Ujrzałam orła cień

Budzę się rano i widzę jego. Rozpiętość skrzydeł około metra, dziób zakrzywiony charakterystycznie, obrączka na martwym placu…

Zgodziła się. Ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie. (fot. Agnieszka Malinowska)

Poranki w moim życiu bywają drastyczne. Należy pamiętać, że mam kota. Kocicę. Właściwie to jestem Państwu winna kilka słów wyjaśnienia. Moja kotka to nie jest zwykła kotka. Należy do gatunku karakal wyżynny i jest niezwykle drapieżna. Podczas zabawy bywa, że tnie mi pazurami spódnicę jak brzytwą. Niejednokrotnie traciłam nowy ciuch – ostatnio nowiusieńką kieckę z lumpeksu – zapominając, z kim mam do czynienia.

To jest jak z Edwardem Nożycorękim. Wygląda groźnie, ale to anioł. Nigdy mnie nie zraniła. Chociaż podobno nigdy nie mów nigdy. Ale poza tym, że ma pazury jak mały tygrys i zęby jak tenże, jest głęboko inteligentna. Kładzie mi się na ramionach i leży na nich, gdy przechadzam się po mieszkaniu. Czasem czuję się jak bohaterka tych bajecznych zdjęć z wilkiem na ramionach. Mój wilk to Wifi, zwana czasem Babą. Piekielnie inteligentne zwierzę. Nie robię tego zbyt często, ale czasem muszę pochwalić tego kota. Otóż, gdy mam jakiś nierozwiązywalny problem, zadaję jej pytanie, co robić. I ona, jakoś tak po swojemu, jakimś rodzajem miauknięcia, albo – częściej – prychnięcia, odpowiada. Zawsze trafnie. Czasem aż siadam ze zdumienia.

No i dziś. Wstaję rano i widzę jego. Nie wiem, czemu myślę, że to on, bo przecież równie dobrze mogłaby to być ona. Ale ludzkość od dawna daje pierwszeństwo facetowi. Niech będzie. Teraz też. On. Rozpiętość skrzydeł około metra, dziób zakrzywiony charakterystycznie, obrączka na martwym palcu. Leży na tarasie i broczy. Nie daję mu szans. Nie ma szans. Nigdy nie miał. Orzeł biały. Młody. Prawdziwy. TEN.

Pierwsza myśl: dopadną mnie. Tego mi nie wybaczą. Ale zaraz pojawia się mój syn z pomysłem jak na młodego przystało: e, nagrajmy to! Matka to zawsze trochę głupia osoba, odurzona geniuszem swojego potomstwa. Tak i ja, rzucam się do zdjęcia tego okazu z urwaną głową (niestety już bez korony), filmuję poćwiartowane zwłoki i mimo że wiele razy widziałam rozpłatane przez lwy zwierzę na BBC, to jednak przechodzą mnie dreszcze. I następna myśl: no nie. Żadnych filmów. To nie fair. To nie fair tym bardziej, że Kacper, niczym diabeł duszę, zahandlować chce deal, że filmik wrzucony na Youtube super podniesie sprzedaż książek na BaBie.

Zwłoki? W reklamie? Czy ja postradałam rozum? O nie, sorry, wiem, młodość ma swoje prawa do demonów, ja jednak nie powinnam, ja już stara jestem, ja takich granic nie zamierzam przekraczać. Pozostaje zdjęcie. Ale czyje? Kota? Orła? Kota trzeba by spytać, a to i tak dalej nie wiadomo. Każdy, kto jest właścicielem kota, wie o czym mówię. Z kotami nigdy nic nie wiadomo. Raz się zgadza, za chwilę foch. Raz się daje, drugi raz nie. Zero reguł. Żadnych zasad. KOT.

Orła można zrobić, nie trzeba pytać. Ale jest dylemat. Zaraz powiem jaki, bo to zawiłe. Zanim jednak powiem, zdradzę, że puenta tego opowiadania wcale nie jest celem, do którego dążymy. Puenty właściwie nie ma. Ja nadal nie wiem, co z tym ptakiem zrobić. Gdzie dzwonić. Komu zapłacić? Na obrączce znaki nie do zrozumienia. Jedyne czytelne to: PL. Jak na białego orła przystało, narodowość pewna. Reszta szyfr. Kombinacja liczb. Kto czyta tego bloga od dawna, ten wie, jaką zawiłość dla mnie stanowi kombinacja liczb. Ja najwyżej mogę wyjaśnić znaczenie dziewiątki pik znalezionej na pokrytym deszczem bruku. Albo liczby składające się na datę urodzenia według kalendarza Majów. Ale to? Nie wiem. Nie pojmuję. Mam tego orła na tarasie i patrzę tępo w niego oraz w niebo wyczekując kruków. Świeży orzeł gratis. Zapraszam. Wifi tymczasem znudzona zabawą w Dextera, zlizuje krew ze śnieżnobiałych łap. Natura to nieobliczalny zegar kategoryczności.

Ale zdjęcie truchła? Wrzucone na Facebooka? Nie wiem. Nie wiem i zaczynam rozumieć, czemu nie zostałam twórczynią filmów przyrodniczych, które tak uwielbiam. Bo nie. Nie mogę. Jak tylko próbuję zrobić zdjęcie zwłokom, widzę taki obrazek.

Pewna orlica trzyma w domu kota. Dużego kota. Rzecz rzadka, ale możliwa. Ludzie także oswoili zwierzęta dużo większe od siebie. Na przykład konia. Słonia. Widziałam, że nawet hipopotama. Czemu mielibyśmy uważać, że jesteśmy ponad orłami? Wszak to one są ponad nami. No więc pupil orlicy to kot, a właściwie karakal wyżynny. Dzikie, mocne zwierzę. Powali niemowlaka bez trudu. No więc tak się składa, że karakal orlicy dorwał jakiegoś niemowlaka na spacerze, przywlókł orlicy do gniazda i czeka na rozwój wypadków. Orlica bierze smartfona, robi niemowlakowi zdjęcie i wrzuca na Dzióbuka. Dwieście orłów z całej Polski daje lajka i ma bekę.

I teraz docieramy do puenty. Puenta jest prosta jak polski dowcip. I jak polski dowcip trafna.

Ja pierdolę.

Śmierć Nabuchodonozora

nabuNabuchodonozor nie żyje. Rozjechał go anonimowy kierowca, który musiał zapierdalać po drodze wiejskiej, jumbowej, gdzie jest trzydzieści na godzinę – jakieś pieprzone 120. Ale żaden pieprzony patrol nie stoi na tej wiejskiej drodze, bo wszystkie pieprzone patrole stoją pod barem u Daniela i mają wyjebane na moje koty i dzieci idące do szkoły po wiejskiej drodze z jumb.

I to jest mój oficjalny wkurw, proszę państwa, moja oficjalna skarga na policję, która gdyby stanęła na pierwszej lepszej wiejskiej drodze w Polsce, to od maja odebrałaby na każdej jakieś 250 praw jazdy, bo tam wszyscy zapierdalają 120 na godzinę, mimo że jest 30. Ale czemu mają nie zapierdalać, skoro policja wpierdala hamburgery? Albo ewentualnie stoi na dwupasmówce, gdzie nie ma kotów ani dzieci?

Nabuchodonozor to był fajny kot. Nie żyje, chociaż w ogóle nigdy nie chorował, właził mi na plecy, kiedy spałam i tupał łapkami. Szkoda mi go strasznie, a moje dziecko płakało tak dużymi łzami, że uderzały głośno o parkiet. Panowie policjanci z mojej gminy, mam nadzieję, że w przerwie między układaniem pasjansa a drugim śniadaniem, któryś z was kiedyś wejdzie na mój blog i przypomni sobie, ile razy prosiłam was o patrol.

Smacz-kurwa-nego.

Facebook i INNE

Przepraszam, że nawiązuję kontakt z Panią przez Facebook, ale nie zdążyłem Pani złapać po wyjściu z gabinetu. Jestem weterynarzem. Żałuję, że kazałem Pani zapłacić za szczepienie tego kota…

126310_rudy_kot_snieg

Siedzę gapiąc się w monitor, miotana wyrzutami sumienia za niepisanie epopei i grzebię bezmyślnie w Facebooku. Coś mi mówi, że jak porządnie pogrzebię, to coś wreszcie znajdę, jakieś światło, wskazówkę życia, głęboką myśl, sens, metaforę, frazę, cokolwiek, co mnie ze stuporu wyrwie, obudzi, drogę ku spełnieniu wskaże. Grzebię zatem, oglądam śmieszne filmy o kotach, pusto rechoczę, zrazu myślę, że nigdy sensu nie znajdę, już nabieram pewności, że pustka moim życiem zawładnęła, i nic, tylko koty w pudełkach, gdy wreszcie cudem jakimś trafiam! Trafiam na coś, co moje życie odmieni!

Szukajcie a znajdziecie, słowo ciałem się stało. Moje życie od lat pędzi w wielu kierunkach, a wszystkie niewłaściwe. Ciemność przed oczami przerywaną psotami kotów rozjaśnić może jeno przypadek. Albo upór w upartym grzebaniu w Facebooku, w poszukiwaniu sensu. Oto jest. Gdzie? W skrzynce odbiorczej. W zakładce INNE. Wiecie, że jest taka zakładka? Wiecie o jej tajemnej zawartości? Macie pojęcie, że w zakładce INNE pokutują od lat nieprzeczytane wiadomości? Rozdygotane od czekania, pełne wyznań i cennych porad? Wiecie o tym? Ja nie wiedziałam do dziś! Do dziś chodziłam ślepa na ludzką szczodrość cudownych słów! Ociemniała na szczerość serc! Sceptyczna i cyniczna, pełna nieufności! Głupia! I, oczywiście, jak zwykle, w plecy z kasą. Bo co się okazuje? W zakładce INNE (czarciej zapadce!) znajduję, na przykład list takiej oto treści:

„Przepraszam, że nawiązuję kontakt z Panią tą drogą, ale nie zdążyłem Pani złapać po wyjściu z gabinetu, najprędzej udało mi się znaleźć Panią na tym portalu. Jestem weterynarzem. Żałuję, że kazałem Pani zapłacić za szczepienie kota, było to niewłaściwe. Dlatego w dogodnej chwili, bardzo proszę wrócić po zwrot pieniędzy”.

Ha! No pewnie że niewłaściwe! Niewłaściwe jest branie pieniędzy za szczepienie takiej łajzy! Każdy wie, co to za ziółko! Każdy, co czytał tego bloga, już dawno się przekonał! Dlatego zgadzam się z weterynarzem i jego biciem się w pierś. Niewłaściwe, tym bardziej, że to było szczepienie na wściekliznę. A ten popapraniec jest wściekły z natury! Nic mu ta szczepionka nie pomogła! Nic się nie zmieniło! To było niewłaściwe! Niewłaściwe po stokroć, bo pamiętam, jaka to była kwota! Niemała! Co ja mówię. Spora! To był całkiem przyzwoity kawałek pieniądza! To była właśnie ta suma, której wielokrotnie pod koniec każdego miesiąca poszukiwałam w kieszeniach wszystkich zimowych płaszczy i zakurzonych torebek! Kiedy był ten post? W styczniu 2013. Jezu, od ponad półtora roku klepię biedę, a tam gotówka czeka! Idę! Idę po odbiór pieniędzy. Kocham zakładkę INNE.

To nie wszystko. Kolejna wiadomość to oferta zarabiania na blogu. Ha! Wystarczy tylko napisać post chwalebny pod adresem napojów gazowanych. Słuchajcie, napoje są super! Kupujcie gazowane napoje! Kupujcie całe zgrzewki! Ja osobiście też bym kupowała, ale wydałam całą kasę na szczepienie kota.

Co jeszcze tam mamy? Wyznanie miłości. Ha! Dalej. Łzy po przeczytaniu książki. Mojej książki! Nie wiem, czy są to łzy wzruszenia, czy śmiechu. Biorę w ciemno. Dalej. Jakiś wątek z imprezy, na której podobno byłam. Propozycja spotkania z tajemniczym nieznajomym. Ha! Dalej. Poparcie w sporze, którego nie pamiętam. Ha! Dalej. Znów śmiech (albo łzy ze śmiechu) z powodu jakiegoś mojego tekstu. Oferta pracy! Co z tego, że sprzed dwóch lat? Ha! Czytam wszystko jak leci, a wiadomości jest dużo. I szukam wciąż tego jednego, jedynego postu, tego, co zmieni moje życie, po przeczytaniu którego już nigdy nie będzie tak samo. Tak samo źle, oczywiście.

Wreszcie! Jest! Remedium na przekleństwo mojego życia! Lek na migrenę! Nieznana ludzkości tajemnica ukryta w zakładce INNE. Cudowny sposób, dzięki któremu moje życie odmieni się raz na zawsze. Bardzo prosta sprawa, że też wcześniej na to nie wpadłam. Sami zobaczcie:

„Sylwio kochana, przedwczoraj przysiadłam do Twojego bloga, dziś dotarłam do wpisu o migrenie. W drodze do tego wpisu zdążyłam zapałać do Ciebie żywą sympatią, wiec podzielę się z Tobą lekarstwem, które mnie uwolniło od potwornych migren. A mianowicie – jest to dieta:

  1. Bezglutenowo
  2. Bezmleczno
  3. Bezmięsno
  4. Bezcukrowa.”

Super. Wdrażam. Gdzie można kupić coś, co nie rzuca cienia?

Jestem morderczynią

Ktoś wsadził cię do worka i wyrzucił na śmietnik jak miałeś trzy dni. Powiedziałam, że chętnie cię przygarnę. Zapytał: – Co zamierzasz z nim robić? – To oczywiste – odparłam. – Zabić i zjeść.

1016870_473486329407888_501403408_n

Zabiję. Muszę zabić. Kipi we mnie morderstwo, gotuje się we mnie śmierć. Nieodwołalne stają się moje codzienne przekleństwa za kierownicą. Iszczą się wszystkie groźby wobec świata. Wnioski, że ochrona życia i zdrowia zgwałconego dziecka, że opieka medyczna (nie katolicka) to zabójstwo, jednak zobowiązują. Rzecz jasna, do rzeczonego zabójstwa. Tak mnie to wkurwia, że nie mam wyjścia. Inna rzecz, że po wpisie o „Świętym gwałcie” dostałam maila, w którym nazwano mnie morderczynią. Sami widzicie. Morderstwo wisi w powietrzu, wnika w moje nozdrza, smak krwi spienionej wrze na moich zębach. Biorę karabin i strzelam.

Najpierw do kota. Kota muszę zabić, mam wobec niego ten dług od lat pięciu z okładem. Tyle razy mówiłam mu, że zginie z mojej ręki, tyle razy przysięgałam, że to ostatni jego parszywy dzień, w którym wlazł na mój blat kuchenny, do mojego łóżka i na mój świeżo uprany szlafrok. Moja nienawiść nie może sczeznąć na pogróżkach. Dlatego przykro mi (a właściwie w ogóle nie jest mi przykro, wręcz odwrotnie, bardzo mi nie-przykro), zginiesz, zabiję cię, zastrzelę, zadźgam, uduszę. Wykończę cię, wyniszczę. Moralnie zetrę na proch. Na miał, sierść wyliniałą, dywanik pod stopy, okład na korzonki, wypchane trofeum w wiatrołapie.

Pamiętasz, jak mi zjadłeś łososia? Z Biedronki? Za szesnaście dziewięćdziesiąt pół kilo, trzydzieści z hakiem kilogram?! Ten łosoś, padalcu, stanie ci ością w twoim zachłannym gardle! Ten łosoś będzie twoją fugu, rybą zagładą, śmiertelnym daniem! To twój pierwszy i ostatni łosoś w twoim parchatym życiu! To pierwsze i ostatnie szesnaście dziewięćdziesiąt, jakie mi podstępnie rąbnąłeś! Pamiętasz, jak mi zasrałeś dywan, jak mi obsikałeś fartuszek z kaszubskim haftem, jak podrapałeś sofę skórzaną z Ikei, jak wylizałeś masło?! A pamiętasz kreta? Wywróconą do góry korzeniem darń w moim ogrodzie i twoje leniwe, ba! pogardliwe spojrzenia z tarasu w kierunku rozbrykanego gryzonia? Twój emocjonalny ugór, gdy szkodnik rył pod hortensjami, pnącą różą, a nawet bezbronnym przebiśniegiem – pamiętasz? Cały trawnik strzyżony w znoju przez osiem sezonów skończył przez ciebie pod ziemią. Teraz ty skończysz pod ziemią! Teraz ciebie wywrócę na lewą stronę!

Wiesz, skąd się wziąłeś? Jakiś nawiedzony przyjaciel zwierząt dał kiedyś ogłoszenie do gazety, że ma o jednego małego rudego kota za dużo, bo cię znalazł, ścierwo trzydniowe, na śmietniku. Ktoś wyrzucił cię w worku. Na pewną zgubę, śmierć głodową, wymarznięcie. Odpisałam, że chętnie kota przygarnę. A on, durnowato:

– A co zamierzasz z nim robić?

– To oczywiste – odparłam. – Zabić. I zjeść.

Człowiek ów stwierdził, że pyszny jest to żart, że właśnie w moje ręce warto cię oddać, że właśnie ja swoim czarnym humorem stanowię dla takiej kociej znajdy jak ty, satysfakcję. I z miejsca mi cię przywiózł. Błąd. Błąd po stokroć! Bo od tamtej pory moje życie leży w gruzach. Ja nie jem kotów, za to kot je mojego łososia. Ale wszystko ma swój czas. Najwyższa pora wprowadzić w życie pierwotną obietnicę.

Dlatego zginiesz. Ale zanim zginiesz, przekaż wszystkim kotom, żeby nawet nie próbowali podchodzić do miski po twojej śmierci. Jeśli jakakolwiek przybłęda wlezie na teren mojej działki, zmiecie go z powierzchni ziemi napalm feministycznej nienawiści. Psom też przekaż. I muchom. Wszystkim przekaż. Ale przede wszystkim przekaż Terlikowskiemu, Chazanowi i innym zacietrzewionym obrońcom zygot, duszków nienarodzonych, mglistych planów Pana. Nie zapomnij o nadawcy maila wiadomej treści. Ma rację. Jestem morderczynią. Zabijam iluzję dobra. Zabijam pozór. Przebijam mydlaną bańkę miłosierdzia dla bajkowych stworków zza świata. Nie mam dla nich litości. Nie mam nawet dla nich czasu. Muszę zająć się (co za nuda!) tymi, co się już narodzili.

Kot zły

Wegański koniec Nabuchodonozora

Co zrobić z miłością do zwierząt, które są mordercami? Jak odwieść je od potworności jedzenia mięsa? 

kot_zly
Nabuchodonozor dla projektu „Narysuj mi kotka”.

Mówcie co chcecie, Facebook jest fajny. Odpowiada na wszystkie moje pytania. O sens życia. O miłość. O politykę. O prawo i sprawiedliwość. O karmę dla kota.

Jakiś zagubiony internauta dziś rano podzielił się na łamach portalu poruszającym dylematem. Otóż jest on weganinem i ma kota. Którego, jak każdy szanujący się weganin, ogromnie kocha. Weganie bowiem potwornie kochają swoje zwierzęta, głaszczą je, robią im zdjęcia, wrzucają te zdjęcia do Internetu, piszą o ich losach na blogach, piszą o ich zwyczajach, o ich maskotkach, o legowiskach, o wąsach, ogonach, łatach na grzbiecie i kupach. Tak, przeczytałam ostatnio taki post, gdzie właścicielka kota dzieliła się radością posiadania kociej kupy w garderobie i dostała za to bardzo dużo lajków. Ale do rzeczy.

Internauta weganin ma kota, a kot, kto by pomyślał, jest drapieżnikiem. I chętnie dziabnąłby jakieś żywe stworzenie. A to się potwornie kłóci z naturą weganina, którego sens życia polega na oprotestowaniu morderstwa. Sytuacja patowa. Dramat. Co robić? Co zrobić z miłością do zwierząt, które są mordercami? Jak je odwieść od potworności jedzenia mięsa? Jak oczyścić ich zbrukaną naturę i tym samym, uszczęśliwić?

Odpowiedzi sporo i wszystkie ciekawe. Ktoś proponuje marchewkę. Inny fasolę. Ktoś mówi, że trzeba mu pośpiewać. Inny podaje przepis na pasztet z soi. Ktoś proponuje mu znaleźć zajęcie. Mysz plastikową kupić. Grę komputerową. Wirtualny kłębek. Są też głosy rozsądku, wołające stanowczo, by kota nauczyć moresu. Są też takie, które podają adresy sklepów z karmą wegańską.

I tu ja szaleję z ciekawości, co to za karma? Z czego? Z drewna? Z trocin? Muszę ją kupić! Muszę dostać karmę, której wyprodukowanie z pewnością jest super ekologiczne, nie zasila kont wielkich korporacji, nie ma nic wspólnego z chemią, ze spalinami podczas transportu, z zaśmiecaniem środowiska opakowaniem, z reklamą, z wyzyskiem, ze pompowaniem problemów cywilizacji. O nie. Z pewnością karma wegańska dla kota to rzecz dużo lepsza od kawałka kurczaka od gospodyni zza płotu.

Inna rzecz – Nabuchodonozor. Jak powszechnie wiadomo, od lat kombinuję, jakby się go pozbyć. Kot jednak wciąż żyje, ma się coraz lepiej, łazi mi po blacie, mięso wyjada i świetnie się bawi. Sierść na pościeli gubi, na białym dywanie zostawia ślady łap…

Dlatego kupię tę karmę.