Deszcz

Ktoś przesunął korkiem od wina po krawędzi kryształowego kieliszka. I nagle z nieba spadły dziesiątki ciem. Martwych ciem

Jeżeli chodzi o mnie, to u mnie wreszcie pada deszcz. Kropla za kroplą opisuje ten dzień. Myślę z soczystą satysfakcją o tych wszystkich wyschniętych roślinach, które terroryzowały mnie przez całe lato ostentacyjnym usychaniem, a dziś doczekały się ratunku ze strony natury. O ile ich ostentacyjne usychanie miało zmiękczyć me serce, o tyle nie trzeba być orłem, żeby wiedzieć, że pod tą szerokością geograficzną prędzej czy później grzmotnie nawałnica. Dlatego bieganie z konewką zawsze zdawało mi się zajęciem podejrzanym i akceptuję je tylko ze względu na moją babcię Stasię. Babcia Stasia podlewała kwiaty na działce i biegała z konewką do kętrzyńskiego jeziorka, z którego wyłowiła pewnego razu prawdziwą pijawkę, pijawkę z krwi i kości, a raczej z samej krwi, której się tak ożłopała, że przybrała postać swojej nadętej amazońskiej kuzynki. Ja, wówczas kilkuletnia, chłonęłam świat jak gąbka, wchłonęłam także pijawkę, o której snułam fantazję tak śmiałe, że w końcu napisałam pierwsze w życiu opowiadanie i dostałam piątkę. Opowiadanie oczywiście o pijawce.

Nie pamiętam jak to leciało, wiem tylko że musiało być dramatycznie, w moim życiu wszystko miało dramatyczny wymiar, tym dramatyczniejszy, że związany z głębokim, choć niejasnym poczuciem obowiązku wobec literatury. Tak więc pierwsze moje literackie kroki mały ścisły związek z podgromadą pierścienic, co gorsza skutkowały piątką z polskiego, co już ostatecznie zagmatwało mi życie. Uwierzyłam bowiem, że mam dar opowiadania, mało tego, mam dar opowiadania o podgrupie pierścienic, a co za tym idzie najprawdopodobniej mam też dar opowiadania o motylicy wątrobowej, o tasiemcu bąblowcowym, o pająkach i ćmach. I poszłam na studia biologiczne.

Jezu, gdzie ja zabrnęłam, miałam pisać o deszczu!

Po latach, gdy już wszelkie znaki na niebie i ziemi wyjaśniły mi, że moje opowieści dotyczące stawonogów, ich tchawek i odnóży w najmniejszym stopniu nie zajmują ludzkości, popełniłam błąd na miarę własnego uporu i dramatyzmu. Opowiedziałam historię ciem tropikalnych. Na randce.

Historia tropikalnych ciem zaczyna się nawet całkiem interesująco, zaczyna się bowiem wieczorem na imprezie z ośmiorniczkami zakrapianymi winem, a pokażcie mi delikwenta, który na randce z nieznajomą opiera się historii zaczynającej się na jakiejś tropikalnej wyspie, wieczorem, przy winie i ośmiorniczkach? Ha! No to jesteśmy na tej wyspie, przy winie, przy krwistych dźwiękach portorykańskiej gitary, wśród zapachu rozgrzanych dopiero co zaszłym słońcem ciał, ciał smolistym winem rozbujanych w takt krwistej samby i, zdawałoby się, delikwent jest już nasz.

Życie jednak pokazuje, że człowiek będący na prostej drodze do sukcesu zrobi wszystko, żeby sobie tę drogę skomplikować i sukcesu uniknąć. Tak było i w tamten wieczór, gdy siedząc na tarasie z moją świeżo złowioną randkową zdobyczą, piłam piwo, patrzyłam na księżyc i snułam opowieść z Puerto Rico. Robiło się coraz gęściej, sprawy zarówno na moim tarasie, jak i na tarasie portorykańskim zmierzały do celu, gdy nagle któryś z wyspiarskich gości (nie pamiętam, czy to była ona czy on) przesunął korkiem od wina po krawędzi kryształowego kieliszka. Z kieliszka wydobył się dźwięk nie tyle krwisty, co taki tam, ot, pisk szkła pocieranego korkiem, na tyle jednak donośny, że rozpalona do czerwoności gitara zgasła. I nagle z nieba spadły dziesiątki ciem.

Martwych ciem.

Damy, rzecz jasna, jęły piszczeć, a ćmy spadały dalej. I spadały, aż nastała cisza. Sto martwych owadów leżało pokotem u smagłych stóp pięknych kobiet, niczym ofiary nocy. Jednak nad ranem, gdy boy hotelowy przyszedł oporządzić taras, nie było już truchła ani jednego owada.

Tu też jeszcze miałam duże szanse. Mogłam bowiem podążyć w stronę duchów i metafizycznych znaków, biblijnych przypowieści itp., czym z pewnością delikwenta bym zaczarowała („Boże, jaka ona jest odjechana!”). Potem już tylko dwa dni udawania obojętności, dwa dni nieodbierania telefonu i facet jest mój. Tymczasem? Tymczasem ja, zgodnie z przeklętą wrodzoną szczerością, rzecz wyjaśniłam naukowo. I przepadłam z kretesem.

Korci mnie, żeby w tym miejscu urwać i pójść oglądać deszcz, ale byłoby to z mojej strony kolejnym dramatycznym błędem. Ja tu sobie siedzę, patrzę przez okno na świat i myślę, że w tym momencie pół ludzkości łamie głowę nad rozwiązaniem mojej zagadki, czemu ćmy po usłyszeniu pisku spadły nocą na taras? Ale wszyscy gwiżdżą na moje ćmy, wszyscy gwiżdżą na mój ornitologiczny romans, bo jak świat światem, o ile między Lolą a Rico nie zaiskrzy więź, o tyle pies z kulawą nogą opowieści nie wysłucha.

Moje ćmy spadły gwałtownie, jakby szło o kwestię życia i śmierci. Wysoki dźwięk zadziałał jak alarm bombowy z przekładem na polski: „padnij!”. Jaki związek ma wysoki ton pocieranego korkiem szkła ze śmiertlenym zagrożeniem dla nocnych motyli? Co sobie ubzdurały, żeby spadać na taras? Czemu akurat w jednym momencie, pionowo jak martwe? Pytałam retorycznie i po dramatycznej pauzie pełnej napięcia, wygłosiłam wreszcie odpowiedź.

Znacie tę krępującą ciszę, gdy kończycie fascynującą historię, a wasz słuchacz kwituje ją „aha”? I w tym „aha” zawiera się wszystko to, czego byśmy w żadnym „aha” usłyszeć nie chcieli. Jest to mieszanka ugrzecznionej cierpliwości z domieszką ulgi, że wreszcie opowieść dobiegła końca, jest też jakiś rodzaj zdumienia, że w ogóle miała miejsce, a przede wszystkim jest to skrzętnie ukryte pod maską konwenansów zdanie: „laski to jednak są popierdolone.”

Zostałam więc ze swoimi ćmami na tarasie, na który dziś pada deszcz, a krople opowiadają ten dzień, kolejny dzień niegasnącej nadziei, że ktoś gdzieś na świecie mnie zrozumie i któregoś deszczowego dnia dokończy moją opowieść.