Tagged: dziecko

Fajne zwłoki młodego mężczyzny

Billboardy z płodami to już tylko kopia. Echo największego przewału wszech czasów, jakim jest trup na krzyżu, który nie tylko nie straszy, ale ma wywoływać pozytywne emocje. Pozytywne emocje. Zakatowane zwłoki. Aż się chce wrzasnąć, ludzie, do kurwy nędzy, czy wyście oślepli?

Dorosłej osobie trochę nie przystoi robić rzeczy absurdalnych. A jednak to dorosły człowiek robi najbardziej absurdalne rzeczy na świecie i tłumaczy dzieciom, że to jest właściwie. Przykład? Pierwszy przykład jest tak jaskrawy, że aż się boję od niego zaczynać. Boję się wystraszyć ludzkość potęgą absurdu. Zacznę więc miękko. Delikatnie. Po kolei. 

Pamiętam, jak kiedyś przyszła moda na Che Guevarę. Z jakiegoś powodu nagle świat zachodni zachłysnął się legendą Che i jął nosić emblematy, podobizny, a nawet tatuaże z podobizną rewolucjonisty. Na własne uszy słyszałam pełne zachwytu deklaracje mojej przyjaciółki, która zapierając się całe życie przed wykonaniem trwałego rysunku na ciele, oznajmiła wreszcie: chyba, że Che. Korporacje handlujące telefonami komórkowymi zachłysnęły się legendą i reklamowały swoje produkty używając podobizny twórcy kubańskiego komunizmu. Świat oszalał na punkcie płyty jakiegoś zespołu hiszpańsko-języcznego nagrywającego peany na cześć comandante. Jakoś nikomu nie przeszkadzał fakt, że efekt rewolucji ich bohatera jest mizerny, na Kubie panuje nieludzka polityka, ludzie ledwo przędą, polityczni wrogowi są latami bestialsko więzieni, brak wolności słowa i wolności obywatelskiej już dawno przesłonił brak bieżącej wody w kranach. Rozsypujący się kraj trawi reżim, który osławiona legenda opiewana przez oszalały Zachód właśnie wprowadziła.

I nikomu nie przyszło na myśl, że gdyby Hitler miał kumpla, jakiegoś młodego przystojnego, zbuntowanego Niemca, który by uwielbiał chodzić w moro, nosiłby łobuzerski zarost i jakąś odjechaną czapkę ze swastyką, ale pech by go nieco wcześniej zabrał z tego świata, jego gloryfikowanie byłoby równym absurdem, co świr na punkcie Che Guevary na początku dwutysięcznych lat.

W tym samym czasie powstała również moda na trupie czaszki z piszczelami na modłę pirackich symboli. Moda wdarła się nie tylko na półki z odzieżą dla dorosłych. Pirackie symbole opanowały świat dziecięcych ubranek, tych słodkich, różowych czapeczek, kaftaników, skarpetuni. Piraci słynęli z bezwzględnych rozbojów, mordów i gwałtów. I właśnie ich flagi królowały na tych słodkich, maleńkich ubrankach. I to takie super było.

Patrzyłam ze zdumieniem, do czego świat jest zdolny i zastanawiałam się na serio, ile czasu musi upłynąć, żeby H&M zaczął sprzedawać skarpetunie w swastyki. Kiedy to się stanie? Czy tak długo musimy czekać, ile nam się wydaje?

Byłam kiedyś w Berlinie. Po upadku muru, po zrobieniu porządku przez niemiecki kraj, po złagodzeniu pamięci po dawnym terrorze na terenach dawnego NRD. Tak się tam zrobiło miło i fajnie, że w punkcie granicznym zwanym Checkpoint Charlie, który był nie tak dawno strategicznym miejscem życia w lodowcu komunizmu, miejscem przerzutu leków, prasy, informacji, ludzi prześladowanych – tu właśnie nagle powstały kolorowe stragany, na których, uwaga, główną atrakcją były ruskie gwiazdy czerwone, naszywki z sierpem i młotem, podobizny Stalina i różne takie. Szło jak woda.

I nikomu nie przeszkadzało, że tamten reżim niczym się nie różnił od faszyzmu, ba, komunizm miał więcej ofiar, niż faszyzm, co straszniejsze – komunizm nadal zbiera śmiertelne żniwo na świecie. I że przecież nikt nie handluje swastykami w Auschwitz, bo to byłby skandal.

Wszystkie te paradoksy bledną jednak przy tym największym, tym globalnym, tym najbardziej totalnym, o którym ostrzegałam na początku tekstu. Bo póki jakiś spłachetek świata dostaje pierdolca z powodu niewytłumaczalnego, pół biedy. Ale co zrobić, jak żyć, co myśleć, kiedy cały świat, powtarzam, cały świat pozwala na to, żeby wszędzie, powtarzam, wszędzie, nie tylko w umówionych miejscach przeznaczonych na takie perwersje, ale wszędzie: na drogach, na ulicach, w urzędach, w szkołach, ba! – w przedszkolach – umieszczać na WIDOKU podobiznę przedstawiającą (czasem niezwykle sugestywnie, wręcz dosłownie) zwłoki młodego mężczyzny rozpostarte na krzyżu?

Czy ktoś z dorosłych tu zgromadzonych zadał sobie kiedykolwiek pytanie, co się dzieje w głowie dziecka, które nagle widzi zwłoki młodego mężczyzny rozpostarte na krzyżu? O którym słyszy, że został ZAMORDOWANY w taki sposób, że go PRZYBITO do drewnianego krzyża i postawiono na górze, w upale, aby powoli SKONAŁ!? Nie? Nikt się nad tym nie zastanawia? Nikt nie myśli, co w tej małej głowie musi się dziać, gdy w letni poranek, kombinując jak to się dzieje, że ptak lata, czy o co chodzi z tym motylkiem, wyłania się nagle obraz wiszącego na drewnianej konstrukcji trupa z otwartą raną w sercu, który będąc jeszcze żywym człowiekiem umierał trzy dni na tej konstrukcji, na przemian dusząc się, krwawiąc, usychając na słońcu, by wyzionąć ostatni dech po dźgnięciu go dzidą przez żołnierza?

Czymże są przy tym te popowe popłuczyny, jak billboardy z fotoszopowanymi płodami, które rzekomo pochodzą z aborcyjnych zabiegów? To już tylko kopia. To już echo pomysłu. Nędzna podróbka największego przewału wszech czasów. Wmówić ludzkości, że to jest OK. Że to WYWOŁUJE POZYTYWNE EMOCJE.

Trup. Na krzyżu. Pozytywne emocje. Wiara. Nadzieja. Miłość. Aż się chce wrzasnąć, ludzie, do kurwy nędzy, czy wyście oślepli? Czy wy macie coś z głową? A jednak. Cały świat się na to zgadza. Mało tego! Świat tego wymaga! Świat nakazuje! Trupa trzeba powiesić WSZĘDZIE. Wszędzie. Nad kołyską. Nad nienarodzoną duszą. Do brzucha. Do macicy. W dupę go niedługo wsadzi.

Przecież na kształt historii z komunistycznymi emblematami, w myśl pamięci o pirackich czaszkach na kaftanikach – co tu dużo gadać, właśnie tak samo zostanie wprowadzona, unormowana, a nawet nazwana DOBRĄ rzeczywistość, w której na każdym rogu będzie wisiał zakrwawiony płód rzekomo wyrwany z kobiecych (kurewskich!) trzewi. Swoją drogą, czy ktoś ze zgromadzonych tu dorosłych widział kiedyś płód w np. ósmym tygodniu ciąży? Dla porządku (ale kto by dbał o taki porządek) powiem tylko: on tak nie wygląda. Nie ma nic wspólnego z obrazami z billboardów. Wygląda jak żelek Harribo. Tylko jak to pokazać na billboardzie? Kogo by to zainteresowało? Lepiej walnąć zdjęcia porozrywanych ciał dzieci. I poczekać, aż się ludzie oswoją. I zgłupieją, tak jak zgłupieli od oglądania trupa na krzyżu.

I przyjdzie taki czas, przyjdzie, przyjdzie, kiedy ludzkość runie na kolana przed zakrwawionym płodem z plastiku, a płód z plastiku zagości w przedszkolach i na porodówkach. Tam, w atmosferze bajkowej, wśród krasnoludków i spersonifikowanych zwierzątek będzie wisiał na ścianie – kto wie, może za szyję? – i krwawił wyrwany z łona dzidziuś, a personel z nabożnym przejęciem będzie tłumaczył dzieciom, że widząc to, muszą się uśmiechać, bo to jest DOBRE.

I już nikomu nigdy nie przyjdzie do głowy taki skandaliczny pomysł, by zwłoki dzidziusia ze ściany zdjąć.

***

Tekst pochodzi z książki „Mama”. Powieść ukaże się w maju 2018.

Bardzo stare dziecko

Po co wycinać puszczę? Po co niszczyć stadninę? Po co kupować gorsze helikoptery? Po co likwidować gimnazja? Po co kazać rodzić niezdolne do życia płody? Dobre sobie. Zapytajcie dziecko, po co wsadza gumkę do nosa

istock_000003418292xsmall

Tak, tak, moi drodzy, wszyscy mamy go na głowie. Wszyscy. Nie myślcie, że jak jesteście singlami, to wam się upiekło. Nic z tych rzeczy. Wszyscy mamy dziecko. Dziecko jest małe, mniejsze od Wołoskiej, choć ma już 67 lat. To chłopiec. Są z nim problemy. Najprawdopodobniej ząbkuje. Każda matka wie, jak to jest z ząbkującym dzieckiem. Kaprysi. Jest złośliwe. Krzyczy. Piąstką wygraża. Jest mu markotno, bo mimo tak potężnej liczby odpowiedzialnych za jego wygibasy – jest samotne. Mówicie, że to żaden problem, siedzieć samemu z kotem? Może dla niektórych tak. Może dla mnie tak. Ale ja nie jestem dzieckiem. A żadne dziecko nie lubi być samotne.

Od pewnego czasu chłopiec ma jednak zabawę. Dorwał się do sterów i bawi się w Polskę. Z wielkim upodobaniem rzuca do mikrofonów (wyobraźcie sobie, mikrofon, jaka frajda!) wszystko, co go tam gryzie. Najbardziej go gryzie, że ktoś mu kiedyś zabawki nie dał, a jednak powinien dać. Nie może darować! Znacie ten upór, gdy mały wam krzyczy z fotelika, że chce poprowadzić auto? Weźcie mu odmówcie. Płacz i zgrzytanie zębów. Nasze dziecko skarży się i zgrzyta, mimo że już za kierownicą siedzi od roku. Sarka i tupie, chociaż nie ma po co. Po co? – naiwnie pytacie dzieciaka. Po co Rosjanie mieliby rozbić Tupolewa? Po co robić ekshumacje? Po co wycinać puszczę? Po co niszczyć stadninę? Po co likwidować gimnazja? Po co kupować gorsze helikoptery? Po co psuć relacje zagraniczne? Po co kazać rodzić niezdolne do życia płody?

Dobre sobie. Zapytajcie dziecko, po co wsadza gumkę do nosa. Albo w jakim celu podpala wersalkę. Syn Ewki, mając dwa lata, zjadał martwe muchy z podłogi. Po co? Bo chyba nie z głodu. Jak już jesteśmy przy muchach, Whisky podpalał je w locie za pomocą dezodorantu i ognia. Po co? Trudno powiedzieć, bo zamiast much spłonęły firanki. Rudy Rysiek z kolei znalazł na budowie granat i bez większego namysłu wrzucił go do ogniska. Po co? No może po to, żeby stracić oko i stać się bożyszczem dziewcząt. Nasze dziecko też wrzuca granaty do ognia. I też jest bożyszczem dziewcząt. Ostatnio słyszałam, że połowa Polski go kocha. Normalna sprawa, dziecko trzeba kochać. Ale czy trzeba mu na wszystko pozwalać?

Grzech śmiertelny

Mdlałam ze strachu, słysząc zza tej kratki surowe polecenie, żeby ominąć regułki i przejść od razu do grzechów, a właściwie do tego jednego grzechu…

pacierz

To był mój największy strach, najdotkliwsze upokorzenie. Ten moment, kiedy okazało się, że muszę powiedzieć o najskrytszych tajemnicach mojego ośmioletniego życia obcemu mężczyźnie.

Musiałam wyznać wszystko komuś, kogo nie znałam, nie lubiłam, kogo nawet nie widziałam. Musiałam mu wykrztusić z przerażeniem najgłębsze swoje sekrety, najintymniejsze szczegóły mojego JA.

Przekroczyłam granicę własnej na siebie agresji i zacisnęłam na swojej szyi pętlę dławiącego wstydu. Mdlałam ze strachu, słysząc zza tej kratki zachrypnięty od surowości głos, ten karcący ton i brak cierpliwości, to ponaglanie, żeby ominąć regułki, żeby przejść od razu do tego, co najważniejsze. Do tego, co we mnie siedzi najgłębiej, do własnych ułomności i własnej na to niezgody, tej samej niezgody, która mnie ukorzy, udupi na całe życie.

Nie chciałam tego, czułam że to jakaś przemoc, ale to była przemoc tak wyrafinowana, tak ubrana w te święte metafory, że niemożliwa do określenia, zwłaszcza dla ośmioletniego dziecka. Dla dziecka, które z jakichś powodów musi wywlec swoją intymność i boleśnie zeskrobać z niej swoje „grzechy”.

I nie chodziło wcale o to, że dostałam dwójkę, albo kłóciłam się z siostrą, to było mniej ważne, choć za to też mogłam dostać reprymendę. Nie chodziło też tak naprawdę o opuszczenie mszy świętej w niedzielę, choć za to też mogłam być obsztorcowana. Z tytułu wielu swoich niedoskonałości mogłam poczuć się gorzej, ale koniec końców, dziwnym trafem zwykle chodziło o ten jeden konkretny, najstraszliwszy, śmiertelny i niewybaczalny grzech.

To, że to grzech, dowiedziałam się na lekcji religii, jakoś na początku podstawówki. To, że ten grzech jest śmiertelny, że za ten grzech idzie się do piekła na wieczne potępienie, na wieczne smażenie się w smole, na niekończące się tortury – dowiedziałam się w wieku ośmiu lat. W wieku ośmiu lat musiałam przyjąć, że dotykanie siebie prowadzi do samozagłady. I wtedy też musiałam zrozumieć, że każda chwila nieuwagi, każda moja słabość dyktowana najnaturalniejszą w świecie ciekawością, ściągnie na mnie konsekwencję tego zdławionego wyznania przy konfesjonale. I nie ma wyjścia, trzeba potem przynieść zaświadczenie, tę uświęconą karteczkę, którą wymyślono po to, żeby udowodnić, jak bardzo się nie ufa tym, które ufają bezgranicznie.

Dzieciom.

Jestem więc dzieckiem, mam osiem lat i za chwilę będę czuć gnijące spustoszenie, rozpadające się fragmenty swojej wartości, niszczącą siłę poczucia niewyobrażalnej winy, która wymiecie ze mnie dziecięcą ciekawość i akceptację siebie.

Znów skulę się na kolanach przed wielkim mężczyzną z zachrypniętym od surowości głosem i będę się krztusić, będę się palić ze wstydu, będę się kajać z powodu, którego właściwie nie rozumiem. I tak cichym głosem, jakby mnie nie było, jakbym w ogóle znikła, jakbym się pod ten konfesjonał zapadła, jakbym starła się w proch wiekuisty, będę odpowiadać na srogie pytania obcego faceta, będę się kruszyć przed jego dociekliwością: „ale sama, czy z kimś?!”, „ale jak często?!”, „jak długo”, „gdzie?!”, „dokładnie!”. A potem, wracając do kościelnej ławki, będę łykać łzy z upokorzenia i niemocy, bo za co to – przecież tak naprawdę nic złego nie zrobiłam.

Albo pójdę do piekła.

———————————————————————————

W Polsce co roku przystępuje do pierwszej spowiedzi ponad 300 tysięcy małych dzieci. Nikt nie stawia pytań, jaki wpływ na ich wrażliwość ma przymus wyznawania intymnych zwierzeń obcemu mężczyźnie. Nikt się nie zastanawia, co czuje dziecko, gdy się dowiaduje, że jest brudne i złe.

Rododendron (na Dzień Dziecka)

Dziecko. Niewyczerpana rzeka potrzeb. Pasmo udręk, nierównej walki. Lata wyrzeczeń i kompromisów. Wieczna porażka

DDGDOd samego początku swego istnienia wywraca świat do góry nogami. W dniu jego pojawienia się powstaje nieopisany rejwach. Jakby faktycznie nic poza nim się nie liczyło, jakby ludzkość od zarania dziejów nigdy czegoś podobnego na oczy nie widziała. Jestem, dajmy na to, w pracy. Księgowej szwagierki bratanicy siostra urodziła dziecko. Z tego powodu piszczy pół biura. Zdjęcia rozsyłają. Na fejsbuku tysiąc lajków. Wódka na stole. Delegacja po śpioszki. Zdarzył się cud. Ósmy cud świata. Dwie ręce, dwie nogi, głowa ciut za duża. Palce sztuk dziesięć. U stóp drugie tyle. Apetyt – maks. Defekacja – maks. Absorbowanie – maks. Decybele – maks. Potencjał niszczycielski – MAKS.

Wolność i niezależność rodziców  – zero. Sobotnie imprezy – zero. Słuchanie muzyki – zero. Święty spokój – zero.

Trzy i pół kilo, pięćdziesiąt centymetrów. I jeden pewnik. Nic już nie będzie takie jak kiedyś.

Do końca życia siostra bratanicy szwagierki księgowej nie zazna spokoju. Do końca życia siostry bratanica szwagierki księgowej nie odzyska talii. Do końca życia siostra bratanicy szwagierki księgowej nie posłucha Red Hotów. Do końca życia siostra bratanicy szwagierki księgowej nie zaszaleje w Spatifie. Do końca życia siostra bratanicy szwagierki księgowej nie pryśnie pod namiot. Chyba że z dzieciakiem. Ho, ho, ho! To ci dopiero zabawa.

Dziecko kosztuje fortunę. Tonę pampersów, które zapaskudzają środowisko i ścielą planetę nigdy nie rozkładającym się polipropylenem. Stosy plastikowych smoczków, butelek, kubków, gryzaczków, grzechotek. Wózki, nosidełka, bujaczki. Chodziki, nocniki, wanienki. Łóżeczka, pozytywki, materace. Dwa tiry gadżetów. Chudy portfel i grube kłopoty. Dziecko. Nigdy nie wyczerpana rzeka potrzeb. Pasmo udręk, nierównej walki. Lata wyrzeczeń i kompromisów. Wieczna porażka. Od samego początku.

Daruję wszystkim narodziny, karmienie i połóg. Fizjologia nie jest poezją, nie jest nawet prozą. Określenie „cud narodzin” to cynizm facetów, którzy mają sadystyczne zacięcie. Zacznę od pierwszej fety wokół tej jazgotliwej istoty, która ubrana w koronkowy uniform, zaczyna swój destrukcyjny proces. Proces dobijania rodziców.

Chrzciny.  Cała chałupa siódmych wód po kisielu, na koncie pustka, w głowie wojna. Goście pieją, że fajnie. Nic nie jest fajnie. Matka ma poryty tyłek, popękane cycki. Na stole sałatka, dziecko się drze.  Słabo? To dopiero początek.

Pierwszy dzień w szkole. Tornister jak cegła, krew na kolanie. Do permanentnego stresu dobija pani od matmy. Biały kołnierzyk. Czerwony zeszyt. Czarne myśli.

Komunia. Znów ciotki i babki zza Bugu. Budżet domowy leży i płacze, rodzina plądruje lodówkę.  W nowiutkim laptopie nie ma procesora, dzieciak nakarmił nim rybki.

Rocznikowo jestem dorosły, czyli pierwszy powrót do domu w stanie półpłynnym. W codziennej diecie pojawia się wybuchowy koktajl.  Rodzic, dzieciak i sześć promili pomiędzy.

Matura. Gardło ściśnięte, nerwosol na stole. Rodzic patrzy w kalendarz, kiedy się dzieciak wyniesie. Już bliżej niż dalej, może wreszcie będzie spokój?

Studia. I owszem, ten się pakuje, wyjeżdża na studia, uf, myśli rodzic, idę na jubel. Dzieciak w świecie, w domu spokój. Dziewięć miesięcy później dzieciak wraca i mieszka do czterdziestki. Wraz z nim tobołek. Wrzeszczący.

To ja chyba sobie lepiej rododendron kupię.

——————————————————————————————

MAGAZYN BE

http://issuu.com/bemagazyn/docs/be_kids

10.06.2012 Rododendron

Kadr z filmu o pewnym słodkim bobasie…

Dziecko. Nigdy nie wyczerpana rzeka potrzeb. Pasmo udręk, nierównej walki. Lata wyrzeczeń i kompromisów. Wieczna porażka.

Od samego początku swego istnienia wywraca świat do góry nogami. W dniu jego pojawienia się powstaje nieopisany rejwach. Jakby faktycznie nic poza nim się nie liczyło, jakby ludzkość od zarania dziejów nigdy czegoś podobnego na oczy nie widziała.

Jestem, dajmy na to, w pracy. Księgowej szwagierki bratanicy siostra urodziła dziecko. Z tego powodu piszczy pół biura. Zdjęcia rozsyłają. Na fejsbuku tysiąc lajków. Wódka na stole. Delegacja po śpioszki. Zdarzył się cud. Ósmy cud świata. Dwie ręce, dwie nogi, głowa ciut za duża. Palce sztuk dziesięć. U stóp drugie tyle. Apetyt – maks. Defekacja – maks. Absorbowanie – maks. Decybele – maks. Potencjał niszczycielski – MAKS.

Wolność i niezależność rodziców  – zero. Sobotnie imprezy – zero. Słuchanie muzyki –zero. Święty spokój – zero.

Trzy i pół kilo, pięćdziesiąt centymetrów. I jeden pewnik. Nic już nie będzie takie jak kiedyś.

Do końca życia siostra bratanicy szwagierki księgowej nie zazna spokoju. Do końca życia siostry bratanica szwagierki księgowej nie odzyska talii. Do końca życia siostra bratanicy szwagierki księgowej nie posłucha Red Hotów. Do końca życia siostra bratanicy szwagierki księgowej nie zaszaleje w Spatifie. Do końca życia siostra bratanicy szwagierki księgowej nie pryśnie pod namiot. Chyba że z dzieciakiem. Ho, ho, ho! To ci dopiero zabawa.

Dziecko kosztuje fortunę. Tonę pampersów, które zapaskudzają środowisko i ścielą planetę nigdy nie rozkładającym się polipropylenem. Stosy plastikowych smoczków, butelek, kubków, gryzaczków, grzechotek. Wózki, nosidełka, bujaczki. Chodziki, nocniki, wanienki. Łóżeczka, pozytywki, materace. Dwa tiry gadżetów. Chudy portfel i grube kłopoty. Dziecko. Nigdy nie wyczerpana rzeka potrzeb. Pasmo udręk, nierównej walki. Lata wyrzeczeń i kompromisów. Wieczna porażka. Od samego początku.

Daruję wszystkim narodziny, karmienie i połóg. Fizjologia nie jest poezją, nie jest nawet prozą. Określenie „cud narodzin” to cynizm facetów, którzy mają sadystyczne zacięcie. Zacznę od pierwszej fety wokół tej jazgotliwej istoty, która ubrana w koronkowy uniform, zaczyna swój destrukcyjny proces. Proces dobijania rodziców.

Chrzciny.  Cała chałupa siódmych wód po kisielu, na koncie pustka, w głowie wojna. Goście pieją, że fajnie. Nic nie jest fajnie. Matka ma poryty tyłek, popękane cycki. Na stole sałatka, dziecko się drze.  Słabo? To dopiero początek.

Pierwszy dzień w szkole. Tornister jak cegła, krew na kolanie. Do permanentnego stresu dobija pani od matmy. Biały kołnierzyk. Czerwony zeszyt. Czarne myśli.

Komunia. Znów ciotki i babki zza Bugu. Budżet domowy leży i płacze, rodzina plądruje lodówkę.  W nowiutkim laptopie nie ma procesora, dzieciak nakarmił nim rybki.

Rocznikowo jestem dorosły, czyli pierwszy powrót do domu w stanie półpłynnym. W codziennej diecie pojawia się wybuchowy koktajl.  Rodzic, dzieciak i sześć promili pomiędzy.

Matura. Gardło ściśnięte, nerwosol na stole. Rodzic patrzy w kalendarz, kiedy się dzieciak wyniesie. Już bliżej niż dalej, może wreszcie będzie spokój?

Studia. I owszem, ten się pakuje, wyjeżdża na studia, uf, myśli rodzic, idę na jubel. Dzieciak w świecie, w domu spokój. Dziewięć miesięcy później dzieciak wraca i mieszka do czterdziestki. Wraz z nim tobołek. Wrzeszczący.

To ja chyba sobie lepiej rododendron kupię.

————————————————————————————————-

MAGAZYN BE

http://issuu.com/bemagazyn/docs/be_kids

22.03.2012 NO babies on board

Każdy rodzic w pewnym momencie swojego życia dochodzi do wniosku, że wykazał się rażącym brakiem odpowiedzialności, lekkomyślnością graniczącą z przejawem choroby psychicznej w podjęciu niegdysiejszej decyzji o posiadaniu potomstwa.

Każdy rodzic w pewnym momencie swojego życia dochodzi do wniosku, że ma wystarczający kłopot z samym sobą, by nie dostawać jeszcze szajby na punkcie jakichś dzieci. Jemu samemu bowiem wystarczająco trudno się w razie czego schować w komórce na szczotki. A co dopiero wciągnąć tam rozwrzeszczaną dziatwę?

Tak, piszę ten wpis z duszą na ramieniu, bo będzie to wpis nieśmieszny. Tu się z kolei narażam potwornie, bo przecież zaraz znajdzie się jakiś hejter komentujący, że w wszystkie moje wpisy są nieśmieszne. W porządku, niech mu będzie. Ale ten wpis jest więc celowo nieśmieszny.

Wracając do tematu. W obecnych czasach ludzkość nie żywi specjalnych obaw względem niektórych niebezpieczeństw. Jakoś nie zauważam powszechnego lęku przed dziką zwierzyną.  Przed kataklizmami. Meteorytem. Czarną ospą. Albo, na przykład, przed  gniewem Bożym. Z rzadka widuje się Justynę Pochanke relacjonującą wiadomość  typu: „Dziś rano gniew Boży zmiótł z globu trzy tysiące ofiar.” No nie. Za to bardzo często można usłyszeć Justynę Pochanke opowiadającą o psychopacie ostrzeliwującym szkołę w Tuluzie. O autobusie z dziećmi lądującym na ścianie tunelu w Szwajcarii. O rewanżu wojsk rządowych na dwulatkach w Syrii. O szaleńcu wybijającym do ostatniej nogi młodzieżowy obóz w Norwegii. O czystkach etnicznych na Kaukazie. O księżach pedofilach. Wszędzie.

Ludzkość zatem najbardziej drży ze strachu przed… ludzkością.

Kto więc, kto, pytam do cholery, kto o zdrowych zmysłach wydaje na świat pełny opisanego przez Justynę Pochanke towarzystwa, własne dziecko?! Kto własne dziecko naraża na te wszystkie niebezpieczeństwa? Kto własne dziecko wysyła na walkę o byt pośród… ludzi?!

Przeczytałam ostatnio złotą myśl mojego ostatnio ulubionego autora, Janusza Rudnickiego. Była to parafraza „homo homini lupus est”, w bardziej realnym przekładzie: „człowiek człowiekowi… człowiekiem”.

Trudno wobec powyższych argumentów nie zdecydować o całkowitym zaprzestaniu prokreacji. Przynajmniej, dopóki istnieje ludzkość. Dopóki plącze się po tym świecie ostatni człowiek, nie ma sensu ryzykować. Nigdy bowiem nie wiadomo, co temu ostatniemu na świecie człowiekowi do łba strzeli.

Jeśli jednak jakimś nieszczęśliwym trafem już się tym rodzicem zostało, trudno, trzeba się modlić, aby potomstwo w pośpiechu urosło. A jeśli już potomstwo szczęśliwie przetrwa i urośnie – niech go ręka boska broni! Żadnych dzieci. I tego się trzymajmy.

Choć czasem, przyznaję, w deszczowy wiosenny dzień, gdy taki rodzic usłyszy:

– E, mama weź parasol, bo leje jak zebra – może zacząć mięknąć…