Stowarzyszenie Pięknych Kobiet – warsztaty

Ogłaszam warsztaty artystyczne dla dzieci i młodzieży! Będziemy pisać baśnie! Będziemy rysować smoki! Będziemy robić teatr! Będziemy otwierać czakramy! Z nieskażonych narzekaniem umysłów zbudujemy inny świat

Obudził mnie własny śmiech. Mam zdarte gardło. Poważnie. Pierwszy raz mi się coś takiego przytrafiło. Słyszałam kiedyś, że można płakać przez sen, ale żeby się tak śmiać? Do zdarcia? Do wybudzenia?

A jednak.

Mam gruby jak cegła słownik symboli Kopalińskiego. Znalazłam go kiedyś na ławeczce we Fromborku. Nie pytajcie, czemu akurat tam. Spadł z kosmosu niechybnie. Kopernik mi zrzuciła. A ja rzeczy z kosmosu szanuję. I używam słownika nader często. Zaraz po przebudzeniu sprawdzam. Księżyc. Wilk. Kot. Rzeka. Zaćmienie słońca. Rubin. Wszystko coś znaczy, zwłaszcza we śnie. Znaczenia moich snów są zwykle negatywne. Kłopoty, zmartwienia, choroba. Bieda. Nędza. Śmierć. 

Gdy to czytam, zwykle parskam śmiechem, bo wszystko przez Kopalińskiego wymienione dawno już jest za mną. Co mnie finansowe tarapaty? Co mnie tam choroba? Co mnie śmierć? To już było. Drugi raz nie umrę przecież.

Ale Radości w słowniku nie ma. Takie rzeczy się nie zdarzają. Śmiech nie może być symbolem niczego z tej prostej przyczyny, że w tej szerokości geograficznej nie występuje. Jak czegoś nie ma, to nie ma. Tymczasem budzi mnie. Do rozpuku.

Siadam na łóżku z tym zdartym gardłem i przypominam sobie scena po scenie, co mnie tak rozśmieszyło. Latam w Dolnym Wrzeszczu nad Placem Wybickiego. A tam dzieci. Dużo dzieci. W dzieciakach jest pełno radości. Jakaś roztańczona dziewczynka mówi do narzekającej baby: pani do szpitala się uda, a nie. Dupę zawraca.

–  Pani do szpitala się uda. A nie. Dupę zawraca.

Kobieta idzie do pracy i utyskuje. Że ją strzyka i boli, że źle, że się nie chce.

–  Pani do szpitala się uda. A nie. Dupę zawraca.

A ja latam. I w locie umieram ze śmiechu. To takie proste. I takie śmieszne. I takie oczywiste. Ile kobiet dziś przyszło do pracy? Ile z nich narzeka? Ile do szpitala się nie udało?

I dupę zawraca?

Dzieci są takie mądre. Tak prosto wszystko widzą. I tyle w nich radości!

Kiedyś prowadziłam dwumiesięczne warsztaty dla dorosłych. Dwie osoby się obraziły. Kilka nie miało czasu. Rozmyło się, rozjechało.

Kiedyś prowadziłam godzinne warsztaty dla dzieci. Miesiąc później spotkałam w Biedronce dziewczynkę. Podeszła do mnie i powiedziała: –  A ja napisałam tę książkę!

Napisała. I będzie pisać. Zostanie artystką z tą unikatową umiejętnością, której nie ma dziś prawie nikt. Z umiejętnością, która sprawia, że jej książkę czyta się jednym tchem. A nie. Dupę zawraca.

Dla tych, co dupę zawracają są nagrody literackie. Dla tych, co piszą czytelnie: są Czytelnicy. Wybór należy do was.

Złapałam za telefon, napisałam kilka esemesów do matek. I już mam dwie chętne! Tak, tak. Tylko bezrefleksyjni ryzykanci ignorują swoje sny. Ja nie mogę aż tak ryzykować. Mnie się śnią śmierci i tarapaty. Kopaliński dupy nie zawraca. On wie, co pisze.

Ogłaszam warsztaty artystyczne dla dzieci i młodzieży! Będziemy pisać baśnie! Będziemy rysować smoki! Będziemy robić teatr! Będziemy otwierać czakramy! Z nieskażonych narzekaniem umysłów zbudujemy inny świat.

Rusza rok szkolny. Dajcie sobie spokój z tymi hałaśliwymi basenami. Nie szukajcie zajęć po omacku. Ja się zajmę waszymi pociechami. Nauczę ich, jak odbić rzeczywistość w twórczości. Jak trudne emocje wyrzucić na kartkę papieru. A potem zagiąć panią od polskiego, która, owszem, może i się uczyła pisać, ale nadal nie umie.

Czas przeszły nigdy nie dokonany.

Już załatwiam salę. Szczegóły podam wkrótce. Tymczasem piszcie do mnie, zgłaszajcie. Biorę każdego dzieciaka. Im mniej umie, tym lepiej. Tabula rasa. Czysta kartka. Napiszemy na niej baśń tysiąca i jednej nocy. E tam, tysiąca. Miliona miliardów.

Nieskończoność możliwości ludzkiego umysłu.

To właśnie wasze dziecko.

———————————————————————–

Organizator – Spółdzielnia Literacka „BaBa” Sylwia Kubryńska, Stowarzyszenie Pięknych Kobiet.

Termin – Od października 2019.

Miejsce – Gdańsk Wrzeszcz albo Sopot.

Cena – Nie wiem, jeszcze szukam wsparcia, zależy ile dzieci, powiem po kaszubsku: nie pokrzywdzę. 

Zgłoszenia: redakcja@baba.com.pl

PS. Jeśli jesteś dorosła, a siedzi w tobie dzieciak – przyjmę.

PS2. Facetów uczyć nie będę, ich ego jest nie do przeskoczenia nawet dla tych, co potrafią latać. No chyba, że to będzie Szaman Mako.

PS3. nemezis.me

IMG_0534
Co mnie śmierć? Drugi raz nie umrę przecież… (fot. Ewelement)

 

 

 

Basia którą znacie. I której nie znacie

„Szklanka na pająki” to Kobiecość. Kto jest Kobiecości ciekaw, niech bieży w sobotę do nas… 

„Szklanka na pająki” Basi Piórkowskiej to wyjątkowa powieść. Nie wiem, czy jest jeszcze jakaś książka na świecie, której wydanie Prezydent Gdańska, TEN Prezydent, wsparł osobiście dwukrotnie. I nie to, że wparł, bo przysłał list, że fajnie i inne tam pierdu pierdu, ale pokrył znaczną część kosztów wydruku i promował tę książkę na stronie Gdańska. Wiedział, co dobre. Dlatego warto przyjść 9 lutego do Oliwskiego Ratusza Kultury i pogadać z Autorką, która osobiście będzie podpisywała wspomniane Dzieło, opowiadała niezwykle ciekawe rzeczy, np. jak się pisze książkę, która rozbraja osobistości, która zachwyca gremium naukowe i która ciągle jest tak żywa, że historia, ta pospolita historia, którą znacie ze szkoły, blednie w obliczu niezwykłej perspektywy kobiety.

Bo Szklanka na pająki to kobiecość. Kto jest Kobiecości ciekaw, niech bieży w sobotę do nas. Jeszcze raz.

Oliwski Ratusz Kultury.

Sobota, 9 lutego 2019, godzina 17.00

Cytując Klasyka: BĘDZIE SIĘ DZIAŁO.

Tajemniczy Don Pedro Paweł Adamowicz

Istnienie składa się z trzech czasów. Czas przeszły, teraźniejszy i przyszły. Ten pierwszy stanowi problem, gdy ktoś umiera. Nigdy nie wiadomo, jak powiedzieć. Gdańsk go lubił? A to, że dziś tonie we łzach – czy nie świadczy o tym, że Gdańsk nadal go lubi? I że będzie lubił w tym trzecim czasie, w tym przyszłym, wiecznym, na zawsze?

  • Musimy się spotkać – napisałam na jego messengerze. – Pilne.

Po czym pojechałam gdzieś tam coś załatwiać i zapomniałam o swojej nagłej wiadomości. Godzinę później zadzwonił telefon. Spojrzałam na wyświetlacz, ale nic nie zobaczyłam, bo nie miałam okularów. Na wszelki wypadek więc krzyknęłam tym swoim zwyczajem, gdy nie wiem z kim rozmawiam: „czego? kto tam?!”

  • Tajemniczy Don Pedro.

Od razu go poznałam. Po głosie, a może po tym sposobie mówienia? Nikt inny by nie nawiązał do Baltazara Gąbki w takim stylu. Tylko on. Paweł Adamowicz.

Powiedział, że pracuje codziennie do dwudziestej pierwszej, ale znajdzie dla mnie czas. Nie czekałam długo. Spotkaliśmy się dwa dni później, pamiętam, że to był wtorek.

Nie spóźnił się ani minuty. Przyjął mnie z honorami. W tym społeczeństwie, gdzie artyści są traktowani jak nieszkodliwi wariaci albo po prostu brutalnie robi się ich w balona – to była dla mnie nowość. Jeszcze nikt, przedstawiciel żadnej instytucji nie potraktował mnie z takim szacunkiem. Do tej pory.

Starałam się być konkretna, wszak warto się odwzajemnić i szanować czyjś czas. Opowiedziałam mu o losach pewnej książki o Gdańsku, której wydanie wsparł osiem lat temu. Szklanka na pająki Basi Piórkowskiej, pamięta pan? Pamiętał. I od razu kupił  dwieście egzemplarzy dla gdańskich szkół. Bez żadnych upustów. Z walczącej z wiatrakami artystki bez grosza stałam się osobą, która realnie wydaje cenioną nie tylko w Polsce literaturę piękną. I ma wsparcie Prezydenta.

Kilka tygodni później spotkaliśmy się na Kongresie Kobiet w Europejskim Centrum Solidarności. Byłam z Baśką i z książkami, rozłożyłam stoły i zaczęłam sprzedawać. Pierwsze koty za płoty. Szło różnie. Jeszcze mało ludzi, jeszcze nikt nic nie wie. I nagle przyszedł on. Najpierw kupił egzemplarz dla siebie, potem z nami usiadł. Jak się domyślacie, od razu wokół naszego kramu zrobił się tłum.

Żałuję, że więcej z nim nie porozmawiałam. Że tylko wysłałam mu podziękowania, zamiast je osobiście złożyć. Że nie miałam czasu, a może śmiałości napisać znów na jego messengerze: spotkajmy się. Przecież nigdy nie wiadomo, czy jeszcze będzie nam dane pogadać. Pożartować.

Tajemniczy Don Pedro odszedł. Nastała Niebieska Noc. Jadę samochodem przez moje miasto, widzę jego uśmiechniętą twarz na czarno-białych zdjęciach i ściska mnie w gardle. Siedzi pochylony, ręką podpiera się o kolano. Patrzy łagodnie w obiektyw. Czy żartował, gdy mu robiono to zdjęcie? Na pewno. Zawsze żartował. Nigdy nie chodził z obstawą. Ludzie go lubili. Gdańsk go lubił.

Istnienie składa się z trzech czasów. Czas przeszły, teraźniejszy i przyszły. Ten pierwszy stanowi problem, gdy ktoś umiera. Nigdy nie wiadomo, jak powiedzieć. Gdańsk go lubił? A to, że dziś tonie we łzach – czy nie świadczy o tym, że Gdańsk nadal go lubi? I że będzie lubił w tym trzecim czasie, w tym przyszłym, wiecznym, na zawsze?

Nie mogę pisać tego tekstu. Łzy mi przeszkadzają. Bycie artystą nie jest łatwe, człowiek ma nerwy na wierzchu. Ale są na tym świecie ludzie, którzy widzą w tym wartość. Są. Byli. Był.

Jest?

Będzie.

 

Groza w deszczu, czyli jak kręciliśmy Szklankę

Ptak. Uwięziony w mroku nagle wylatuje, zwolnionym tempem wzbija się w bezkres nad dachami Gdańska. Basia, czy to twoje alter ego?

Było tak. Postanowiłam wydać Baśki Piórkowskiej Szklankę na pająki i z miejsca zaczęły się kłopoty. Jako że jestem jedna i mała, w dodatku groszem nie śmierdząca, bo ustalmy – jedyne stałe źródło utrzymania, czyli rubryka w Wysokich Obcasach – zostało mi zabrane po dwóch tygodniach od wyrażenia swojego poglądu, a za moje książki, choć od lat są w ciągłym obiegu w największej sieci księgarń w Polsce, dostaję naprawdę gówniane pieniądze, bo autor w Polsce z zasady dostaje gówniane pieniądze, tak gówniane, że praca maszyny drukarskiej drukującej jego dzieło jest wyżej wyceniana, tak gówniane, że śnią mi się po nocach w formie dosłownej, czyli gówna – no więc z racji takiego obrotu spraw moja moc zdaje się być ograniczona.

I  żeby nie było za mało problemów, to po wyrzuceniu z Wysokich Obcasów jakoś mnie środowisko dziennikarskie jęło unikać, jęło odmawiać pomocy w rozpowszechnianiu tematu wydania Szklanki, bo sprawa skrzywdzonej i oszukanej kobiety, która przeżyła śmiertelną chorobę i się podniosła, a ja jej w tym podnoszeniu pomagam – jakoś nie robi na środowisku dziennikarskim wrażenia. Może za mało w tym skandalu i rozwodów? Nie wiem. Grunt, że z własnych oszczędności wydrukowałam dwa tysiące nakładu książki i muszę sobie z tym poradzić sama. No może nie sama, bo mam jeszcze Syna i Faceta. No i Alicję z Berlina, ale Alicja pomaga nam zdalnie, przez internet, w tej części rzeczywistości, której ja nie ogarniam.

A my tu szary real. No to sobie radzimy. W trójkę. I jedziemy w deszczu, bo jest tak rzęsisty deszcz, jakby niebiosa zapragnęły zafundować mi taki level, że już nie ma wątpliwości – jest to level hard. A ten poziom trudności ma to do siebie, że należy przyjąć taktykę aikido. Wiecie, na czym polega taktyka aikido? Na tym, że czerpiemy siłę z przeciwności. Im większa siła przeciwności – tym masz większą moc. Musisz tylko umieć ją wykorzystać. No i dajesz w tych smugach i nagrywasz ten deszcz i robi się mroczno, tajemniczo, intrygująco.

Budżet dwadzieścia złotych. Żeby wejść na wieżę mariacką. Reszty nie ma. Reszta jest w ciszy zaklętej wiekami średnimi. Idziemy po ciasno upchanych wokół swej osi schodach, a cisza dzwoni nam w uszach. A jak już jesteśmy przy dzwonach, robi się czarno. Tak jest, tam, w wieży mariackiej jest czarno. Nawet jak coś widać, to widać czerń. Mrok niepojęty kruczy i przepastne przestrzenie czerni. Gdzieś w dali słychać urywki rozmów po ukraińsku. Remont w niedostępnej dla nas części kościoła mariackiego. Czy to nie znak? Wszak Szklanka na pająki ma również korzenie ukraińskie. Atmosfera, tak jak w książce Baśki, ma w sobie zarówno coś z Boga jak i diabła. Mam duszę na ramieniu, ale się nie poddaję, wspinam się po rozpiętych w wieży schodach, krok za krokiem, ku górze, ku maleńkiemu wyjściu w ogrom panoramy.

Ptak. Uwięziony w mroku nagle wylatuje, zwolnionym tempem wzbija się w bezkres nad dachami Gdańska. Basia, czy to twoje alter ego? Filmujemy zachłannie. A tam morze. A tam stocznia. A tam chmury.

I nagle dzwoni Autorka Szklanki. Jakby wyczuła, jakby wiedziała. Gdzie jesteście? Na wieży. A ja w kościele! Musimy się zobaczyć, musimy pobłogosławić tę chwilę, to miejsce, tę sprawę, bo sprawa jest wielka. Baśka ma krople deszczu na twarzy i ten rodzaj uśmiechu, który długo skrywany wreszcie wychodzi i ma coś z nieśmiałości, ulgi, nadziei, wreszcie: miłości. Kocham was, mówi Baśka, ale nie mamy czasu teraz na uściski, musimy lecieć, bo deszcz, bo montaż, a my musimy jeszcze nagrać coś w lesie. W tę ulewę, w to błoto, co, w końcu level hard.

Oddaję ten film w Wasze ręce. Niech dobrzy ludzie go poniosą w świat. Każde udostępnienie, kliknięcie, każda decyzja o zakupie książki, to krok Baśki ku własnemu, spełnionemu życiu. Ta książka to czyste dobro. A film pokazuje pewną, jedną, mroczną stronę ludzkiej natury. Czemu mroczną? Może dlatego, że spadł deszcz. Może dlatego, że Święto Zmarłych? A może dlatego, że tacy jesteśmy w tej właśnie chwili.

I na pewno przyjdzie chwila jaśniejsza, w której powstaną kolejne kadry. Tymczasem życzę Wam dobrej zabawy. I trzymajcie tyłki, by ze strachu nie poodpadały!

Tu kupisz książkę: www.baba.com.pl

Bazar Nadziei dla Szymona

Nie musimy ubierać się w sieciówkach. Dajmy spokój zdartym z taśmy oklepanym wzorom. Przecież mamy w swoich szafach skarby, które mogą zachwycić kogoś innego, kto da im drugie życie. Tak, jak my możemy dać drugie życie Szymonowi. 

SONY DSC
fot. Urszula Krojec

Szymon Kądziela jest maleńki i ma raka siatkówki. Obecnie przyjmuje trzecią chemię, po której może uratować go tylko kosztowna operacja. Cała Polska zbiera pieniądze na leczenie Szymona. Ja też. Wymyśliłam taką akcję co się nazywa Bazar Nadziei i polega na tym, że przynosimy swoje rzeczy, takie ładne, nieporwane, ale już nam niepotrzebne, za ciasne, za wąskie, za jakieś – i sprzedajemy i kupujemy, a cała kasa idzie na leczenie Szymona.

Nie musimy ubierać się tej jesieni w sieciówkach. Dajmy spokój zdartym z taśmy oklepanym wzorom. Przecież mamy w swoich szafach skarby! Znacie to? Sukienki, w które nie można się wbić od kilku lat, ale wiszą nam w szafie, bo przecież „kiedyś schudniemy”. Płaszcze niezapinające się na cyckach? Albo nieśmiertelny t-shirt z Madonną, który wegetuje na dnie szafy pod respiratorem sentymentu? Korale z zielonego bursztynu, bransolety z pacyfką i broszki à la pająk? Tymczasem wszystkie te cuda mogą zachwycić kogoś innego, kto da im drugie życie. Tak, jak my możemy dać drugie życie Szymonowi.

Zapraszam Was w najbliższą niedzielę, 25 września, do pubu LOFT w Gdańsku (ul. Młyńska 15) na godzinę 16.00. Będą lustra, przebieranki, dobra muzyka i zabawa. Będą oryginalne, niepowtarzalne ciuchy i mnóstwo dobrej energii.

A dla fanów literatury mam specjalną niespodziankę – najnowszą moją książkę, której jeszcze nie ma w księgarniach: BIURWĘ.

Do zobaczenia w niedzielę!

plakat-sylwii

Nie ma żadnej obrony życia. Jest atak na życie

Nie podoba mi się, że mówimy dziś o aborcji. Bo tu wcale nie chodzi o aborcję. Tu chodzi o życie. O decydowanie, kto ma żyć. O manipulację totalną. O rząd dusz

270452_1884636911635_2775895_n

Nazywam się Sylwia Kubryńska i jestem feministką. Jeśli ktoś nie wie, co to oznacza, niech sobie wrzuci w Wikipedię. Dla ułatwienia powiem tylko, że feminizm oznacza równość. Równe prawa dla kobiet i mężczyzn. Równe traktowanie. Brak dyskryminacji ze względu na płeć.

W tym kraju nie ma równego traktowania. Jest za to spora grupa kobiet, która gardzi feminizmem. To są te kobiety, którym nawet nie chce się wrzucić tego hasła do Wikipedii. One siedzą dziś w Sejmie. To one decydują o naszym losie. To one powtarzają za kościołem te farmazony o aborcji i rozszarpanych zygotach,  zabierając jednocześnie tym, co zygotami już nie są, prawo do życia. Te kobiety nie reprezentują interesów kobiet w Polsce. One reprezentują interesy grupy mężczyzn, którzy mają pieniądze, władzę, wygodne samochody, ale kompletnie nic wspólnego z życiem rodzinnym. Jeśli szefowa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów bez zażenowania płaszczy się przed  biznesmenem w sutannie, który otwarcie gardzi kobietami, gardzi ludźmi, to jak mamy się czuć?!

Nie podoba mi się, że mówimy dziś o aborcji. Bo tu wcale nie chodzi o aborcję.  Tu chodzi o życie. O decydowanie, kto ma żyć. O manipulację totalną. O rząd dusz. Ale my jesteśmy silnymi i świadomymi swoich praw – praw człowieka, praw do życia – kobietami. Nie łykamy patriarchalnych bzdur o słabej niewieście, która nie ma nic do powiedzenia w sprawie własnego życia. Nie łykamy tych obłudnych działań w celu rzekomej obrony życia. Nie ma żadnej obrony życia. Jest atak na życie. Jest pogarda wobec życia. Bo nikogo tu nie obchodzi święta poczęta zygota. Nikogo nie obchodzą dzieci narodzone. Nikogo nie obchodzi zgwałcona nastolatka, czy kobieta, dla której ciąża oznacza śmierć. Wymaga się od niej najwyższej ofiary, by obronić wartości, których tak naprawdę nie ma.

W latach 60-tych w Polsce przeprowadzono 500 tys. zabiegów przerywania ciąży. Podobnie w kolejnych dziesięcioleciach. To daje co najmniej milion winnych aborcji. A najprawdopodobniej, 1,5, dwa miliony. Pomnóżmy to przez ten okres, kiedy aborcja była legalna. Ile to będzie ludzi? Macie kalkulatory? Sporo, co? To gdzie są ci ludzie? Może w szeregach rządu, wśród kobiet w moherowych beretach, a nawet w kościele.  I oni dziś się nawrócili i swoje sumienie chcą oczyścić naszym prawem do życia. Oni każą zgwałconej nastolatce rodzić, bo mają złe sny!

Od początków kościoła  w Polsce kobieta ma podrzędną rolę w społeczeństwie. Chcę wam, kobiety uzmysłowić, że tysiąc lat to w dziejach ludzkości epizod. Najwyższy czas skończyć z tym epizodem. Nie pozwolimy, aby epizod stał się naszym przyzwyczajeniem. Nie pozwolimy, aby nam i naszym córkom wmówiono, że są słabe i gorsze. Nie jesteśmy ani gorsze, ani tym bardziej słabe. Bo trzeba nadludzkiej siły, aby przeżyć tyle lat upokorzeń i bólu, jaki zgotował nam patriarchat i przetrwać. I powiedzieć DOŚĆ. My mówimy DOŚĆ!

Gdańsk/Ustawka/Protest przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej

21.09.2012 Miasto Miłości

Zakochałam się w diabłach, w aniołach, w Jezusie nawet trochę, a przede wszystkim w tej Rudej spod deski. I jakby było mało, dalej się zakochiwałam, na łeb na szyję leciał przebrany za Neptuna Amor i przebijał trójzębem kolejne moje serca…

fot. Tania Pacha. Nieszczęśliwie zakochana w tym samym mieście

Nie wiem, czy ja z tym Memlingiem przypadkiem nie ściemniam? Może go zobaczyłam później, niż w wieku dziewięciu lat? W końcu nie byłby to czas odpowiedni. To byłoby jednak za wcześnie. Bo gdy go zobaczyłam, poraził mnie piorun wszetecznej, pierwszej i w swoim pierwszeństwie absolutnie niedorzecznej, miłości. Piekielnym zrządzeniem sił zmagających się na obrazie, doznałam występnej, acz wielce kuszącej urody poliamoryzmu.  Zakochałam się bowiem w diabłach, w aniołach, w potępieńcach, w Jezusie nawet trochę, a przede wszystkim w tej Rudej spod deski. I jakby było tego mało, dalej się zakochiwałam, na łeb na szyję leciał przebrany za Neptuna Amor i przebijał trójzębem kolejne moje serca, skazując jednocześnie na potępienie miłosne. I tak pokochałam ramę, a właściwie trzy ramy obrazu, z rozpędu pokochałam Pietę z kapliczki po prawej, zakochałam się też w surowej posadzce, w niebotycznych sklepieniach, przepadłam wśród posępnych ław i zapachu kamienia, totalnie oszalałam na punkcie ciemnej cegły i strzelistych wież, a główna, ta monumentalna, na która się wspięłam, wręcz zawróciła mi w głowie.

Wreszcie to, co ujrzałam z góry, odarło mnie z ciała. I stanęłam nagą duszą wobec tego miasta, które ktoś przez wieki budował, które ktoś w jednej chwili burzył, które ktoś historią wypełniał, które ktoś na mapach rysował, w którego uliczki brukowane ktoś strumień życia wlał. A wszytko po to, bym się tego dnia, gdy skończyłam dawno lat dziewięć – na śmierć, a przede wszystkim życie – zakochała.

Mnie też ktoś kiedyś pokochał. I wyznał mi to na Pańskiej, poprzecznej od Szerokiej, tuż obok bazaru z rybami. Jestem pewna, że chciał się za straganem ukryć przed tym zazdrośnikiem Memlingiem i grozą kościoła na Piwnej, bo faktycznie nie było nas widać z wieży. I ja się dalej ukrywam, między miłością wiekuistą a człowieczymi wyznaniami w bramach, od Zielonej po Złotą – rozdarta.

Mówią, że gdy od morza wieje, w Gdańsku jest cisza.