Morze jest gniewem

noemi susenbachCoraz więcej mnie po tamtej stronie, po tej coraz mniej. Co to znaczy? To znaczy, że życie mnie zmęczyło. Zmęczyło mnie i choć obiecałam nie marudzić – nie zmienia to faktu, że życie mnie zmęczyło. 

Z przerażeniem stwierdzam, że nie mam siły pisać, a przecież to było zawsze jedyne, co mnie przy życiu trzymało. Wniosek: nie mam siły żyć. 

Z przerażeniem stwierdzam, że mnie to nie przeraża. 

Przypominam sobie wszystkie chwile rezygnacji, trudne odcinki mojej drogi z przeszłości i dziś mi się zdaje, że to jakieś żarty, formy treningu przed tym, co najgłębsze, najmroczniejsze, najtrudniejsze do pokonania.

Trzy lata w depresji, leki, szpitale, napady histerii, wyrzucanie z siebie czarnych gałganów rozpaczy, a nawet myśli samobójcze – wszystko to nic w porównaniu z dzisiejszą katatonią NICZEGO. 

NIC jest jak potężna grawitacja, siła ciążenia nie do pokonania, gdy ciało przywiera do łóżka tak mocno, że istnieją obawy rozłupania mebla na pół. Albo w ogóle w drzazgi. 

Łóżko, pękając na kawałki wbija się w podłogę, podłogę rozrywa, zawala się wszystko do piwnic, do lochów. Wpadam w kryptę, na samo dno den. A tam niekończąca się impreza bezzębnych demonów, które podają mi truciznę. Na cholerę mi trucizna, pytam, a oni mówią: żeby nie czuć. 

Tylko że ja już nic nie czuję! 

– Nieprawda – szepczą demony. – Czujesz jak diabli. 

Na potwierdzenie tych słów dociera do mnie kategoryczny chłód, przenika kości, mrozi nerwy. Zamraża. Czuję więc. Czuję lodowatą niemoc, której nie pozbędę się nigdy, chyba że trafi mnie szlag. 

Nie mam siły na truciznę, nie lubię przełykać, wolę sobie zapalić. Jak na zawołanie pojawia się rura wydechowa i naprawdę potężny mach za friko. 

Człowiek się rodzi, żeby umierać. Życie wymaga poświęceń. 

A na plaży gromadzą się tłumy. Nadciąga sztorm. Morze jest gniewem, którego nikt nie dostrzega. „Czujesz jak diabli”, mówią demony i mają rację. Czuję tę furię, niezgodę, wściekłość. Odtrącam kieliszek znieczulenia. Słucham najgłębszego z głosów. Snu. 

Narysuj stolik z jasnego drewna, schowaj się pod nim przed burzą. Patrz, jak w odmętach znikają życia. Razem ze śmieciami z brzegu. 

Kiedyś napisałam książkę o gniewie. Teraz gdzieś ją tam ktoś sprzedaje, nic mi do tego.  Pozostał jedynie sam gniew. Moja ukochana emocja, która mnie niesie, nie daje się poddać demonom. Wkurwia mnie wszystko. Dzięki Bogu. Dzięki temu żyję. 

Jeszcze. 


nemezis.me

Mężczyzna mojego (spieprzonego) życia

I nagle go dostrzegam. Oto moje Życie siedzi z miną oniemiałą, obok Królowa Blondu strzela wzrokiem spod doklejanych rzęs, bez głębszego zrozumienia nadchodzącej katastrofy jej – jakże fajowo zapowiadającego się wieczoru…

z17389624Q,MIlosc

Wracam z pracy, odbieram Igorka z przedszkola, Rozalkę ze szkoły, mijam skrzyżowanie, na skróty przez osiedle, idę wzdłuż witryny tej miłej kawiarni, do której nigdy nie mam czasu wstąpić, bo wiecznie z tymi dziećmi, albo przedszkole, albo szkoła, albo zakupy, albo obiad, albo do roboty szybko, a z roboty jeszcze szybciej. A tam grają jazz i w babskie wieczory podają urzędniczkom kopiaste desery, tak żeby nigdy w życiu nie schudły i zawsze już mogły godzinami podczas pracy utyskiwać na swoją nadwagę. I tam właśnie dostrzegam, w towarzystwie bogini blond, znajomą sylwetkę mężczyzny mojego spierdolonego życia. A uwieszone na mnie dzieci skaczą z radości jak małpy, rozpoznając tak długo nieoglądanego tatę. Tęsknota zaczęła już w nich pomału kipieć – każdego wieczora, gdy próbowałam ukołysać je czytaniem bajek i za diabła nie mogłam, bo ciągle o niego pytały.

No to bach! Mają go! W całej okazałości. Plus blondie w ekstrasie. Wchodzimy, kochani. Jedziemy po bandzie. Ja nie mam z kim zostawić dzieci, żeby wyjść gdziekolwiek, a tu tymczasem taka impreza! Hej, dzieciaki! Macie ochotę się zabawić? Pewnie że mają ochotę. Czemu nie? I idziemy przez knajpę, moje Życie siedzi z miną oniemiałą, Królowa Blondu strzela wzrokiem spod doklejanych rzęs, bez głębszego zrozumienia nadchodzącej katastrofy jej – jakże fajowo zapowiadającego się wieczoru.

A ja mam w dupie ich wieczór, ja się nie mogłam dodzwonić do niego przez dwa tygodnie, ja nie mogę się doczekać kasy na czesne, ja nie mam na buty dla dzieci. I tak, w pełnej krasie nagromadzonej furii, sadzam zachwyconego Igorka na jednym ojcowskim kolanie, rozpromienioną Rozalkę na drugim i zakręcając piruet ulgi, lżejsza o dwadzieścia dziewięć kilo, wychodzę z knajpy, łapię Zetkę do Gdyni i też jadę posłuchać jazzu.

Na żywo.


Fragment powieści w przygotowaniu.

Kliknij w okładkę, aby zamówić Furię Mać!

cover_01_finit

Z nerwów chce mi się płakać, mamo

Mija mnie facet na rowerze z dzieciakiem, po chwili szarpie się z tym rowerem i dzieckiem, bo rozgrzebali ścieżkę, kładąc kanalizację. On pcha ten rower między ogrodzeniem budowlanym a hałdą piachu, nie mieści się, włazi na hałdę, buty całe w błocie.

– Polska, kurwa! – klnie.

Sylwia Kubryńska - WO (4)
fot. Dawid Groński/Agencja Gazeta

Matka pyta, co słychać.

Co słychać? Całe życie próbowałam się tego nauczyć i nie wiem do dziś. Nie wiem, nie mam pojęcia, jak się odpowiada na pytanie: „Co słychać?”. Może to, że zostawiłam Kubę w kinie i przez godzinę paliłam papierosy na zewnątrz? A może to, że kupiłam mu wielką torbę cukierków i twój wnuczek, mamo, twoja krew, potomek polskich katolików, patriotów do szpiku kości, będzie teraz czcił szatana, częstując innych czcicieli szatana cukierkami?

A może po prostu nic nie mówić?

Codziennie rano wypisuję sobie w terminarzu parę słów, które mają wypływać z mojego wnętrza, ze studni mózgu. Przypomina mi to owszem studnię, ale pełną smoły. Gdy już mi się uda wreszcie coś z niej wyłowić, jest to na przykład stary kalosz smutku. Znoszony gumofilc lęku. Strzęp niechęci. I gałgan z dna gardła, supeł na krtani. To właśnie słychać. Pogadamy? Zawijam się w rulon, w naleśnik. Mamo, masz może jakiś dobry przepis na naleśniki? Pogadamy o przepisach kulinarnych. Weźmy na tapetę, na przykład mąkę. Wodę. Dwa jajka. I olej do smażenia naleśników. Olej do smażenia naleśników jest wspaniały. Kupuj olej do smażenia naleśników. Będziesz mi mówiła bardzo długo i nużąco, jak się robi ciasto, a ja się tymczasem zawinę, odetnę się, ucieknę, wyłączę, tylko po to żeby zebrać siły na nowy konflikt. Bo przecież obie doskonale wiemy, że ten sztucznie neutralny temat przeobrazi się za sekundę w wojnę atomową. W końcu i tak się pokłócimy. Jestem pewna, że nawet kiedy zaczniemy rozmawiać o naleśnikach, znajdziemy powód do kłótni. Ja się z matką kłócę nawet przez sen. Przez sen, w którym matka wiesza mi krzyże nad łóżkiem, a ja charczę psami.

Zawsze, za każdym razem okazuje się, że trzeba było wyłączyć telefon. Albo chociaż wyciszyć. Zanim zadzwoni, zanim zapiszczy SMS. Ja nie umiem rozmawiać przez telefon, nie umiem rozmawiać przez SMS, nie umiem rozmawiać przez komunikator. Nie umiem rozmawiać twarzą w twarz. Nie umiem rozmawiać tak, żeby się nie pokłócić. Dokładnie tak samo, jak trzydzieści osiem milionów ludzi w tym kraju.

***

Idę ulicą i przyglądam się twarzom. Zacięte usta, odwrócone oczy. Ludzie nie patrzą sobie w oczy. Ja też odwracam wzrok. Tak mnie wszystko wkurwia, że aż mnie boli. Bolą mnie ramiona, plecy, boli mnie głowa. Boli mnie życie, boli mnie ten tłum na ulicach, tłum z zaciętą miną, jedną, homogeniczną, wielką maską nieprzychylności. Mija mnie facet na rowerze z dzieciakiem, po chwili szarpie się z tym rowerem i dzieckiem, bo rozgrzebali ścieżkę, kładąc kanalizację. On pcha ten rower między ogrodzeniem budowlanym a hałdą piachu, nie mieści się, włazi na hałdę, buty całe w błocie.

– Polska, kurwa! – klnie.

Boli mnie ta Polska, kurwa. Bolą mnie ludzie w windzie, milczący nieznajomi nie mówiący „dzień dobry”. Boli mnie każdy poranek, każdy przedmiot, którego muszę dotknąć. Boli mnie telefon, boli mnie wyświetlacz ze zdjęciem chłopca, którego kiedyś zostawiłam w kinie. Boli mnie ekran, na którym codziennie pojawiają się nazwiska wszystkich osób, z którymi nie mogę, nie chcę, nie umiem rozmawiać. Boli mnie ranking najlepszych książek, wśród których nie ma mojej. Boli mnie Grand Press, którego nigdy nie dostałam, boli mnie każda nagroda, którą dostają inni, a ja jej nigdy nie dostanę. Boli mnie X i boli mnie Y. Boli mnie Fronda i boli mnie Natemat. Boli mnie mama i tata. Moher i leming. I ten język nienawiści obu stron, zaciekłe skakanie sobie do krtani. Bolą mnie oczy od patrzenia w monitor, gdzie wyskakują kolejne wyroki na mnie, na moją wrażliwość, na moją nigdy nie wykiełkowaną radość życia.

Jestem taka zła, jestem taka wściekła, że z nerwów chce mi się płakać, mamo. To słychać.


Fragmenty mojej najnowszej książki Furia mać! Więcej na Wysokie Obcasy

Zamów książkę w promocyjnej cenie:

cover_01_finit

Srawita

Jesteśmy ludźmi, istotami z problemem, ciągle musimy mieć jakiś problem, a dziś ten problem brzmi: jakby tu się wody napić? Jakby  tu się wody napić?!

z10128615Q,plaze--morze--plaza-nudystow--wakacje

 

Niedziela. Jedziemy do hipermarketu na zakupy. Woda się skończyła. Oczywiście. Trzeba znaleźć jakiś sens tego wyjazdu. Wymyślić coś, żeby tak nie siedzieć z mężem w domu, z dzieckiem, ze sobą samą. Trzeba mieć po co z domu wyjść, do samochodu wsiąść i pojechać do centrum handlowego natychmiast, teraz, bo poumieramy. Poumieramy z oczywistego powodu, z pragnienia. Nie przeżyjemy do jutra, padniemy jak muchy, bo przecież człowiek nie może żyć bez wody. Z jakiegoś powodu nie możemy napić się wody z kranu, woda z kranu uchodzi za wodę dla meneli skacowanych nad ranem, dla kloszardów z dworców, na których stoją publiczne pompy wodne, dla handlarzy ruskim złotem, dla córek handlarzy ruskim złotem, które w trudne dni myją się deszczówką i piją wodę z kranu.

Woda z kranu, chociaż idealnie czysta, sprawdzona, kontrolowana, wydobywana spod ziemi, źródlana, mineralna, ona przecież cały czas JEST Z KRANU. Dlatego taka woda jest dla zwierząt, dla kotów z dachu, dla bezdomnych psów taplających się w kałuży. My jesteśmy ludźmi, istotami z problemem, a dziś problem brzmi: jakby się tu wody napić? Jakby się tu wody napić? Żyjemy w nowoczesnym kraju trzeciego świata czwartej rzeczpospolitej, musimy iść daleko do wodopoju, co ja mówię, musimy jechać SAMOCHODEM piętnaście kilometrów do Reala, do Carrefoura, do Piotra i Pawła. I kupić zestaw filtrujący do wody. A kiedy już będziemy mieli te filtry, to one się będą kończyć i wtedy też będziemy organizować nasze plemienne wyprawy po wymienne filtry i znów będziemy mieli ten swój sens. A potem, kiedy już będziemy mieli cały magazyn filtrów na zapas, to jednak przecież co? Mamy siedzieć w domu, z mężem, z dzieckiem i pić wodę? Siedzieć bezczynnie, spokojnie, jak za komuny, za wyłączonego prądu, za czasów jaskiniowych? Siedzieć naprzeciwko i co? I może grać w chińczyka, co? W warcaby? W skojarzenia? Może książkę do ręki weźmiemy? Co?! Mamy dźwignąć taką pustkę, taką prostą rzeczywistość jak konwersacja, jak rozmowa, jak prymitywne, nieskomplikowane czytanie – te wszystkie czynności bez angażowania niczego, bez sprawdzania najlepszych cen na ceneo, bez odpalania silnika naszego nowego auta na kredyt, przez który spać nie możemy? Bez pokonywania kilometrów w korkach, bez tych naszych codziennych ulubionych nerwów za kierownicą? Bez darcia się na dzieciaka, że czegoś mu tam nie kupimy? Bez kłótni z małżonkiem o to, kto zapłaci? Bez szukania wózka, bez szukania monety na wózek, bez stania w kolejce, bez potu pod kurtką, bez obaw, że znów – przy okazji kupienia głupiej wody, wydaliśmy dwieście pięćdziesiąt  i właściwie nie jesteśmy teraz pewni, czy nam do pierwszego starczy?

Bez tej całej szarpaniny!?

Ale skąd, wtedy nasz sens zrobi taką pętlę, pętlę małego absurdu, ale nie aż takiego, bo przecież znajdziemy zaraz wyjaśnienie dla tego małego absurdu i to wyjaśnienie będzie bardzo, bardzo logiczne. To wyjaśnienie będzie miało podstawę w naszej trosce o zdrowie, bo gdzieś w życiu na gorąco, w jakiejś reklamie w TV usłyszymy, że jest jakiś pierwiastek, który reguluje nasz układ odpornościowy nerwowy i on się znajduje tylko i wyłącznie w wodzie SRAWITA i musimy jechać do Kauflandu, do GEANT, do Almy po Srawitę i musimy uzupełnić natychmiast ten pierwiastek, bo przecież nerwy nas tłuką bez przerwy, życie mamy takie nerwowe. Nie to, co człowiek jaskiniowy, który całą zawiłość swojego życia rozplątywał na drodze z jaskini do rzeki i do głowy mu by nie przyszło, że jego potomni będą mieli wodę w domu i mając tę wodę w domu, będą jechać na wyprawy zdobyczne po wodę w plastikowych butelkach. Bo jakby mu przyszło, to i tak byśmy się nie dowiedzieli, bo to strasznie ciężko wyryć na jaskiniowych ścianach, a brzmi w plejstoceńskim narzeczu, jak coś w rodzaju: „kurwa, krejzi”.

(Fragment książki „Furia mać!”)