Post Scriptum

Lubię tę część korespondencji. A gdy oglądam swoje pamiętniki, dochodzę do wniosku, że nawet uwielbiam. Mam na przykład taki zapis z któregoś tam 1989 roku:

Kurwa mać. 

PS. I tu następuje szczegółowy opis rzeczonego kurwa mać. 

No więc Post Scriptum to mój znak rozpoznawczy. I tu go nagle zabrakło. Myślę jednak, że w mojej historii znalazło się (a właściwie się nie znalazło) wiele rzeczy, których zabrakło. 

Jest taka legenda o Feniksie. Feniks to ptak, który coś tam, lata, żyje, zmaga się, nagle: trach! – zamienia się w popiół i tyle go widzieli. Podobnie jest ze mną. Spopieliłam się własną naiwnością, wiarą w DOBRO (he,he), wiarą w człowieka (jeszcze lepsze) i przekonaniem, że im więcej będę pracować, tym lepiej. Może i lepiej, ale nie dla mnie. Paru ludziom pomogłam. Nikt nie docenił. A gdy się w popiół zamieniałam, też nikogo nie było. 

No, może dwie osoby. Ale o nich potem. 

Z Feniksem jest jednak taka zasada, że Feniks wraca. Odradza się z popiołów, z zapomnienia powstaje. Z ciszy wybrzmiewa. I te swoje „post scriptum” dodaje. A ma ich nieskończoność. 

Umierałam tysiąc razy, znam się na tym. Wiem też, co się dzieje po śmierci. Wszystko to (co się dzieje po śmierci, co do śmierci doprowadza i w ogóle mnóstwo piekielnie ciekawych rzeczy) opisuję ZE SZCZEGÓŁAMI. I wszystko to (co się dzieje po śmierci, co do  śmierci doprowadza oraz o wyżej wspomnianych dwóch osobach) możecie przeczytać tu:

nemezis.me

Już wam zazdroszczę. 

PS. Można dać PS do PS? Nie wiem, JA MOGĘ. Dziękuję więc wszystkim tym, co nie przestali we mnie wierzyć. Niby wiarę w człowieka wychichotałam, ale jednak czasem trzeba jej oddać honor. 

Nemezis

Między ustami a brzegiem pucharka

Nazajutrz obudziłam się w czerni najgorszego poranka w życiu, z gorączką piekielną, i była to zaraza najstraszliwsza w świecie, która wysyła ludzi na tamten świat…

dracula
Hrabia królował w czasach zarazy, do mnie też przyszedł, ale się nie dałam…

Założenie było dobre. Odpocząć. Odpocząć, pójść a rurki z kremem, pozbierać wymordowane po występach ciało w całość. Z wiosny niechybnie nadchodzącej skorzystać. Ze słońca poczerpać konieczną do dalszej walki energię. Bo walka się nie skończyła, choć zasoby owszem.

No więc jadę w Polskę, jadę na ten przedłużony weekend, na poły jeszcze zimowy, ale przecież już ciepły, już pełen nadziei i blasku. Nawet okulary słoneczne założyłam. Nawet płaszczyk lżejszy. Bo przecież nie ma nic bardziej znienawidzonego jak kurtka zimowa na przednówku. Tak jak nie ma nic bardziej upragnionego jak lżejszy ciuch w przedwiośniu.

Ach, jak będzie cudownie! Nazajutrz wstanę, założę te swoje fiu-bździu i polecę do cukierni na pucharek. Znacie te pucharki? Pal licho, jak one smakują, ale jak wyglądają! Najbardziej lubię te ciemnowiśniowe gałki lodów upakowane w triadę, którą wieńczy bita śmietana, gęstą czernią czekolady polana.

Albo sorbetowy menuet o barwie mango, tej głębokiej żółto-pomarańczowej nucie plus, no nie wiem, niech mnie zaskoczą: orzechy? migdały? płatki kokosa? rodzynki?

No i kawa! Albo herbata! Boże mój, jak się cieszę na samą o tym myśl! Choć i tak zwykle moja podróż do krainy słodyczy kończy się szybciej, niż zaczyna, bowiem po przestudiowaniu karty menu i wydaniu z siebie tych wszystkich zachwytów, zamawiam tartę warzywną i cześć.

Tym razem tak nie będzie! Tym razem będę postacią z bajki, panienką z grochami na spódnicy, Pchłą Szachrajką, panną Kiką, Babeczką.

No i tak opisując Państwu swój urlop nieszczęsny dotarłam, nomen omen, do informacji, którą Państwu chciałam przekazać już dawno, ale nie miałam na to siły. Otóż w tak zwanym międzyczasie (szczerze mówiąc, nie wiem, kiedy) wydałam książkę dziesięcioletniej Tosi Bardowskiej, a książka ma tytuł „Babeczka” i jest doskonałym uzupełnieniem rodzinnym, kiedy starzy czytają Poradnik dla psychopatów, a dzieciak zawraca głowę. Należy mu kupić Babeczkę i spokój.

Wracając do nieszczęsnego urlopu. Dlaczego nieszczęsnego? Bo nazajutrz obudziłam się w czerni najmroczniejszego poranka w życiu, z gorączką 39 stopni, z zapaleniem absolutnie wszystkiego i była to zaraza najstraszliwsza w świecie, która wysyła ludzi na tamten świat, a imię jej brzmi: SEPSA.

Jak się domyślacie, nie poszłam na żaden pucharek ani tartę, ani nic. Przez tydzień walczyłam o życie, a teraz leżę bez tchu i właściwie nie mam nawet siły zakończyć tego tekstu. Niech więc będzie nieskończony, niech trwa, niech niesie mój słaby głos w przestworza, niech przeistoczy się w melodię, której nuty, zamiast rodzynek w pucharku, zagrają coś weselszego niż marsz żałobny.

WSZYSTKO

Do wygrania są dwie nagrody. Abonament na książki do końca życia albo własna publikacja w wydawnictwie BaBa

To leci tak. Wracasz z pracy z szokującym wypowiedzeniem w ręku i połykasz łzy. Przychodzisz do chaty, pod domem stoi samochód twojego faceta, myślisz, wezmę z tylnego siedzenia kocyk. A na tylnym siedzeniu, owszem leży twój kocyk, a w kocyku zaplątana biżuteria. I ty dobrze wiesz, CZYJA jest to biżuteria. I jak bardzo (oraz z kim!) trzeba się w tym kocyku szamotać, by ją zgubić.

I teraz te dwa zestawy emocji do wyboru. Lęk i gniew na przemian. Który wybierasz? Bo jeśli weźmiesz kopertę z gniewem i wywalisz tego (już nie swojego) faceta z chałupy to oto nie masz czym zapłacić rachunków. Jeśli nie wywalisz go (koperta z lękiem), będziesz w wiadomym stanie.

Ten stan można eufemistycznie określić: niefajnym. Lęk zawsze gwarantuje niefajne stany. Wracamy do naszego turnieju. Znów dwa zestawy do wyboru. Flaszka za 118, czy ucieczka? Zresztą oba rozwiązania to ucieczka. Reszta to kwestia ceny. Jest pani w takim teleturnieju, w którym właściwie nie ma żadnych wygranych, zawsze w plecy. Czy już zastanawia się pani, z jakiego powodu bierze w tym w ogóle udział?

To jakiś sen?

Na sny przyjdzie pora. Na razie, jak w Odysei, pojawia się szansa od Losu, wycieczka do Tunezji. All inclusive, więc można od rana chodzić nastukanym i jakoś to będzie. Los warto chwytać, tym bardziej że  czasem bywa łaskawy, jak teraz, gdy wciska ci w rękę bilet za friko. I oto lecisz. Ale to tylko tak wygląda, że lecisz maszyną Boeing 767, bo wkrótce się okaże, że to już nie Boeing, ale latający dywan. Na dywanie siedzi podparty i spokojny jak kamień Młody Bóg, a właściwie Młode Diablę o smagłej skórze i egzotycznym imieniu. Patrzy na ciebie takim wzrokiem, jakbyś objawiła mu najskrytsze tajemnice na temat piękna tego świata, bo to właśnie ty to piękno stanowisz. Nie wierzysz własnym oczom, szczypiesz się i nic się nie zmienia, lecisz przez przestworza, lecisz przez wszechświat.

A Ziemi już dawno, dawno nie widać. Tylko on. Samum. Wicher niemożliwy, rozpalony, wysuszający usta wiatr słoneczny przecina fatamorganę…

Chciałam nagrać krótki filmik, który zobrazuje tę historię. Mieliśmy w wytwórni mnóstwo pomysłów i nawet coś w rodzaju scenariusza. I nagle coś pękło, coś się sypnęło, coś się uwolniło. Być może to moja hiper-nad-świadomość, a być może ten słynny Los? Coś wyłączyło nagrywanie w jednym momencie, a włączyło w drugim. I nagrało się WSZYSTKO. Cała prawda.

Jak to z prawdą bywa – nie jest ona łatwa do odkrycia. Ale możliwa. Odkryjcie ją. Opiszcie. Filmów na podstawie książki jest dużo, czemu nie może powstać książka na podstawie filmu? Niech to będzie komedia, dramat, romans, kryminał, horror. Niech mnie ze śmiechu po podłodze przeczołga, niech wyciśnie ze mnie łzy. Słowem: WSZYSTKO jest możliwe. Objętość opowiadania, forma dowolna. Może być nawet komiks! Wydamy to w formie antologii. Przysyłajcie swoje historie do 28 lutego 2019, na adres: redakcja@baba.com.pl. Naprawdę warto. I tu znów muszę przypomnieć, że jesteśmy w teleturnieju. To teleturniej zwany szumnie „życiem”, tym razem z prawdziwymi wygranymi. I jak na teleturniej takiego kalibru przystało, są dwie nagrody do wyboru:

  1. Egzemplarz każdej wydanej w BaBie książki za darmo do końca życia. Taki abonament na kulturę do ostatnich dni w tym wymiarze.
  2. Publikację opisanej przez siebie historii w BaBie. A wszystko, co wychodzi z BaBy, jest naprawdę DOBRE. Unikatowe. I piękne, jak ty w oczach Młodego Diabła o egzotycznym imieniu…

—————————————-

A oto TEN film. Każde słowo jest ważne. Czyli WSZYSTKO

Dziękuję. I to długie, bo opowiadam co było dalej

To zdjęcie zrobiła mi Agnieszka Malinowska w 2006 roku. A może wcześniej? Bardzo je lubię. Jakoś mi tu dziś pasowało.

Powiem wam, co było dalej. Powiem więcej. Dużo więcej.

Wczoraj ryczałam przez pół dnia, potem leczyłam się z migreny. Nie kupiłam tej flaszki za 118, bo nie miałam siły wstać z łóżka. To uratowało mi życie. Wieczorem ledwo żywa pojechałam do Joanny, która kupiła ode mnie Samum i to dwa egzemplarze, żebym miała na gorącą czekoladę. Siedziałam u niej półprzytomna z bólu i zmęczenia, kiedy pomału zaczęło do mnie dochodzić, co się właściwie wydarzyło. Otóż wydarzyło się bardzo dużo. Bo oto dowiedziałam się, że są Ludzie, którzy zupełnie bezinteresownie, z dobrego serca wspierają mnie jak mogą, przysyłają słowa otuchy, kupują książki na BaBie, oferują prawdziwą pomoc bez tych wielkich haseł o feminizmie i ch.. wie czym jeszcze na plakatach, na posągach i w memach na fejsbuniu.

Nie. Oto są Ludzie, którzy pomagają innym ludziom, są Kobiety, które NAPRAWDĘ pomagają innym kobietom, a nie pieprzą o tym na panelach. To kobiety nieuwikłane, wolne, niezależne. Bardzo dużo jest wśród nich Polonii. Ale też są tacy, którzy mieszkają w Polsce, ale się nie boją, mimo swoich zależności, pracy, układów. Wszystkim najserdeczniej w świecie wielkie DZIĘKUJĘ. Jesteście wspaniali. To dla Was piszę swoje książki.

No i właśnie. Co było dalej. A propos pisania książek. Zerwałam się o pierwszej w nocy, założyłam kapcie i siadłam do komputera. Kot w szoku. Chociaż z tym to nigdy nie wiadomo. Mam wrażenie, że emocje wyrażone przez kota należą do zupełnie innego wymiaru emocji, z takiego niedostępnego dla mnie – przynajmniej na razie – wymiaru emocji, w którym panuje szacunek wzajemny tak zaawansowany, że sorry, ale niczym nie będziemy tu szastać. Zwłaszcza emocjami. Ja się wciąż tego uczę, zwłaszcza kwadrans po tym, gdy znów wydrę mordę tylko z takiego powodu, że chciałabym już bardzo powiedzieć to, co mi przyszło do głowy. Bo kurde, zniknie.

No więc siadłam do tego komputera i łajając się w duszy na wszelki wypadek, gdyby mi do łba strzeliło wchodzić na Facebooka – weszłam na Facebooka. I dostałam zawału serca. I szybko stamtąd uciekłam. Bo takich rzeczy to się może kiedyś spodziewał Mansztajn, jak otwierał Make Life Harder i rano wstawał półprzytomny, zaglądał do fejsa i (cytuję, albo robię coś w rodzaju cytowania) „musiał przetrzeć mopem ekran z niedowierzania”. Że tam tysiące lajków. Podobny scenariusz. Co miałam robić? To nie jest łatwe zmierzyć się z szokiem, dlatego zwiałam stamtąd w te pędy, choć znając siebie, aplikacji nie zamknęłam. Tak na wszelki wypadek. Żeby nie stracić kontaktu z rzeczywistością.

I zaczęłam pisać. To wcale nie jest takie proste: zacząć pisać. Ale jak się zacznie, to naprawdę, dzieją się rzeczy straszne. Nie wiem, może to nie to słowo. Może nie straszne. Ale wiekuiste na pewno. W każdym razie jesteśmy na razie przy „zaczęłam pisać”, co jest jeszcze kawałek przed czynnością właściwą. To jest ten moment, w którym jeszcze jest szansa, żeby bez nadmiernego wyrażania emocji (pamiętacie tamten poziom?) przerwać pisanie. Logiczne. Można przecież przerwać coś, czego się jeszcze nie zaczęło. Na luzie. Gorzej potem.

Ale spokojnie, wciąż jesteśmy przy rozpoczynaniu. Szukam więc w tym cholernym komputerze jakiegoś programu do pisania, a przecież ja wam do tej pory nic nie powiedziałam o tym, że już się rozstałam z Acerem bez klawisza F8. No więc od pewnego czasu mam inny komputer (kupiony na olx, więc używka, a ja jako wytrawna artystka uwielbiam używki), który dodatkowo ma zupełnie inny system operacyjny i weź mi tu, kurwa, znajdź worda. To trwało. Trwało. Wifi miała szansę wejść i wyjść z chałupy, miała też swoje pięć minut skoków na klawiaturę, coś tam nawet dostała do żarcia. Wiedziała, co robi. Wiedziała, że za chwilę przyjdzie ten niekończący się moment zastygnięcia czasu, bez-oddechu, bez-szmeru, bez-żadnego-niczego. Bo inaczej nie odpowiadam za siebie.

No i piszę. Piszę dla was, kochani, nową książkę, a w międzyczasie nie mogę przestać pisać. Ale wiem jedno. To będzie prze-za-je-bi-sta książka, która stanie się odpowiedzią na wszystkie pytania. A przynajmniej na te, które mi przyjdą do głowy.

To będzie moja pierwsza książka, która przyjdzie na świat w DOMU. Nie w żadnym, kurwa, szpitalu, który ma ci niby pomóc, a tak ci dowali, że z ledwością o własnych siłach wyjdziesz. Tak jak ja wyszłam. Ale żyję.

Wszystko przede mną.

Przeczytajcie proszę

Zacznę bez ogródek, bez literackich wstępów, prosto z mostu. Wiecie, w jakiej jestem sytuacji? Właśnie dostałam od wydawcy rozliczenie. Według tego rozliczenia za książkę, która jest we wszystkich empikach w całej Polsce, a na Amazonie kosztuje 120 złotych – należy mi się 118 zł. Za pół roku totalnej sprzedaży. Wszędzie. W księgarniach, w internecie, na allegro. Na targach książki. Za granicą. Wszędzie. 118 złotych.

No więc mam takie rozliczenie i co mam dalej z nim robić? Bo skoro takie absurdalne dane dostaje od wydawcy, a Empik mi odmawia informacji, to co? Milczeć? Bo tak mi proponują mądrzy komentatorzy sceny, kurwa, politycznej. Serio uważacie, że to jest OK? Bo ja po prostu nie mam za co żyć.

Ale oczywiście się nie poddaję, zakładam własne wydawnictwo, chcę sama zarabiać. I co się okazuje? Nie tak lekko, droga panno, żyjesz w kraju pieprzonego systemu, w którym rządzą układy, ludzie się o tobie nie dowiedzą i żaden dziennikarz, który jeszcze niedawno tak chętnie z tobą strzelał sobie selfie, teraz cię ze strachu nie zna. Ze strachu, że go z pracy wypieprzą. Tak jak – niedaleko szukać – mnie. Bo mnie wypieprzyli za zbytnią śmiałość w wypowiadaniu poglądów w gazecie, która propaguje wolność w wyrażaniu poglądów. I jeszcze dużo innych rzeczy propaguje, coś w rodzaju kobiecej solidarności i wsparcia. Ładnie to wygląda na obrazku: przejęte losem anonimowych kobiet ze świata, tudzież przejęte losem Marii Skłodowskiej Curie, która dawno już nie żyje i ich pomocy ze swojego wymiaru raczej nie potrzebuje – feministki z krwi i kości, które wypieprzyły z roboty kobietę za głośne powiedzenie, weźcie wy się zastanówcie, aborcja to nie znaczy życie, no więc te feministki walczą dzielnie na swoich kongresach, w hotelach czterogwiazdkowych, na bankietach i w pierwszej klasie pendolino, zwrot kosztów podróży. Mega wyczyn, bohaterstwo. Ale prawdziwym kobietom z krwi i kości, które potrzebują pomocy tu i teraz, boją się nawet dać lajka.

Ostatnio pewien popularny portal przeprowadził ze mną wywiad z okazji 100 lat praw wyborczych kobiet. Trzy godziny, kurwa, tam siedziałam, jeszcze jechałam do nich, a potem na pytanie, czemu wywiad nie poszedł, usłyszałam, że są wybory Miss Word, więc sorry, przegrałam. Jest tu jakaś feministka na sali? Poproszę o komentarz, jak to jest, że wybory Miss (ja to oglądałam, jak miałam siedem lat), są w tym kraju ważniejsze niż sto lat praw kobiet, molestowanie w pracy, temat macierzyństwa, no i fakt, że większość artystów przymiera głodem, bo są koncertowo dymani przez system wydawniczy – bo o tym mówiłam w wywiadzie.

To są bardzo niewygodne informacje, w końcu ktoś komuś daje zarobić, ktoś ma dzięki temu pracę i właściwie to wszystko, bo przecież nie żadne tam bzdury typu: wolność słowa, solidarność kobiet i feminizm.

No więc zmniejsza się mój zasięg, kochani, już nawet na Facebooku jest mnie coraz mniej, tym bardziej, że aktywne agencje – te same, które wysyłają tu na tego bloga swoich hejterów – zgłaszają mój profil do tak zwanych „nadużyć”. I każdy, kto mnie zna, wie, że nie mam skłonności do paranoi, wręcz odwrotnie, nigdy się niczego nie bałam. Po prostu stwierdzam fakt.

Niestety, dziś dopadło mnie to, co mnie dopaść miało, mam już wszystkiego dość, nie mam siły, wezmę te 118 złotych i pójdę kupić flaszkę, a potem po prostu jebnę się w łeb. Cześć.


Jeśli chcesz mi pomóc, wejdź chociaż na tę stronę. Potrzebuję ją pozycjonować, bo jak ktoś wpisuje w google moje nazwisko, to mu się, kurwa, Empik wyświetla.

On by mnie zabił

Nieprawdopodobna tragedia. Mąż zabija żonę z powodu pomalowanych paznokci, nie ma komu ugotować obiadu, mężczyzna kona w straszliwych męczarniach z głodu…

Słuchaj, mówi Teresa do Krysi, która wróciła z domu z przepustki. Słuchaj, jak ci coś powiem, to padniesz! Alicja leży zwinięta w kłębek na tapczanie i słyszy tę rozmowę, bo w słuchawkach skończyła się płyta. Od kilku dni bez przerwy słuchała starej płyty, która napawało ją jedynym bezpiecznym uczuciem – rozpadającym się smutkiem. Płakała po cichu pod kołdrą, a potem zasypiała. Gdy się budziła i słyszała ich paplanie, znów włączała w swojej komórce tę samą płytę i znów płakała i znów zasypiała. Tym razem poczuła w sobie kompletną, totalną bezradność, taką, która uniemożliwiała kliknięcie w komórce zapętlonej ikonki. Przez ciszę w słuchawkach słyszała więc rozmowę Teresy z Krysią i apatycznie rozważała ich słowa:

– Pojechałaś do domu z pomalowanymi paznokciami?!

– No coś ty! Teraz pomalowałam.

– A tamte zmyłaś?

– No jasne. Przecież by mnie zabił, idiota.

Znów wróciło wspomnienie, tamte dni, miesiące, lata ukradzione z jej życia, całe dzieciństwo i młodość pozbawione jej samej. Jakby ktoś pożyczył od niej ciało i duszę i siał w nich spustoszenie od pierwszych dni pojawienia się na świecie. Postać wypełniona pustką, bolesną, rozpadającą się na kawałki pustką, w której nie ma miejsca na nią samą, bo jej dawno już nie ma, nie ma i nie było. Zmyłaś paznokcie? Oczywiście, przecież by mnie zabił. Co za absurd, pomyślała. Co to jest za absurd, co to jest za wywrócenie jestestwa na drugą stronę! Ktoś odbiera ci ciebie, twoje prawo do własnego ciała, do własnych paznokci. Ktoś to zagarnia, a ty się na to godzisz. Zagarnia paznokcie, potem twarz, potem całe ciało, potem pamięć, pamiętniki, sumienie, wyznanie, poglądy, cały umysł, całe życie. Krysia jest niemłoda, ma już pod pięćdziesiątkę, może nawet więcej – a jednak nie ma nic swojego, nie ma nawet paznokci. Gotuje obiady na przepustce dla męża, na przepustce ze szpitala. Jedzie do niego nakarmić, przewinąć, ogarnąć, kurwa, a paznokcie musi zmywać, bo by ją zabił. Jak to zabił? A jakby zabił, to co? Umarłby z głodu? Co za paradoks, dwa trupy w mieszkaniu, TVN Uwaga, żółto czarna taśma wokół i spiker relacjonuje:

– Nieprawdopodobna tragedia. Mąż zabija żonę z powodu paznokci, nie ma komu ugotować obiadu, mężczyzna kona w straszliwych męczarniach z głodu.

——————————————————————————

(fragment książki „30 sekund”)

30-sekund-okladka-72dpi

Na początku był chaos. I tak już zostało

Wracam z wyprzedaży,  obrywam metki, po czym dochodzę do wniosku, że wszystko jest za duże, za małe, potem zamartwiam się, bo metki oberwałam i szukam, komu by to oddać, po czym oddaję rzeczy za darmo, kupuję browar i mam wreszcie spokój

1238831_190190227825451_1698222596_n

Przez cały ostatni tydzień nic nie robiłam tylko czytałam i pisałam, ze sporą przewagą na to pierwsze. No i robiłam zakupy wyprzedażowe. Moje zakupy wyglądają tak, że jadę na zakupy, wydaję jakąś niepojętą fortunę na nową kurtkę, bluzę, czapkę, rękawiczki, buty i spodnie, po czym obiecuję sobie, że już nie kupię sobie nic w tym kwartale, a za karę sprzedam coś starego na Allegro, w dodatku posprzątam w szafie. Super. Gdy wracam do domu, jeszcze w samochodzie obrywam metki, żeby przypadkiem nie chcieć wrócić i tego wszystkiego oddać, po czym w domu przymierzam i dochodzę do wniosku, że wszystko jest za duże, albo za małe. Potem zamartwiam się przez dwa dni, że metki oderwałam, w dodatku zgubiłam paragon. I już teraz szukam w myślach osoby, której moje nowe rzeczy się okażą ani za małe ani za duże, po czym oddaję za darmo, kupuję browar i mam wreszcie spokojną głowę, żeby zająć się pisaniem albo czytaniem, ze sporą przewagą na to drugie. A więc bezsens. Totalny bezsens i brak konsekwencji. I chaos. Nie wiadomo, czy bardziej twórczy, czy bardziej destrukcyjny, bo jednak obie sfery dzieli cienka bezbarwna linia. Zupełnie niewidoczna.

Nie robię żadnych noworocznych postanowień, bo się pogubię w tym szale, bez postanowień trudno żyć, z postanowieniami się nie da.

Śniło mi się na przykład, że byłam na imprezie, pokłóciłam się z matką, z ojcem, z całą rodziną, ze znajomymi, że przemycałam narkotyki, że była policja, rewizja, mało nie wpadłam z gigantyczną szyszką marihuany, podczas gdy kumpel ciągał się ostentacyjnie z torbami kokainy. W dodatku biegałam jak owczarek niemiecki, między siostrą, szwagrem, bratem, szwagierką i kuzynką, doglądając, czy wszyscy się aby dobrze bawią, tymczasem wszyscy mieli wszystko w dupie. A najbardziej, co mi szalenie imponowało, wszystko w dupie miał mój brat, który prezentował dość ostentacyjnie pogląd określany przez Wołoską skrótem WNW*. Wtedy pomyślałam, o co by tu się jeszcze pomartwić, aha, matka i stary, trzeba się pogodzić, bo co oni tam; więc biegnę, ale za późno, gdzieś powyjeżdżali. I znów bezsens, chaos, brak konsekwencji. Gdy opowiadałam to na terapii, pięć razy zadzwonił telefon, przyszedł niejaki Dziadzio podłączyć kolejny, zresztą pracownik ex-pracy, znam typa, zaraz rozwinie wieści, że się leczę psychiatrycznie, jakby to jakaś tajemnica była. Za chwilę zadzwonił ten nowy telefon i wytworzyła się rzeczywistość równoległa dzwoniącym poprzednio telefonów, co stanowiło kolejną rzeczywistość – równoległą do mojego snu, w którym biegły równolegle co najmniej trzy rzeczywistości.

_______________________________

* Wyjebane Na Wszystko.