Tagged: Barbara Piórkowska

Groza w deszczu, czyli jak kręciliśmy Szklankę

Ptak. Uwięziony w mroku nagle wylatuje, zwolnionym tempem wzbija się w bezkres nad dachami Gdańska. Basia, czy to twoje alter ego?

Było tak. Postanowiłam wydać Baśki Piórkowskiej Szklankę na pająki i z miejsca zaczęły się kłopoty. Jako że jestem jedna i mała, w dodatku groszem nie śmierdząca, bo ustalmy – jedyne stałe źródło utrzymania, czyli rubryka w Wysokich Obcasach – zostało mi zabrane po dwóch tygodniach od wyrażenia swojego poglądu, a za moje książki, choć od lat są w ciągłym obiegu w największej sieci księgarń w Polsce, dostaję naprawdę gówniane pieniądze, bo autor w Polsce z zasady dostaje gówniane pieniądze, tak gówniane, że praca maszyny drukarskiej drukującej jego dzieło jest wyżej wyceniana, tak gówniane, że śnią mi się po nocach w formie dosłownej, czyli gówna – no więc z racji takiego obrotu spraw moja moc zdaje się być ograniczona.

I  żeby nie było za mało problemów, to po wyrzuceniu z Wysokich Obcasów jakoś mnie środowisko dziennikarskie jęło unikać, jęło odmawiać pomocy w rozpowszechnianiu tematu wydania Szklanki, bo sprawa skrzywdzonej i oszukanej kobiety, która przeżyła śmiertelną chorobę i się podniosła, a ja jej w tym podnoszeniu pomagam – jakoś nie robi na środowisku dziennikarskim wrażenia. Może za mało w tym skandalu i rozwodów? Nie wiem. Grunt, że z własnych oszczędności wydrukowałam dwa tysiące nakładu książki i muszę sobie z tym poradzić sama. No może nie sama, bo mam jeszcze Syna i Faceta. No i Alicję z Berlina, ale Alicja pomaga nam zdalnie, przez internet, w tej części rzeczywistości, której ja nie ogarniam.

A my tu szary real. No to sobie radzimy. W trójkę. I jedziemy w deszczu, bo jest tak rzęsisty deszcz, jakby niebiosa zapragnęły zafundować mi taki level, że już nie ma wątpliwości – jest to level hard. A ten poziom trudności ma to do siebie, że należy przyjąć taktykę aikido. Wiecie, na czym polega taktyka aikido? Na tym, że czerpiemy siłę z przeciwności. Im większa siła przeciwności – tym masz większą moc. Musisz tylko umieć ją wykorzystać. No i dajesz w tych smugach i nagrywasz ten deszcz i robi się mroczno, tajemniczo, intrygująco.

Budżet dwadzieścia złotych. Żeby wejść na wieżę mariacką. Reszty nie ma. Reszta jest w ciszy zaklętej wiekami średnimi. Idziemy po ciasno upchanych wokół swej osi schodach, a cisza dzwoni nam w uszach. A jak już jesteśmy przy dzwonach, robi się czarno. Tak jest, tam, w wieży mariackiej jest czarno. Nawet jak coś widać, to widać czerń. Mrok niepojęty kruczy i przepastne przestrzenie czerni. Gdzieś w dali słychać urywki rozmów po ukraińsku. Remont w niedostępnej dla nas części kościoła mariackiego. Czy to nie znak? Wszak Szklanka na pająki ma również korzenie ukraińskie. Atmosfera, tak jak w książce Baśki, ma w sobie zarówno coś z Boga jak i diabła. Mam duszę na ramieniu, ale się nie poddaję, wspinam się po rozpiętych w wieży schodach, krok za krokiem, ku górze, ku maleńkiemu wyjściu w ogrom panoramy.

Ptak. Uwięziony w mroku nagle wylatuje, zwolnionym tempem wzbija się w bezkres nad dachami Gdańska. Basia, czy to twoje alter ego? Filmujemy zachłannie. A tam morze. A tam stocznia. A tam chmury.

I nagle dzwoni Autorka Szklanki. Jakby wyczuła, jakby wiedziała. Gdzie jesteście? Na wieży. A ja w kościele! Musimy się zobaczyć, musimy pobłogosławić tę chwilę, to miejsce, tę sprawę, bo sprawa jest wielka. Baśka ma krople deszczu na twarzy i ten rodzaj uśmiechu, który długo skrywany wreszcie wychodzi i ma coś z nieśmiałości, ulgi, nadziei, wreszcie: miłości. Kocham was, mówi Baśka, ale nie mamy czasu teraz na uściski, musimy lecieć, bo deszcz, bo montaż, a my musimy jeszcze nagrać coś w lesie. W tę ulewę, w to błoto, co, w końcu level hard.

Oddaję ten film w Wasze ręce. Niech dobrzy ludzie go poniosą w świat. Każde udostępnienie, kliknięcie, każda decyzja o zakupie książki, to krok Baśki ku własnemu, spełnionemu życiu. Ta książka to czyste dobro. A film pokazuje pewną, jedną, mroczną stronę ludzkiej natury. Czemu mroczną? Może dlatego, że spadł deszcz. Może dlatego, że Święto Zmarłych? A może dlatego, że tacy jesteśmy w tej właśnie chwili.

I na pewno przyjdzie chwila jaśniejsza, w której powstaną kolejne kadry. Tymczasem życzę Wam dobrej zabawy. I trzymajcie tyłki, by ze strachu nie poodpadały!

Tu kupisz książkę: www.baba.com.pl

Szklanka na pająki

Człowiek rodzi się z wielką wiedzą, tylko potem o niej zapomina. Zapomina z każdym dniem wchodzenia w dorosłość, z każdym nakazem, przykazem, zakazem, z każdą startą ze ściany różą

Tak mnie tu długo nie było, że z pewnością target tego bloga zaczął wymierać. Tymczasem ja jestem, żyję i to nawet dość intensywnie żyję. Robię masę rzeczy, w tym coś takiego, co chcę tu opisać. Jeśli więc ktoś z wymierających moich Czytelników jeszcze ocalał, niech będzie spokojny. Jezus, a nawet literatura: żyje. I choć może jest to zdanie kontrowersyjne, powtarzam, zachowajcie spokój. Ja czuwam.

A czuwając, działam. I nie chodzi o to, że piszę kolejną książkę. To nie ma nic do rzeczy. To może będzie miało znaczenie, ale za jakiś czas. Teraz najważniejsze jest co innego i już spieszę wyjaśniać, co.

Kobieta ma to do siebie, że wciąż się podnosi. Nieważne, ile razy i jak mocno dostanie w łeb, zawsze się jakoś z tej podłogi dźwignie. Pozbiera kredki wysypane z plecaka, zetrze z kolan piach. Łzy krawędzią rękawa szybko wysuszy. Odegnie przykurczone plecy, aż trzaśnie prostowany kark. Na ramię zarzuci kolejne obowiązki niczym dzieci. I idzie dalej. Do przodu. Jakby się w kółko odradzała. Jak ptak.

Skoro więc już jesteśmy przy ptakach, opowiem wam pewną historię. Historia ma na imię Barbara Piórkowska i jest barwnym, niezwykłym ptakiem. Kiedyś, kiedy jeszcze w jej  świecie żyła ta nadzieja, którą dorośli określają dziecięcą naiwnością – napisała książkę. Zapierającą dech opowieść o tym, jak widzi ten świat, a właściwie Gdańsk, bo to tu się wszystko dzieje i to w dodatku w tamtych czasach, gdy o Gdańsku mówił cały świat. No więc jak widzi to wszystko mała dziewczynka? Nigdy wcześniej nie poznałam takiej perspektywy. Nie wiedziałam, że namalowana na ścianie dziecięcego pokoju róża może tak bardzo boleć, gdy się ją ze ściany ściera. Nie wiedziałam, że tęsknota ma smak żaru z paleniska. Nie wiedziałam, że anioły żywią się obrazami, a szatan może mówić głosem przodków. Nie wiedziałam, że znaki, które nam pokazują chmury i ptaki są tak proste i dobre. Nie wiedziałam nawet, że są.

A może wiedziałam? Człowiek rodzi się z wielką wiedzą, tylko potem o niej zapomina. Zapomina z każdym dniem wchodzenia w dorosłość, z każdym nakazem, przykazem, zakazem, z każdą startą ze ściany różą.

Książka Basi Piórkowskiej wszystko przypomina. Ona wygania człowieka z domu do lasu, gdzie otwiera wrota baśni. W najbardziej szarą z szarych prozę życia wlewa kilka kropel srebrnego eliksiru, zamieniając ją w poezję. Ta książka to czyste dobro. Dobro, które każe nam tak przerażający  i – tu przepraszam wszystkie pająki, uciekam się tylko do zacytowania powszechnej a niesprawiedliwej opinii: „obrzydliwy” problem w mieszkaniu jak drepczący bezgłośnie kosmaty owad, rozwiązać nie za pomocą kapcia, ale…. No właśnie. Za pomocą szklanki.

Szklanki na pająki.

No więc Basia napisała tę książkę. Ale w Polsce napisanie najlepszej choćby książki nie gwarantuje niczego. Artysta, zwłaszcza artystka to małe dziecko, które jest bardzo łatwym łupem dla wszelkiej maści cwaniaków. Dlatego teraz zmienię narrację. Z baśni wyjdę w brutalną rzeczywistość, bo właśnie w taką rzeczywistość wyszła nasza mała dziewczynka ze Szklanki na pająki. No więc nasza bohaterka dostała wsparcie na wydanie powieści od miasta (Gdańska), poszła z tym dofinansowaniem do wydawnictwa w Warszawie, wydawnictwo skasowało dofinansowanie, wydrukowało książkę, wypuściło na rynek, czym wywołało potężny i zasłużony aplauz wśród recenzentów, aż w końcu… postanowiło Autorce nie zapłacić za napisaną przez nią powieść ani złotówki. Bo co im kto zrobi? W Polsce? W kraju, gdzie wszyscy chcą mnie zrobić w chuja?

Basia zachorowała. Najpierw pojawiła się depresja. W kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w chuja depresja nie robi na nikim zbyt żadnego wrażenia. Poznałam to na własnej skórze. Gdy chorowałam na depresję i poszłam do mojego ówczesnego szefa, dziś ponownie kandydującego na burmistrza Żukowa (wiem, bo widziałam jego twarz wyplakatowaną na oborze we wsi, gdzie mieszkam) poprosić o zrozumienie, zderzyłam się ze ścianą obojętności, kpiny pomieszanej z jakimiś niepojętymi wyrzutami, że coś ja zła jestem, a nie chora niby. Mam w dokumentacji medycznej zapis, że z powodu traktowania w pracy pojawiły się u mnie myśli samobójcze. Chciałam to pokazać mojemu ówczesnemu szefowi, bo pomyślałam naiwnie, że może zechce mnie przeprosić, ale facet unika mnie jak ognia. Zajęty jest szalenie wieszaniem swojej twarzy na oborze i obiecywaniu ludziom, że będzie dobry.

Nieważne.

Autorka Szklanki ma depresję przez kilka lat. Jeśli ktoś coś liznął w temacie, wie, że depresja jest swego rodzaju ostrzeżeniem, ostatnim dzwonkiem przed katastrofą. U Basi dzwonek dzwonił długo, nikt jednak nie otworzył. Przyszła więc inna choroba, bardziej spektakularna, taka co już nie dzwoni, ale wali z kopa w drzwi. Rak.

Tego już nie umiem opisać, w to się zagłębić nie potrafię. Zostawiam więc w opowieści tę czarną dziurę na wszystko: na lęk, wiarę, złość, nie wiem co jeszcze – zostawiam mojemu ostatniemu żywemu Czytelnikowi tę przestrzeń, niech z nią robi, co chce. Niech tu umieści ociekający łzami parasol, niech wrzuci do niej monetę. Może kiedyś tu wróci. A może lepiej nie.

Ale na pewno wróci do książki. Bo do książek się wraca. Do takich jak Szklanka na pająki wraca się kilka razy. Gdy więc mój ówczesny szef potraktował mnie per noga i wywalił z pracy, wzięłam powieść Basi i pojechałam na rowerze do lasu. Tam się schowałam i czytałam uciekając przed depresją, przed złem, przed twardością istnienia. Tam odnalazłam nadzieję, którą Autorce zabrano.

Miesiąc temu zadzwoniłam do Basi. Powiedziałam jej, że może ja niewiele wiem, ale wiem jedno z całą pewnością. Jej książka musi wyjść drukiem po raz drugi. Ona musi nadrobić tamtą stratę. Wstać, podnieść się i zacząć jeszcze raz. I co najważniejsze: musi znów pojawić się w księgarniach, musi trafić do kobiet. Nie wiem, jak to zrobię, ale zrobię. Nie wiem, jak to zrobię, ale zrobię…

I zrobiłam. Szklanka na pająki ma nową okładkę i mnóstwo nadziei. Że tam gdzieś w świecie znajdzie się jeszcze niejedna kobieta – Czytelniczka, która nie wymarła. Która jeszcze żyje. Bo póki się żyje, jeszcze można to życie zmienić. Ta książka to potrafi. Moje zmieniła.