczach, te poukładane przez lata schematy zawaliły się i runęły. Patrzyła ze zdumieniem na kobiety z dziećmi, z wózkami, na kobiety starsze, na babcie, matki, siostry. I mimo tego deszczu, chłodu, widziała jakąś jasność, coś w rodzaju nadziei, że oto gniew prowadzi je do wolności. Oto one, stare, młode, wierzące i niewierzące, lekarki, nauczycielki i położne, sprzątaczki, studentki, gospodynie domowe – są dziś razem na dobre i na złe. Razem. Jak nigdy. Oto mamy swoje trzydzieści sekund. Krótka chwila buntu w wieczności zniewolenia. Czy tak musi zostać?

Parasol, kobiecy atrybut, niezbędny element wyposażenia torebki, mały czarny składany, schowany niczym liszka w kokonie, rozpostarł dziś skrzydła, piękne, czarne, lśniące i okazał światu swoją obecność.

Transparenty. Na szybko zmontowane z kawałka kartonu, z napisanymi flamastrami hasłami. Moje ciało należy do mnie. To ja, moje serce, moje nerki, moja macica. Nie zgadzam się, żeby je oddać. Tak jak nie zgadzam się oddać serca, wątroby, płuc, tak nie zgadzam się oddać macicy. Nie zgadzam się oddać dlatego, że ktoś tak chce. Żąda! Teraz. Zaraz. To przymusowy przeszczep mnie, dawczyni organów. Urodzonej i wyhodowanej, żeby dawać, oddawać siebie, oddawać swoją macicę. Oddać swoje życie bez słowa sprzeciwu?

Tak właśnie wymyślili „obrońcy życia”, mężczyźni w sukienkach, ci, którzy dyktują warunki tego kraju. Którzy nie wydają na świat dzieci i nie przekazują życia. Stoją ponad prawem natury i dyktują prawo moralne. W każdym innym gatunku zostaliby wyrzuceni poza społeczność. Bo żaden gatunek nie inwestuje w  celibat. Nikomu to się nie opłaca. A ludziom?

Alicja stoi i patrzy na ten tłum, czuje, słyszy bicie serc, widzi piękne kobiece twarze, włosy na wietrze, wyciągnięte szyje. Ile w nich mocy, ile życia! Chciałoby się to zatrzymać, uwiecznić gdzieś, w zaczarowanej materii, w skondensowanym proteście, ciele doskonale czarnym. To my, kobiety, matki. Pochłaniamy całą energię wszechświata, przetwarzamy ją dla potomnych. To przez nas płynie rzeka życia.

To my jesteśmy Ziemią, matką Ziemią. Przecież jesteśmy, z krwi i kości, prawdziwe, mocne, ważne. To od nas zależy. To my decydujemy. To my znaczymy. To my jesteśmy Bogiem.

Jestem Bogiem – zaśpiewała pod nosem Alicja. – Wyobraź to sobie. To ja jestem Bogiem.

Poczuła jakąś niepojętą siłę. Przypomniała sobie opowieść Janka o indiańskich duchach. O boskim znaczeniu matki Ziemi. Zacisnęła dłonie. Czemu ktoś jej kiedyś wmówił, że jest słaba? Czemu w to uwierzyła? Czemu uznała iluzję ponad rzeczywistość?

I nagle, wyrwana z zamyślenia, potrącana przez inne skandujące dziewczyny, zamrugała oczami z niedowierzaniem. W oddali, w tłumie zobaczyła znajomą twarz. Milczącą, ale pozbawioną codziennego gniewu. Jakby ta cała furia wokół zniosła bunt w tym wiecznie napiętym ciele. Zmarszczyła czoło i wyostrzyła wzrok. Tak, to był on…

30-sekund-okladka-72dpi

Na początku był chaos. I tak już zostało

Wracam z wyprzedaży,  obrywam metki, po czym dochodzę do wniosku, że wszystko jest za duże, za małe, potem zamartwiam się, bo metki oberwałam i szukam, komu by to oddać, po czym oddaję rzeczy za darmo, kupuję browar i mam wreszcie spokój

1238831_190190227825451_1698222596_n

Przez cały ostatni tydzień nic nie robiłam tylko czytałam i pisałam, ze sporą przewagą na to pierwsze. No i robiłam zakupy wyprzedażowe. Moje zakupy wyglądają tak, że jadę na zakupy, wydaję jakąś niepojętą fortunę na nową kurtkę, bluzę, czapkę, rękawiczki, buty i spodnie, po czym obiecuję sobie, że już nie kupię sobie nic w tym kwartale, a za karę sprzedam coś starego na Allegro, w dodatku posprzątam w szafie. Super. Gdy wracam do domu, jeszcze w samochodzie obrywam metki, żeby przypadkiem nie chcieć wrócić i tego wszystkiego oddać, po czym w domu przymierzam i dochodzę do wniosku, że wszystko jest za duże, albo za małe. Potem zamartwiam się przez dwa dni, że metki oderwałam, w dodatku zgubiłam paragon. I już teraz szukam w myślach osoby, której moje nowe rzeczy się okażą ani za małe ani za duże, po czym oddaję za darmo, kupuję browar i mam wreszcie spokojną głowę, żeby zająć się pisaniem albo czytaniem, ze sporą przewagą na to drugie. A więc bezsens. Totalny bezsens i brak konsekwencji. I chaos. Nie wiadomo, czy bardziej twórczy, czy bardziej destrukcyjny, bo jednak obie sfery dzieli cienka bezbarwna linia. Zupełnie niewidoczna.

Nie robię żadnych noworocznych postanowień, bo się pogubię w tym szale, bez postanowień trudno żyć, z postanowieniami się nie da.

Śniło mi się na przykład, że byłam na imprezie, pokłóciłam się z matką, z ojcem, z całą rodziną, ze znajomymi, że przemycałam narkotyki, że była policja, rewizja, mało nie wpadłam z gigantyczną szyszką marihuany, podczas gdy kumpel ciągał się ostentacyjnie z torbami kokainy. W dodatku biegałam jak owczarek niemiecki, między siostrą, szwagrem, bratem, szwagierką i kuzynką, doglądając, czy wszyscy się aby dobrze bawią, tymczasem wszyscy mieli wszystko w dupie. A najbardziej, co mi szalenie imponowało, wszystko w dupie miał mój brat, który prezentował dość ostentacyjnie pogląd określany przez Wołoską skrótem WNW*. Wtedy pomyślałam, o co by tu się jeszcze pomartwić, aha, matka i stary, trzeba się pogodzić, bo co oni tam; więc biegnę, ale za późno, gdzieś powyjeżdżali. I znów bezsens, chaos, brak konsekwencji. Gdy opowiadałam to na terapii, pięć razy zadzwonił telefon, przyszedł niejaki Dziadzio podłączyć kolejny, zresztą pracownik ex-pracy, znam typa, zaraz rozwinie wieści, że się leczę psychiatrycznie, jakby to jakaś tajemnica była. Za chwilę zadzwonił ten nowy telefon i wytworzyła się rzeczywistość równoległa dzwoniącym poprzednio telefonów, co stanowiło kolejną rzeczywistość – równoległą do mojego snu, w którym biegły równolegle co najmniej trzy rzeczywistości.

_______________________________

* Wyjebane Na Wszystko.

Natalia i pięć milionów kobiet*

Kamienowanie Natalii Przybysz powinno trafić do biblijnych przypowieści o miłości chrześcijańskiej. Kto nie miał aborcji? Kto nie zostawił ciężarnej partnerki? Kto nie pożyczył kumpeli pieniędzy na zabieg? Kto nie dał telefonu do lekarza? Niech rzuci kamieniem

270452_1884636911635_2775895_n

Nazywam się Sylwia Kubryńska. Mieszkam w kraju z pięcioma milionami kobiet, które dokonały aborcji*. Są wszędzie. W rodzinach, na uczelniach, w pracy, wśród przyjaciółek, znajomych, artystek. Z tych pięciu milionów tylko dwie się do tego przyznały. Jedna z nich już nie żyje. Druga nazywa się Natalia Przybysz. W ciągu dwóch dni legł na niej narodowy gniew za wszelkie pobudki sumień w pozostałych 4 999 998 kobietach.

Te kobiety, które usunęły ciążę, z kimś tę ciążę miały. Biorąc pod uwagę biologię, za ich „skrobanki” odpowiadają też mężczyźni – to kolejne 5 milionów WINNYCH. No i lekarze. Ile ich było? Ktoś pamięta? Ktoś może pamięta też, z jakich powodów były te decyzje? Czy to w ogóle powinno kogoś obchodzić? No jasne, i to jak! Każdy ma przecież bardzo dużo do powiedzenia, czy powód był wystarczający, bo jaki by nie był, to jednak, zważmy – nigdy nie jest wystarczający, dopóki nas to nie dotyczy.

Kamienowanie Natalii powinno trafić do biblijnych przypowieści o miłości chrześcijańskiej. Kto nie miał aborcji? Niech rzuci kamieniem. Kto nie uczestniczył w decyzji o aborcji? Niech rzuci kamieniem. Kto nie zostawił ciężarnej partnerki? Niech rzuci kamieniem. Kto jej nie pomógł w biedzie? Niech rzuci kamieniem. Kto nie pożyczył kumpeli na zabieg? Niech rzuci kamieniem. Kto nie namówił córki, siostry, krewnej? Niech rzuci kamieniem. Kto nie dał telefonu do lekarza? Niech rzuci kamieniem.

Niech rzuci kamieniem, skoro już musi, bo tylko tak potrafi wyrazić swoją wiarę w Boga. Niestety, będzie musiał rzucić też w mamę, tatę, wujka, ciocię, babcię, dziadka, w siostrę i szwagra. Będzie musiał ukamienować 10 milionów Polaków. Albo niech spierdala.

*  Raport CBOS 2013 r. Doświadczenia aborcyjne Polek. W ciągu całego życia ciążę przerwała, z dużym prawdopodobieństwem, nie mniej niż co czwarta, ale też nie więcej niż co trzecia dorosła Polka. W skali całego społeczeństwa daje to od 4,1 do 5,8 mln kobiet. 


W poniedziałek 2 Czarny Protest na ulicach Polski. Obecność obowiązkowa. Będę przemawiać. A jestem naprawdę wściekła.

Biurwa, czyli co zabrać do urny

Każdy kiedyś stał w kolejce tylko po to, by dowiedzieć się, że tak naprawdę to dopiero początek drogi labiryntem korytarzy, wiodącym do kolejnych biurek, stanowisk i rozmów, z których nic nie wynika. Ale czy ktoś kiedyś zastanawiał się, jak wygląda urząd z perspektywy urzędniczki?

biuro_marylin

Arthur Miller & Marylin Monroe

Wczoraj Ewka mnie opieprzyła, że nic nie piszę na blogu. No to piszę. W kwestii pisania to mam tak, że właśnie skończyłam pisać kolejną powieść. Ktoś mnie niedawno uświadomił, że napisałam trzy książki w ciągu jednego roku. W tym samym roku zachorowałam na depresję, dostałam wypowiedzenie z pracy i zostałam superbohaterką. Niezwykły zestaw, prawda? Sama się dziwię. Najbardziej się dziwię, co ja do tej pory robiłam, zanim nie napisałam trzech książek i nie opuściłam urzędu – bo nigdy tego nie mówiłam, ale ja do niedawna pracowałam w urzędzie. Biorąc pod uwagę mój charakter, gubienie wszystkiego, ADHD i głowę w stratosferze – jest to dla mnie wciąż nierozwikłana zagadka, w jaki sposób tak długo (sześć lat) udawało mi się sprawiać pozory osoby, która jest w stanie coś wpiąć do segregatora?

Druga rzecz, czemu sobie pozwalałam na taką rozrzutność czasu? Człowiek przecież nie ma go w nieskończoność. W końcu się starzeje i umiera, zamykając swoje marzenia w szczelnej trumnie dębowej. Albo w urnie, jeszcze lepiej. Ostatnio poznałam pewnego mężczyznę, który podczas mojej wizyty w jego domu pokazał mi swoją urnę. Podarowała mu ją była żona. Piękny prezent. Przez moment zastanawiałam się więc, czy nie zamówić u byłej żony urny na swoje prochy, ale po usłyszeniu ceny zrezygnowałam. Równie dobrze zmieszczę się w plastikowym ananasie pociągniętym złotą farbą z Tigera. W Tigerze są różne niedrogie i ciekawe pojemniki, które mogą spokojnie spełnić rolę urny. Można coś wyszperać.

Dobra. O książce. Książka nosi tytuł Biurwa i jest to opowieść o urzędnikach w polskiej administracji. Uderzyła mnie trafność słów redaktorki z mojego wydawnictwa, Magdy Genow – Jopek, która napisała o mojej najnowszej powieści takie słowa:

Ile ludzi, tyle różnych osobowości i charakterów, ale wszystkich łączy jedno – nienawiść do urzędów. Każdy przynajmniej raz w życiu stał w kolejce tylko po to, by dowiedzieć się, że tak naprawdę to dopiero początek przygody z labiryntem korytarzy, wiodącym do kolejnych biurek, stanowisk i rozmów, z których nic nie wynika. Ale czy ktoś kiedyś zastanawiał się, jak wygląda urząd z perspektywy urzędniczki?

Rozpad małżeństwa, codzienna frustracja, utrata pracy – życie Ewy nie jest usłane różami. Będzie tylko gorzej, kiedy zacznie pracę w urzędzie. Szybko musi przystosować się do środowiska, dla którego priorytetem w dziennym grafiku jest kawałek sernika, nauczyć się radzić sobie z wybujałym ego szefa, wypełniać stosy nikomu niepotrzebnych formularzy. Bo tak. A jeśli dodać do tego jeszcze niespełnione literackie aspiracje bohaterki i tajemniczego adoratora, jedyne źródło wsparcia? I jakie znaczenie może mieć ruda farba do włosów? Biurwa zaprasza do swojego Mordoru. To świat, z którego logika już dawno uciekła. Lepiej nie próbować zrozumieć. Nie da się.

No więc nie da się. Można tylko w to wsiąkać i wsiąkać, tłumacząc sobie, że przecież jest w tym jakaś atrakcyjność. I tu posłużę się z kolei fragmentem z książki:

Ta atrakcyjność jest tak chwiejna, jak chwiejny był krok konsula łotewskiego, zaproszonego na jubileusz partnerstwa gmin. Jubileusz przetoczył się przez trzy sołectwa, niczym młodzieżowy clubbing i zakończył się wreszcie w jakiejś przyhotelowej knajpie, położonej blisko reprezentacyjnego stawu z łabędziami, do którego konsul najpierw nasikał, a potem wpadł.

Ale spoko, da się wytrzymać, w końcu jakoś trzeba żyć, by to całe swoje życie zabrać wreszcie do złoconego ananasa z Tigera.

cover_03_03

Mężczyzna mojego (spieprzonego) życia

I nagle go dostrzegam. Oto moje Życie siedzi z miną oniemiałą, obok Królowa Blondu strzela wzrokiem spod doklejanych rzęs, bez głębszego zrozumienia nadchodzącej katastrofy jej – jakże fajowo zapowiadającego się wieczoru…

z17389624Q,MIlosc

Wracam z pracy, odbieram Igorka z przedszkola, Rozalkę ze szkoły, mijam skrzyżowanie, na skróty przez osiedle, idę wzdłuż witryny tej miłej kawiarni, do której nigdy nie mam czasu wstąpić, bo wiecznie z tymi dziećmi, albo przedszkole, albo szkoła, albo zakupy, albo obiad, albo do roboty szybko, a z roboty jeszcze szybciej. A tam grają jazz i w babskie wieczory podają urzędniczkom kopiaste desery, tak żeby nigdy w życiu nie schudły i zawsze już mogły godzinami podczas pracy utyskiwać na swoją nadwagę. I tam właśnie dostrzegam, w towarzystwie bogini blond, znajomą sylwetkę mężczyzny mojego spierdolonego życia. A uwieszone na mnie dzieci skaczą z radości jak małpy, rozpoznając tak długo nieoglądanego tatę. Tęsknota zaczęła już w nich pomału kipieć – każdego wieczora, gdy próbowałam ukołysać je czytaniem bajek i za diabła nie mogłam, bo ciągle o niego pytały.

No to bach! Mają go! W całej okazałości. Plus blondie w ekstrasie. Wchodzimy, kochani. Jedziemy po bandzie. Ja nie mam z kim zostawić dzieci, żeby wyjść gdziekolwiek, a tu tymczasem taka impreza! Hej, dzieciaki! Macie ochotę się zabawić? Pewnie że mają ochotę. Czemu nie? I idziemy przez knajpę, moje Życie siedzi z miną oniemiałą, Królowa Blondu strzela wzrokiem spod doklejanych rzęs, bez głębszego zrozumienia nadchodzącej katastrofy jej – jakże fajowo zapowiadającego się wieczoru.

A ja mam w dupie ich wieczór, ja się nie mogłam dodzwonić do niego przez dwa tygodnie, ja nie mogę się doczekać kasy na czesne, ja nie mam na buty dla dzieci. I tak, w pełnej krasie nagromadzonej furii, sadzam zachwyconego Igorka na jednym ojcowskim kolanie, rozpromienioną Rozalkę na drugim i zakręcając piruet ulgi, lżejsza o dwadzieścia dziewięć kilo, wychodzę z knajpy, łapię Zetkę do Gdyni i też jadę posłuchać jazzu.

Na żywo.


Fragment powieści w przygotowaniu.

Kliknij w okładkę, aby zamówić Furię Mać!

cover_01_finit

Skrzydła, zboczeniec i lew

Dziecko wyłazi z becika, otrząsa się, skacze na poręcz i przybiera postać kota. Jaki to gatunek? Myślę gorączkowo, muszę sprawdzić w googlach, ale teraz nie mam czasu, bo dzieciak mi ucieknie, więc łapię kota i ciągnę z powrotem do łóżeczka…

Najpierw latałam. Latałam właściwie przez większość swojego dzieciństwa, dopóty, dopóki nie zaczął mnie gonić zboczeniec.

Ale po kolei. Moje latanie nie było zwykłym lataniem – jak ptak. Nie było też w żaden sposób skażone techniką, żadnymi wspomagaczami typu motolotnia, spadochron, czy nie daj Boże, samolot. Ja nauczyłam się latać w taki sposób, jak się pływa. Stylem żabki. To proste. Wystarczy się nieco wysilić, zwłaszcza na początku, gdy człowiek musi pokonać barierę grawitacji. Zazwyczaj ten moment jest dość trudny, pojawia się lęk i chwilowy brak wiary w siebie, ale to mija. Mocny, zdecydowany ruch ramion, miarowe odepchnięcie nogami mas powietrznych daje imponujący efekt. A potem już się zapomina o strachu, o zasadach fizyki, o wszystkim. Potem się ogląda świat, potem się podziwia widoki.

Z początku latałam na małych przestrzeniach, na przykład w pokoju. W szkole. Na strychu. Kicałam po sprzętach, lądowałam na piecach kaflowych i szczytach szaf. Szybko mi się to jednak znudziło,  zaczęłam więc skakać z okien ku suchego przestworowi oceanu. Tam była odpowiedź na pytania o sens życia. Tam była cała radość i zachwyt, jakiego tak trudno dopatrzyć się na jawie. Tam była prawda, jakiej potem każdy człowiek próbuje odkryć  po siódmym kieliszku. Nie odkrywa. Nie odkryje. Po alkoholu źle się śpi, po alkoholu się nie lata.

Ja spałam trzeźwa jak anioł i wciąż latałam. Ludzie dreptali po chodnikach miast, jeździły tramwaje, autobusy, ciężarówki. Tam i ówdzie przejechał jakiś rower i wszystko toczyło się swoim rytmem. A ja latałam. A ja patrzyłam na przestrzenie między dachami, ja widziałam iglice kościołów. Drzewa i gołębie wśród liści, jeziora, lasy i rzeki. Tak sobie latałam beztrosko, gdy przyszedł ten cholerny zboczeniec. Facet w prochowcu, twarz zakryta, idzie za mną, a ja nagle nie latam. Biegnę jak szczur do klatki schodowej zdyszana, przerażona, niema. Nie umiem już latać, już jestem za ciężka, za słaba, za głupia. Już jestem kobietą, której życiową misją nie są widoki, radość i zachwyt, ale ucieczka. Ukrywanie siebie, umykanie do klatki przed facetem w prochowcu. Facet w prochowcu jest wielki i groźny, facet w prochowcu jest mocny i straszny. Ja słaba. Ja żadna. Ja marna.

Zboczeniec wracał tak uparcie, że wyparł całkowicie latanie. Wbił mnie w ziemię klątwą nielota, zabrał mi moc moich ramion. Jak w tej baśni o Czarownicy Diabolinie, której zazdrosny kochanek odciął skrzydła, gdy spała. Która bez skrzydeł straciła moc. Ja też straciłam moc. Bałam się zasnąć każdej nocy, wiedząc że znów będę uciekać, że będę się bać, że strasznie będę wstydzić. Bo trzeba wiedzieć, że gdy uciekałam, zawsze te drzwi do klatki były zamknięte, wtedy biegłam do następnej klatki i tam też było zamknięte, a gdy szukałam schronienia w trzeciej – dziwnym zrządzeniem sił robiłam się goła. I ludzie, których kiedyś oglądałam z góry – teraz patrzyli na moje nagie ciało, patrzyli z naganą, z odrazą i gniewem. A ja skurczona, wpół zgięta, pokracznie osłaniałam swoje wstydliwe miejsca i kluczyłam w kierunku jakiegokolwiek schronienia.

I tak, w tej sromocie dorosłam. Ale dorosła nie stałam się silna. Skrzydła mi nie odrosły, ubrania mnie nie zakryły. Tylko ten lęk w prochowcu ciągle za mną podążał. A panorama świata, panorama uczuć – wciąż niedostępna.  Aż przyszła kolejna noc. Dziwna i straszna, lecz trochę też miła. Jak film, jak teatr, w którym niby gram rolę, a jednak to się dzieje naprawdę.

Tej nocy urodziłam dziecko. Dziecko, którego się nie spodziewałam. O którym, być może – zapomniałam? Którego nie znałam, o którym nie wiedziałam wiele, prócz tego, że oto – bach i jest. Jest i rób coś z tym. Matko Polko, zajmuj się i martw. Dźwigaj, karm i kochaj. A ja nie kochałam. Ja patrzyłam z boku i oceniałam. Jak wygląda? Ile waży? Normalnie? Kto wie, skoro nie mam wagi? Trzeba iść do innych kobiet, do matek Polek, przeciętnych normalnych, które rodzą normalne dzieci i NORMALNIE się nimi zajmują. Patrzę za parawan, jest tam jakaś matka, ona też ma dziecko, ale jej dziecko jest jakieś mniejsze. Dużo mniejsze. Wszystkie są mniejsze. Tylko moje wielkie. Ogromne. Niezwykłe. Nienormalne.  I nie wiem, co z tym dzieciakiem teraz. Co teraz? Chowam się zakłopotana, boję się, co powiem rodzinie. Co powie lekarz? Ale, ale. Tylko patrzcie! To dopiero początek! Wielkie dziecko wychodzi z becika, otrząsa się, skacze na poręcz i przybiera postać zwierzęcia. Kota! Dzikiego, wielkiego i w prążki. Kawał drapieżnika. Jaki to gatunek? Myślę gorączkowo, że muszę sprawdzić w googlach, ale teraz nie mam czasu, co ludzie powiedzą, po porodówce skacze kot?! Druga rzecz, że dzieciak mi za chwilę całkiem ucieknie, więc łapię go na ręce i ciągnę z całej siły z powrotem do łóżeczka. Ale nie mogę, bo kocisko, gepard to, tygrys, czy lew? – jest większe ode mnie, w dodatku drapie i gryzie! Fukam na niego, bądź grzeczny, ale on na mnie gwiżdże i wcale grzeczny nie będzie. Nie będzie! On ma pazury i zęby, on ma mięśnie ze stali. On ma złotą sierść. On pieprzy kołyskę i becik!

Kobieta za parawanem głową kręci, ale jakoś bez nagany, raczej z podziwem. To ci dopiero! – mówi. – Ty miałaś taką moc?!

Ja miałam taką moc. Zawsze, od dziecka miałam moc. Ktoś mi po drodze wmówił, że facet w prochowcu miał większą. A weźcie faceta w prochowcu postawcie przed tygrysem? Dajcie go do lwa. Kto kogo będzie gonił? Kto po klatkach będzie się chował? Kto, gdy tygrys zedrze zeń płaszcz, na golasa będzie biegał? Kto zgięty wpół, jedną ręką niezdarnie zasłoni swe wstydy i będzie kluczył po mieście? Błagam! Pośmiejmy się.

I siadam rozbawiona i zupełnie goła obok kota na poręczy. Już nie boję się faceta w prochowcu, nie boję się niczego. Nie wstydzę się ani trochę. Mam dzikość w sercu, mam pazury i zęby. Przytulam się do miękkiego futra swojego „dziecka”, mojego „zwierza”. On jest mój, on jest częścią mnie, on mi nie grozi, on mnie obroni.

Wczoraj znów latałam. Wyskoczyłam przez okno połaciowe, co jest największym wyczynem. Coś jak bungee, tylko bez lin. Najpierw się wdrapałam na dach, odbiłam się od framugi okna, a potem: hop! – pofrunęłam. Leciałam nad Stocznią Gdańską, wzdłuż gdańskiej Starówki,  nad wieżą Mariacką, nad łbami żurawi, nad morze. Widziałam ludzi w wiosennych ciuchach i kwiaty wśród traw. Widziałam świat wzdłuż i wszerz, to co widzialne i to, co nie. Widziałam moje sny. Widziałam moje życie.

12932576_1186859328005026_2085088500317797483_n