Tagged: Gdańsk

Groza w deszczu, czyli jak kręciliśmy Szklankę

Ptak. Uwięziony w mroku nagle wylatuje, zwolnionym tempem wzbija się w bezkres nad dachami Gdańska. Basia, czy to twoje alter ego?

Było tak. Postanowiłam wydać Baśki Piórkowskiej Szklankę na pająki i z miejsca zaczęły się kłopoty. Jako że jestem jedna i mała, w dodatku groszem nie śmierdząca, bo ustalmy – jedyne stałe źródło utrzymania, czyli rubryka w Wysokich Obcasach – zostało mi zabrane po dwóch tygodniach od wyrażenia swojego poglądu, a za moje książki, choć od lat są w ciągłym obiegu w największej sieci księgarń w Polsce, dostaję naprawdę gówniane pieniądze, bo autor w Polsce z zasady dostaje gówniane pieniądze, tak gówniane, że praca maszyny drukarskiej drukującej jego dzieło jest wyżej wyceniana, tak gówniane, że śnią mi się po nocach w formie dosłownej, czyli gówna – no więc z racji takiego obrotu spraw moja moc zdaje się być ograniczona.

I  żeby nie było za mało problemów, to po wyrzuceniu z Wysokich Obcasów jakoś mnie środowisko dziennikarskie jęło unikać, jęło odmawiać pomocy w rozpowszechnianiu tematu wydania Szklanki, bo sprawa skrzywdzonej i oszukanej kobiety, która przeżyła śmiertelną chorobę i się podniosła, a ja jej w tym podnoszeniu pomagam – jakoś nie robi na środowisku dziennikarskim wrażenia. Może za mało w tym skandalu i rozwodów? Nie wiem. Grunt, że z własnych oszczędności wydrukowałam dwa tysiące nakładu książki i muszę sobie z tym poradzić sama. No może nie sama, bo mam jeszcze Syna i Faceta. No i Alicję z Berlina, ale Alicja pomaga nam zdalnie, przez internet, w tej części rzeczywistości, której ja nie ogarniam.

A my tu szary real. No to sobie radzimy. W trójkę. I jedziemy w deszczu, bo jest tak rzęsisty deszcz, jakby niebiosa zapragnęły zafundować mi taki level, że już nie ma wątpliwości – jest to level hard. A ten poziom trudności ma to do siebie, że należy przyjąć taktykę aikido. Wiecie, na czym polega taktyka aikido? Na tym, że czerpiemy siłę z przeciwności. Im większa siła przeciwności – tym masz większą moc. Musisz tylko umieć ją wykorzystać. No i dajesz w tych smugach i nagrywasz ten deszcz i robi się mroczno, tajemniczo, intrygująco.

Budżet dwadzieścia złotych. Żeby wejść na wieżę mariacką. Reszty nie ma. Reszta jest w ciszy zaklętej wiekami średnimi. Idziemy po ciasno upchanych wokół swej osi schodach, a cisza dzwoni nam w uszach. A jak już jesteśmy przy dzwonach, robi się czarno. Tak jest, tam, w wieży mariackiej jest czarno. Nawet jak coś widać, to widać czerń. Mrok niepojęty kruczy i przepastne przestrzenie czerni. Gdzieś w dali słychać urywki rozmów po ukraińsku. Remont w niedostępnej dla nas części kościoła mariackiego. Czy to nie znak? Wszak Szklanka na pająki ma również korzenie ukraińskie. Atmosfera, tak jak w książce Baśki, ma w sobie zarówno coś z Boga jak i diabła. Mam duszę na ramieniu, ale się nie poddaję, wspinam się po rozpiętych w wieży schodach, krok za krokiem, ku górze, ku maleńkiemu wyjściu w ogrom panoramy.

Ptak. Uwięziony w mroku nagle wylatuje, zwolnionym tempem wzbija się w bezkres nad dachami Gdańska. Basia, czy to twoje alter ego? Filmujemy zachłannie. A tam morze. A tam stocznia. A tam chmury.

I nagle dzwoni Autorka Szklanki. Jakby wyczuła, jakby wiedziała. Gdzie jesteście? Na wieży. A ja w kościele! Musimy się zobaczyć, musimy pobłogosławić tę chwilę, to miejsce, tę sprawę, bo sprawa jest wielka. Baśka ma krople deszczu na twarzy i ten rodzaj uśmiechu, który długo skrywany wreszcie wychodzi i ma coś z nieśmiałości, ulgi, nadziei, wreszcie: miłości. Kocham was, mówi Baśka, ale nie mamy czasu teraz na uściski, musimy lecieć, bo deszcz, bo montaż, a my musimy jeszcze nagrać coś w lesie. W tę ulewę, w to błoto, co, w końcu level hard.

Oddaję ten film w Wasze ręce. Niech dobrzy ludzie go poniosą w świat. Każde udostępnienie, kliknięcie, każda decyzja o zakupie książki, to krok Baśki ku własnemu, spełnionemu życiu. Ta książka to czyste dobro. A film pokazuje pewną, jedną, mroczną stronę ludzkiej natury. Czemu mroczną? Może dlatego, że spadł deszcz. Może dlatego, że Święto Zmarłych? A może dlatego, że tacy jesteśmy w tej właśnie chwili.

I na pewno przyjdzie chwila jaśniejsza, w której powstaną kolejne kadry. Tymczasem życzę Wam dobrej zabawy. I trzymajcie tyłki, by ze strachu nie poodpadały!

Tu kupisz książkę: www.baba.com.pl

Bazar Nadziei dla Szymona

Nie musimy ubierać się w sieciówkach. Dajmy spokój zdartym z taśmy oklepanym wzorom. Przecież mamy w swoich szafach skarby, które mogą zachwycić kogoś innego, kto da im drugie życie. Tak, jak my możemy dać drugie życie Szymonowi. 

SONY DSC

fot. Urszula Krojec

Szymon Kądziela jest maleńki i ma raka siatkówki. Obecnie przyjmuje trzecią chemię, po której może uratować go tylko kosztowna operacja. Cała Polska zbiera pieniądze na leczenie Szymona. Ja też. Wymyśliłam taką akcję co się nazywa Bazar Nadziei i polega na tym, że przynosimy swoje rzeczy, takie ładne, nieporwane, ale już nam niepotrzebne, za ciasne, za wąskie, za jakieś – i sprzedajemy i kupujemy, a cała kasa idzie na leczenie Szymona.

Nie musimy ubierać się tej jesieni w sieciówkach. Dajmy spokój zdartym z taśmy oklepanym wzorom. Przecież mamy w swoich szafach skarby! Znacie to? Sukienki, w które nie można się wbić od kilku lat, ale wiszą nam w szafie, bo przecież „kiedyś schudniemy”. Płaszcze niezapinające się na cyckach? Albo nieśmiertelny t-shirt z Madonną, który wegetuje na dnie szafy pod respiratorem sentymentu? Korale z zielonego bursztynu, bransolety z pacyfką i broszki à la pająk? Tymczasem wszystkie te cuda mogą zachwycić kogoś innego, kto da im drugie życie. Tak, jak my możemy dać drugie życie Szymonowi.

Zapraszam Was w najbliższą niedzielę, 25 września, do pubu LOFT w Gdańsku (ul. Młyńska 15) na godzinę 16.00. Będą lustra, przebieranki, dobra muzyka i zabawa. Będą oryginalne, niepowtarzalne ciuchy i mnóstwo dobrej energii.

A dla fanów literatury mam specjalną niespodziankę – najnowszą moją książkę, której jeszcze nie ma w księgarniach: BIURWĘ.

Do zobaczenia w niedzielę!

plakat-sylwii

Nie ma żadnej obrony życia. Jest atak na życie

Nie podoba mi się, że mówimy dziś o aborcji. Bo tu wcale nie chodzi o aborcję. Tu chodzi o życie. O decydowanie, kto ma żyć. O manipulację totalną. O rząd dusz

270452_1884636911635_2775895_n

Nazywam się Sylwia Kubryńska i jestem feministką. Jeśli ktoś nie wie, co to oznacza, niech sobie wrzuci w Wikipedię. Dla ułatwienia powiem tylko, że feminizm oznacza równość. Równe prawa dla kobiet i mężczyzn. Równe traktowanie. Brak dyskryminacji ze względu na płeć.

W tym kraju nie ma równego traktowania. Jest za to spora grupa kobiet, która gardzi feminizmem. To są te kobiety, którym nawet nie chce się wrzucić tego hasła do Wikipedii. One siedzą dziś w Sejmie. To one decydują o naszym losie. To one powtarzają za kościołem te farmazony o aborcji i rozszarpanych zygotach,  zabierając jednocześnie tym, co zygotami już nie są, prawo do życia. Te kobiety nie reprezentują interesów kobiet w Polsce. One reprezentują interesy grupy mężczyzn, którzy mają pieniądze, władzę, wygodne samochody, ale kompletnie nic wspólnego z życiem rodzinnym. Jeśli szefowa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów bez zażenowania płaszczy się przed  biznesmenem w sutannie, który otwarcie gardzi kobietami, gardzi ludźmi, to jak mamy się czuć?!

Nie podoba mi się, że mówimy dziś o aborcji. Bo tu wcale nie chodzi o aborcję.  Tu chodzi o życie. O decydowanie, kto ma żyć. O manipulację totalną. O rząd dusz. Ale my jesteśmy silnymi i świadomymi swoich praw – praw człowieka, praw do życia – kobietami. Nie łykamy patriarchalnych bzdur o słabej niewieście, która nie ma nic do powiedzenia w sprawie własnego życia. Nie łykamy tych obłudnych działań w celu rzekomej obrony życia. Nie ma żadnej obrony życia. Jest atak na życie. Jest pogarda wobec życia. Bo nikogo tu nie obchodzi święta poczęta zygota. Nikogo nie obchodzą dzieci narodzone. Nikogo nie obchodzi zgwałcona nastolatka, czy kobieta, dla której ciąża oznacza śmierć. Wymaga się od niej najwyższej ofiary, by obronić wartości, których tak naprawdę nie ma.

W latach 60-tych w Polsce przeprowadzono 500 tys. zabiegów przerywania ciąży. Podobnie w kolejnych dziesięcioleciach. To daje co najmniej milion winnych aborcji. A najprawdopodobniej, 1,5, dwa miliony. Pomnóżmy to przez ten okres, kiedy aborcja była legalna. Ile to będzie ludzi? Macie kalkulatory? Sporo, co? To gdzie są ci ludzie? Może w szeregach rządu, wśród kobiet w moherowych beretach, a nawet w kościele.  I oni dziś się nawrócili i swoje sumienie chcą oczyścić naszym prawem do życia. Oni każą zgwałconej nastolatce rodzić, bo mają złe sny!

Od początków kościoła  w Polsce kobieta ma podrzędną rolę w społeczeństwie. Chcę wam, kobiety uzmysłowić, że tysiąc lat to w dziejach ludzkości epizod. Najwyższy czas skończyć z tym epizodem. Nie pozwolimy, aby epizod stał się naszym przyzwyczajeniem. Nie pozwolimy, aby nam i naszym córkom wmówiono, że są słabe i gorsze. Nie jesteśmy ani gorsze, ani tym bardziej słabe. Bo trzeba nadludzkiej siły, aby przeżyć tyle lat upokorzeń i bólu, jaki zgotował nam patriarchat i przetrwać. I powiedzieć DOŚĆ. My mówimy DOŚĆ!

Gdańsk/Ustawka/Protest przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej

21.09.2012 Miasto Miłości

Zakochałam się w diabłach, w aniołach, w Jezusie nawet trochę, a przede wszystkim w tej Rudej spod deski. I jakby było mało, dalej się zakochiwałam, na łeb na szyję leciał przebrany za Neptuna Amor i przebijał trójzębem kolejne moje serca…

fot. Tania Pacha. Nieszczęśliwie zakochana w tym samym mieście

Nie wiem, czy ja z tym Memlingiem przypadkiem nie ściemniam? Może go zobaczyłam później, niż w wieku dziewięciu lat? W końcu nie byłby to czas odpowiedni. To byłoby jednak za wcześnie. Bo gdy go zobaczyłam, poraził mnie piorun wszetecznej, pierwszej i w swoim pierwszeństwie absolutnie niedorzecznej, miłości. Piekielnym zrządzeniem sił zmagających się na obrazie, doznałam występnej, acz wielce kuszącej urody poliamoryzmu.  Zakochałam się bowiem w diabłach, w aniołach, w potępieńcach, w Jezusie nawet trochę, a przede wszystkim w tej Rudej spod deski. I jakby było tego mało, dalej się zakochiwałam, na łeb na szyję leciał przebrany za Neptuna Amor i przebijał trójzębem kolejne moje serca, skazując jednocześnie na potępienie miłosne. I tak pokochałam ramę, a właściwie trzy ramy obrazu, z rozpędu pokochałam Pietę z kapliczki po prawej, zakochałam się też w surowej posadzce, w niebotycznych sklepieniach, przepadłam wśród posępnych ław i zapachu kamienia, totalnie oszalałam na punkcie ciemnej cegły i strzelistych wież, a główna, ta monumentalna, na która się wspięłam, wręcz zawróciła mi w głowie.

Wreszcie to, co ujrzałam z góry, odarło mnie z ciała. I stanęłam nagą duszą wobec tego miasta, które ktoś przez wieki budował, które ktoś w jednej chwili burzył, które ktoś historią wypełniał, które ktoś na mapach rysował, w którego uliczki brukowane ktoś strumień życia wlał. A wszytko po to, bym się tego dnia, gdy skończyłam dawno lat dziewięć – na śmierć, a przede wszystkim życie – zakochała.

Mnie też ktoś kiedyś pokochał. I wyznał mi to na Pańskiej, poprzecznej od Szerokiej, tuż obok bazaru z rybami. Jestem pewna, że chciał się za straganem ukryć przed tym zazdrośnikiem Memlingiem i grozą kościoła na Piwnej, bo faktycznie nie było nas widać z wieży. I ja się dalej ukrywam, między miłością wiekuistą a człowieczymi wyznaniami w bramach, od Zielonej po Złotą – rozdarta.

Mówią, że gdy od morza wieje, w Gdańsku jest cisza.