Tagged: facet

Gdzie ci mężczyźni?

Po co wy na tę siłownię chodzicie, kiedy w mózgu macie watę? Żeby szpanować muskulaturą, a jak przyjdzie co do czego wiać jak zające? A może, tak jak nasz „bohater”, żeby grozić słabszym?

Na moim osiedlu jest sklep spożywczy marki Lewiatan, a nad nim wielka, nowoczesna siłownia z drinkami wysokobiałkowymi i opcją fitness. Sama tam kiedyś chodziłam, kiedy jeszcze nie wiedziałam na co pieniądze wydawać i że dookoła osiedla są lasy. W lasach można pojeździć na rowerze, pobiegać, różne takie, a wszystko za darmo, żadne karnety sto trzydzieści miesięcznie nie obowiązują. Mniejsza z tym. Wróćmy do sklepu spożywczego, bo tam dzieje się dzisiejsza akcja.

Otóż stoję w kolejce, przede mną facet w sile wieku, nieco starszy ode mnie, lekko zawiany mozolnie kupuje browary. Mozolnie, bo tu coś zagada, tu popatrzy, tu się nachyli, a tam jeszcze coś sprawdzi po kieszeniach, znów zapomni, że miał zapłacić, a jak zapłacić to ile. Znacie te zawieszki po alkoholu, kto tego w Polsce nie zna. No więc on tak zamula tempo obsługi, że ekspedientka już nieco zniecierpliwiona daje mu znaki, ale jak świat światem, nie ma faceta na świecie, który by znaki czytał. Facetowi trzeba jasne i proste komunikaty wysyłać, a i to, jak się okazuje, nie gwarantuje sukcesu.

Żeby dopełnić opowieść, muszę zaznaczyć, że kolejka była spora, za mną jakieś pięć chłopa, prosto ze wspomnianej siłowni, jeszcze z torbami dresy na zmianę, jeszcze spoceni, jeszcze im testosteron pod skórą kipi. No i tak stoimy, a delikwent ma ten swój mały zakupowy melanż, podrywa ekspedientkę, zagaduje, rozwleka, tkwi, przelicza, browary to pakuje do siatki, to z niej wyjmuje, czas się w jego wymiarze zatrzymał. W końcu sklepowa nie wytrzymuje i mówi grzecznie, proszę pana, tu się ludzie spieszą, tu nie wyszynk, o proszę, pani się niecierpliwi.

I ten na mnie.

Wzrok mętny, ale zaczepny. Ja podnoszę brwi do góry, owszem, poszłabym sobie już stąd, mam swoje plany, niekoniecznie chcę spędzić wieczór w kolejce, w tym towarzystwie, także ten. Ale on dalej zaczepnie na mnie patrzy, wzrokiem mętnym świdruje i nagle do mnie:

–  CO?!

– No nic, po prostu się śpieszę.

– I co?! A JA TAKI JESTEM!

On taki jest, sorry, a jak mi się nie podoba, to… – I tu groźnie zaciska pięść, a mnie się robi słabo, bo zauważmy, że ja mam jakieś niecałe sześćdziesiąt kilo wagi i wzrostu też niewiele więcej. Ale objaśniam mu, że niech sobie będzie jaki chce, spoko, tylko nie wszyscy muszą to zaraz akceptować.  Tu pięść zaciśnięta wędruje wysoko, zawisa nade mną i wisi groźnie, a on ściąga brwi i naprawdę jest mi teraz bardzo słabo, naprawdę się boję, naprawdę zaczynam się w środku cała trząść. A towarzystwo z siłowni nic, milczy, stoi, wzrokiem gdzieś po ścianach rzuca.

Wyjdę z tego sklepu, czy nie wyjdę? A jak wyjdę, to czy za rogiem nie dostanę fangi? Rowerem jestem, ten mnie z roweru zwali, skopie, a mnie przecież nikt, jak okiem sięgnąć, nie obroni. Niby pełno ludzi a pustynia. Niby pełno silnych młodych mężczyzn, a kobieta bezbronna zostaje sama na polu walki.

Wiecie, co to strach? Taki prawdziwy, taki surowy, który powstaje w zderzeniu z chamstwem podlanym alkoholem, wyrzezanym z człowieczeństwa? Kiedy mężczyzna podnosi zaciśniętą pięść na kobietę tylko dlatego, że ona się nim nie zachwyca? A wiecie, co to bezsilność? Wobec tej obojętności, czy może też: strachu, bo co ci panowie mieli wówczas w głowach? Sytuacja była wyraźna, nie było można jej nie zauważyć. Facet podniósł na mnie głos, pięścią groził, wszyscy widzieli. I nikt nic nie zrobił. Nikt nic nie powiedział, nie zareagował, nie odgonił agresora, nie zwrócił mu uwagi, nie stanął w mojej obronie.

W końcu poszedł. I ja wyszłam po chwili, rozejrzałam się ostrożnie, wsiadłam na rower i uciekłam. Panowie kupili swoje dietetyczne napoje energetyzujące i też odjechali. Jednego nawet widziałam, szedł szybkim krokiem, chował wzrok ze wstydu. Nie dziwię się. Kryzys męskości w rozkwicie. Mięśnie rozbudowane,  a w mózgu wata. Po co wy na tę siłownię chodzicie? Żeby rysunkiem muskulatury szpanować, a jak przyjdzie co do czego wiać jak zające? A może, tak jak ten nasz „bohater”, żeby grozić słabszym? Bo akurat to by statystyki o przemocy domowej potwierdzały, drodzy siłacze. Prawda jest jednak taka, że siła nie tkwi w mięśniach, ale w głowie. Tam się rozstrzyga kwestia, kto jest mężczyzną, a kto zwykłym fiutem. Niestety, w Polsce rozwój mózgu nie jest zbyt popularny. Pozostają siłownie dla schowanych pod zwalistą konstrukcją mięśni, zwykłych fiutów.

Miasto bez kobiet

Pamiętajcie dziewczyny. Nie kupujcie facetom sukienek z frędzlami. Nie będą nosić. Jak facetowi się nie podoba, to nie założy. Tacy są faceci

00070mWchodzę do sklepu odzieżowego w małym kaszubskim miasteczku. Wchodzę do butiku, rozglądam się, przy wieszakach jakaś młoda dziewczyna zachwyca się sukienką z frędzlami.

– Ja tak lubię te frędzle, tak mi się to podoba, tylko mojemu się nie podoba.

– A.

– Nie podoba mu się, mówi: nie mogę na to patrzeć! – wyjaśnia ekspedientce dziewczyna i dalej kwili. A może lepiej go przyprowadzi, może go przekona? Sprzedawczyni skwapliwie popiera pomysł, dziewczyna się zbiera do wyjścia, ale jakby z góry wiedziała, że to nic nie da, jeszcze wraca dotknąć kiecki.

– Tak mi się podoba, tak bym chciała…

– No ale co zrobić – melancholijnie wzdycha sprzedawczyni.

– No właśnie. Już mu nieraz mówiłam, ale on jest uparty.

– No mój też nie lubi tych frędzli. Też chciałam wziąć, ale nie mogę.

– Tacy są faceci.

Pamiętajcie dziewczyny. Tacy są faceci. Faceci nie lubią frędzli. Może same frędzle lubią – jak widać na poglądowym zdjęciu – ale sukienek z frędzlami już nie. Nie kupujcie  więc sukienek z frędzlami, nie będą nosić! Jak facetowi się nie podoba, to nie założy. Nie może nawet patrzeć! Mąż ekspedientki też nie może. Całe szczęście, że nie wzięła, bo przecież już chciała wziąć.

Czy co? Czy to może ona ma zakładać tę kieckę? Skądże! Bo jak ona by miała ją zakładać, to wszystko byłoby super, bo jej się podoba i to bardzo. Nie byłoby problemu. A przecież jest i to duży.

Zapamiętuję tę lekcję, w życiu mężczyźnie nie kupię kiecki z frędzlami. Dobrze jest czasem wyjść do ludzi, czegoś się nauczyć. Idę więc dalej po zakupy, tym razem na obiad, sklep z wędliną prosto ze wsi. Staję w kolejce, kolejka poważna, w kolejce same kobiety. Patrzę na asortyment i widzę kiełbasę kaszubską za piętnaście złotych. Cena wydaje mi się niska, zaczepiam więc klientkę i pytam, czy kiełbasa jest dobra.

– Dobra ta kaszubska?

– Mężowi smakuje!

W pierwszym momencie jestem oszołomiona, bo tyle informacji na raz po jednym pytaniu nikt się nie spodziewa! Człowiek pyta, czy kiełbasa dobra, a tu łup, że ona ma męża, łup! – że mąż lubi kiełbasę, łup! – siedzi z kiełbasą na kanapie i zajada ze smakiem. Łup! Łup! Łup! Zaraz, zaraz, ale ja nie pytałam o męża żadnego, nic mnie żaden mąż nie obchodzi, ja nawet nie chcę wiedzieć, nie chcę go widzieć z tą kiełbasą (i piwem?) na kanapie, nie chcę wizualizować sobie, czy ma brzuch, do którego tę kiełbasę wciska, czy mu smakuje, czy się oblizuje, czy nie ma gazów, czy żonę po następne pęta wysyła.

Ale już wiem, a czego się człowiek dowiedział, tego się już nie oddowie. Jest facet, jest kiełbasa, żony rzecz jasna, nie ma. Nie ma ani jej, ani żadnych innych kobiet, bo przecież gdyby były, to by czuły smak, to by nosiły, co lubią, to by oddychały własnym powietrzem. Jakby były, to by żyły swoim życiem, nie składały by się z dopasowań, przypodobań, usłużności i stania w kolejkach po mięso dla mężów. Jak by były, to by mogły kupić facetowi kiełbasę, ale na pytanie, czy dobra – odpowiedziałyby własną opinią. Bo przecież by wiedziały, czy dobra. Tamta nie wie.

Nie mówicie mi, że jest wegetarianką, bo nie jest! Nie jest, bo kupiła całą torbę mięsiwa, nie wierzę, że ten brzuchaty facet sam tak daje czadu.  Musiałby być wagonem mężów, a przecież ona mówi o jednym.

– Mężowi smakuje!

Mężowi smakuje i to jest proszę państwa ten ton, którym się człowiek powołuje na największe autorytety. I ona łup, z grubej rury tym mężem mi odpala. No pewnie, że dobra, mężowi smakuje! A skoro mężowi smakuje, to musi smakować i jej, choć ona tego nie wie, ona wiedzieć tego nie może, a nawet gdyby wiedziała, to nie będzie się tak tu ze sobą wyrywać, bo kogo interesuje, że ona coś tam, skoro jej nie ma…?

Facet kontra fajlus*

Polska kobieta dobrze wie, że jej facet jest rozpieszczonym nieudacznikiem, trawi czas na grach playstation i wygląda jak ostatnia łajza, ale ma jedną zaletę…

Samotne wieczory kuszą kanapą i telewizorem, tudzież perspektywą leniwego przewracania się po puchatym dywanie. Dzięki temu można obejrzeć jakieś dwa tuziny amerykańskich filmów z gatunku komedia romantyczna i dowiedzieć się zdumiewających rzeczy o relacjach damsko-męskich w wielkim świecie.

Otóż, kochani, w świecie nowoczesnych związków jest na ogół tak, że jeśli dany facet jest, pozwolę sobie użyć takiego określenia, zapuszczonym fajlusem przyklejonym (nomen omen) do telewizora, względnie do playstation, a najczęściej do komputera, to sprawy mają się następująco. Fajlus przez jakiś czas tkwi w pasożytniczej symbiozie z partnerką, która na niego tyra, która go karmi, która go zabawia, która wreszcie ma po dziurki w nosie tej sytuacji, wobec czego z łagodną furią rzuca mu klucze na zapaćkany pizzą stolik i z dumą odchodzi. Zszokowany fajlus bierze się wówczas w garść, sprzedaje na eBay-u playstation, zaczyna biegać, chodzić na siłownię, pisać, dostaje nagrodę, wreszcie zostaje sławnym pisarzem, kobiety na jego widok mdleją, a przyglądająca się z daleka efektom swojej decyzji eks-partnerka z zadowoleniem rozpatruje ewentualność powrotu do fajlusa, który już dawno fajlusem nie jest.

Tak się dzieje na świecie, ale zupełnie inaczej sprawy mają się w Polsce. W naszym kraju żadna partnerka żadnego fajlusa nie opuści. Owszem, podczas gdy on w najlepsze będzie tkwił przy konsoli, będzie upatrywał sens życia w zabijaniu nieistniejących potworów,  pod poplamioną koszulą będzie hodował wypełniony piwem brzuch, będzie dla niej niemiły, będzie ją oszukiwał i lekceważył – ona tego stanu rzeczy nie ośmieli się zmienić. Polska kobieta załaduje sobie fajlusa razem ze wszystkimi jego potworami na plecy, do tego dorzuci dwójkę trojaczków, dziecięcy rowerek, pracę na dwie zmiany i dźwigając to wszystko przez życie, zdąży jeszcze kupić kilka przyzwoitych koszul dla męża fajlusa. Polska kobieta będzie z pokorą taszczyć swój krzyż, bo choć polska kobieta dobrze wie, że jej facet to rozpieszczony nieudacznik i wygląda jak ostatnia łajza, musi przyznać, że ma jedną podstawową zaletę:

JEST.

O ile faktycznie ostatnio w świadomości młodych przebojowych babek coś drgnęło, statystyczna Kowalska musi się jeszcze sporo nadźwigać, by wreszcie zauważyć w facetach potencjał innej niezwykłej zalety. Ta druga zaleta jest szczelnie ukryta, a jej stwierdzenie wymaga przejścia w odmienny stan świadomości, co przecież nie dzieje się tak hop siup. Dlatego kobieta musi przebrnąć przez wszystkie obowiązki życia: macierzyństwo, małżeństwo, pranie, sprzątanie, gotowanie, prasowanie, gnieżdżenie się na wspólnym łóżku i diabli wiedzą co jeszcze. Przy okazji, czy ktoś może mi wyjaśnić, czemu ludzie uparli się na to spanie w jednym łóżku? Jak to się dzieje, że szukamy sobie coraz większych apartamentów, organizujemy sobie coraz przestronniejszą przestrzeń do codziennego życia, budujemy ogromne domy, by pod koniec dnia zalec niby ryba w konserwie pod jedną kołdrą z chrapiącym partnerem? Wszak najbardziej interesujące rzeczy w związku nie dzieją się podczas snu, a na czas spania znalazłoby się chyba w naszym mieszkaniu metr dwadzieścia na drugie łóżko?

Wracam jednak do tej drugiej zalety u facetów, bo ona jest naprawdę niezła. Jest jak kamień filozoficzny. Zamienia naszego ciastowatego fajlusa w szlachetne złoto. A odkrycie tej cechy gwarantuje nam miłość najlepszą z możliwych – miłość do samej siebie. Owszem, trzeba oddać fajlusowi cześć. Trzeba mu przyznać, taki facet ma to do siebie, że faktycznie JEST. Ale uwierzcie, to tylko namiastka szczęścia.

Najlepszy jest bowiem facet, którego NIE MA.

Rozumiem, że to może wydawać się szokujące. I owszem, kobieta na początku trochę histeryzuje, nie chce się z tym zgodzić. Z czasem zaczyna jednak doceniać takiego faceta. Coraz częściej o nim myśli. Zaczyna tęsknić! I wreszcie nim się zachwyca.  A potem już za żadne skarby nie chce go stracić. Facet, którego nie ma, jest bowiem doskonały. Nie ma żadnych wad.  Nie siedzi przy konsoli, nie chłepce piwa, nie obraża, nie czepia się, nie krytykuje. Niczego nie wymaga, o nic nie pyta. Nie jest głodny, nie hałasuje, nie beka i nie chrapie. Wcale nie jest gruby. Nie jest też łysy. Nie podnosi deski klozetowej, a w związku z tym w ogóle nie zapomina jej opuścić. Nie rozrzuca skarpetek. Nie wraca po nocy, nie wychodzi w dzień. Nie zdradza! Nie pyta, co na obiad. Nie ma żadnych wkurzających kolegów. Nie ogląda meczów. Za to zupełnie bez żadnego sarkania pozwala obejrzeć dwa tuziny komedii romantycznych pod rząd.

Nic nie zastąpi faceta, którego NIE MA.

—————————————————————————————–

Fajlus – określenie wynikające z połączenia dwóch, mających tu szczególne znaczenie słów: Fajtłapa i Fallus.

5facet

Facet JEST

Faceta NIE MA

Mężczyźni są z Marsa, a kobiety są z gruntu. Złe

Żaden mężczyzna nie ma brzucha

Facetowi NIE PRZESZKADZA podniesiona deska klozetowa, więc o co robić raban?

Całe dzieciństwo jakoś się przekolebałam w dobrych relacjach z płcią przeciwną, ściśle z płcią zupełnie odmienną (nie napiszę, że brzydszą, bo i tak się już naraziłam). No więc, nie powiem, było całkiem zabawnie. Lubiliśmy się, pożyczaliśmy sobie temperówki, graliśmy w piłkę nożną, zbudowaliśmy klub na strychu. Potem, na studiach, pędziliśmy sobie bimber, chodziliśmy na piwo, słuchaliśmy płyt i, co tu narzekać, nie było aż tak źle. Zwykłam myśleć, że chłopcy są całkiem w porządku, że w przeciwieństwie do dziewczynek nie wykazują skłonności do nabzdyczenia, a jak się dobrze trafi, to z takim chłopcem można ukraść kilka przysłowiowych koni.

Tu należałoby wspomnieć Krzysztofa K., inicjatora i głównego organizatora wyścigów ślimaków (z braku konia i ślimak dobry), który widząc mój niepohamowany apetyt, postanowił w trzeciej klasie podstawówki robić mi kanapki do szkoły. I robił!

Warto przywołać także wspomnienie Pawła S., wielbiciela tubifeksów, który przekonany o ich obecności pod skorupą lodu, w środku zimy urządzał imprezy na środku Jeziora Kortowskiego. Do dziś nie pojmuję, jakim cudem przeżyliśmy. W każdym razie – wszystko było ok.

Ale któregoś dnia dorosłam. I zaczęłam pisać. Na przykład o relacjach międzyludzkich. O wadach i zaletach obu płci (przysięgam, niejednej babie dokopałam). Ale gdy zaczęłam pisać, moje stosunki z mężczyznami się zmieniły. I nie chodzi tu bynajmniej o stosunki cielesne, ale relacje mentalne. Emocjonalne. Życiowe.  Moje pisanie, niczym klin, wbiło się między mną a mężczyzną i rozłupał naszą przyjaźń. Ściśle – faceci wpadli w furię. Bo, wybaczcie, żarty z anonsów panów na portalach erotycznych? Żarty z  impotencji? Żarty z otłuszczonych torsów plażowiczów? Żarty z dominacji? Z szowinizmu? Z żądzy władzy? Z przekonania o swojej wyjątkowości, z bycia pępkiem świata? Z braku samokrytycyzmu?

I tak, z całkiem przyjemnej blond trzpiotki zmieniłam się w brzydką, tłustą feministkę, przekuwającą swoją frustrację w pseudo literaturę, a problem polega na tym, że żaden facet mnie nigdy nie zechce, bo przecież jestem brzydką i tłustą feministką. Wszystko skiepściło się do tego stopnia, że – by ratować resztki swojej pozycji w poukładanym świecie – muszę odszczekać to co napisałam.

Tak więc odszczekuję i przyznaję, że:

  1. Mężczyźni, owszem, są z Marsa, ale kobiety są z Ziemi, a nawet z gruntu. Złe.
  2. Jeśli jednak kobieta będzie miła – facet, owszem, zabierze ją na orbitę, żeby sobie zobaczyła gwiazdy. A potem może nawet kupi jej mikser.
  3. Kobieta z racji punktu powyższego MUSI być miła, bo jak nie jest miła to normalnie,  sorry. Znaczy: lesba.
  4. Jak świat światem żadnemu facetowi NIE PRZESZKADZA podniesiona deska klozetowa, więc o co robić raban?
  5. Faceci są ogólnie rozkoszni. Jak dzieci. Dlatego pozostają tacy (jak dzieci) do końca życia. Nie muszą odnosić po sobie talerza, wycierać butów ani składać skarpetek.
  6. Żaden mężczyzna nie ma brzucha. Ani tym bardziej, cycków. Dlatego może sobie chodzić z gołym torsem po mieście, podczas gdy, umówmy się, kobieta powinna się jednak zakryć. (Jeśli mężczyzna ma ochotę popatrzeć na gołą babę, to se ją wygugla.)
  7. Faceci mają rację. Tak jest świat ułożony. Jeśli jednak jej nie mają, nie należy się z tym specjalnie wychylać, bo przecież każdy głupi wie, że facet musi być chwalony. To chyba ma rację, co?
  8. Każdy mężczyzna, bez wyjątku, jest świetnym kierowcą. Ty zaś jesteś babą za kierownicą. Jeśli więc on siedzi obok ciebie, gdy prowadzisz, przyjmuj pokornie wszystkie: „zwolnij”, „zmień bieg”, „szybciej”, „nie hamuj”, „pas lewy”, „pas prawy”, „jedynka”, „gaz”… i broń Boże, nie protestuj! Jeśli jednak masz wątpliwości, patrz punkt 7.
  9. Świat bez facetów byłby straszny. Znikłyby wojny, zbrojenia, przepadłaby polityka. Ale to jeszcze nic, to jeszcze jakoś by się dało naprawić. Największy dramat, aż strach pomyśleć – zniknąłby kler.
  10. Mężczyźni są piękni, inteligentni i mili. Wszyscy. Nawet ten szalenie uprzejmy pan z czarnego BMW, który wczoraj chciał zaparkować akurat w tym samym miejscu, gdzie ja wjechałam, więc wiadomo, miał rację, że opuścił szybę i krzyknął do mnie: SPIE…LAJ!

22.09.2011 Facet

Wczoraj byłam na spotkaniu z czytelniczkami, które, jak sama nazwa wskazuje, były kobietami, a kobietami były z założenia i z premedytacją, bo to miało być spotkanie kobiet. Tak więc kobiety w różnym wieku przybyły na spotkanie ze mną, by porozmawiać o mojej książce, o blogu, o Woodym Allenie i o zmianie koła w Punto.

Ostatni wątek powstał w warunkach dość dramatycznych, bo rano, gdy spieszyłam się do pracy. A byłam już spóźniona, gdy nagle się okazało, że spełnił się jeden z moich koszmarów, mianowicie złapałam gumę.

Długo wpatrywałam się w zalegający w bagażniku zestaw młodego mechanika samochodowego i tylko czasem przerywałam stupor, by zatopić wzrok w wyświetlaczu komórki.

Po głowie biegały mi myśli niczym głodne szczury i tylko jedna z nich zdominowała resztę na tyle, by wprowadzić ją w  życie. Zadzwoniłam do Mikołaja i przerywając mu instrukcję obsługi lewarka, wyrzuciłam w słuchawkę stek przekleństw. A potem znów zastygłam nad bagażnikiem.

Nie jestem facetem. Nie jestem nawet w ułamku procenta. Nie znam się na zmianie koła w Punto. Nie rozumiem tego. Nie wiem, co to jest lewarek. Jaki lewarek? Te śruby są zapiekłe. Koło brudne. Gdzie to przyłożyć? Która to jest strona: lewa?

Tak, rozwiązałam zagadkę Einsteina. Tak, radzę sobie z układanką „T”. Tak, skończyłam techniczne studia. Ale, kurde belans, to wszystko było łatwe.

I tak sobie wesoło rozmawiałyśmy, my kobiety na spotkaniu kobiet, gdy nagle jedna z nich coś sobie przypomniała, coś jej zazgrzytało, zmarszczyła więc czoło i wypaliła takie oto zdanie:

– Ale zaraz, zaraz… mój znajomy powiedział, że jesteś autorką, która rozumie mężczyzn!

Szanowni Państwo, skończyły się siupy. Taka opinia zobowiązuje. Taka opinia stawia mnie po jednej ze stron damsko-męskiej barykady. I nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przytaknąć. Pewnie, że rozumiem! Rozumiem w stu procentach.

I właśnie dlatego z ulgą porzuciłam rozbabrane Punto i zawołałam Kazika. A Kazik z pasją popisał się umiejętnościami, przy których zagadka Einsteina jest zadaniem dla śliniącego się niemowlaka, a studia podyplomowe to żart.