Pieśń o wkurwie polskim

Zapanowała atmosfera odwetu. Rozliczeń. Jawampokażyzmu. Trzeba zabrać tym, co mieli lepiej. Ale nie po to, żeby dać tym, co mieli gorzej. Nie. Żeby wszystkim było tak samo źle

img_9435-kolor-2Ludzie dzielą się na dwie grupy. Na tych, co chcą mieć lepiej oraz na tych, którzy chcą by inni mieli gorzej. Z racji ograniczonych możliwości wpływu na życie innych idzie to dość opornie, wszyscy więc są wiecznie wkurwieni. A im bardziej wkurwieni jesteśmy, tym bardziej w tym wkurwieniu jesteśmy zapalczywi. Aktywni złością. Dynamiczni frustracją.

Jak się okazuje, argument, że inni będą mieli co najmniej tak źle jak my, mobilizuje koncertowo . Na wkurwie można góry przenosić. Dlatego właśnie co jakiś czas wybory wygrywa jakiś ciężki frustrat, który lansuje stary, wyświechtany, a jednak niezawodny slogan, pt: wszystkim równo, tobie gówno i tobie gówno. Zwróćcie uwagę na retorykę tłumów popierających władzę. Nie ma tam mowy o tym, że nastaną czasy dobrobytu. Nic z tych rzeczy! Nikogo żaden dobrobyt nie interesuje. W ogóle nikogo nie interesuje, żeby było fajnie i wesoło. Ma być ponuro i na serio. Tylko że dla wszystkich tak samo ponuro. Zapanowała atmosfera odwetu. Rozliczeń. Jawampokażyzmu. Karierę robią narastająca w swym wyrazie groźba na przemian z hańbą. Rzucane w ferworze wściekłości słowa przypominają nieco język sztubacki, napisy w toalecie wydrapane w złości, gdy nikt nie patrzy.

Ale teraz patrzy. Wszyscy patrzą. I oto, drodzy Państwo, nadszedł czas sądu ostatecznego. Trzeba zabrać tym, co mieli lepiej. Ale nie po to, żeby dać tym, co mieli gorzej. Nie. Chodzi o to, żeby wszystkim było tak samo źle.

Żądza krwi. Mordercze akty na leśnych zwierzętach, ucięte głowy prosiąt. Apokalipsa. Złowieszczość, czarna woda, mroczny czas. A z tej grozy jedna droga, jeden mamroczący ratunek. Boże uchowaj. Boże pomóż. Boże zbaw. Ojczyznę wolną zwrócić racz. Amen.

Jak byłam mała, strasznie się bałam wampirów. W nocy zaciągałam kołdrę pod brodę, nie patrzyłam w okno. I choć nigdy żaden wampir nie przyszedł, wciąż przywoływałam go w myślach i drżąc ze strachu, wciąż modliłam się, żeby sobie poszedł. Człowiek sam sobie najlepiej przysparza problemów. Sam zwołuje demony, od których w wielkim znoju musi się opędzać. Walczyć z wrogiem, którego sam sobie stwarza. Tkwić w złości i pomstowaniu na niedolę, której sam sobie nie żałuje i, co najważniejsze, innym sowicie życzy.

Mając świadomość, że lepiej nie będzie, trudno się rozczarować. Nie ma więc mowy o jasnych uśmiechach, nie ma szans na beztroskę. Czeka nas lodowaty Ereb, skute nieufnością rządy, marmurowa powaga nadchodzących Świąt. Tak mnie ta ponurość fascynuje, że o tej ponurości napisałabym pieśń. Hymn narodowy. O zaciśniętych ustach przechodniów. O zgrzytaniu zębów. O tych wszystkich bluzgach odbijających się o mury przy polskiej ulicy. O zaciśniętych pięściach. O intrygach i zemście. O dopatrywaniu się w każdym słowie ataku na nasze polskie przeolbrzymie JA. O cierpieniu, że innym się powiodło. O zawiści, bo ktoś ma lepszą emeryturę. O zazdrości, że ktoś wydał lepszą książkę. O wściekłości, bo ładniejszy samochód.

O nieustępliwości. O zacietrzewieniu. O mentorstwie. O „moja racja jest mojsza”. O tym, że świat nas nie rozumie. O tym, że nikt nas nie docenia. O nas. O wkurwionych Polakach.

Napisałabym tę pieśń i śpiewała codziennie rano, właśnie wtedy, kiedy jestem niewyspana, skacowana, rozżalona, umęczona, zmarznięta, głodna i kurwa, czuję, że jeszcze moment, jeszcze tylko jeden news w radiu, jeszcze tylko słowo o Macierewiczu, Pawłowicz, Kaczyńskim, Tusku, Kopacz, Szydło, Kempie – i zaraz wybuchnę. Trafi mnie szlag, wpadnę w tę moją wielką, bolesną, martyrologiczną polską furię i wpierdolę sama sobie na dzień dobry.

————————————————————–

W tej ciemności jest jedno migotliwe światło, a jak na świetlistość przystało, ma ona rodzaj żeński. Ściśle jest kobietą. Dość doskonałą. W promocji. Na święta. Na prezent. Na dobry czas.

Bo każdą zmianę uwierającej niesprawiedliwości, która drąży ten wiekuisty smutek i żal do całego świata, można zacząć od siebie. Czego przez swoją Kobietę dość doskonałą i każdą następną książkę – z całego serca Państwu życzę!

Warszawa. Próba mikrofonu.

Kiedyś miałam spotkanie autorskie, przyszły dwie osoby. Miałam mówić przez mikrofon i choć miałam lekkie poczucie absurdu, trzymałam się dzielnie. Nawet zaczęłam się w pewnym momencie pocieszać, że w niektórych okolicznościach dwie osoby to poważny tłum..

kubrynska
Gdańsk, spotkanie autorskie, Kobieta dość doskonała. Nie, na tym spotkaniu było więcej ludzi, ale jak widać, nic mi nie przeszło… (fot. Maciej Jawornicki)

Czemu człowiek nie umie się cieszyć tym, co ma? Od pierwszych chwil, od wschodu słońca szuka powodu, dla którego nie może się rozsznurować, nie może się uśmiechnąć i nie martwić. Włazi na Facebook i sprawdza, kto ma lepiej. Żeby się od rana wkurwić.

Ja się bardzo staram, żeby w chwili gdy „Kobieta dość doskonała” ma dodruk, jest w TOP Empiku, recenzje są bardzo dobre i codziennie dostaję pełne wzruszeń listy od Czytelniczek – wchodzić na FB i sprawdzać, ile osób przyjdzie na spotkanie autorskie z Małgorzatą Halber, a ile na moje. A potem w rozdzierającej frustracji wchodzić pod wannę.

Kilka lat temu miałam spotkanie, na które przyszły dwie osoby. Zgodnie z ustaleniami organizacyjnymi, mówiłam przez mikrofon. I choć miałam lekkie poczucie absurdu, trzymałam się jednak niezwykle dzielnie. Nawet zaczęłam się w pewnym momencie pocieszać, że w niektórych okolicznościach dwie osoby to poważny tłum. Może nie? Kiedy idziecie do lekarza i stoją przed wami w kolejce? Albo biegniecie na pociąg, a przy jedynym czynnym okienku w kasie biletowej liczą bilon? To co? Mało ich?

Wtedy jedna z tych dwóch osób wyszła.

Jutro – 5 listopada w Empiku Arkadia o godzinie 18.00 czekam na Czytelniczki i Czytelników z Warszawy. Spotkanie ze mną będzie prowadziła Paulina Reiter, redaktorka naczelna Wysokich Obcasów. Nie wiem, jak Paulina, ale ja bym bardzo chciała mieć powód do pogadania przez swój mikrofon. Kiedy byłam dzieckiem, śpiewałam do szczotki do włosów, ale bardzo słabo nagłaśniała. Teraz bym sobie odbiła.

Poza tym, w Arkadii są sklepy z ciuchami, żelki i soki wyciskane. Każda kobieta z dzieckiem będzie mile widziana, a każdy ochroniarz przypierdalający się o karmienie piersią w miejscu publicznym: martwy. Także – wpadajcie, będzie fajnie!

PS. Małgorzata Halber też być może będzie.

Sztuka makijażu

Ile osób przyjdzie na spotkanie z YUTUBERKĄ? Tysiąc pięćset. Siedemset niezdecydowanych. Na spotkanie ze mną zdecydowało się… 38.

sztuka1

Zbieram w znoju tych Czytelników, zapraszam na spotkanie autorskie i ściągam mozolnie z Facebooka gości, gdy nagle moja nastoletnia córka pyta, kiedy to? Już się cieszę, że chociaż dziecko przyjdzie, zawsze to jakiś tłumek, zawsze to jakaś przyszłość, może koleżanki przyciągnie, może się w klasie pochwali, tak sobie naiwnie myślę. Tymczasem ona, że wiesz, sorry, ja nie o tym, ściśle ona o tym, że jest taka – uwaga! – JUTUBERKA, która w tym samym dniu ma spotkanie ze swoimi czytelnikami, tylko że w innym Empiku. I tu właśnie o nią chodzi.

– Czy ta JUTUBERKA napisała książkę?!

– Tak.

– Jaką?

–  „Sztuka makijażu”.

– Hm. A ile ludzi przyjdzie do niej?

– Nie wiem, zobacz na Facebooku.

Patrzę. Tysiąc pięćset. Siedemset niezdecydowanych.

Obecność na moim spotkaniu zadeklarowało 38 osób. Dwanaście jest niezdecydowanych.

Kopanie grobu. Wiwisekcja psychiki. Depresyjne przepaści. Nieprzespane noce. Włosy wyrwane. Ściśnięty żołądek. Rodzinne dramaty. Opus magnum. Pot i łzy.

Sztuka makijażu.

—————————————————————————————————-

Jeśli jednak ktoś, miast zgłębiać kunszt pacykowania się, zdecyduje się jednak na spotkanie ze mną, serdecznie zapraszam 29 października 2015 r. do Empiku w Galerii Bałtyckiej na godzinę 18.00. Będę przynudzać okrutnie o takich dyrdymałach, jak życie kobiet w Polce, wychowanie, spełnianie oczekiwań, poczucie wartości i zaklęty krąg męczeństwa. Bąknę coś o mojej najnowszej książce, pod tytułem, wybaczcie: „Kobieta dość doskonała”. Ale obiecuję, wezmę pędzelki!

Kobieta sukcesu (fragment Kobiety dość doskonałej)

Po jaką cholerę były mi te wszystkie piątki? I gdzie jest moja odznaka „wzorowy uczeń”? Byłam stałym elementem wystroju tablicy w szkolnym holu. Ja i mój wiersz. Nie pamiętam, co to było. Pewnie jakiś pompatyczny bzdet o ojczyźnie. Dziś bym napisała coś bardziej trywialnego. Dziś bym napisała o ZUS-ie i kontroli skarbowej…

zalamana_podatki_tsp640

Wynajęłam nieogrzewany barak przy auto handlu i dopadły mnie gęste jak smoła wątpliwości, po jaką cholerę były mi te wszystkie piątki, broń Boże nie: cztery plus. I gdzie jest moja odznaka „wzorowy uczeń” – to też mi przyszło na myśl. I jeszcze to, że byłam stałym elementem wystroju tablicy w szkolnym holu. Ja i mój wiersz. Nie pamiętam, co to było. Pewnie jakiś pompatyczny bzdet o ojczyźnie. Dziś bym napisała coś bardziej trywialnego. Dziś bym napisała o ZUS-ie i kontroli skarbowej.

Ale cóż. Nie czas i miejsce na literackie rozterki. Czas i miejsce jest na przetrwanie.

Trwam więc.

Siedzę w baraku opatulona trzema puchówkami, cała się trzęsę i dzielnie obdzwaniam trójmiejskie firmy, intonując na wszelkie sposoby głos, zadaję nieśmiertelne pytanie: „Czy nie powinni państwo w swojej firmie okleić czegoś folią samoprzylepną” Bo właśnie uruchomiliśmy (my, znaczy: ja) studio reklamy, dysponujemy najnowocześniejszym sprzętem (farelka, kalkulator), zapewniamy profesjonalną obsługę (mnie), najdogodniejsze terminy (w najbliższej przyszłości) oraz konkurencyjne ceny (co łaska)?.

Przez telefon nikt nie widzi, że siedzę w baraku i się trzęsę, więc lans. Mija tydzień, strach zwany ZUS-em chucha mi lodowatym oddechem w kark. Mam już zamarznięty szpik kostny. Warczę desperacko te swoje propozycje przez telefon i czekam na przelew. To drugie, jak się później okaże, będzie mi towarzyszyło do końca dni mojego studia reklamy. A więc dzwonię, powtarzam sobie, że w końcu coś się wydarzy, gdy nagle faktycznie coś się wydarza i w jednej chwili zmienia mnie i moje życie. Do baraku wchodzi on.

Diabli wiedzą skąd, z nieba nagle spadł, anioł, szatan, w długim płaszczu, rozchełstany, przystojny, cholera, bogaty. Patrzę, pod oknem beemka. Zielona. W środku, zaplątany o lusterko, jeszcze się kołysze od niedawnej jazdy – święty Krzysztof.

– Studio reklamy?

Ludzie kochani, mój znój, trud codzienny, walka zamarzniętych stawów skostniałych palców na klawiaturze oblodzonego telefonu, wreszcie moja wiara, że kiedyś wreszcie ciepły podmuch nadziei przywieje pierwszego, pełnego miłości klienta, nie poszły na marne.

Z czym do mnie przychodzi? On nie chce byle tabliczki, szyldu, naklejki. On, uwaga, chce okleić całego tira, do którego wsadzi akwarium z rekinem! Co tam jedno akwarium, co tam jeden tir! Tego będzie więcej, cały kompleks akwariów, tirów, rekinów! (…)

– Zimno – zauważa. I zaraz dodaje, że to już koniec mojego ubóstwa, wkrótce sobie biuro otworzę w Zieleniaku, w Proremie, gdzie zechcę, w szklanym domu, w samiusieńkim środku gdańskiej starówki, na dole, na górze, na dachu.

– Mój Boże, ale ma pani szczęście!

Jezu, ale mam szczęście!

(…) Zamawiam na kredyt (pięć tysięcy netto) trzydzieści metrów wydruków na folii ze zdjęć czterysta euro sztuka i jadę na stocznię, do hangaru, gdzie stoi ta przyczepa wspaniała i przez tydzień kleję dwanaście metrów długości z jednej i dwanaście z drugiej, dwa i pół wysoką plus owiewki plus te osłony na koła rybami wyklejam. Żeby pęcherzy nie było, takie duże płachty wydruków kładę na wodę. Pryskam litrami, ręce drętwieją, woda zamarza?

Ach, gdzie te moje ryby pojechały? Na jakim tournée w świecie dalekim tak przepadło moje oceanarium, że nigdy nie wróciło? Ach, gdzie pierwszy klient studia reklamy? Już nigdy, żadna instytucja ani sąd, ani komornik, nikt nie odnajdzie inicjatora głębinowych projekcji w przyczepie tira, prezesa chrześcijańskiej fundacji, człowieka, który, przyjmując fakturę przelewową, wraz z rybami zamilkł na zawsze.

Nie zamilkł, niestety, urząd skarbowy, który od nigdy nieopłaconej faktury zażądał podatku VAT. I jeszcze jednego. Nazywa się dochodowy. Od słowa: DOCHÓD.

————————————————————————-

Tu kupisz książkę „Kobieta dość doskonała” (kliknij w okładkę):

StLS03OTk4NDUtS29iaWV0YURvxZvEh0Rvc2tvbmHFgmFfb2vFgmFka2EuanBn

W niedzielę (18 października) w Radio Gdańsk, o godzinie 22-ej będę mówić o swojej książce, o tym jak być dość doskonałą kobietą w Polsce i o wielu trudnych sprawach. Polecam.

Zdjęcie na Facebooku (Kobiety dość doskonałej)

To zdjęcie przedstawia nie tylko mnie. Obok siedzi prześliczna dziewczyna. Ta dziewczyna jest nieznośnie piękna i mądra, tak piękna i tak mądra, że mnie na tym kadrze po prostu deklasuje. Nie, ona mnie nie deklasuje – ta chuda suka mnie w tym kadrze MORDUJE

Ktoś zrobił mi zdjęcie podczas imprezy firmowej i wrzucił na Facebook. W dodatku mnie oznaczył. Wyglądam na tym zdjęciu jak stara, gruba ciotka. Nie mogę na siebie patrzeć. Nie mogę patrzeć, a patrzę. Wpatruję się w monitor jak zahipnotyzowana, jakbym zobaczyła pająka, struktury wywołujące fobię, smoka z siedmioma miliardami par oczu, wampira Nosferatu.

To zdjęcie przedstawia nie tylko mnie. Obok siedzi prześliczna młoda dziewczyna, która wygląda jak świeżość wszystkich poranków świata. Ta dziewczyna jest nieznośnie piękna i mądra, tak piękna i tak mądra, że mnie na tym kadrze po prostu deklasuje. Nie, ona mnie nie deklasuje – „deklasuje” to eufemizm. Bo prawda jest taka, że ona, ta chuda suka, mnie w tym kadrze ściśle: MORDUJE. Ona mnie morduje, zjada na śniadanie w ten swój piękny poranek, połyka jak kawałek prosiaka z chlewika mojego dziadka. Ona mnie, bezimienną świnię, pożera, po zbyt tłustym posiłku wzdycha, ociera swoje piękne usta finezyjną chusteczką skropioną paryskim zapachem. A obok ja. Gruby baleron, pękata torba rozlana na krześle. Na dwóch krzesłach, bo na jednym się już nie mieszczę. Mam nabrzmiałą twarz, czerwoną, spoconą, włosy w nieładzie, rozjeżdżający się żakiet. Ten żakiet nie może ukryć otłuszczonych wałków, wylewających się piersi, ukradkiem wypitych trzech piw, wypalonych siedmiu papierosów, niewyspanej nocy, niewykorzystanego karnetu na siłownię, nieodłączonej wściekłości na samą siebie, na rozdygotaną niepewność, na szare włosy, na drugi podbródek i wory pod oczami.

Fotografia jest właśnie jak to bezlitosne lustro. To obnażająca, straszliwa dziedzina, którą ludzkość wymyśliła tylko po to, żeby siebie unieszczęśliwić. Taki fotograf jest jak niedyskretny ginekolog. (…) O ile resztki przyzwoitości się w nim telepią, łaskawie choć przez edytor przepuści, zanim zmęczone i pomarszczone truchło rzuci tłumowi na pożarcie. Niestety, ten fotograf nie zrobił nic, żeby mnie upiększyć. Nie odchudził. Nie wysmuklił. Nie wygładził. Zwis sflaczałej skóry i smutek z opadniętej twarzy wydobył. Podgardle jak u zwierza pokazał. Gębę szeroką obwieścił. Nos krzywy odtajnił. Na dobitkę tę chudą blerwę umieścił obok. I, kurwa, wrzucił to wszystko na Facebook.

(…) Boże, czemu jestem taka beznadziejna, czemu taka byle jaka? Co będzie, jak zobaczą to zdjęcie? Jak się dowiedzą? Jeszcze nie widzą, jeszcze mogę udawać, że jestem ładna, jeszcze się kreuję, jeszcze się miotam, jeszcze mam w CV dwa fakultety, jeszcze piszę felietony dla gazety, jeszcze zbieram lajki. Ale zaraz, za chwilę, cała ludzkość zobaczy to zdjęcie na Facebooku i będzie jasne. Wszystko wyjdzie na jaw. Okaże się, że tak naprawdę jestem gruba i brzydka, głupia, beznadziejna i nie umiem pisać.

(…) Może jednak usunę ten znacznik? Może jeszcze nie cały świat się dowiedział? Ale nie, nie mogę. Jeśli to usunę, to zwrócę uwagę, to zaczną sobie wysyłać, zaczną się nabijać, robić memy. Już to widzę. Ze skrzynki na skrzynkę, cała firma ma ubaw: patrzcie jaka ta Kaśka jest brzydka? Widzieliście? Matko święta, jaki potwór, a myśleliśmy że całkiem ładna z niej laska. Wydawało się nam! Bo ona tak udawała i teraz jeszcze dalej udaje, a co gorsza, ona wszystkich nabiera, że coś niby umie, że mówi po angielsku, że po niemiecku i jeszcze po rosyjsku, a prawda jest taka, że nie zna żadnego języka, nawet dobrze polskiego nie zna, po prostu nie umie nic. No i brzydka jest.

Nie mogę usunąć znacznika ze zdjęcia. Nie mogę zrobić nic, siedzę jak sparaliżowana, bez czucia, bez ruchu, bez nadziei. (…) I okropnie, beznadziejnie boję się prawdy, a prawda jest taka, że jestem gruba i brzydka i nie umiem pisać. W tej chwili, zaraz, za moment cały świat się dowie o tym, już mi nie odpisują z redakcji na maile. Ha, ciekawe czemu? Na pewno dlatego, że się dowiedzieli, odrzucili mój tekst, to jasne, przejrzeli na oczy, każdy by przejrzał, jakby zobaczył tę fotę na fejsie.

(fragment książki „Kobieta dość doskonała”)

——————————————————————————————

Kiedy pisałam tę książkę, myślałam, że gdy już ona będzie, kiedy się narodzi, nic już do niej nie będę miała. Nie będę miała wpływu na to, jak będzie czytana, jak będzie rozumiana i jak jej się w życiu ułoży. No i proszę. Jutro premiera w księgarniach , a ta cholera już jest w pierwszej dziesiątce najlepiej sprzedających się książek na stronie Empiku. Przed skandynawskimi kryminałami, zaraz po tegorocznej laureatce NIKE…

Dlatego nic tu po mnie, jedyne co mogę zrobić, to życzyć Wam wrażeń. A kto chce te wrażenia przeżyć, niech kliknie w okładkę:

StLS03OTk4NDUtS29iaWV0YURvxZvEh0Rvc2tvbmHFgmFfb2vFgmFka2EuanBn

Recenzje:

„To jest dla wszystkich kobiet, które żyją ściśnięte własnym życiem. To jest szczere, złością pisane życie zwyczajnej Kasi, która bardzo chce być fajna i dosyć szybko orientuje się, że inne są prawa dla niej, a inne dla chłopców.
Kubryńska niczego nie udaje, nie stara się wymyślać losów i tła, tylko daje głos setkom, tysiącom kobiet. Przygody Kasi to przygody bez przygód, to właśnie ta szara szmata, w której żyją kobiety. Nie ma tu akcji z XIX wieku, kryminału i reportażu. Jest treść od której po prostu robi się lepiej. Że ktoś też tak ma.”

Małgorzata Halber

„Dziękuję ci za tę książkę, Sylwia. Dajesz w niej piękny, ironiczny upust naszym zbiorowym, stłumionym kobiecym frustracjom. Napisałaś dla nas katharsis. Sprawiasz, że absurd i humor sytuacji samoograniczających się kobiet stają się widoczne. A to, co widać, da się zmienić. Tym razem już po swojemu. Nareszcie!”

Zuza Ziomecka

„Często narzekamy na brak polskich odkryć. I oto jest. Największe polskie odkrycie tego roku: Sylwia Kubryńska.”

Paulina Reiter
redaktorka naczelna „Wysokich Obcasów”

Jak przypodobać się światu i nie zabić męża

– Nałożyłaś mu coś jeść?

– Ależ, babciu, przecież on jest dorosły. Cała lodówka jedzenia, jak będzie chciał to sobie nałoży i zje.

– Jak mu nie nałożysz, to nie zje!

wdowa1

Ten dialog miał miejsce naprawdę i to całkiem niedawno. Uspokoiłam się wtedy myślą, że sprawa jest przemijająca, a babcia niegroźna. Po ostatnich racach w internecie na tematy macierzyństwa i bycia żoną (Fronda: „Jak przypodobać się mężowi”) okazało się jednak, że ta sprawa w ogóle nie jest przemijająca. Sprawa jest paląca i natychmiastowa!

A ty, kobieto, odpowiadasz za jeszcze jedno życie.

Nie, nie chodzi o to, że masz dzieci. Dzieci to małe miki. Dzieci to żaden problem. Z dziećmi to my sobie na luzie radzimy. Natura tak skonstruowała człowieka, że jakoś od dwóch milionów lat jego gatunek istnieje. Jakimś cudem przetrwał. Nic w naturze nie ginie. Kiedy łania powije źrebię, żadne ugrupowania prolife nie stoją nad jej głową i nie ciosają pouczeń. I jakimś niepojętym cudem ta łania ogarnia temat. Więc nie chodzi tak naprawdę o macierzyństwo. Owszem, u ludzi z miejsca pojawiają się zastępy mądralińskich, co kiedy, jak, czy wolno, a nie wolno, czym karmić, kiedy, nosić, przewijać, nie przewijać, a to, a tamto, a sramto. Ale to nie ma nic wspólnego z walką o przetrwanie gatunku. Gatunek sobie poradzi. Macierzyństwo wszyscy mają w dupie, a nad dziećmi nikt nie będzie się rozwodzić. Klaps i krótka piłka. Spoko.

Ale tu chodzi o coś więcej. Tu chodzi o kogoś więcej! Tu chodzi o kogoś, kto sobie może jednak zupełnie nie poradzić. Tu chodzi o kogoś, kto ma problem z przetrwaniem, bo kuchnia jest dla niego o wiele bardziej niebezpieczna od dżungli i gdy cokolwiek w niej wykona „z własnej inicjatywy”, należy piać z radości, że w ogóle przeżył.

Tak, jest ktoś o wiele ważniejszy od dzieci do opiekowania. Do rozpieszczania. Do gilgania pod paszkami. Do wtykania łyżeczką porcji papu.

To twój MĄŻ.

Twój mąż – według świadomości wielopokoleniowej, według autorów setek poradników od Frondy po Cosmopolitan– jest istotą międzyplanetarną, jego ciało rozszczepione jest z umysłem w odległościach świetlnych. On nie ma pojęcia, gdzie leżą jego skarpetki, a co dopiero jedzenie w lodówce. Talerz. Widelec. Jemu trzeba nałożyć i podstawić pod nos, a zachować ostrożność, by nie naruszyć przestrzeni zadumy, bo choć myśl jego jest wielka, to jednak zagubiona.

I zanim się odnajdzie, on sam niestety, umrze z głodu.

A ty zostaniesz wdową. I rozpadniesz się na kawałki, odpadnie ci nos, ręka, głowa, rozsypiesz się w pył, którego resztki zeżrą wyrzuty sumienia, jaką byłaś głupią suką, kiedy twój mąż konał, a ty nie nakładałaś mu ryby po grecku.

———————————————————————–

Jest to fragment przygotowywanej przeze mnie książki „Kobieta dość doskonała”. Książka pojawi się na przełomie  7 października  2015.

Kobieta_okladka wstepna kopia