Boże, weź się zlituj!

Ja już nie wymagam cudów. Ale zamienić coś tak przepięknego jak kobiece piersi w płaską klatkę piersiową?! Obsypaną przypadkowym włosiem???!!!

Siadam do pisania z zupełnie pustą głową, ale wiem, że to jedyny ratunek przed natłokiem myśli, bombardowaniem Drezna, zrzutem napalmu emocji, pandemonium uczuć. 

To bombardowanie Drezna tylko przez Vonneguta się załapało. Chociaż życie to życie. Każde takie samo w obliczu stracenia. 

Chciałam napisać, że wyluzujcie, nie bądźcie tacy poważni, wyjmijcie te kije z gardeł. Albo najlepiej: rozśmieszyć do rozpuku. Co ja będę pouczać, lepiej rozbroję tę bombę powagi. I siadam właśnie obecnie do pisania, do rozśmieszania, do rozpuku (kuźwa, co to rozpuk?) – cała zaryczana, w procesie rozpadu z rozpaczy*.

Słowo rozpacz ma chyba konotacje z rozpadem, nawet się identycznie zaczyna…

Mózg ma taką właściwość, że jak człowiekowi okrutnie źle, zaraz podsuwa absurdalną myśl o etymologii wyrazu, jakim jest owo źródło zła. 

Boże. 

O ile jesteś. 

Kimkolwiek jesteś.

Czymkolwiek. 

Weź się zlituj. 

A właściwie, pierdol się! 

I znów pojawia się ten moment na etymologię wyrazu, a raczej – w tym wypadku na jego znaczenie, czyli, czekajcie, sprawdzę: na DEFINICJĘ. 

Pierwsze znaczenie tego słowa. Mylić się. Po prostu. Właściwie to nie jest pierwsze, szczerze powiedziawszy, jest to chyba nawet ostatnie znaczenie tego słowa w słowniku, ale najbardziej mi się spodobało. Mylić się. Co zatem powiedziałam? Boże, myl się! Myl się dalej. Nie ma sprawy. Masz do tego prawo. Ludzka rzecz błądzić, to co dopiero boska?! „Bóg się pomylił” – gdzieś przeczytałam ostatnio. No pewnie. Luźno. Można. Co tam dalej?

UPRAWIAĆ SEKS ZE SOBĄ ZAWZAJEM. 

Mega. Zwłaszcza, gdy jest się bogiem. Teraz pytanie: kobietą, czy mężczyzną? Bo ja bym wolała kobietą. W tym wypadku tak. Z facetem to zawsze zdrada. No może nie zawsze, ale – zważcie – często. Nader często. Szczególnie, gdy jest się kobietą. 

Kolejna rzecz: estetyka. Trzeba być naprawdę bogiem, by choć w części tak zachwycać jak kobieta. Przepraszam za szczerość. Ale serio, niech pierwszy uderzy w nożyce, kto się nie zgadza. 

Ja już nie wymagam cudów. Ale zamienić coś tak przepięknego jak kobiece piersi w płaską klatkę piersiową?! Górnolotnie zwaną torsem??? I jeszcze do tego obsypaną przypadkowym włosiem???!!!

Jezu. Nie wiem, kto to wymyślił. Chyba kościół katolicki. Bo jak oni coś wymyślą, to pozamiatane. Pod dywan najczęściej. 

Albo te brody do pasa, trymowane pieczołowicie przez salony fryzjerstwa międzynarodowego w języku zagranicznym na Strzyży, Gdańsk Garnizon, stary?

Albo te ciąże przenoszone czworaczo-bliźniacze, gdzie zarodek po wsze czasy wypojony czteropakiem odżywki chmielowej nigdy się w nic ciekawszego od płynu wytwarzanego w nerkach i wydalanego z organizmu, zawierającego produkty przemiany materii bezużyteczne lub szkodliwe dla ustroju – nie stworzy?!

Hę?

Dobra. Nie będę się pastwić. Nazwaliby mnie feministką, gdyby nie ten incydent z feministkami. I teraz nie wiadomo nawet jak mnie określić. Bez obaw. Samo przyjdzie. Zawsze przychodzi. Ten epitet na końcu języka, który swą nieokreślonością nie daje spokoju przez cały bankiet, by się na schodach objawić. To jest tak zwana spóźniona riposta. Zabłyśnięcie poniewczasie. Można wrócić, próbować olśnić jeszcze tlącym się światłem, ale jakoś głupio. To się nie wraca. 

Co tam jeszcze w definicji mamy? Zajmować się powolnie, robić coś powoli. Fakt. Tempo zawrotne, mój drogi. Mówię: „mój drogi”, bo tak się certolić może tylko facet. Codziennie, powtarzam, CODZIENNIE słyszę: pani Sylwio, spokojnie, już niedługo, za chwilę, jeszcze moment. Przysięgam. Jeszcze moment. Tylko że ten moment trwa dokładnie tyle, ile trwa moje życie. A tego obliczyć nie sposób, bo „Wiki” bzdury napisali. Od razu mówię. Poprawić się nie dało, bo mnie zignorowali.

W sumie racja, kto jak kto, ale bohater rekordu może nie wiedzieć, kiedy się urodził. Ja nie wiem. Owszem, powiedzieli mi, ale żeby tak sama z sobie wiedziała? Nie. 

Zmyślać, mówić coś głupiego. 

Coś dla pisarza. Każdy bóg to wszak artysta, przyznajcie. Ma prawo zmyślać, choćby duby smalone. Zresztą bóg ma prawo do wszystkiego, nawet do psucia. Bo to też jest. Kurcze, ile znaczeń ma to słowo! Ile w nim emocji! Niedowierzanie, zachwyt, lekceważenie, wściekłość. Co tylko chcesz. Tylko brać. I w życie wprowadzać.

Gdybym była bogiem, robiłabym to od świtu po zmierzch. W nocy też. Bez ustanku. Szkoda czasu. Zresztą, nie trzeba być bogiem. Jeśli chodzi o mnie, to wręcz zachęcam. 

MOŻNA.

fullsizeoutput_255
fot. Ewelement

* Jestem załamana, bo już nie mogę. 

* Tak miało być, zanim nie napisałam ostatniego słowa. 

* Puenta zawsze mnie zaskakiwała. 

* I co teraz?

* Kurwa mać!

W jakiego boga nie wierzysz?

Taksówkarz spojrzał w górę, jakby spodziewał się nagłego piorunu, gdy ten jednak nie uderzył, zapytał…

170397_zachod_slonca_kobieta_dlon

W sobotę wylądowałam na warszawskiej Pradze w knajpie o nazwie Skup Butelek. Na głównej ścianie zapyziałej salki koncertowej widniał dość gigantyczny napis: SZKŁO. Nie byłoby w tym nic godnego odnotowania, gdyby nie fakt, że trzy dni wcześniej napisałam tekst o butelkach i szkle, i stał się on kolejnym moim proroctwem, niezamierzonym ściągnięciem sobie na głowę takiego właśnie losu. Tak kochani, to co piszę zawsze się zdarza. Jeśli nie w przeszłości, to na bank w czasie przyszłym. I oczywiście nie ma mowy o tym, żeby wydarzyło się coś dobrego. Zawsze zło.  Czemu się z kolei nie dziwię, najpierw trzeba by coś dobrego napisać.

Ale w czym rzecz? Otóż w ponurej scenerii Skupu Butelek zawędrowałam w labirynt rozmów o Bogu i perspektywie życia po śmierci. Sami przyznacie, temat beznadziejny. Tym bardziej beznadziejny, że o ile traktujący o śmiertelności – sam w sobie jest nieśmiertelny. Od wieków ludzi pochłaniający, po wieczność zgubny. Ale tak mnie i przypadkowo uciułane przeze mnie towarzystwo zajął, że nikt z obecnych nie zauważył, kiedy została zakupiona piąta zero siedem. I kiedy wybiła szósta zero sześć. Człowiek po takiej dawce konwersacji nie ma już wiele do powiedzenia. Rozmowy o Stwórcy zaklęte nocą w szkle niczym dżin, nad ranem z niego ulatują, zostawiając jedynie głuchy jęk wiatru wędrującego po pustych jak skacowane głowy, butelkach. I właściwie powinno się wtedy porzucić wszelkie dysputy, zamilknąć i w ślad za nieustalonym bogiem, zniknąć. Tak też postanowiłam. Została mi jednak ostatnia konwersacja – rozmowa z dyspozytorem korporacji „Taxi – Grosik”. Gdy więc wylądowałam w pluszowej taksówce, postanowiłam cicho siedzieć i drzemać. Niestety, nie dało się. Warszawscy taksówkarze należą bodaj do najbardziej rozgadanego towarzystwa na świecie i żadne odburknięcia ich nie zrażają. Dlatego, gdy kierowca zadał mi siedemnaste pytanie w stylu: skąd jestem, dlaczego akurat Skup Butelek, i jak się bawiłam, wściekła na to burzenie pożądanej ciszy, wyskoczyłam jak z karabinem maszynowym:

– Ubawiłam się setnie! To była najbardziej konstruktywna impreza w moim życiu! Całą noc w jakiejś zatęchłej dziurze rozmawiałam o bogu, w którego nie wierzę!

Facet spojrzał przez okno gdzieś w górę, jakby się spodziewał nagłego piorunu, gdy ten jednak nie uderzył, postanowił się upewnić:

– Nie wierzy pani?

– Nie.

Podrapał się po brodzie szukając w niej satysfakcji, ale nie znalazłszy, z jakąś taką nadzieją w głosie, lekko dobrotliwym tonem podpowiadającym jedyną słuszną odpowiedź, zadał mi to ostatnie pytanie – pytanie, które wciąż dźwięczy mi w głowie szklanym dźwiękiem oddawanych do skupu butelek, choć weekend minął, choć się wyspałam, choć niby opuściłam tę szklaną nierzeczywistość:

– Ale rozumiem, że nie wierzy pani w tego naszego Boga… . Czy co?

Pytanie to zostawiło we mnie głębokie przekonanie o potrzebie religijnego patriotyzmu. Nawet jeśli ktoś deklaruje brak wiary, powinien zaznaczyć, jakiej religii ten brak wiary dotyczy! Żaden bowiem szanujący się warszawski taksówkarz nie będzie woził po polskiej stolicy kogoś, kto nie wierzy w jakiegoś obcego (może protestanckiego? prawosławnego? a może nie daj Bóg, jakiegoś islamskiego?) boga. Dlatego z miejsca kierowcę uspokoiłam:

– Oczywiście, że w naszego.