Tagged: Błaszczak

Mam na imię Igor

Wszystkie materiały, w tym ujawniony niedawno film, zostały przekazane do prokuratury – raportował minister Błaszczak. Chwilę później oficjalnie oświadczył, że tego filmu nie widział i nie miał o nim pojęcia

Moim obowiązkiem jest złożenie dziś przed Polakami informacji na temat wydarzeń na Komisariacie Policji Stare Miasto we Wrocławiu.” Tak rozpoczął swoją przemowę minister Mariusz Błaszczak. Przyjrzyjmy się więc nieocenionym informacjom, jakie nas poraziły podczas wczorajszego rządowego wystąpienia w sprawie śmierci Igora Stachowiaka.

Szalenie istotną rzecz minister podał już na drugim wydechu tego bogatego w treść przemówienia. Otóż okazuje się, że rok temu zażądał on NIEZWŁOCZNEGO wyjaśnienia sprawy i wyciągnięcia konsekwencji wobec osób winnych. Doskonale wiemy, jak sprawa prędziutko została wyjaśniona.

Po roku, przez telewizję TVN. 

Dalej dowiadujemy się,  że wszystkie materiały – w tym ujawniony niedawno film – zostały przekazane do prokuratury. Znamienne, że kilka oddechów później minister Błaszczak oficjalnie oświadcza, że tego filmu do niedawna nie widział i nie miał o nim pojęcia. Zatem przekazał do prokuratury materiał, do którego nie zajrzał. To ważne. Jak donosi pewien program satyryczny, a przez niektórych nazywany dokumentalnym, pt. „Ucho Prezesa”, minister jest ogólnie w cholerę zajęty.  Czymś innym.

Co więcej? Same rewelacje. Otóż minister donosi, że rząd PiS świetnie sobie radzi w kwestii bezpieczeństwa. Jasna sprawa. Widać jak na dłoni, jakby się chciało zajrzeć do dowodów. Im dalej w las, tym więcej drzew (do wycięcia), zatem w gęstej od cennych informacji wypowiedzi, dowiadujemy się, że poprzednicy ministra godzili się na iluzoryczne załatwianie spraw, a on się nie godzi. Świetnie. Jesteśmy spokojniejsi.

Ale na czym polega problem? Słyszymy, że emisja filmu z posterunku we Wrocławiu może nadszarpnąć wizerunek Policji, a przecież codziennie tysiące policjantów naraża życie i tylko jednego dnia policjanci podejmują około kilkunastu tysięcy interwencji. Czyli co? Nie należy tego filmu oglądać? Czy puszczać? Czy co? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że  PRAWDA JEST JUŻ BLISKO. Bo przecież „dla policjantów etos służby powinien być najważniejszy”. Tak przynajmniej chciałby minister Błaszczak. Chciałby też, żeby policjant był dla społeczeństwa przykładem. Uff.

Ulgę też przynosi wyznanie ministra, że natychmiast po obejrzeniu filmu w TVN zwolnił policjantów brutalnie katujących paralizatorem Igora Stachowiaka. Stanowisko straciło również paru innych policjantów tuszujących tę sprawę. Wspaniale. Wszystkim nam ulżyło, że w tak wzorowo prowadzonym państwie PiS, osoby w policji stosujące tortury i doprowadzające do śmierci dostają AŻ wypowiedzenie.

Ja kiedyś też dostałam wypowiedzenie, wprawdzie nikogo nie zabiłam, nie użyłam żadnego paralizatora, właściwie to nie wiem, co złego zrobiłam, no ale wiadomo – to były czasy rządów POPRZENIKÓW. Sodoma z Gomorą. Nie to co teraz.

Ale zaraz, zaraz, wysłuchajmy ministra do końca. Czemu ich zwolnił? Dlatego, że znęcali się nad niewinnym człowiekiem? Ależ skąd! Zwolnił ich, bo… nie posłuchali się przełożonych. W PiS-ie to dużo znaczy. Na szczęście jednak – co ma niebagatelne znaczenie dla sprawy – Błaszczak się odgraża, że nie pozwala na takie zachowanie. Od dziś nie pozwala, bo jakoś przez rok, dopóki TVN nie wyemitowało materiału dowodowego – kolebali się w najlepsze na etacie.

W sumie, jak donosi człowiek odpowiedzialny (i to jak!) za bezpieczeństwo obywateli, w kwestii śmierci Igora Stachowiaka chodzi o to, że za czasów PO/PSL było wiele przypadków śmierci na komisariatach. Można je wymienić, jak twierdzi minister. Z tego prawa jednak nie korzysta. Nie wiadomo więc czyje to śmierci, w jakich okolicznościach nastąpiły, ani kiedy. Ale przecież najważniejsze jest to, że kiedyś też ginęli ludzie, więc co się czepiacie?

Jeśli zaś chodzi o meritum, to winni nadużyć w 2008 roku (Igor Stachowiak zginął w 2016 roku) zostaną ukarani. Jakby tego było mało: „Za akcję Widelec też zostaną ukarani!” A już społeczeństwo myślało, że policjantom z Wrocławia (bo chyba w ich temacie było to wystąpienie?) akcja „Widelec” się upiecze. Nie upiecze się.

Jarosław Zieliński, Wiceminister Spraw Wewnętrznych i Administracji jest ostry jak brzytwa. Niezwykła to przenikliwość. Wielkie bowiem słowa, co wiele wnoszą, wypowiada. Glównie to, że jest Wiceministrem Spraw Wewnętrznych i Administracji. I póki będzie, to będzie. A przecież strasznie coś doświadczył na tej sali. No cóż, to się nazywa niezłomność. A jeśli chodzi o odpowiedzi na pytania (niezwykle merytoryczne odpowiedzi!) udzieli ich niejaki „pan minister Mariusz Błaszczyk”.

Biorąc pod uwagę laserową czujność, z jaką obaj ministrowie śledzą sprawy zawodowe – znamienne, że dochodzi do żonglowania tożsamością przełożonego. Ja uważam, że to korzystne. Coś jak Batman i Bruce Wayne. Nigdy nie wiadomo, który z nich ogląda materiały dowodowe i lata jak nietoperz po Sejmie, a który nie ma pojęcia co się dzieje i patrzy rozmarzony w kominek.

Ale słuchajmy! Dalej same race! Według raportu wiceministra, ataki na niego nie mają związku ze śmiercią Igora Stachowiaka. Tu chodzi o rzecz dużo ważniejszą, a mianowicie o niemożliwości wybaczenia mu ustawy dezubekizacyjnej!

To zmienia postać rzeczy. Rząd widzi zupełnie inny wymiar tej kwestii. Ludzie nie są zachwyceni śmiercią młodego człowieka na komisariacie policji absolutnie nie dlatego, że śmierć młodego człowieka na komisariacie policji nie jest rzeczą zachwycającą. Nie. Oni po prostu znów chcą się przywalić za to, że rząd tak bezlitośnie czyni dobro.

Można by rzecz, mamy to. Mamy to, ale jeszcze posłuchajmy innych. Uściślijmy dane. Z pomocą bieży poseł PiS Arkadiusz Czartoryski. I wali jak komputer. A to, że rząd PiS różni się od rządów PO tym, że rzetelnie informuje społeczeństwo o tego typu wydarzeniach. Faktycznie. Dlatego czekaliśmy rok, by na antenie znienawidzonej przez rząd telewizji zobaczyć, jak było. Rzecz składa się jak w szwajcarskim zegarku. A jakby tego było mało, poseł dowala, że w kraju jest 130 tysięcy policjantów i nie da się ich upilnować.

No co. Nie da się.

Zbigniew Ziobro, miotacz konkretów, czeka na swój moment. Należy nam się przecież garść liczb, żeby jednak było nieco poważniej. Lecą zatem liczby. I to jakie!

16 tomów akt śledztwa i 5 tomów akt podręcznych!

58 świadków przesłuchanych, w tym niektórych wielokrotnie!

11 opinii biegłych!

Niezliczona ilość postanowień wydawanych co kilkanaście dni przez bity rok!

I nadal nic nie wiadomo.

Jak podkreśla minister, w tej sprawie nie można pozwolić sobie na partactwo. Dlatego nie można od roku stwierdzić, kto jest winny śmierci człowieka rozebranego, skulonego na zimnych kafelkach w łazience i katowanego przez policjantów. No zabijcie się, czarna magia.

Rozmawiajmy o faktach! – grzmi Ziobro. Tak jest. Podczas wystąpienia rządu zostaliśmy zarzuceni faktami i daleko nam do emocji, które, jak twierdzi minister: wytwarzane są w mediach. Nie, z pewnością nie w strukturach mózgu, żadne tam ciało migdałowate, czy inne bzdury. W mediach.  Musimy zaufać tej retoryce, temu rozumowaniu, bo przecież nikt tu nie wierzy w zdolność samodzielnego myślenia. A więc nic nie czujemy.

Nie czujemy ani łez, ani żalu, ani zduszonej wściekłości, ani bezradnej niezgody, ani lęku o własne dzieci w tej Polsce. Nic nie czujemy, gdy widzimy skulonego nagiego chłopca, który mówi łamiącym się głosem:

– Błagam… Mam na imię Igor…