Kobieta niedoskonała

To ja. Właśnie dziś. Śniła mi się szmaragdowa sukienka. Kosztowała 77 zł. A ja pieniędzy plik po stówach w ręku trzymam i nie mogę zapłacić. Sprzedawca pyta, na jakie imię odłożyć. Podaję imię. Nie, nie to. 

Podaję inne. 

Szmaragdowa sukienka jest moja. Wiem to na pewno. Ale nie mogę jej dostać, bo wciąż myślę o tej JESZCZE BARDZIEJ SZMARAGDOWEJ. O tej doskonalszej. O tej, którą szkoda, że ta tutaj nie jest. Znacie to? Wiecie o co mi chodzi? Super kiecka, szkoda, że nie szersza, ale trudno. SCHUDNĘ. Albo: leży idealnie, szkoda że nie TROCHĘ INNY KOLOR. Ale dobra. Niech będzie. 

Tymczasem moja sukienka ze snu mówi: nie. Jak ci nie pasuje: spadaj. I pieniędzmi tu nie szastaj, to nic nie da. Jak się nazywasz? No właśnie. Zastanów się, czy ci się twoje imię podoba. 

Obudziłam się cała głupia. I z tym planem w głowie: jak zrobić, żeby się polepszyć. Dzisiaj będę mądrzejsza. Dzisiaj będę miłosierniejsza. Dzisiaj to już w ogóle, kurde, w boga się zmienię. Boginię. Boguistą. 

Tak, to dziś jest ten dzień, w którym zbawię świat. 

To DZIŚ. Dziś się stanie. 

A tu pada deszcz. Deszczowy dzień na zbawienie świata? Serio? Ktoś widział deszcz w raju? Na tych okładkach publikacji świadków Jehowy, na tych „Strażnicach” i „Przebudźcie się”, widzieliście kiedyś DESZCZ? Ja nie. Ale dobra. Niebadane są fantazje bogów. Może i deszcz. Nie mam czasu zresztą na dywagacje, deszcz nie deszcz, muszę świat zbawiać. W końcu jestem dziś o krok od doskonałości. To już teraz. Stanie się. Za chwilę. 

Szmaragd to taki kolor różny. Jasny szmaragd jest bodaj najdoskonalszy. Sukienka z mojego snu nie była jasna. I w jakieś esy floresy, z zieleni w błękit, dynamicznie, bez stałości. Cała jakby ruchoma, zmieniająca się bez przerwy, niby aura. Nie było w niej nic z tej stałości kamienia szlachetnego, z tej marmurowej niezłomności, jaką jest drogocenna skała. A jednak miała ten kolor. To imię. Szmaragd. 

Zawsze chciałam mieć imię z kamienia. Bo czyż nie kamień nosimy od narodzin u swojej szyi, na zawsze, do śmierci? Wszak to nie jest nasz pomysł, żeby się tak nazywać. Ktoś nam to imię nadaje i potem się męcz. Że ci się nie podoba. Że masz inny pomysł. Że nie jesteś wcale Ania, ale Ewa właściwie. Albo Jasmin. Albo, jeszcze lepiej: NIKOL. 

A ja mam imion tysiąc! I wszystkie ulotne jak dym. Dziś Sylwia, jutro Noemi. A pojutrze nie wiem jeszcze. Moje imiona to sukienki, których mam w szafie tak dużo, że wkrótce z pewnością szafa wybuchnie i wyrwie południową ścianę kamienicy, w której mieszkam. Stanie się to w samym środku najbardziej niewłaściwego dla wybuchów szaf czasie i rozpocznie lawinowy cykl wybuchów wszystkiego na całym świecie, co efektem domina wywoła koniec świata. 

Tak. 

Tak właśnie myślą mężczyźni, gdy drżącym głosem pytają: ile masz tych sukienek?

Sukienki kobiet najpierw ich zachwycają, a potem, gdy ośmielone zachwytem kobiety rozkręcają swoje możliwości – zaczynają przerażać. Aż wreszcie i ostatecznie powodują koniec świata. 

A ja tymczasem jestem zajęta kupowaniem kolejnej kiecki za 77 i koniec świata byłby za chwilę nastąpił, gdyby ten subiekt nie odmówił transakcji. 

 Mam jeszcze kartę – mówię, ale facet jest nieugięty. Nie, to nie facet. Facet chce ją sprzedać. To ona. 

To MOJA ciemno-szmaragdowa, niestała, niedoskonała, zanieczyszczona błękitem sukienka. To ona odmawia. I będzie w tym uporze, dopóki jej nie zaakceptuję. 

Boże, jak ja dziś wyglądam! Dałabym zdjęcie, ale mi się nie chce. Liczę na waszą wyobraźnię. Siedzę jak zombi, patrzę tępo na deszcz, włos w nieładzie, oczy w słup. Nawet ten tekst mi nie idzie. A ja zbawiać świat się wybieram. Ha, ha, ha. 

Nic mi się nie chce. 

Zadzwoniłam do Ewelement, ale jej się z kolei gadać nie chce. To w zestawieniu z moim „nic” nieźle się spięło. Przeprowadziłam więc żywy monolog o doskonałości liczby 7, której druga siódemka w doskonałości przecież tylko przeszkadza, a ona na to odpowiedziała:

– Kot mi wlazł do talerza. 

Siąpi tak, że nie wiem, czy w ogóle gdzieś wyjdę. Ale kupiłam sobie niedawno parasolkę w groszki. I jest nowa dostawa w lumpie…

Idę. Kupię sobie sukienkę. W końcu jak długo ten świat może istnieć?

 

PS. nemezis.me

Deszcz

Ktoś przesunął korkiem od wina po krawędzi kryształowego kieliszka. I nagle z nieba spadły dziesiątki ciem. Martwych ciem

Jeżeli chodzi o mnie, to u mnie wreszcie pada deszcz. Kropla za kroplą opisuje ten dzień. Myślę z soczystą satysfakcją o tych wszystkich wyschniętych roślinach, które terroryzowały mnie przez całe lato ostentacyjnym usychaniem, a dziś doczekały się ratunku ze strony natury. O ile ich ostentacyjne usychanie miało zmiękczyć me serce, o tyle nie trzeba być orłem, żeby wiedzieć, że pod tą szerokością geograficzną prędzej czy później grzmotnie nawałnica. Dlatego bieganie z konewką zawsze zdawało mi się zajęciem podejrzanym i akceptuję je tylko ze względu na moją babcię Stasię. Babcia Stasia podlewała kwiaty na działce i biegała z konewką do kętrzyńskiego jeziorka, z którego wyłowiła pewnego razu prawdziwą pijawkę, pijawkę z krwi i kości, a raczej z samej krwi, której się tak ożłopała, że przybrała postać swojej nadętej amazońskiej kuzynki. Ja, wówczas kilkuletnia, chłonęłam świat jak gąbka, wchłonęłam także pijawkę, o której snułam fantazję tak śmiałe, że w końcu napisałam pierwsze w życiu opowiadanie i dostałam piątkę. Opowiadanie oczywiście o pijawce.

Nie pamiętam jak to leciało, wiem tylko że musiało być dramatycznie, w moim życiu wszystko miało dramatyczny wymiar, tym dramatyczniejszy, że związany z głębokim, choć niejasnym poczuciem obowiązku wobec literatury. Tak więc pierwsze moje literackie kroki mały ścisły związek z podgromadą pierścienic, co gorsza skutkowały piątką z polskiego, co już ostatecznie zagmatwało mi życie. Uwierzyłam bowiem, że mam dar opowiadania, mało tego, mam dar opowiadania o podgrupie pierścienic, a co za tym idzie najprawdopodobniej mam też dar opowiadania o motylicy wątrobowej, o tasiemcu bąblowcowym, o pająkach i ćmach. I poszłam na studia biologiczne.

Jezu, gdzie ja zabrnęłam, miałam pisać o deszczu!

Po latach, gdy już wszelkie znaki na niebie i ziemi wyjaśniły mi, że moje opowieści dotyczące stawonogów, ich tchawek i odnóży w najmniejszym stopniu nie zajmują ludzkości, popełniłam błąd na miarę własnego uporu i dramatyzmu. Opowiedziałam historię ciem tropikalnych. Na randce.

Historia tropikalnych ciem zaczyna się nawet całkiem interesująco, zaczyna się bowiem wieczorem na imprezie z ośmiorniczkami zakrapianymi winem, a pokażcie mi delikwenta, który na randce z nieznajomą opiera się historii zaczynającej się na jakiejś tropikalnej wyspie, wieczorem, przy winie i ośmiorniczkach? Ha! No to jesteśmy na tej wyspie, przy winie, przy krwistych dźwiękach portorykańskiej gitary, wśród zapachu rozgrzanych dopiero co zaszłym słońcem ciał, ciał smolistym winem rozbujanych w takt krwistej samby i, zdawałoby się, delikwent jest już nasz.

Życie jednak pokazuje, że człowiek będący na prostej drodze do sukcesu zrobi wszystko, żeby sobie tę drogę skomplikować i sukcesu uniknąć. Tak było i w tamten wieczór, gdy siedząc na tarasie z moją świeżo złowioną randkową zdobyczą, piłam piwo, patrzyłam na księżyc i snułam opowieść z Puerto Rico. Robiło się coraz gęściej, sprawy zarówno na moim tarasie, jak i na tarasie portorykańskim zmierzały do celu, gdy nagle któryś z wyspiarskich gości (nie pamiętam, czy to była ona czy on) przesunął korkiem od wina po krawędzi kryształowego kieliszka. Z kieliszka wydobył się dźwięk nie tyle krwisty, co taki tam, ot, pisk szkła pocieranego korkiem, na tyle jednak donośny, że rozpalona do czerwoności gitara zgasła. I nagle z nieba spadły dziesiątki ciem.

Martwych ciem.

Damy, rzecz jasna, jęły piszczeć, a ćmy spadały dalej. I spadały, aż nastała cisza. Sto martwych owadów leżało pokotem u smagłych stóp pięknych kobiet, niczym ofiary nocy. Jednak nad ranem, gdy boy hotelowy przyszedł oporządzić taras, nie było już truchła ani jednego owada.

Tu też jeszcze miałam duże szanse. Mogłam bowiem podążyć w stronę duchów i metafizycznych znaków, biblijnych przypowieści itp., czym z pewnością delikwenta bym zaczarowała („Boże, jaka ona jest odjechana!”). Potem już tylko dwa dni udawania obojętności, dwa dni nieodbierania telefonu i facet jest mój. Tymczasem? Tymczasem ja, zgodnie z przeklętą wrodzoną szczerością, rzecz wyjaśniłam naukowo. I przepadłam z kretesem.

Korci mnie, żeby w tym miejscu urwać i pójść oglądać deszcz, ale byłoby to z mojej strony kolejnym dramatycznym błędem. Ja tu sobie siedzę, patrzę przez okno na świat i myślę, że w tym momencie pół ludzkości łamie głowę nad rozwiązaniem mojej zagadki, czemu ćmy po usłyszeniu pisku spadły nocą na taras? Ale wszyscy gwiżdżą na moje ćmy, wszyscy gwiżdżą na mój ornitologiczny romans, bo jak świat światem, o ile między Lolą a Rico nie zaiskrzy więź, o tyle pies z kulawą nogą opowieści nie wysłucha.

Moje ćmy spadły gwałtownie, jakby szło o kwestię życia i śmierci. Wysoki dźwięk zadziałał jak alarm bombowy z przekładem na polski: „padnij!”. Jaki związek ma wysoki ton pocieranego korkiem szkła ze śmiertlenym zagrożeniem dla nocnych motyli? Co sobie ubzdurały, żeby spadać na taras? Czemu akurat w jednym momencie, pionowo jak martwe? Pytałam retorycznie i po dramatycznej pauzie pełnej napięcia, wygłosiłam wreszcie odpowiedź.

Znacie tę krępującą ciszę, gdy kończycie fascynującą historię, a wasz słuchacz kwituje ją „aha”? I w tym „aha” zawiera się wszystko to, czego byśmy w żadnym „aha” usłyszeć nie chcieli. Jest to mieszanka ugrzecznionej cierpliwości z domieszką ulgi, że wreszcie opowieść dobiegła końca, jest też jakiś rodzaj zdumienia, że w ogóle miała miejsce, a przede wszystkim jest to skrzętnie ukryte pod maską konwenansów zdanie: „laski to jednak są popierdolone.”

Zostałam więc ze swoimi ćmami na tarasie, na który dziś pada deszcz, a krople opowiadają ten dzień, kolejny dzień niegasnącej nadziei, że ktoś gdzieś na świecie mnie zrozumie i któregoś deszczowego dnia dokończy moją opowieść.