Bloger wie wszystko

Bloger nie potrzebuje dyplomu. Popularność to jego kompetencja. Bezczelność to jego habilitacja

IMG_9634Przeczytałam dziesiątki wpisów topowych blogerów, zapoznałam się z analizami, opiniami na ich temat. Widziałam nawet paru w telewizji i wysłuchałam, co mają do powiedzenia. Jedno jest pewne. Oni wiedzą wszystko.

Z niezbędnej definicji blogera (o której wprowadzenie do Wikipedii kategorycznie wnioskuję), powinno wynikać, że bloger to ktoś kto wie. Kto doradza. Kto jest ekspertem. Kogo precyzyjna wiązka kompetencji wiedzie do sukcesu. Tak, bloger swoją kompetencją przyćmiewa wiarygodność mediów, specjalistów dziennikarzy, dotychczasowo uznawanych znawców. Bloger zrzuca z piedestałów autorytety. Bloger chrzani autorytety. Bloger wie lepiej. Bloger wam powie. Bloger powie wam, jak się ubrać, co zjeść, z kim iść na randkę, z kim do łóżka. Bloger was nie zostawi z rozterką, z pustą głową, z myślą zbłąkaną, z pytaniem czy z trudem poszukiwań odpowiedzi. Bloger wam podyktuje rozwiązania, zanim powstaną problemy. Bloger powie, jak żyć.

Skąd wiadomo, że bloger się na tym wszystkim zna? Też mi dwumian Newtona. Bloger wie, bo jest popularny. To właśnie jest gwarancją jego kompetencji. A jeśli tak się cudownie złoży, że jest dodatkowo bezczelny (bezczelność to jego habilitacja) – mamy do czynienia z profesjonalizmem na mur beton.

Co zatem, jeśli bloger się pomyli? E tam. Nie przesadzajmy. Przecież to tylko bloger. Pisze sobie co chce i nie będzie się nikomu tłumaczył. Wszak jest niezależny (jak jego sponsorowana twórczość) i gwiżdże na konsekwencje pomyłek. Zresztą każda pomyłka prowadzi do napięć w sieci, do kruszenia kopii między fanami, do dyskusji, do polemik, zatem do jeszcze większej popularności. Tym samym jest tylko scementowaniem aksjomatu:

Bloger wie wszystko.

Tymczasem – przyznaję – ja nie wiem. Ja wątpię. Błądzę. Szukam. Ramionami wzruszam. Po prostu nie mam pojęcia. Nie powiem wam, co jeść, w co się ubrać. Za diabła nie wiem, jak uwieść faceta. Nie wiem, czy blondynki są głupie. Czy krem na zmarszczki pomaga?

Nie wiem.

Czy mężczyźni kochają zołzy? Czy może kury domowe? Matki Polki czy zimne suki? A może tylko siebie?

Nie wiem.

Co włożyć? Gdzie kupić? Jak schudnąć? Co gotować? W co wierzyć? W prawo? Czy w sprawiedliwość?

Nie wiem.

Czy to już koniec? Czy to zagłada? Czy świat się rozpadnie? Czy Bóg nas pokarze?

Nie wiem.

No i wreszcie nie wiem w czym tego bloga pisać. W jakim komputerze? Z jakim oprogramowaniem? Za pomocą jakiego tabletu fanpejdż sprawdzać? Jakim aparatem zdjęcia na bloga pstrykać? Komórką jakiej firmy połączenia fanów odbierać? I według jakiej taryfy? Czyjej sieci?!

Jezu, nie wiem, nie wiem!

Na nic się ja wam nie przydam. Nie rozwiążę zagadnień ludzkości. Nie podam wam sensu życia. Treścią mojego są pytania. Pytania, na które nie odpowiadam. A jeśli odpowiadam, to przewrotnie. Bo, zabijcie mnie, nie wiem. Gdybym wiedziała, też bym nie odpowiedziała. Czemu miałabym mówić? Jakim prawem miałabym pozbawiać kogoś przyjemności poszukiwań?

Dlatego nie piszę już bloga. Nie jestem blogerką. Kim zatem jestem?

Nie wiem.

W powietrzu jest hel

Drodzy reklamodawcy, drodzy internauci! Szanowna blogosfero!

Nie przysyłajcie mi już tego papieru toaletowego. Ja sobie go kupię. Kupię sobie też jogurt, krem do twarzy, kolację w restauracji i wycieczkę tam, dokąd chcę jechać. Nic mi nie przysyłajcie. Wszystkiego mam dość.

I wiecie, czego mam jeszcze dość?

Mam dość sączącej się każdego ranka pustki z komputera.

Mam dość fałszywych słów.

Mam dość internetowych filmików, stronek, sklejek, memów, apek.

Mam dość beznamiętnej rzeczywistości Facebooka z jego letnim „lubię to” zarówno pod zdjęciem kotka jak i śmiercią dziecka.

Mam dość „zabawnych” t-shirtów ze znakiem Polski Walczącej i rankingów, który z zabitych w wieku lat siedemnastu powstańców warszawskich był bardziej sexy.

Mam dość waszych hurra! – akcji protestacyjnych wobec spraw, o których nie macie zielonego pojęcia.

Mam dość komentarzy żadnych pod tekstami o niczym sklejonych razem w jedną papkę z dramatem innych ludzi.

Mam też dość waszych konkursów, ankiet, badań, promocji, gratisów i zdrapek, migoczących reklam środków na przeczyszczenie.

Mam dość kupionych postów sprzedanych autorów.

Mam dość rzeczy, które się nie dzieją naprawdę.

Mam dość wiary w to, czego nie ma.

W tym powietrzu brak jest tlenu. Świat stał się balonikiem z helem. Po wciągnięciu haustu trzeba zabawnie piszczeć. Inaczej oddychać się nie da.

Nie przysyłajcie mi więc papieru toaletowego. Nie przysyłajcie podpasek, wacików, lakierów do paznokci. Nie przysyłajcie kuponów na kręgle i voucherów na pizzę. Nie, nie napiszę o tym zabawnego tekstu.

Przyślijcie mi lepiej maskę przeciwgazową.

Inaczej się uduszę.

maska

FASZYN

Pytacie mnie, co zrobić, żeby tak wyglądać. To proste! Trzeba zdjąć dresy.

Zadzwonił do mnie znajomy o imieniu Krystian z powalającą propozycją. Z propozycją nie do odrzucenia. Z propozycją tak nęcącą i tak potencjalnie lukratywną, że zachodzę w głowę, co ja tu jeszcze robię.

Otóż, jak się okazuję, cały ten mój blog to jedno wielkie nieporozumienie. Kompletna bzdura. Droga donikąd. Literatura? Sens życia? Błagam. I jednocześnie żegnam. Żegnam wszystkich moich siedemnastu czytelników (czyli Szanownych Państwa, do których też wg znanych blogerów, nie powinnam się tak zwracać) i biorę się, jak radzi Krystian, za prawdziwe blogowanie.

Zaczynam więc jeszcze raz, zupełnie inaczej, nareszcie właściwie:

Siemaneczko, kochane moje misiaczki!

Jestem dziś ubrana w:

Dres kolor szary, z czerwonym napisem na pośladkach. Nie powiem, jaki to napis, bo to (hi, hi, hi) brzydkie słowo po angielsku na f. Dres jest firmy jakieś fajnej, ale nie wiem jakiej , bo metka odpadła jeszcze przed zakupem w lumpeksie.

Wyżej – to jest nad dresem – mam fajniusią koszulkę z haemu, kupioną na wyprzedaży pięćdziesiąt procent na wszystkie zniżki pięćdziesiąt procent mejd in Kambodża. Koszulka jest naprawdę super seksi, szczególnie dlatego, że pruje się pod pachą lewą i w praniu zawirowały jej się symetrie, a to jest mega faszyn.

Na koszulkę założyłam sweter, kolor czarny, czarny sweter masthew, w świecie mody każdy to wie. Sweter mi trochę oblazł, bo właśnie wstałam z łóżka po odsypianiu kaca, ale wciąż zachowuje się fresz.

Na uwagę zasługują jeszcze moje kapcie z Lidla, są naprawdę milusie kawai, mają taki śliczny szlaczek (gwiazdki!) na spodach. Na prawy spadł mi chyba niedopałek i zrobiła się dziura, a dziura w kapciu jest czymś, co poważnie polecam wszystkim faszynetkom,  które znają się na modzie i lubią dobry luk.

Tymczasem lecę się przebrać (zdjęcie), by znów walnąć w kimę, jak wstanę to napiszę o kosmetykach, których użyję. Wybaczcie, teraz jeszcze nie mam za bardzo o czym pisać, bo jeszcze za wiele nie użyłam.

Ściskam i z góry dziękuje za komcie!

19.06.2012 Czym skorupka…

z dokumentacji archiwalnej wynika, że trawiłam młodość również na zabawie lalkami

W pierwszej chwili obejrzałam ją bacznie, zajrzałam jej nawet w dekolt. Bynajmniej płaski nie był. Ponad wszelką wątpliwość miałam do czynienia z osobą dorosłą…

Spotkałam w Żukowie Segrittę. Spalona niczym faworek wracała z wakacji pod Chmielnem i wpadła po drodze na pogaduchy. Siedząc na murku z papierosem powiedziała coś, co utkwiło mi w głowie i o czym właśnie zamierzam napisać. Otóż widząc mój znój w robocie, wyraziła współczucie tymi lub podobnymi słowy, dokładnie nie pamiętam, ale mniej więcej tak oto rzekła:

– Jak się ma dziesięć lat, już trzeba wiedzieć, ba, zaplanować ściśle, co się będzie w życiu robiło. I tak – ciągnęła – ja w wieku lat dziesięciu postanowiłam zostać blogerką.

W pierwszej chwili obejrzałam ją bacznie, zajrzałam jej nawet w spalony jak faworek dekolt. Bynajmniej płaski nie był. Ponad wszelką wątpliwość miałam do czynienia z osobą dorosłą. Z osobą, która w dodatku sekundę później zaprosiła mnie na urodziny. I nie były to urodziny osiemnaste. (Zabije mnie, trudno, ale w tej sytuacji muszę być szczera.) Jak więc to możliwe, że mając lat dziesięć postanowiła zostać blogerką? Czy były już wtedy na świecie blogi? Komputery? Laptopy? Tablety? iPady? Internet chociażby?

Jezu, to ile ja mam lat???!!!

Może mnie ktoś zamroził, zahibernował? Może mnie właśnie Segritta wraz z dwieście lat młodszym ode mnie towarzystwem odmraża? A może jako dziecko już byłam zacofana? Aż tak zacofana, że w progu życia stojąc, chciałam być po prostu lekarzem? Weterynarii? Że nade wszystko pragnęłam mieć hodowlę owczarków? A jako hobby wybrałam tak archaiczne zajęcie  jak analogowe pisanie w zeszycie? Mało tego – o żadnych blogach nawet nie słyszałam!

Jezu, to ile ja mam lat???!!!

Może przez życie pędząc nie zauważyłam jak mi ono uciekło? Może w wirze pracy (nieblogerki) przeleciało mi ono przez palce? A wszystko dlatego, że w wieku lat dziesięciu, zamiast plan ułożyć, babrałam patykiem w piasku! Na strychu siedziałam! Dziką Mrówkę czytałam! W „państwa miasta” grałam! Z chłopakami w nogę! Z dziewczynami w gumę! Po dachach łaziłam! Kasztany zrzucałam! Ludziki z żołędzi, lalki z papieru kleiłam! Wszystko, wszystko robiłam,  tylko nie to co trzeba! Bo za diabła mi do głowy nie przyszło, by zostać w przyszłości blogerką!

Jak w tym wierszyku o musze, co się w smole kąpała, w winie, w miodzie, bo na myśl jej nie przychodzi, żeby wykąpać się w wodzie. (Wiersze też czytałam, matko!) A gdzie rodzice? Gdzie szkoła? Jak można było dopuścić, by dziecko się tak marnowało?

Teraz muszę tyrać, nadgodziny brać, dodatkowe teksty pisać. Ledwo koniec z końcem wiązać, co i tak bez sensu, bo owczarków nie hoduję, chaos. Groch z kapustą od lat najmłodszych. Brak planu, brak precyzji. Żywot dziurawy, czarno biało szary. Blogowanie amatorskie, bez przygotowania, bez celu. Pierdolenie kotka za pomocą młotka. Pieprzenie o Szopenie.

To tak jakby ktoś na starość zechciał tańczyć w balecie. W balecie? To się od dziecka ćwiczy! A gdzie ja byłam jako dziecko? Po jakim parkiecie pląsałam? Jakie szpagaty czyniłam? Co wreszcie z moim blogiem się działo? Jakie tam były wpisy? Jak częste? Hę? Ile ludzi wchodziło? Jak to z klikalnością było? Hę?

Nie ma się więc co dziwić, że idzie jak idzie. Po latach stuknęło 66 tysięcy. I 666 hitsów. Co to jest u diabła?! Zważywszy, że od roku ważę uparcie 66 kilo i 66 gramów – piekielnie to wygląda. Jest jednak pocieszenie. Pierwiastek zawodowstwa. Krzta profesjonalizmu. Pośród 66666 wejść na mój blog – kilka należy do pewnej inteligentnej jak sto diabłów, mającej tę przewagę nad malkontentami, że od dziecka wie czego chce, zawodowej blogerki.  Do tej siksy, Segritty.

01.05.2012 NIE*

Gdzie mam kliknąć: „NIE lubię”? O ileż lepszy byłby FACEBOOK. Zamiast tego bezmyślnego przyklaskiwania – otwierałby debaty. Dyskusje, które zawsze przecież zaczynają się od: NIE.

Nie zgadzam się na pierwszego maja. Nie zgadzam się na wszystkie pochody swojego życia. Nie zgadzam się na zawracanie mi mojej młodzieńczej głowy hasłami socjalizmu. Na białą bluzkę z krótkim rękawem w wietrzny majowy poranek. Ani na rajstopy wełniane w upalne majowe południe. Kto mi za to zapłaci?

Jestem przeciwna jakimkolwiek paradom. Protestuję przeciw protestom. Nie znoszę tłumów, jazgotu. Nie cierpię manifestacji. ACTA srakta. Nie zgadzam się na ACTA.

Nie zgadzam się na Internet. Rzekę miałkich informacji, wśród których niczym skupiska śmieci zwinięte wokół starego kalosza, płyną portale społecznościowe. Gdzie mam kliknąć: „NIE lubię”? O ileż lepszy byłby FACEBOOK. O ile bardziej twórczy. Zamiast tego bezmyślnego przyklaskiwania – otwierałby debaty. Dyskusje, które zawsze przecież zaczynają się od: NIE.

Klikam więc: „NIE lubię” portali społecznościowych. Nie cierpię blogasków. Lajków. Komciów. Stronek. Płytek. Srytek piździtek. Nie zgadzam się na zdrobnienia. Zabiłabym za „pytanko”. Protestuję przeciw językowemu dziamganiu. Zgłaszam veto dla infantylizacji zwrotów. I, przy okazji, nie zgadzam się z Rusinkiem. Będę sobie witać ile zechcę. I kogo zechcę.

Nie zgadzam się też na gry komputerowe. I na opasłe tępe dzieciaki tkwiące tygodniami przy komputerach. Oderwane od rzeczywistości cyborgi z bałaganem w oczach i pryszczami niewietrzonej zatęchłej atmosfery matriksa ich nor – pokojów dziecięcych.

Nie zgadzam się na telefony komórkowe. Dzwonki, gierki, esemeski. Nie zgadzam się na SPAM w mojej poczcie. Nie zgadzam się na pocztę. Nie zgadzam się na wiadomości. Nie zgadzam się na ZUS. Nie zgadzam się na PIT. Nie zgadzam się na PIT! Nie zgadzam się na komentarze, że co ja dopiero teraz? A co to kogo obchodzi?! I co z tego, że teraz? Termin był do końca kwietnia, a nie, kurwa, do stycznia. Czy ja komuś zadaję pytania, gdy na początku roku karnie składa PIT? NIE.

Nie zgadzam się na prąd. Na ENERGIĘ SA. I TELKOMUNIKACJĘ CHUJE. Mogą mi odłączyć. A potem znów. I jeszcze bardziej. Proszę. Niech nikt nie ma aż tak odłączonego prądu. I telefonu. I diabli wiedzą, czego jeszcze.

Nie zgadzam się na telewizję. Pasmo bełkotliwych teleturniejów, w których gospodarze kaleczą język i moje poczucie smaku. Festiwal walk ulicznych, gdzie „Bóg Honor Ojczyzna” stają się tylko sloganami reklamowymi partii politycznych. Niekończącą się telenowelę miałkości z lokowaniem produktu, przetykaną spotami podpasek, margaryny i pieluch, do obrzydzenia przed wiadomościami, po wiadomościach, przed prognozą pogody, po prognozie pogody, przed sportem, po sporcie i jeszcze z dwadzieścia minut przed zajawką filmu, po filmie, jebut: „A teraz zapłać nam za to pasmo reklam ABONAMENT”. Nie zgadzam się na abonament.

Nie zgadzam się na to jedzenie. Na glutaminian sodu. Olej po stokroć filtrowany, sprzedany raz jeszcze i jeszcze, po raz tysięczny przesączony stary tawot do łańcuchów rowerowych i frytek z makdonaldsa. Nie zgadzam się na płatki śniadaniowe CORN FLAKES. I pulpę węglowodanową nutellę cukier z łojem plus barwnik zapach konserwant ulepszacz, E sto trzydzieści pięć, „daję moim dzieciom energię, której potrzebują”. I raka jelita grubego.

Nie zgadzam się na małżeństwo. Rodzinki leniwie snujące się po niedzielnych skwerkach, na matki matrony w wyciągniętych dresach, przy grillu, na i ich mężów pękatych z ogolonymi głowami, raz po raz wypadającymi z wypucowanych aut na stacjach benzynowych po sześciopak Lecha na mecz.

Nie zgadzam się na mecz. Bojkotuję EURO. Chrzanię piłkę nożną. Nie zgadzam się na sport. Nie zgadzam się na kult młodości. Na śliniące się publicznie pary nastolatków. W ogóle się nie zgadzam na nastolatki, rozwrzeszczaną bandę ignorantów. Nie zgadzam się na szkołę. Moloch unifikujący z kadrą pełną niedouczonych frustratów, którzy w dniu zakończenia matur z braku pomysłu lub lęku przed wojskiem, wybrali WSP.

Nie zgadzam się na WSP. Nie zgadzam się na IN VITRO, aborcję i antykoncepcję. I na prokreację. Nie zgadzam się na eutanazję, apostazję. Ani na beatyfikację. Ani na reinkarnację.

Ani na patriarchat. Ani na feminizm. Nic z tych rzeczy. Co to, to NIE.

Prawdę mówiąc, nieważne, czy się naprawdę z tym wszystkim nie zgadzam. Chodzi o zupełnie co innego. O pozornie niemrawy bunt „pismaków”, którzy wciąż wsadzają kij w mrowisko. O pozornie żałosną szarpaninę blogerów, którzy zupełnie bezinteresownie,  wywołując dyskusję,  zażartą na ten świat niezgodą zmieniają świat.

I z tym się zgadzam.

—————————————————

*Oczywiście, nie zgadzam się na porównania z tą gazetą.