Tagged: Chrystus

Wystarczy nie być

Gdy zmarł Stach hulaka, zamówiłam wieniec. Chciałam na szarfie napisać: „Królowi Kętrzyna”, ale się powstrzymałam. Całe szczęście. Okazało się bowiem, że w ciągu kilku godzin od zgonu do pogrzebu, Stachu stał się święty

chrystus

Mariusz Kapała/Gazeta Lubuska

Stach był utracjuszem i nicponiem. Otwierał drzwi kopniakiem i krzyczał: „Kto tu rządzi!” Był samozwańczym królem Kętrzyna, królem wszystkich awanturników. Wściekle agresywny i zaczepny, jako młody człowiek trwonił niewielki dobytek rodziny pod budką z piwem. Z biegiem czasu jednak dorósł jego syn i w wieku lat szesnastu stanął w obronie matki, rozkwaszając ojcu nos na framudze drzwi wejściowych.

Spektakularna porażka samca alfa zwykle kończy się dla niego nędznie. Stach utracił moc, skurczył się, złagodniał i z miejsca stał się pośmiewiskiem małżonki, dzieci i potem wnucząt. Głupi Stary – przywarło doń jak imię, Dziad – jak nazwisko. Głupi Stary Dziadygo!, krzyczała Jadźka, jego córka, rzucając w niego cukiernicą. Za tym szły obelgi i oskarżenia. Ech, Głupi Stary – wzdychała pogardliwie żona, znacząco pokazując wnukom kuku na muniu, gdy tylko się pojawiał. Ja sama, nasiąknięta niechęcią, czułam, że Stachu to prawdziwy Dziad, spodnie ma obwisłe, gacie obwisłe, buty rozklepane. Nikt go nie rozumiał, bo gadał jak potłuczony, w dodatku w jakimś dziwnym języku, mieszanką litewskiego, ruskiego i kompletnie pokaleczonego polskiego. Jeden Whisky go szanował. Nie pozwalał obrażać swojego dziadka, widział w nim kogoś więcej, niż Głupiego Starego. Ale ten i tak się kurczył, mówił już tylko do siebie, coś pod nosem, co nikogo nie obchodziło. W końcu umarł.

Zamówiłam wieniec. Chciałam na szarfie pogrzebowej napisać: „Królowi Kętrzyna”, ale resztką rozsądku się powstrzymałam. Całe szczęście. Okazało się bowiem, że w ciągu tych kilku godzin od zgonu do pogrzebu, Stachu stał się święty. I nie ma mowy, że ktoś kiedyś nazywał go Dziadem. Nikt! Nigdy! Ani Stary, ani Głupi. Takie rzeczy nie miały miejsca. Teraz szpaler w czerni boleśnie zgina rozpacz. Na cmentarzu jeden szloch. Dramat. Tragedia. Umarł święty człowiek. Tylko jeden Whisky nie płacze. Przygląda się ze smutnym zdumieniem rozpaczającej ciotce Jadźce, która od tej pory codziennie będzie ciągnąć na grób Stacha największe znicze w gminie, najbujniejsze chryzantemy w powiecie, największy w województwie pomnik. Chrystusa naturalnej wielkości.

Chrystus nie był zbytnio wysoki, chociaż w jego pomnikach dawno już zatracono skalę. Miał łagodne usposobienie i skłonność do filozofii. Głosił miłosierdzie i pewnie nie miał takich wyskoków jak Stachu. Ale podobnie jak on, został pokochany po śmierci. Męczeństwo dało mu splendor. To znaczy, niekoniecznie jemu, bo już nie żył, ale na pewno tym, którzy na jego śmierci zrobili kariery. I robią do dziś. Bo potrzebna jest czyjaś śmierć, by był przydatny. Czyż nie na tym opiera się nasza kultura?

Kultura zmienia historię, wypacza fakty. Ktoś zginął w katastrofie, będzie że poległ w zamachu. Na żywego mówiono Kartofel, martwemu stawiają pomniki. Żonę mieszano z szambem, w trumnie stała się święta. Ofiarom oddają salwy, ocalałych lekceważąc. Nie ma się co dziwić w tym kraju. Tu super jest nie żyć. Nieżyjący, w przeciwieństwie do żywych, mają masę przywilejów. Miłość. Uwagę. Chwałę. Nikt nie liczy pieniędzy, jakie pochłania ich niebycie. Przemowy, transmisje w mediach, miesięcznice, spotkania, zebrania, tablice, rzeźby, szarfy, pomniki, wieńce, ulice, osiedla. Szkoły! Ich imieniem ponazywane, dla nich POŚWIĘCONE. Apele, publikacje, książki, traktaty. Filmy! Całe pokolenia nauki, kulturowe dziedzictwa! Co ja mówię! Wojny! Podboje! Rzezie!

Dla nieistniejących powstają idee i prawa. Nieistniejące dzieci decydują o życiu żywych. To ich, tych których nie ma, najbardziej kochają władze i kościoły. Im poświęca się wystawy, msze i wielkie pieniądze na niekończące się debatowanie na ich temat ich ochrony.

Wszystko. Dopóki się nie urodzą.