09.10.2011 Buduar

Wreszcie usiadłam do makijażu i nagle patrzę, a pod stolikiem coś jest, jakiś karton…

Postanowiłam zrezygnować z graciarni w moim domu i urządzić sobie buduar. Dlaczego akurat buduar? Może to się wydać nieprawdopodobne, ale winien jest zaginiony pen drive i już tłumaczę zależność.

Gdy się okazało, że zgubiłam powieść i nigdy niczego nie osiągnę, postanowiłam zacząć chodzić po sklepach. Raz, że można tam się dowiedzieć co nieco na temat dessous niejakiej Eweliny, dwa – chodzenie po sklepach odbiera człowiekowi tę frustrującą skłonność do zadawania pytań o sens życia. A raczej o brak sensu, gdy się gubi Dzieło Swojego Życia.

I tak zawędrowałam do Paszczy Szatana, jak ją określił niejaki Mansztajn, czyli do Galerii Bałtyckiej. Wprawdzie tłumaczyłam sobie po drodze, że jadę na spotkanie z Martyną Wojciechowską, z tym że Martyna Wojciechowska miała być w Galerii o czternastej, a ja o szesnastej stałam jeszcze w korku na Słowackiego, przypominając szyszkę wetkniętą w pewną część ciała (obiecałam, że nie będę używać brzydkich słów).

Dobra, jestem w Galerii, Martyna już sobie poszła, mogę więc spokojnie i bez wyrzutów połazić po sklepach. Na początek wchodzę do jakiegoś daglasa czy sefory, czegoś tak pięknego, że odruchowo stąpam na palcach jak w kościele. Z miejsca dopada mnie eteryczna istota, muskająca pytaniem niczym pawim piórkiem: „w czym mogę pomóc?”. Pytanie to z pozoru banalne, niesie za sobą obietnicę porażającej urody, nigdy nie przemijającej młodości i zmysłowego czaru.

To był właściwie koniec mojego chodzenia po sklepach.

O ile bowiem Gazeta Wyborcza ma dar cofnięcia czasu, nie znaczy wcale, że za jej wehikułem nadąża moja twarz. A tym bardziej, portfel. Próbować jednak nie zawadzi. W ten sposób przekroczyłam w Galerii Bałtyckiej limit pozwalający na wykupienie siedmiu Biedronek i jednego Lidla. Niezrażona wydatkiem, radośnie przytaszczyłam do domu inkrustowaną papierową torbę z kosmetykami (za samą torbę można by kupić dwa Netto, przynajmniej takie sprawia wrażenie) i trzeba przyznać, zakupy spełniły swoje zadanie. Jedyna kwestia bowiem, która mnie nurtowała w drodze powrotnej, wcale nie dotyczyła sensu życia, tylko tego, gdzie ja to wszystko pomieszczę.

I tak sterta kartonów z rupieciami wylądowała dziś na śmietniku, a w graciarni powstał buduar. A gdy obok lustra, na rzeźbionym stoliku ułożyłam moje wczorajsze zakupy i siadłam do makijażu, który miał mnie zmienić w istotę porażającej urody nigdy nieprzemijającej młodości (o zmysłowym czarze nie wspomnę), stwierdziłam, że pod stolikiem jest jeszcze jeden karton. Wyjęłam więc i już, już miałam go wynieść w diabły, gdy zauważyłam w nim niebieską torebkę, w której najwyraźniej grzechotało coś na kształt pen drive’a.

Chwilę później, patrząc na nieskończoną historię ladacznicy Małgorzaty, doszłam do wniosku, że ja wcale nie mam stolika do pisania powieści.

A ten, z buduaru idealnie się nadaje.

Jedyne co trzeba by zrobić, to wywalić te wszystkie kosmetyki….