18.10.2011 Poniedziałek, czyli jak przerżnąć w rosyjską ruletkę

Z biegiem życia człowiek nabiera przekonania o słuszności powiedzenia „co z rana to i do wieczora”. Niesłusznie. Bo tego wieczoru w ogóle nie doczeka.

Minął Blog Forum Gdańsk jak cudowny nieprzespany sen. Ktoś, kto przeżyje weekend z taką dawką emocji – u progu nowego tygodnia stanowi rozdygotany izotop, mieszaninę alkoholu, adrenaliny i molekuł koktajlu Mołotowa. Człowiek w takim stanie bynajmniej nie powinien być wypuszczony samopas w struktury bezwzględnego świata. Powinien być raczej obserwowany czujnym i troskliwym okiem Praskowii Fidorownej.

Niestety, rzeczywistość jest brutalna i zsyła w najmniej odpowiednim momencie przeciwności losu. Przeciwność tę może stanowić wszystko, od zabłąkanej muchy i głodnego kota, przez aresztowanie Julii Tymoszenko, po wybuch bomby atomowej. Jeśli więc w tak newralgicznym momencie pojawi się podstępnie miły Alojzy Mogarycz z zamiarem dokładnie takim, jaki może mieć Alojzy Mogarycz – niech się nie dziwi wycelowanej w niego katiuszy. Jeśli w tak newralgicznym momencie zadzwoni Grigorij Daniłowicz Rimski odpowiedzialny za nigdy nie uregulowane wynagrodzenie trzynastu felietonów, niech go nie zdumiewa jadowita furia czarownicy, w którą się poczciwy dotąd człowiek zmienia.

Po kilku latach intensywnego tłuczenia głową w mur nagle zrozumiałam, że bez mojej twórczości świat najprawdopodobniej nadal będzie istniał, a moja praca jest wartością, bez której świat najprawdopodobniej nadal będzie istniał. Paradoksalnie mądrość ta dopadła mnie tuż po budującym weekendzie w Hewelianum. Fakt, nie zdarzył się żaden cud, żadnego cudu się jednak nie spodziewałam. Z biegiem życia człowiek przyjmuje z rezygnacją słuszność powiedzenia „co z rana to i do wieczora”.

Niesłusznie. Bo tego wieczoru w ogóle nie doczeka.

Mam nadzieję, że nikt z Państwa nigdy nie przeżył takiego poniedziałkowego bungie jumping, jakie mnie wczoraj spotkało. Moment, w którym uświadomiłam sobie, że swobodne podejście do życia, ufność w uczciwość i trzy cnoty boskie prowadzi donikąd – zmusił mnie do dwóch skrajnych refleksji.

Pierwsza wywołała kategoryczną decyzję o zmianie, o zasznurowaniu humoru, o przekuciu tak zwanego fristajlu w naturę księgowego, osoby miażdżąco konkretnej i sprecyzowanej jak mknąca do celu laserowa wiązka. Oczami duszy widziałam kobietę ze stali, nieugiętą, pertraktującą horrendalne stawki za „Wielkiego jak kurwa mać kota”, kobietę gotową prędzej zginąć z głodu, niźli pójść na ustępstwa. Już zaczęłam planować garderobę, wyrzucać w myślach kolorowe kiecki, by zostawić jedynie szary mundur powagi. Już ćwiczyłam przed lustrem piorunujące spojrzenia, nieprzeniknioność nieskończoną mojej twarzy…

Druga refleksja przyszła nieco później i niosła ze sobą lekkość obojętności.  Muszę przyznać, że przyjęłam ją z wyraźną ulgą. Aby ją zobrazować, przytoczę stary kawał o kruku i wilku.

Kruk trenował lot spadając ze skały, by tuż nad ziemią wznieść się w przestworza. Zobaczył to wilk i mówi: ty jesteś luzak, ja też tak chcę. Kruk go namawia, raz się żyje. I wilk, niewiele myśląc, skacze. Po chwili podlatuje do niego kruk i podnosząc kpiarsko brew, pyta:

– A ty w ogóle masz skrzydła, wilk? Heloooł?!

14.10.2011 Hewelianum, Hyde Park, niedziela godzina 14.00

W niedzielę (16 października) o 14.00 mam swoje pięć minut w Hewelianum. Blogowy Hyde Park odbywa się w pomieszczeniu przylegającym do sali głównej, w której odbywa się konferencja Blog Forum Gdańsk. I tam właśnie będę rozprawiać, po jaką cholerę ludzie piszą blogi i dlaczego nie należy ich czytać.

Problem w tym, że mam strasznego pietra. Raz, że oprócz psa z kulawą nogą, nikogo tam nie będzie. Dwa, że nikt nie zrozumie mojego (fakt, przyznaję), nieco topornego poczucia humoru.

Dlatego: zapraszam Państwa! A raczej błagam, niech ktoś przyjdzie i zrobi tłum…