Ewolucja człowieka, czyli jak stać się fejsbukowym kotem

Człowiek przestał być istotą rozumną. To piękny egoista, który absolutnie nic nie rozumie, co się wokół niego dzieje. Służalczo dopasowuje się do najgłupszego systemu, bezrefleksyjnie zbiera lajki. Ważne jest tylko „ja” i „moje”. Reszta jest głupia i zła

kot_fb

Jadę do pracy, po drodze ruch wahadłowy, wąska droga, pełno tirów i autobus. Nagle samochód mi gaśnie. I nie chce zapalić. Przepycham parę metrów do skrzyżowania, tam znów gaśnie. Koniec. Włączam awaryjne, ciągle próbuje odpalić, bez rezultatu. Za mną coraz dłuższa kolejka tirów. Nikomu nie przyjdzie do głowy mi pomóc. A ja siedzę w tym aucie skulona, dzwonię po pomoc, klnę pod nosem i czuję jak napływają mi łzy. Nawet zjechać na luzie tyłem nie mogę, nawet trójkąta postawić, bo tuż za mną stoją, stoją i trąbią jerychońsko, a taki tir to ma dwa miliony decybeli. I jego kierowca jest przekonany, że jak naciśnie mocniej ten klakson, to problem zniknie.

Przypomniała mi się inna scena. Parę tygodni temu ranny pies na jezdni sparaliżował ruch, nikt nie wyszedł z samochodu. Dwóch mężczyzn stało na chodniku i patrzyło na zwierzę. Ani oni, ani żaden z kierowców nie dostrzegł zależności między zakorkowaną ulicą, a cierpiącym psem. Nikt nie zrobił nic. Wszyscy trąbili.

W procesie ewolucji człowieka stało się coś zdumiewającego. Z jakiegoś powodu uległa zanikowi ważna sfera w mózgu. Powszechny narcyzm, ten laserowy egoizm przesłonił umiejętność logicznego myślenia. I choć ludzie są istotami stadnymi, stworzonymi do funkcjonowania w relacjach wzajemnych, wspólnego rozwiązywania problemów, wrażliwości na drugą osobę, współpracy i pomocy, coś się jednak zmutowało. Człowiek postanowił ewoluować w stronę fejsbukowego kota. Celowo używam określenia „fejsbukowy kot”, bo kot żywy jest istotą rozumną. Człowiek przestał być istotą rozumną. To piękny egoista, który absolutnie nic nie rozumie, co się wokół niego dzieje. Służalczo dopasowuje się do najgłupszego systemu, bezrefleksyjnie zbiera lajki i na oślep miota nienawistne oceny. Ważne jest tylko „ja” i „moje”. Reszta jest głupia i zła.

Kiedy zdawałam maturę, profesor od polskiego tak sadzał uczniów, by ci najsłabsi mieli dogodne miejsca do korzystania z pomocy naukowych. Maturzyści wzajemnie sobie pomagali. Najlepsi rozwiązywali zadania i puszczali je po klasie, żeby pomóc słabszym. Dziś określa się to naganną nieuczciwością. Dla mnie był to piękny przykład współpracy i zrozumienia. Nie wszyscy muszą być orłami z polskiego. Nie wszyscy są geniuszami z matematyki. Ale wszyscy sobie w ważnych momentach życia powinni pomagać. Pieprzyć system, ten durny egzamin, który ktoś kiedyś wymyślił i przez który po prostu trzeba jakoś przebrnąć, żeby pójść na wymarzone studia.

Maciek z matematyki zawsze był noga. Przed maturą umówił się z korepetytorem na douczanie. Korepetytorem był mózg matematyczny z trzeciego roku, Kuba. Kuba przyszedł, rozłożył notatki, zaczął tłumaczyć. Po trzech godzinach zrozumiał, że żadne tłumaczenie nie ma tu sensu. Że nawet jeśli spędzą razem miesiąc, nic nie wskórają. Maciek nie pojmie trygonometrii, a życie ułoży sobie tak, żeby nigdy z tej trygonometrii nie korzystać. Zanim skomentujecie, przyznajcie się. Kto z was czerpie z zasad funkcji cosinus? Czy nieznajomość relacji tangensa względem cotangensa (czy odwrotnie?) paraliżuje wasze życie? Ja pojęcia o tym nie mam i jakoś żyję. A więc da się. Trzeba tylko przeżyć ten egzamin, który stoi na drodze do realizacji życiowych planów.

Kuba odłożył notatki. Spojrzał na Maćka i powiedział rzeczowo:

– Zrobimy to po naszemu.

Plan był prosty. Maciek potajemnie robi komórką zdjęcie zadań, które natychmiast jest wysyłane na serwer do Kuby. Kuba rozwiązuje zadania i dyktuje Maćkowi przez bluetooth.

Maciek zdał swój egzamin dojrzałości. Nie wykazał się wprawdzie wiedzą matematyczną, wykazał się czymś ważniejszym – umiejętnością współpracy. Po maturze poszedł na historię, pomaga matce w antykwariacie. Do dziś nie ma pojęcia, co to jest cosinus. Za to przyjaźni się z Kubą.

Facebook i INNE

Przepraszam, że nawiązuję kontakt z Panią przez Facebook, ale nie zdążyłem Pani złapać po wyjściu z gabinetu. Jestem weterynarzem. Żałuję, że kazałem Pani zapłacić za szczepienie tego kota…

126310_rudy_kot_snieg

Siedzę gapiąc się w monitor, miotana wyrzutami sumienia za niepisanie epopei i grzebię bezmyślnie w Facebooku. Coś mi mówi, że jak porządnie pogrzebię, to coś wreszcie znajdę, jakieś światło, wskazówkę życia, głęboką myśl, sens, metaforę, frazę, cokolwiek, co mnie ze stuporu wyrwie, obudzi, drogę ku spełnieniu wskaże. Grzebię zatem, oglądam śmieszne filmy o kotach, pusto rechoczę, zrazu myślę, że nigdy sensu nie znajdę, już nabieram pewności, że pustka moim życiem zawładnęła, i nic, tylko koty w pudełkach, gdy wreszcie cudem jakimś trafiam! Trafiam na coś, co moje życie odmieni!

Szukajcie a znajdziecie, słowo ciałem się stało. Moje życie od lat pędzi w wielu kierunkach, a wszystkie niewłaściwe. Ciemność przed oczami przerywaną psotami kotów rozjaśnić może jeno przypadek. Albo upór w upartym grzebaniu w Facebooku, w poszukiwaniu sensu. Oto jest. Gdzie? W skrzynce odbiorczej. W zakładce INNE. Wiecie, że jest taka zakładka? Wiecie o jej tajemnej zawartości? Macie pojęcie, że w zakładce INNE pokutują od lat nieprzeczytane wiadomości? Rozdygotane od czekania, pełne wyznań i cennych porad? Wiecie o tym? Ja nie wiedziałam do dziś! Do dziś chodziłam ślepa na ludzką szczodrość cudownych słów! Ociemniała na szczerość serc! Sceptyczna i cyniczna, pełna nieufności! Głupia! I, oczywiście, jak zwykle, w plecy z kasą. Bo co się okazuje? W zakładce INNE (czarciej zapadce!) znajduję, na przykład list takiej oto treści:

„Przepraszam, że nawiązuję kontakt z Panią tą drogą, ale nie zdążyłem Pani złapać po wyjściu z gabinetu, najprędzej udało mi się znaleźć Panią na tym portalu. Jestem weterynarzem. Żałuję, że kazałem Pani zapłacić za szczepienie kota, było to niewłaściwe. Dlatego w dogodnej chwili, bardzo proszę wrócić po zwrot pieniędzy”.

Ha! No pewnie że niewłaściwe! Niewłaściwe jest branie pieniędzy za szczepienie takiej łajzy! Każdy wie, co to za ziółko! Każdy, co czytał tego bloga, już dawno się przekonał! Dlatego zgadzam się z weterynarzem i jego biciem się w pierś. Niewłaściwe, tym bardziej, że to było szczepienie na wściekliznę. A ten popapraniec jest wściekły z natury! Nic mu ta szczepionka nie pomogła! Nic się nie zmieniło! To było niewłaściwe! Niewłaściwe po stokroć, bo pamiętam, jaka to była kwota! Niemała! Co ja mówię. Spora! To był całkiem przyzwoity kawałek pieniądza! To była właśnie ta suma, której wielokrotnie pod koniec każdego miesiąca poszukiwałam w kieszeniach wszystkich zimowych płaszczy i zakurzonych torebek! Kiedy był ten post? W styczniu 2013. Jezu, od ponad półtora roku klepię biedę, a tam gotówka czeka! Idę! Idę po odbiór pieniędzy. Kocham zakładkę INNE.

To nie wszystko. Kolejna wiadomość to oferta zarabiania na blogu. Ha! Wystarczy tylko napisać post chwalebny pod adresem napojów gazowanych. Słuchajcie, napoje są super! Kupujcie gazowane napoje! Kupujcie całe zgrzewki! Ja osobiście też bym kupowała, ale wydałam całą kasę na szczepienie kota.

Co jeszcze tam mamy? Wyznanie miłości. Ha! Dalej. Łzy po przeczytaniu książki. Mojej książki! Nie wiem, czy są to łzy wzruszenia, czy śmiechu. Biorę w ciemno. Dalej. Jakiś wątek z imprezy, na której podobno byłam. Propozycja spotkania z tajemniczym nieznajomym. Ha! Dalej. Poparcie w sporze, którego nie pamiętam. Ha! Dalej. Znów śmiech (albo łzy ze śmiechu) z powodu jakiegoś mojego tekstu. Oferta pracy! Co z tego, że sprzed dwóch lat? Ha! Czytam wszystko jak leci, a wiadomości jest dużo. I szukam wciąż tego jednego, jedynego postu, tego, co zmieni moje życie, po przeczytaniu którego już nigdy nie będzie tak samo. Tak samo źle, oczywiście.

Wreszcie! Jest! Remedium na przekleństwo mojego życia! Lek na migrenę! Nieznana ludzkości tajemnica ukryta w zakładce INNE. Cudowny sposób, dzięki któremu moje życie odmieni się raz na zawsze. Bardzo prosta sprawa, że też wcześniej na to nie wpadłam. Sami zobaczcie:

„Sylwio kochana, przedwczoraj przysiadłam do Twojego bloga, dziś dotarłam do wpisu o migrenie. W drodze do tego wpisu zdążyłam zapałać do Ciebie żywą sympatią, wiec podzielę się z Tobą lekarstwem, które mnie uwolniło od potwornych migren. A mianowicie – jest to dieta:

  1. Bezglutenowo
  2. Bezmleczno
  3. Bezmięsno
  4. Bezcukrowa.”

Super. Wdrażam. Gdzie można kupić coś, co nie rzuca cienia?

Niespodziewanie odeszła od nas Sylwia Kubryńska

fot. Tania Pacha. Nieszczęśliwie zakochana w tym samym mieście
fot. Tania Pacha.

Na początku protest. Czemu?! Za co? Ale pianino tak uspokaja, jakby śmierć głaskała do snu. Przestań się, Kubryńska, chandryczyć…

Słuchajcie, okazało się, że chyba umarłam. To znaczy przez chwilę myślałam, że tylko ja umarłam. Ale całe szczęście, jest nas więcej.

Wczoraj włączyłam internet i obejrzałam film. Film był niezwykle przejmujący. Nie mogę wam go pokazać, wzruszenie mi nie pozwala. Ale opowiem o nim. Otóż film zaczyna się tak, że ktoś gra na pianinie melodię nieco smutną, choć jeszcze nie zwiastującą tragedii. Ale co tam melodia! Najważniejsze jest to, że gram w tym filmie główną rolę.

Na pierwszym planie widać więc moje zdjęcie, w tle moje zdjęcie również, lecz nieco rozmyte, jakby coś, co ma zniknąć, brało górę w tej akcji…. Potem faktycznie zdjęcie znika i oto pierwsza scena filmu: łubudu, dwanaście moich zdjęć! Ale nie przyzwyczajajmy się. Te zdjęcia również się rozmywają, pianino wchodzi w akordy patetyczne, robi się poważnie i dumnie i… bach, znów zdjęcie! Czyje? Moje!

To nie wszystko. Naraz rozpoczyna się kawalkada fotografii. Można zobaczyć moje zdjęcia w sepii, w kolorze i black and white. Cytaty, wspomnienia, słynne frazy. Rozdzierające sceny o przemijaniu. I nagle, cóż za niespodzianka, na pierwszy plan wyskakuje główny bohater filmu, czyli… moje zdjęcie.

Wreszcie tempo maleje, muzyka cichnie i czas na puentę. Jaką? Oczywiście moje zdjęcie! Fotografia mnie. Picture of me. Ja. Moje. O mnie. Ze mną.

Srata tata, nie ma tak dobrze. Było minęło. Kolaż gaśnie, ostatni kadr jak epitafium z nagrobkową fotografią dławi moje gardło. Odeszła. Odeszła niezwykle zasłużona Facebookowiczka. Taką ją zapamiętaliśmy. Ale co? Już?! Tak niespodziewanie? Bez paniki, film można puścić od nowa. Na Facebooku pamięć trwa. I będzie trwać. I trwa mać.

Na początku protest. Czemu?! Za co? Dlaczego ktoś mnie uśmiercił? Ale pianino uspokaja, jakby śmierć głaskała do snu. Przestań się, Kubryńska, chandryczyć. Masz film. Wspomnij raz jeszcze. O. I jeszcze raz. Klawisze pianina wyciskają łzy. Taka młoda byłam. Taka pełna życia. Uśmiechnięta. O. Znów uśmiechnięta. O. Tu zamyślona. Uśmiechnięta. Zamyślona.

Koniec.

Nie ma co drzeć szat. Niebieski podniesiony kciuk dodaje otuchy. Wszak wszyscy umrzemy. Już widzę, że umarliśmy. Na wszystkich profilach znajomych od rana krążą ich animowane epitafia. Normalna sprawa. Śmierć jest częścią życia. A Facebook naszą zbiorową mogiłą.

umarla2

Jesteś blogiem

  1. Masz barwne życie towarzyskie, jesteś piękna i bogata.
  2. Nudzisz się pod kocem, masz nadwagę i zmarszczki.

Niepotrzebne skreślić

mieso
fot. Marek Kurzok

Mówisz, że dziś nie odbierasz telefonów. Cały dzień poza siecią, taki nastrój. Prawda jest taka, że nie odbierasz telefonu, bo nikt nie dzwoni. Cały dzień nudzisz się na kanapie pod kocem. Z nudów sięgasz do lodówki po lody. Zanim je zjesz, robisz im zdjęcie i wysyłasz na Instagram. Wysyłasz fragmenty swojego życia, fragmenty siebie. Swoje mieszkanie, swoje śniadanie, spalone papierosy. Kieliszek z wódką. Paznokcie. Wysyłasz po kolei całą siebie. Ćwiartujesz się na kawałki, by oddać się wirtualnemu światu. Ręka, noga, głowa. Prawy pośladek, lewe udo. Kto polubi? Kto kupi? Za ile?

Twoje lody polubiło już pięćdziesiąt osób. Dobry wynik. Mały towarzyski sukces dnia. Ale czy ty lubisz lody? Dasz im lajka? Są ciężkie, słodkie, tłuste, śmietanowe z kosmiczną przyprawą, z konserwantami, diabli wiedzą, z czym jeszcze. Jesz i myślisz o piekle, do którego trafisz, o potępieniu odwiecznie w twoją głowę wbijanym kolorowymi pismami. Chude laski podobają się facetom, dobrze to wiemy wszyscy – bardziej! Ty się nie spodobasz facetom, ty otoczysz się warstwą śmietanową o smaku tiramisu, nie będziesz już fajna. Hej, a czy ty w ogóle jesteś jeszcze fajna? Czy jesteś jeszcze spoko? Sprawdź na Facebooku. Lubię to nie znaczy: lubię. To nie jest już żadna emocja. To punkt. Sprawdź ile masz punktów. Ile trzeba mieć punktów, żeby być spoko?

Czekasz, kiedy miłość też będzie liczona w punktach. Kiedy jednym przyciskiem będziesz mogła się zakochać, a drugim przyciskiem zerwać. Zresztą. Nie bez powodu nie ma miłości na tym portalu. Jest tylko letnie i zawsze pozytywne: lubię. Ale nie ma miejsca na „kocham”. Miłość jest jak nadwaga. Miłość jest ZBYT.

Nie składasz się już z emocji. Nie składasz się z zapachów, dźwięków i gestów. Składasz się z jedynek i zer, z wyświetlanych obrazków, zdjęć, ikonek z podniesionym kciukiem. Twoje życie rozgrywa się na stronach internetowych portali społecznościowych, blogów i komentarzy.

Rzeczywistość wirtualna. Ty i twoi ZNAJOMI, których nie znasz. Co cię z nimi łączy? Co dzieli? Czy jesteście jak te lody tiramisu – zimną homogeniczną masą zmieloną przez portal społecznościowy? Układem koloidalnym, gdzie każdy jest doskonale oddzieloną cząstką zapomnianego świata realnego i jednocześnie fragmentem spójnej emulsji wirtualnej rzeczywistości.

Masz barwne życie towarzyskie i szalone powodzenie, jesteś piękna, młoda i bogata. Czy raczej przeciętna, czasem smutna, masz nadwagę i zmarszczki, a niektóre weekendy spędzasz pod kocem?

Nie pytaj, które zdanie skreślić. Zawsze skreśla się to, co niepotrzebne. Możesz wszystko. Jesteś bogiem. Czy jesteś jeszcze sobą?

Życie po życiu

Wczoraj zadzwoniła moja komórka. Na wyświetlaczu przeczytałam: Stanisław. Nie byłoby w tym dziwnego, gdyby nie to, że Stanisław nie żyje

Dawid popełnił samobójstwo dwa lata temu. To był koniec maja, pamiętam, było ciepło, kupiłam wiosenny płaszcz. Zaraz po tym telefonie z Warszawy gdzieś mi się ten płaszcz zapodział. Wszystko się nagle zmieniło, słońce gdzieś wraz z płaszczem przepadło, kwiaty zwiędły, a wiersze na pogniecionych serwetkach spłonęły w popielniczce.

Ale został Facebook. Tak, Dawid wciąż żyje na Facebooku, tak jak żyje tysiące innych młodych samobójców, ofiar przemocy, ofiar chorób i innych nieszczęśliwych wypadków. Facebook jakby kpił z ich śmierci – defiluje w najlepsze z transparentami ich twarzy. Portal społecznościowy nie uznaje zgonów. Tam śmierci nie ma. Tam się żyje życiem nieskończonym. Tam są wciąż aktualne zdjęcia nieboszczyka, jego kotów, psów, paczki fajek, flaszki na wpół wypitej, rozczochranej czupryny, wywalonego języka. Ktoś bliski, w trosce o szacunek zmarłego, wysyła pisma, prośby, akty zgonu – na nic.

Stamtąd nie ma ucieczki. Choćby w śmierć.

Kiedy człowiek umiera, wszystko się kończy. Kończy się nieodwracalnie możliwość kontaktu, kończą się odwiedziny, spotkania na peronie, bukieciki konwalii. Nie ma już baklawy z Dworca Centralnego, nie ma czarnego płaszcza w majowy dzień. Ale jest za to drugie, nieśmiertelne życie.  Życie po życiu. W sieci.

Konia z rzędem, komu się udało za życia wypisać z Facebooka. Wieczny odpoczynek temu, kto się wypisze z niego po śmierci.

Myślałam niedawno, co bym zrobiła, gdyby się kiedyś odezwał do mnie profil Dawida. Myślałam, że to niemożliwe. Świat wirtualny jest szalony, ale są granice. A jednak. Nie ma.

Wczoraj zadzwoniła moja komórka. Na wyświetlaczu przeczytałam: Stanisław. Nic w tym nie byłoby dziwnego, gdyby nie to, że Stanisław od dawna nie żyje.

Jest taka scena w powieści Remarque’a, gdy młody żołnierz umiera, a kolega bije się z myślami, czy może wziąć jego buty. Czy to wypada. Czy to moralne. I choć sprawa jest dość oczywista, buty się zmarłemu nie przydadzą, a tu wojna, błoto, ziąb – kolega ma wciąż dylemat.

Dziś nie ma wojny. Ale numer komórki, czy konto na komunikatorze, choć nic nie kosztuje, a przynajmniej kosztuje niewiele – jest w ciągłym obiegu jak buty młodego żołnierza. I jak życie w Internecie.

14.05.2012 „LIKE” STORY

Jest idealny. Jej typ. Wysoki szatyn, czarnowłosy blondyn. Oczy niebieskie. Zielono piwne. Dowcipny i bystry wpół zdania. Artysta. Malarz. Poeta.  Filozof. W dodatku konkret, sto procent faceta. Ale ją wzięło, dżisas. Co tu dużo mówić. Rozumieją się bez słów. Nie to że nie rozmawiają. Całe ostatnie dwa tygodnie – bez przerwy. Najwięcej wieczorem i w nocy. Ale w pracy też często. Ona ma go w komórce nawet. Jak tylko może, odpala Facebook. I klikają. To znaczy, klikali, bo…

Czy to przekleństwo, że ona nigdy nie mogę tak normalnie, po ludzku? Że zawsze musi być wszystko skomplikowane takie? Że zawsze jest jakiś problem?

A problem jest i to duży, bo on ma chyba kogoś. Chyba, bo nie wiadomo, może to nieprawda. W każdym razie pojawiła się na profilu jakaś flądra i podaje się za żonę. I pisze do niej, że ma się odfrandzolić. Jeszcze jakieś pogróżki wysyła. Ona go pyta, on zaprzecza. Ale jakoś dziwnie, bo tylko: „no co ty” i znika. A potem SMS, że nie może gadać.

Ona mu właściwie ufa. Przecież jakby miał żonę, to by do niej nie pisał! A nawet jak ma, trudno, w końcu kocha. W SMS napisał jej wczoraj… Tak czy owak, chwilowo odpuściła, ma honor. Ale fakt, po ścianach chodzi. Włącza komp, patrzy „niedostępny”, może to „niewidoczny”, bo na profilu ma fotki nowe. Jezu, jak ona cierpi! Co ma robić? Zdjęcia mu powysyłała, on jej swoje też. Szaleją z miłości. Oboje. A może on nie szaleje? Noż kurwa, nie wiadomo, naprawdę. Niech może lepiej ona odpuści? Przynajmniej na razie. To nie takie łatwe. Brakuje jej tego. Znaczy gadania z nim, tych rozmów na gadu. To niech on się postara. Niech sam napisze. A jak nie, to trudno. Ona przeżyje.

Nie przeżyje.

Czy się spotkali? On mieszka za daleko. Nie, nie rozmawiali. To znaczy na fejsie tylko, ale tak przez telefon, to nie. Ona SMS-y wysyła. On jej też, z netu. O, na przykład taki, w nocy przysłał wczoraj… Gdzie  to było…?

Tyle mu powiedziała! Wszystko wysłuchał, znaczy przeczytał. Gdzie ona pracuje, w jakiej firmie, z kim, gdzie mieszka. Ile zarabia, plany inwestycyjne, strategie. Gdy się ludzie kochają, nie mają tajemnic. O dzieci pytał, ile lat mają, do jakiej szkoły, którędy chodzą. To mu zdjęcia dziewczynek wysłała, jak się zachwycał! Niby obcy, a tak dzieci lubi. To nawet ich ojciec rodzony nigdy się nie rozczulał. No i jeszcze o konto w banku pytał. Powiedział, znaczy napisał, że go wszystko interesuje, co ma związek z nią… Ech.

O, znów się pojawił na fejsie!

– Cześć, nazywam się Ania, Ewa, Ola, Magda… To znaczy: Stefan.

01.05.2012 NIE*

Gdzie mam kliknąć: „NIE lubię”? O ileż lepszy byłby FACEBOOK. Zamiast tego bezmyślnego przyklaskiwania – otwierałby debaty. Dyskusje, które zawsze przecież zaczynają się od: NIE.

Nie zgadzam się na pierwszego maja. Nie zgadzam się na wszystkie pochody swojego życia. Nie zgadzam się na zawracanie mi mojej młodzieńczej głowy hasłami socjalizmu. Na białą bluzkę z krótkim rękawem w wietrzny majowy poranek. Ani na rajstopy wełniane w upalne majowe południe. Kto mi za to zapłaci?

Jestem przeciwna jakimkolwiek paradom. Protestuję przeciw protestom. Nie znoszę tłumów, jazgotu. Nie cierpię manifestacji. ACTA srakta. Nie zgadzam się na ACTA.

Nie zgadzam się na Internet. Rzekę miałkich informacji, wśród których niczym skupiska śmieci zwinięte wokół starego kalosza, płyną portale społecznościowe. Gdzie mam kliknąć: „NIE lubię”? O ileż lepszy byłby FACEBOOK. O ile bardziej twórczy. Zamiast tego bezmyślnego przyklaskiwania – otwierałby debaty. Dyskusje, które zawsze przecież zaczynają się od: NIE.

Klikam więc: „NIE lubię” portali społecznościowych. Nie cierpię blogasków. Lajków. Komciów. Stronek. Płytek. Srytek piździtek. Nie zgadzam się na zdrobnienia. Zabiłabym za „pytanko”. Protestuję przeciw językowemu dziamganiu. Zgłaszam veto dla infantylizacji zwrotów. I, przy okazji, nie zgadzam się z Rusinkiem. Będę sobie witać ile zechcę. I kogo zechcę.

Nie zgadzam się też na gry komputerowe. I na opasłe tępe dzieciaki tkwiące tygodniami przy komputerach. Oderwane od rzeczywistości cyborgi z bałaganem w oczach i pryszczami niewietrzonej zatęchłej atmosfery matriksa ich nor – pokojów dziecięcych.

Nie zgadzam się na telefony komórkowe. Dzwonki, gierki, esemeski. Nie zgadzam się na SPAM w mojej poczcie. Nie zgadzam się na pocztę. Nie zgadzam się na wiadomości. Nie zgadzam się na ZUS. Nie zgadzam się na PIT. Nie zgadzam się na PIT! Nie zgadzam się na komentarze, że co ja dopiero teraz? A co to kogo obchodzi?! I co z tego, że teraz? Termin był do końca kwietnia, a nie, kurwa, do stycznia. Czy ja komuś zadaję pytania, gdy na początku roku karnie składa PIT? NIE.

Nie zgadzam się na prąd. Na ENERGIĘ SA. I TELKOMUNIKACJĘ CHUJE. Mogą mi odłączyć. A potem znów. I jeszcze bardziej. Proszę. Niech nikt nie ma aż tak odłączonego prądu. I telefonu. I diabli wiedzą, czego jeszcze.

Nie zgadzam się na telewizję. Pasmo bełkotliwych teleturniejów, w których gospodarze kaleczą język i moje poczucie smaku. Festiwal walk ulicznych, gdzie „Bóg Honor Ojczyzna” stają się tylko sloganami reklamowymi partii politycznych. Niekończącą się telenowelę miałkości z lokowaniem produktu, przetykaną spotami podpasek, margaryny i pieluch, do obrzydzenia przed wiadomościami, po wiadomościach, przed prognozą pogody, po prognozie pogody, przed sportem, po sporcie i jeszcze z dwadzieścia minut przed zajawką filmu, po filmie, jebut: „A teraz zapłać nam za to pasmo reklam ABONAMENT”. Nie zgadzam się na abonament.

Nie zgadzam się na to jedzenie. Na glutaminian sodu. Olej po stokroć filtrowany, sprzedany raz jeszcze i jeszcze, po raz tysięczny przesączony stary tawot do łańcuchów rowerowych i frytek z makdonaldsa. Nie zgadzam się na płatki śniadaniowe CORN FLAKES. I pulpę węglowodanową nutellę cukier z łojem plus barwnik zapach konserwant ulepszacz, E sto trzydzieści pięć, „daję moim dzieciom energię, której potrzebują”. I raka jelita grubego.

Nie zgadzam się na małżeństwo. Rodzinki leniwie snujące się po niedzielnych skwerkach, na matki matrony w wyciągniętych dresach, przy grillu, na i ich mężów pękatych z ogolonymi głowami, raz po raz wypadającymi z wypucowanych aut na stacjach benzynowych po sześciopak Lecha na mecz.

Nie zgadzam się na mecz. Bojkotuję EURO. Chrzanię piłkę nożną. Nie zgadzam się na sport. Nie zgadzam się na kult młodości. Na śliniące się publicznie pary nastolatków. W ogóle się nie zgadzam na nastolatki, rozwrzeszczaną bandę ignorantów. Nie zgadzam się na szkołę. Moloch unifikujący z kadrą pełną niedouczonych frustratów, którzy w dniu zakończenia matur z braku pomysłu lub lęku przed wojskiem, wybrali WSP.

Nie zgadzam się na WSP. Nie zgadzam się na IN VITRO, aborcję i antykoncepcję. I na prokreację. Nie zgadzam się na eutanazję, apostazję. Ani na beatyfikację. Ani na reinkarnację.

Ani na patriarchat. Ani na feminizm. Nic z tych rzeczy. Co to, to NIE.

Prawdę mówiąc, nieważne, czy się naprawdę z tym wszystkim nie zgadzam. Chodzi o zupełnie co innego. O pozornie niemrawy bunt „pismaków”, którzy wciąż wsadzają kij w mrowisko. O pozornie żałosną szarpaninę blogerów, którzy zupełnie bezinteresownie,  wywołując dyskusję,  zażartą na ten świat niezgodą zmieniają świat.

I z tym się zgadzam.

—————————————————

*Oczywiście, nie zgadzam się na porównania z tą gazetą.