05.05.2012 W starym kinie

Ja rozumiem, że fajnie by było usłyszeć Rotę z przebitką Pavarottiego w refrenie, tudzież Sępie Miłości dla oprawy, bo co duma narodowa to duma narodowa – niezbędny jest patos, a nie jakieś Koko Koko Euro Spoko. Jednak ten ludyczny, niezbyt mądry (a wpadający w ucho) kawałek najlepiej oddaje stan kondycji narodowego futbolu, zamiast więc zawracać głowę całemu światu, który rzekomo umrze ze śmiechu słysząc przaśną melodię, a nie umrze widząc naszą reprezentację w pierwszym lepszym starciu – radzę lepiej odpalić grilla.

Albo pójść do kina.

Ja poszłam i od dwóch dni siedzę w starym kinie na festiwalu Gdańsk Doc Film i oto stwierdzam, że kondycja polskiej kinematografii dokumentalnej zasługuje co najmniej na We Are The Champions.

A facetowi, który nakręcił historię moich rodziców (Mama Tata Bóg i Szatan) chcę podziękować za to, że wyprzedził Dzieło Mojego Życia jego adaptacją filmową. Szczególnie bliski memu sercu wydał mi się cytat  bohatera opowieści:

– W pewnym wieku chciałem poczytać coś dobrego, ale nic nie znalazłem, więc zostałem pisarzem…

Szczególne podziękowania kieruję także do faceta, który sprezentował mi karnet na ów festiwal. Dzięki niemu uniknęłam kolejnego przebimbania weekendu w łóżku z sześcioma sezonami „Sex And The City”.

Jutro ostatni dzień festiwalu. Informuję niniejszym, że zamierzam wygrać ten odtwarzać Blu Ray, także wszystkim głosującym dobrotliwie odradzam udział w losowaniu nagrody publiczności.