Przeczytajcie proszę

Zacznę bez ogródek, bez literackich wstępów, prosto z mostu. Wiecie, w jakiej jestem sytuacji? Właśnie dostałam od wydawcy rozliczenie. Według tego rozliczenia za książkę, która jest we wszystkich empikach w całej Polsce, a na Amazonie kosztuje 120 złotych – należy mi się 118 zł. Za pół roku totalnej sprzedaży. Wszędzie. W księgarniach, w internecie, na allegro. Na targach książki. Za granicą. Wszędzie. 118 złotych.

No więc mam takie rozliczenie i co mam dalej z nim robić? Bo skoro takie absurdalne dane dostaje od wydawcy, a Empik mi odmawia informacji, to co? Milczeć? Bo tak mi proponują mądrzy komentatorzy sceny, kurwa, politycznej. Serio uważacie, że to jest OK? Bo ja po prostu nie mam za co żyć.

Ale oczywiście się nie poddaję, zakładam własne wydawnictwo, chcę sama zarabiać. I co się okazuje? Nie tak lekko, droga panno, żyjesz w kraju pieprzonego systemu, w którym rządzą układy, ludzie się o tobie nie dowiedzą i żaden dziennikarz, który jeszcze niedawno tak chętnie z tobą strzelał sobie selfie, teraz cię ze strachu nie zna. Ze strachu, że go z pracy wypieprzą. Tak jak – niedaleko szukać – mnie. Bo mnie wypieprzyli za zbytnią śmiałość w wypowiadaniu poglądów w gazecie, która propaguje wolność w wyrażaniu poglądów. I jeszcze dużo innych rzeczy propaguje, coś w rodzaju kobiecej solidarności i wsparcia. Ładnie to wygląda na obrazku: przejęte losem anonimowych kobiet ze świata, tudzież przejęte losem Marii Skłodowskiej Curie, która dawno już nie żyje i ich pomocy ze swojego wymiaru raczej nie potrzebuje – feministki z krwi i kości, które wypieprzyły z roboty kobietę za głośne powiedzenie, weźcie wy się zastanówcie, aborcja to nie znaczy życie, no więc te feministki walczą dzielnie na swoich kongresach, w hotelach czterogwiazdkowych, na bankietach i w pierwszej klasie pendolino, zwrot kosztów podróży. Mega wyczyn, bohaterstwo. Ale prawdziwym kobietom z krwi i kości, które potrzebują pomocy tu i teraz, boją się nawet dać lajka.

Ostatnio pewien popularny portal przeprowadził ze mną wywiad z okazji 100 lat praw wyborczych kobiet. Trzy godziny, kurwa, tam siedziałam, jeszcze jechałam do nich, a potem na pytanie, czemu wywiad nie poszedł, usłyszałam, że są wybory Miss Word, więc sorry, przegrałam. Jest tu jakaś feministka na sali? Poproszę o komentarz, jak to jest, że wybory Miss (ja to oglądałam, jak miałam siedem lat), są w tym kraju ważniejsze niż sto lat praw kobiet, molestowanie w pracy, temat macierzyństwa, no i fakt, że większość artystów przymiera głodem, bo są koncertowo dymani przez system wydawniczy – bo o tym mówiłam w wywiadzie.

To są bardzo niewygodne informacje, w końcu ktoś komuś daje zarobić, ktoś ma dzięki temu pracę i właściwie to wszystko, bo przecież nie żadne tam bzdury typu: wolność słowa, solidarność kobiet i feminizm.

No więc zmniejsza się mój zasięg, kochani, już nawet na Facebooku jest mnie coraz mniej, tym bardziej, że aktywne agencje – te same, które wysyłają tu na tego bloga swoich hejterów – zgłaszają mój profil do tak zwanych „nadużyć”. I każdy, kto mnie zna, wie, że nie mam skłonności do paranoi, wręcz odwrotnie, nigdy się niczego nie bałam. Po prostu stwierdzam fakt.

Niestety, dziś dopadło mnie to, co mnie dopaść miało, mam już wszystkiego dość, nie mam siły, wezmę te 118 złotych i pójdę kupić flaszkę, a potem po prostu jebnę się w łeb. Cześć.


Jeśli chcesz mi pomóc, wejdź chociaż na tę stronę. Potrzebuję ją pozycjonować, bo jak ktoś wpisuje w google moje nazwisko, to mu się, kurwa, Empik wyświetla.

Koniec feminizmu. Przepraszam, końcówka

Na jednym z kongresów widziałam orbitującą polityczkę z poprzedniej frakcji rządzącej, która skwapliwie strzela sobie selfie z feministkami. Dobrze się to klika, fakt. Tylko jakie przełomowe dokonania w sprawie kobiecej ma ta partia na swoim koncie?

Ostatnio na Facebooku zobaczyłam post pewnej blogerki, która zagrzewa swoje czytelniczki do burzy mózgów w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, czego nienawidzą feministki. Na zachętę podaje: otwierania drzwi, podawania płaszcza, całowania w rękę. Czytelniczki dodają od siebie: komplementów, odsuwania krzesła, no i rzecz jasna… mężczyzn. Przeczytałam wszystko naiwnie myśląc, że znajdę taki problem jak przemoc domowa, molestowanie w pracy, czy szklany sufit. Ale nie. Co innego spędza feministkom sen z powiek. Coś w rodzaju: jak w restauracji zamawiamy dania, to wege podają mnie, a jemu mięso, a to on jest wege. Sorry, przeginka.

Na jednym z kongresów kobiet widziałam orbitującą polityczkę z poprzedniej frakcji rządzącej, która skwapliwie strzela sobie selfie z feministkami. Dobrze się klika, fakt. Tylko jakie przełomowe dokonania w sprawie kobiecej ta partia ma na swoim koncie, to ja nie wiem. Żeby więc nie trafić na politycznego bunia, trzeba było wiać. Ale zanim to zrobiłam, zostałam poinstruowana, jak mam się zwracać do prelegentek, a zwracać się mam koniecznie z żeńskimi końcówkami, nie zapominając, broń Boże o tytułach. Dla przykładu: Anna Kowalska jest z zawodu filologiem, ale ma tytuł doktorski, jest więc doktorem, nie, przepraszam, doktorką. Filolożką. Tak czy siak, jest to szalenie ważne. A więc ta ważna osoba z tytułem doktorki zadaje mi pytanie na scenie, czy zgłębiając eschatologię, zawarłam w swoich książkach profetyzm? Nie wiem. Nie rozumiem. Ale tam, na widowni z pewnością wszystkie kobiety rozumieją. A już na pewno rozumieją te, które mieszkają w Babim Dole pod Kartuzami, w Korszach pod Kętrzynem, i przyszło im do głowy, żeby zainteresować się czymś takim, jak feminizm. Niewątpliwie to, co je najbardziej frapuje w życiu, to jest otwieranie drzwi, podawanie płaszcza, błędnie podane danie wege i żeńska końcówka naukowego tytułu pani filolog. Przepraszam, filololożki.

Chcemy wolnego wyboru! Ale nie całkiem…

Kurwa mać! Kobiety! Zdecydujmy, o co nam chodzi, czy ktoś ma rozporządzać naszym ciałem i czy chcemy, aby każdy Polak miał prawo osądzać nasze wybory! Nie stawajmy w rzędzie z tymi, którzy uzurpują sobie prawo do osądzania, do rozgrzeszania i potępiania, ważąc argumenty, jak bardzo jesteśmy WINNE. Bo zawsze będziemy!

????????????????????????????????????
fot. Marek Ryćko/Gdańsk

Polska jest krajem wybranym. To tu narodził się Bóg, stąd pochodzi jego Matka i Jan Paweł II. Ludzie urodzeni w Polsce są więc pomazańcami bożymi, dlatego każdy co żyw rwie się do roboty nad potępianiem, albo rozgrzeszaniem innych. Roboty mamy huk. Od świtu do nocy każdy Polak dźwiga obowiązek przeprowadzenia osobistego Sądu Ostatecznego nad tysiącem dusz. Mało tego. Bo żeby tylko sam sąd! Żeby tylko proces. To by się raz dwa potępiło jak leci i cześć. Można jeszcze się p trochę oburzać wieczorem, że jak tak można i pójść spokojnie spać. Ale obowiązek osądzania piętrzy obowiązek kolejny i to obowiązek kluczowy! Należy swój wyrok ogłosić światu! Niech wie! To ważne! Czy ktoś postąpił słusznie, czy źle, czy jest święty, czy podły, czy zasłużył na łaskę, czy na powolne męczarnie, czy jego dzieci mają być dumne, czy czeznąć ze wstydu w szkolnych ławkach? Cały kraj drży od tych wieści, świat ich wyczekuje! Bo przecież każdego OSOBIŚCIE obchodzi czyjś grzech. GRZECH! Rzecz z pierwszych stron gazet, brukowy młyn, siła prawicy, Kościoła i rządu. Siła każdego Polaka, każdej Polki, którzy od otwarcia powiek pędzą rozgrzeszać, albo NIE. Raczej NIE. Chyba że to ktoś kościelny, to tak. Proboszczowy na luzie TAK. Pedofilia? No trudno. Zresztą to pewnie dzieciaka wina. Dr. Chazanowi? Luz. 500 skrobanek? Nie czepiajcie się. Przecież ŻAŁUJE. Jak ktoś żałuje, to jednak Polak daje mu szansę. Gorzej, jak nie żałuje. Nie żałujesz? Kurwa, szmata, giń. Nie żałujesz Natalio? My cię urządzimy. Tak cię urządzimy za tego DZIDZIUSIA, co jeszcze nawet mózgu nie miał i nic nie czuł i wyglądał jak krewetka, bo nawet jeszcze nie jak żelek Haribo, tak cię urządzimy, że twoje narodzone dzieci, co już mają mózg i czują wszystko, będą miały piekło na tej Ziemi. My. Polacy. Polki. Pomazańcy Boży.

Kobiety. Strażniczki patriarchatu, kościelnego porządku. Wyszły na ulicę, żeby walczyć o wybór. Każdy chce mieć wybór, zwłaszcza gdy jest prawie Bogiem. Ale prawie Bóg ma przecież obowiązek potępić kogoś, kto wyboru dokonał. Musi wypunktować niegodziwość powodów, które do WOLNEGO wyboru kogoś skłoniły.

Zapytałam wczoraj kobiety, co by zrobiły, gdyby obecna ustawa antyaborcyjna jednak została zaostrzona? Usłyszałam potężny sprzeciw i ryk syren. Tylko że obecna ustawa to fikcja. Nie ma możliwości przeprowadzenia legalnej aborcji w Polsce. W szpitalach stanął mur pod tytułem „klauzula sumienia”. Kobieta w ciąży bez względu na powód może pożegnać się z własnym prawem. Tak jest i to od dawna. Czarny Protest został wykpiony, a my dałyśmy się wkręcić. Bo walcząc o wycofanie projektu radykalizacji ustawy, pokazałyśmy, że wierzymy w tę fikcję. To bujda na resorach, drogie panie. Martwe prawo, z którego śmieje się cała prawica widząc, jak się dziś miotamy, nie wiedząc do końca, o co nam chodzi. Bo o co nam właściwie chodzi? O wolność? Solidarność? – Nie o taki wybór walczyłyśmy! – wołają członkinie Czarnego Protestu, nawiązując do wyznania Natalii Przybysz. A o jaki? Jaki jest wolny wybór, gdy nie jest wolnym wyborem?

Wczoraj dość dużo energii i czasu na Czarnym Proteście w Gdańsku zostało poświęcone kwestii logo Solidarności, komu wolno, komu nie wolno go używać. No i że jest źle. Tak ogólnie, bo kobiety mają gorzej. Że nie ma edukacji seksualnej. I znów że logo.

Kurwa mać! Kobiety! Obudźmy się, bo nic z tego nie będzie! Zdecydujmy, o co nam chodzi, czy ktoś ma rozporządzać naszym ciałem i czy chcemy, aby każdy Polak miał prawo osądzać nasze wybory! Przestańmy pieprzyć, że nie takie argumenty, nie o to chodzi, nie o mieszkanie, nie o półki, nie o  tamto, nie o sramto! Nie stawajmy w rzędzie z tymi, którzy uzurpują sobie prawo do osądzania nas, do rozgrzeszania i potępiania, ważąc argumenty, jak bardzo jesteśmy WINNE. Bo zawsze będziemy!

Chcemy wolnego wyboru? Jesteśmy solidarne? Walczymy o siebie? Wybór (jeszcze) należy do nas.

Nutella

  • Gdzie Nutella?!
  • Schowałem!
  • Myślisz, że bez ciebie nie znajdę? Myślisz, że jestem kobietą zależną od mężczyzny?!
  • Ależ skąd! Myślę, że jesteś kobietą, która się nawpieprza Nutelli niezależnie od mężczyzny. Myślę, że jesteś prawdziwą feminutellistką.

Kobieta (nie)skończenie doskonała

Wieki, pokolenia niesprawiedliwości i co? Dwudziesty pierwszy wiek, feminizm, walka i co? I idziesz do kuchni z miną zaciętą, bierzesz garnek i strugasz ziemniaki

1149044_10200527491931514_933542343_n

Wracasz z pracy, on wraca z pracy, zderzacie się w drzwiach, a on pyta:

– Co na obiad?

No i oczywiście szlag cię trafia, bo jak to: co na obiad?! Kiedy, gdzie miałaś go upichcić? W biurze, na klawiaturze?! A może po drodze, w tramwaju, na światłach? Z dzieckiem na kolanach, w przedszkolu, w szkole, na wywiadówce? Z dwóch dań złożony, zupa krem, z ptysiami, zestaw surówek i rolada? Plus przystawki może? Deser piętrowy? Jezu, jesteś taka zmęczona, padasz na twarz, a on: co na obiad?! Matka go rozpieściła, przysięgam, masz ochotę zabić jego razem z mamuśką, babką i całą zgrają ciotek, które się nad nim trzęsły całe życie, które mu frykasy pod nos podstawiały, a na koniec wypuściły z wyłożonego puchem gniazda, żeby teraz bezczelnie, roszczeniowo zadawał takie pytania! Żeby wyskakiwał z czymś takim, kiedy przecież jesteś styrana, tak samo jak on, albo i może nawet bardziej! Żeby w swoim nieskończonym egoizmie zawarł cały szowinizm i patriarchat, i ani krzty empatii!

Wieki, pokolenia pieprzonej niesprawiedliwości i co? Dwudziesty pierwszy wiek, feminizm, walka i co? I co?! I idziesz do kuchni z miną zaciętą, bierzesz garnek i strugasz ziemniaki. I tylko po głowie tłucze ci się tamta chwila, którą nie wiadomo czemu tak dobrze zapamiętałaś, tamten moment, w którym ojciec powiedział, że ta kobieta, która go kręci, kobieta idealna, kobieta NIESKOŃCZENIE doskonała – wcale nie zajmuje się struganiem kartofli!

O Boże, ile w tobie żalu, ile w tobie złości, gdy masz ochotę zadzwonić do ojca i wydrzeć się do słuchawki: – To dlaczego mi kazałeś strugać kartofle?! To dlaczego wychowałeś mnie na kobietę SKOŃCZENIE niedoskonałą?!

Ale nie dzwonisz, nic nie mówisz, nie krzyczysz, masz minę zaciętą i robisz obiad. Twój bunt jest ZA MAŁY, żeby pokonał poczucie winy, poczucie obowiązku, no bo faktycznie, kurwa, co na obiad?! To twoja działka, twój kawałek życia. Twoje królestwo kartoflane, odziedziczone po matce, która też strugała kartofle, bo ON pytał: co na obiad, a jak się okazało, niestety w ogóle go to nie kręciło.

Ale gdzieś w głowie tłucze się też druga myśl. Tylko jakoś przez całe życie nie dałaś jej dojść do głosu. Przez całe życie udaje ci się ją stłumić. Choć coś niepokoi, coś drapie i uwiera. Bo tak naprawdę, co było w tym pytaniu. Szowinizm? Roszczenia? Naprawdę? Naprawdę! Ty to usłyszałaś, ty to wiesz, ty nie dasz sobie teraz wmówić, bo przecież w twojej krwi płynie ten kompleks, ta nadinterpretacja. To poczucie, że jedno, krótkie rzeczowe pytanie ma wywołać zryw i działanie. Bo: „co na obiad” oznacza, że MA BYĆ OBIAD! I to twoje DNA z matki, babki, ojca i siedmiu ciotek, to powinowactwo służalcze i przekonanie, że musisz wszystko, że to twój obowiązek, że, heloł, tu ktoś jest głodny! – to nie pozwoli ci się na przykład zatrzymać. Na przykład nie gnać do lodówki. Nie chwytać, na przykład, za garnek. Nie robić zaciętej miny. Nie strugać kartofli wcale. Nic nie robić. Tylko zapytać:

– A co proponujesz?

————————————————————————————-

Tekst jest fragmentem książki „Kobieta dość doskonała”. Książka ma wyjść 7 października.

Kobieta_okladka wstepna kopia

Jak Polacy traktują swoje kobiety?

Dobry traktuje kobietę dobrze, a zły źle. Jeśli zatem kobieta trafi do dobrego Polaka, ma szczęście

UbojniaDrobiu_reklamamodelka (1)
Trudno powiedzieć, czy ta kobieta ma szczęście. Nie jest to wolny wybieg, no i ten ubój…

Dziś byłam świadkiem rozmowy, która zaczęła się od tematu „jak muzułmanie traktują swoje kobiety?”. Temat zdawałoby się – mucha nie siada. Zwłaszcza, że rozmówcom wyraźnie zależało na tym, by ewentualne złe traktowanie kobiet przez muzułmanów napiętnować. Ale, ale, ktoś zaraz powiedział. Nie samymi muzułmanami człowiek żyje. Ustalmy jak inne narody traktują swoje kobiety. Wątek ten zacny, ktoś nawet stwierdził że feministyczny, pruł jak wartka rzeka przez wszystkie muzułmańskie kraje, aż po lądy islamem nieskażone, po cały świat.  I tak rozmowa zawędrowała od Turcji przez Tunezję i Egipt, by wylądować na starym kontynencie amerykańskim, bo ktoś zabłysnął przeczytaną gdzieś rewelacją, że ze wszystkich narodowości to chyba Indianie najlepiej traktowali swoje kobiety. Z wigwamów sprawa nieoczekiwanie wylądowała w Europie środkowej, bo jakiś rozmówca stwierdził, że zamiast szukać po świecie, powinniśmy przecież przyjrzeć się samym sobie i zastanowić się, jak to robią Polacy?

I tu towarzystwo prychnęło jak jeden mąż. Bo wiadomo jak Polacy traktują kobiety. He, He, He.

Polacy mianowicie traktują kobiety różnie, nie zawsze fajnie, może też nie tak najgorzej, zależy od Polaka. Wszyscy się zgadzają, co do tego, że dobry i mądry Polak traktuje kobietę dobrze. A zły i głupi: źle. Szczęście ma zatem kobieta, która trafi do dobrego Polaka.

Zastanawiam się, czy powinnam w ogóle napisać jakiś komentarz do tej „feministycznej” dysputy. Być może powinnam, skoro usłyszałam tę rozmowę w dwudziestym pierwszym wieku, w środku Europy i wśród wykształconych ludzi. Być może powinnam, skoro sformułowanie o „traktowaniu kobiet” przewala się wciąż po naszym codziennym języku. No faktycznie powinnam, jeśli posłowie partii reprezentującej nasze społeczeństwo, mówią, że czasem trzeba „sprowadzić kobietę na ziemię” i „nie pozwalać jej na zbyt wiele”.

Ale co ja mogę jako kobieta? Nie Polak ani Turek? Nie ten, od którego coś zależy? Co ja mogę? Najwyżej mogę mieć prośbę. Bądźcie dobrymi Polakami i traktujcie dobrze swoje kobiety. Oraz psy.

Jestem morderczynią

Ktoś wsadził cię do worka i wyrzucił na śmietnik jak miałeś trzy dni. Powiedziałam, że chętnie cię przygarnę. Zapytał: – Co zamierzasz z nim robić? – To oczywiste – odparłam. – Zabić i zjeść.

1016870_473486329407888_501403408_n

Zabiję. Muszę zabić. Kipi we mnie morderstwo, gotuje się we mnie śmierć. Nieodwołalne stają się moje codzienne przekleństwa za kierownicą. Iszczą się wszystkie groźby wobec świata. Wnioski, że ochrona życia i zdrowia zgwałconego dziecka, że opieka medyczna (nie katolicka) to zabójstwo, jednak zobowiązują. Rzecz jasna, do rzeczonego zabójstwa. Tak mnie to wkurwia, że nie mam wyjścia. Inna rzecz, że po wpisie o „Świętym gwałcie” dostałam maila, w którym nazwano mnie morderczynią. Sami widzicie. Morderstwo wisi w powietrzu, wnika w moje nozdrza, smak krwi spienionej wrze na moich zębach. Biorę karabin i strzelam.

Najpierw do kota. Kota muszę zabić, mam wobec niego ten dług od lat pięciu z okładem. Tyle razy mówiłam mu, że zginie z mojej ręki, tyle razy przysięgałam, że to ostatni jego parszywy dzień, w którym wlazł na mój blat kuchenny, do mojego łóżka i na mój świeżo uprany szlafrok. Moja nienawiść nie może sczeznąć na pogróżkach. Dlatego przykro mi (a właściwie w ogóle nie jest mi przykro, wręcz odwrotnie, bardzo mi nie-przykro), zginiesz, zabiję cię, zastrzelę, zadźgam, uduszę. Wykończę cię, wyniszczę. Moralnie zetrę na proch. Na miał, sierść wyliniałą, dywanik pod stopy, okład na korzonki, wypchane trofeum w wiatrołapie.

Pamiętasz, jak mi zjadłeś łososia? Z Biedronki? Za szesnaście dziewięćdziesiąt pół kilo, trzydzieści z hakiem kilogram?! Ten łosoś, padalcu, stanie ci ością w twoim zachłannym gardle! Ten łosoś będzie twoją fugu, rybą zagładą, śmiertelnym daniem! To twój pierwszy i ostatni łosoś w twoim parchatym życiu! To pierwsze i ostatnie szesnaście dziewięćdziesiąt, jakie mi podstępnie rąbnąłeś! Pamiętasz, jak mi zasrałeś dywan, jak mi obsikałeś fartuszek z kaszubskim haftem, jak podrapałeś sofę skórzaną z Ikei, jak wylizałeś masło?! A pamiętasz kreta? Wywróconą do góry korzeniem darń w moim ogrodzie i twoje leniwe, ba! pogardliwe spojrzenia z tarasu w kierunku rozbrykanego gryzonia? Twój emocjonalny ugór, gdy szkodnik rył pod hortensjami, pnącą różą, a nawet bezbronnym przebiśniegiem – pamiętasz? Cały trawnik strzyżony w znoju przez osiem sezonów skończył przez ciebie pod ziemią. Teraz ty skończysz pod ziemią! Teraz ciebie wywrócę na lewą stronę!

Wiesz, skąd się wziąłeś? Jakiś nawiedzony przyjaciel zwierząt dał kiedyś ogłoszenie do gazety, że ma o jednego małego rudego kota za dużo, bo cię znalazł, ścierwo trzydniowe, na śmietniku. Ktoś wyrzucił cię w worku. Na pewną zgubę, śmierć głodową, wymarznięcie. Odpisałam, że chętnie kota przygarnę. A on, durnowato:

– A co zamierzasz z nim robić?

– To oczywiste – odparłam. – Zabić. I zjeść.

Człowiek ów stwierdził, że pyszny jest to żart, że właśnie w moje ręce warto cię oddać, że właśnie ja swoim czarnym humorem stanowię dla takiej kociej znajdy jak ty, satysfakcję. I z miejsca mi cię przywiózł. Błąd. Błąd po stokroć! Bo od tamtej pory moje życie leży w gruzach. Ja nie jem kotów, za to kot je mojego łososia. Ale wszystko ma swój czas. Najwyższa pora wprowadzić w życie pierwotną obietnicę.

Dlatego zginiesz. Ale zanim zginiesz, przekaż wszystkim kotom, żeby nawet nie próbowali podchodzić do miski po twojej śmierci. Jeśli jakakolwiek przybłęda wlezie na teren mojej działki, zmiecie go z powierzchni ziemi napalm feministycznej nienawiści. Psom też przekaż. I muchom. Wszystkim przekaż. Ale przede wszystkim przekaż Terlikowskiemu, Chazanowi i innym zacietrzewionym obrońcom zygot, duszków nienarodzonych, mglistych planów Pana. Nie zapomnij o nadawcy maila wiadomej treści. Ma rację. Jestem morderczynią. Zabijam iluzję dobra. Zabijam pozór. Przebijam mydlaną bańkę miłosierdzia dla bajkowych stworków zza świata. Nie mam dla nich litości. Nie mam nawet dla nich czasu. Muszę zająć się (co za nuda!) tymi, co się już narodzili.