Kobieta, która nienawidzi

Jesteś kobietą? Pamiętaj, najgorszym twoim wrogiem jest druga kobieta

Jak już wspominałam, prowadziłam kiedyś własną działalność, a ściśle agencję reklamową. Opisywałam już, jak to na wpół zamarznięta siedziałam przed sklejonym taśmą monitorem, a moje zredukowane do kredytu z urzędu pracy konto ograbił Facet od Ryb. No cóż, trudno, życie to nie bajka, nie było co się załamywać. Trzeba było wziąć się w garść, wyprowadzić na prostą, telewizor kupić, dom zbudować, w ogóle się w tej rzeczywistości odnaleźć. Ale ja w gruncie rzeczy nie o tym. Chciałam napisać, jak to się któregoś dnia napatoczyłam na pierwszą w swym życiu kobietę, która nienawidzi.

Ale po kolei.

Nie bez przyczyny zaczęłam opowieść od agencji reklamowej. Gdy się bowiem już dźwignęłam z rybnego impasu (a było się z czego dźwigać – sprawa miała swoją odsłonę w sądzie, sprawę nawet wygrałam, co nic jednak nie znaczy, bo pieniędzy od człowieka z różańcem w BMW nigdy nie odzyskałam), gdy wyprowadziłam się z lodowatego baraczku do poważnego biurowca, otrzymałam lukratywne zlecenie z poważnej firmy międzynarodowej na druk ulotek i zaczęłam współpracować z pewną drukarnią.

Drukarnia miała same zalety. Była blisko, miała świetne ceny i przyzwoitą jakość. Personel i szef drukarni – wspaniali ludzie. Uczynni, pomocni, do rany przyłóż. Żadnego zawalania terminów. Elastyczność. Zaradność. Dyżur choćby i w święta.

Jedna była zadra w tym wszystkim. Niepojęta dla mnie do dziś, do dziś niewyjaśniona. A tak bolesna, tak znacząca, że wszystkie powyżej opisane zalety drukarni razem wzięte, niestety, nie zdołały jej zabliźnić i musiałam zmienić kontrahenta.

Tą zadrą była żona drukarza.

Żona drukarza od pierwszej chwili mnie znienawidziła. Od progu, gdy tylko się pojawiałam, czuć było w powietrzu ołów. Jej chłód, jej docinki, jej niepohamowana niechęć do mnie odbierały mi coraz konsekwentniej ochotę na współpracę. Pojawiała się w drukarni często, czasem z małą córeczką, którą jakby mi machała przed nosem, zwłaszcza jak rozmawiałam z drukarzem. A gdy on próbował tę ciężką atmosferę rozrzedzić,  żona ją jeszcze okrutniejszą kąśliwością zagęszczała. Im bardziej ten niemłody przecież i poczciwy człowiek był dla mnie miły, tym bardziej zacięta stawała się twarz drukarzowej. Tym kategoryczniej jej usta zsuwały się w dziób. Tym straszliwsze wysuwała szpony.

Pojąwszy, że moja obecność nie jest tam wskazana, w celu załatwienia spraw zaczęłam wysyłać pracownika. Przystojny to był szalenie chłopiec, z urody do złudzenia przypominający Georga Clooney’a z czasów jego absolutnej świetności, czyli zawsze. Do tego miły był nieprzyzwoicie i ujmujący nie tylko starsze żony drukarzy. Sami Państwo widzą, były szanse ocieplenia stosunków między drukarnią a moją firmą. I faktycznie, nastał spokój. Nastał błogi czas niczym niezmąconej współpracy. Tak się działo przez kilka pięknych miesięcy. Aż do tego straszliwego dnia, gdy mój „George Clooney” poszedł na urlop, a nieszczęsny drukarz, gnany nieubłaganym terminem, nieopatrznie osobiście (i to sam!) przywiózł ulotki do mojego biura. Tak, kochani. Pracownik na urlopie, nikogo prócz mnie w biurze, i, bach, stary drukarz. Historia sama się pisze.

O niedoczekany końcu świata! Święta apokalipso! Czemuś się wtedy nie stała!

Nie będę rozwijać wątku, bo drżę na samo wspomnienie. Drukarnię zmieniłam, myśl straszną wyparłam, ale kobiety, które nienawidzą – niestety, nie zniknęły.

Są też takie, które nienawidzą inaczej, niż żona drukarza. Są takie, co nienawidzą skrycie. Czasem bardziej udany uśmiech, a czasem zbyt wymuszony, zawsze zdradza jednak z trudem hamowane pragnienie zadania ciosu. Ledwie się odwrócisz, a za rogiem usłyszysz o sobie wszystko, co najgorsze. Żeś leniwa, żeś głupia, że puszczasz się na wyjazdach. Że czego nie dotkniesz, to spieprzysz, a twoje teksty są słabe. Pisać nie umiesz. W ogóle nic nie umiesz. Psim swędem ci wszystko wychodzi. I „kurwa mać” powiedziałaś, a tak się nie mówi.

Nienawiść kobiety jest nieuleczalna, nigdy nie mija. Myślisz, że to już skończone? Że odeszłaś, a ona cię już zapomniała? Mylisz się. Możesz zmienić drukarnię, mieszkanie, pracę. Możesz wyjechać z miasta. Z kraju! Ona cię dopadnie. Ona cię wytropi. Ona już coś na ciebie znalazła. Ona dobrze wie, co ty tam wyprawiasz. Ba! Ona ma teczkę w szufladzie. Ona ją wyciągnie, gdy tylko przyjdzie czas.

Kobieta, która cię nienawidzi, ma na twój temat mnóstwo historii. Wiele spraw już wyjaśniła, na wiele pytań odpowiedziała. Pamiętaj, ona twoje życie zna dużo lepiej od ciebie. Ona twoje życie poniekąd tworzy. Ona je tka za twoimi plecami, by w nie kiedyś wbić zatrute wrzeciono i uśpić cię na wieki. Pamiętasz tę bajkę? Tak, jeśli jesteś kobietą, nie miej złudzeń. Najgorszym twoim wrogiem jest druga kobieta.

Nigdy nie spotkałam faceta, który nienawidzi. Nie wiem nawet jak to jest. Wyobrażam sobie, kombinuję z literatury, wyciągam z pamięci jakichś papierowych, niegroźnych, a śmiesznych chłystków, co mi na drodze kiedyś stanęli, co się czasem z czymś wygłupili, a potem za to przepraszali. Owszem, zdarzali się nieuczciwi (Facet od Ryb), niepoważni, nieodpowiedzialni. Bywali też zachłyśnięci sobą, nieznośni, gadatliwi. Durnowaci. Pijani. Zbyt pijani. Chamscy. Skąpi. Nudni. Nieatrakcyjni…

Ale nigdy nie spotkałam mężczyzny, który by nienawidził.

Może właśnie dlatego „nienawiść” to rodzaj żeński?

Hejt w sieci czyli bramka piekieł

Nie pozostaje mi nic innego, jak zająć swoje miejsce w szeregu, w końcu mówi do mnie mężczyzna. Czy coś w tym rodzaju

dziecko_w_sieci
WIADOMO

No i doczekałam się. Mam swojego własnego, osobistego hejtera.  Facet, bo to (podobno) facet, ma straszną potrzebę, bym napisała na jego temat kilka słów. Proszę bardzo. Może nie będzie to jego wymarzona biografia, ale – na pocieszenie – zawsze to jakaś publikacja. Mam nadzieję, że podbuduję tym tekstem jego zachwiane ego, nakarmię jego medialny głód i napoję tego małego trolla, który w nim siedzi.

Mój hejter pisze do mnie bez przerwy maile. W mailach tych toczy własny, wściekle pokłócony ze sobą monolog – rozdygotany spór o to, co, jakim tonem i z jakiej racji mogłabym mu odpisać.

Gdybym do niego pisała.

Tworzy się więc niezwykła historia, rzecz zapierająca dech w piersiach, gdzie emocje nadawcy sięgają zenitu, gdzie rzeczywistość niczym plastelina w jego rękach, przybiera formy z piórnikowego świata Plastusia. Dostaję maile z wyrazami tęsknoty, rozczarowania, smutku, zawodu, gniewu, znów smutku i znów tęsknoty. Wobec braku odpowiedzi, pojawiają się małe pogróżki, większe groźby, wreszcie wyrzuty i wściekłość. Bywa, że zniesmaczony moim kolejnym wpisem na tym blogu, z czystego serca radzi mi, bym „nie szła tą drogą” i „zajęła wreszcie swoje miejsce w szeregu”.

Jako że meandry mojej wędrówki są mu doskonale znane (posiadł on bowiem wszelkie rozumy) – nie pozostaje mi nic innego, jak zająć swoje miejsce w szeregu. W końcu mówi do mnie mężczyzna.

Czy coś w tym rodzaju.

Kończąc wreszcie tę przydługą charakterystykę niezbyt dużego człowieka, który ma tyle czasu i energii, by od pół roku systematycznie pisać mi sążniste maile, informuję, że poczyniłam pewne techniczne ustawienia, w związku z czym:

  1. Każdy jego następny list trafi automatycznie do katalogu SPAM, skąd zostanie natychmiast usunięty, ergo: NIGDY nie przeczytany.
  2. Każdy komentarz jego autorstwa na tym blogu jest automatycznie blokowany, bowiem ja i IP jego komputera znamy się jak łyse konie.
  3. W Internecie NIKT NIE JEST ANONIMOWY, więc jego najróżniejsze pseudonimy pod komentarzami w sieci na mój temat są dziecinnie proste do rozszyfrowania.

A tak przy okazji, koleżanka dostaje porażające wiadomości… z bramki esemesowej. Jest to pewnego rodzaju egzotyka, fantazją bowiem jest niewydawanie piętnastu groszy na wiadomość z komórki. Podrywanie na bramkę esemesową wygląda jak potężny dowcip, dowcipne jednak nie jest. Na marginesie dodam, że w tym przypadku nadawca również jest do zidentyfikowania i z pozoru niewinna bramka esemesowa może zamienić się we wrota piekieł.

14.01.2012 Hejt a Blog Roku 2011

Z szarego końca wylądowałam na siódmej stronie w kategorii Ja i Moje Życie, więc nie jest aż tak strasznie źle. Mam nadzieję, że będzie jeszcze lepiej. Wczoraj napisali o mnie na portalu lokalnym i zaraz się ludzie zaczęli pieklić, że co, że jak, że blog został zgłoszony do konkursu. No został. Przeze mnie. Ja piszę, ja wysyłam. Takie są zasady konkursów na całym świecie. I nikt tu nikogo nie okłamał.

Czasem zapominam o zjawisku hejtu, a hejt, podobnie jak sprawa donosu – ma się świetnie, rośnie, puchnie, pączkuje. Druga rzecz, że nic na to nie poradzę. Niech więc sobie pączkuje, a wraz z nim pączkują głosy na Najlepszy Blog na Świecie, za co Państwu serdecznie dziękuję!

26.10.2011 Hejt

Na moim blogu nie ma żadnego hejtu! To tak, jakbym pętała się po plemieniu Padong z gołą szyją, jakbym w semickim towarzystwie chełpiła się napletkiem.

W ogóle to jaja, bo w ciągu ostatnich czterech dni udzieliłam trzech wywiadów. Jeden dla radia, jeden dla gazety lokalnej i jeden dla takiej gazety o fitnesie. Dlatego teraz, podobnie jak Henryk Sytner, będę zachęcać moich czytelników do aktywności fizycznej w pracy i na wakacjach.

Przez ostatnie kilka dni wypowiedziałam tyle słów, że pisząc teraz ten tekst, dłubię w głowie poszukując jakiejś myśli niczym tanzański szympans wygrzebujący z łupin orzecha resztki miąższu.

Mój umysł, przepuszczony przez magiel pytań, stał się idealnie gładki, pozbawiony jakichkolwiek  refleksji, czy frapujących zagadnień. Właściwie jedyne, co mi po tym wszystkich zostało, to kolebiący się po pustej głowie wniosek, pytanie bez odpowiedzi, rzecz niepojęta dla mnie i reporterów, wciąż nieodgadniona i tajemnicza. Otóż podczas tego krzyżowego pożaru pytań, wciąż padało nieugaszone zdanie:

– Jak sobie radzisz z hejtem?*

Problem dotyczy mojego bloga, ściśle Najlepszego Bloga na Świecie i sami Państwo rozumieją, że nie mam bladego pojęcia, jak na takie dictum reagować. Rzecz w tym, że ja w ogóle sobie nie radzę z hejtem. A nie radzę sobie wcale nie z tego powodu, że sobie po prostu nie radzę, tylko dlatego że:

Na moim blogu nie ma żadnego hejtu!

Fakt ten odziera mnie z jakiegoś ważnego doznania, swoistego piętna blogerów łączącego tę społeczność w zgodnym bólu. To tak, jakbym pętała się po plemieniu Padong bez obręcz na szyi, to tak jakbym w semickim towarzystwie (oczywiście jako facet) chełpiła się napletkiem.

No głupio.

Szanowni Państwo! W Was jedyna nadzieja.

————————————————————————————————————————-

*hejt, (ang. hate) nienawiść, w tym przypadku jadowite komentarze pod wpisami na blogu. Wiem, rzecz trudna, ale konieczna. Czekam.