Jestem zajeBaBana, czyli o wpadce BaBy

Wszystkich, którzy mają niedogodność czytania romansu z piasków Sahary – najmocniej przepraszam. A że przepraszanie nie ma mocy realnego zadośćuczynienia, proponuję konkretną rzecz…

Zważywszy na powszechność kaleczenia języka polskiego, słowotwórstwo w skali globalnej, płynące z telewizorów i radioodbiorników poklejone ze słów angielskich, a może i amerykańskich, kto ich tam wie? – twory, a także różnego rodzaju wtręty tajemne, moja Spółdzielnia Literacka BaBa wyszła przed szereg. I nie to, że specjalnie jakoś, metodycznie, ale przypadkiem, a może raczej: przez nieuwagę. Albo – choć nie wypada mi się tłumaczyć – na skutek pośpiechu, natłoku pracy, brak doświadczenia i znajomości narzędzi, które z racji mojej artystycznej natury są mi od zawsze obce. 

Na przykład program do składu książki. Rzecz o trudności wymiaru kosmicznego. Żeby to opanować, a jednocześnie pilnować spraw księgowych, prawnych, a także terminów, promocji, wysyłki, rodziny i pisania książek – trzeba mieć trzy głowy minimum, z wymaganiem 150 IQ dla każdej. 

STARAM SIĘ! Ale nie zawsze się udaje. Oto właśnie dotarło do mnie, że moja powieść SAMUM została złożona przez wspomniany program tak sprytnie, że po prawej stronie, owszem, jest OK, ale po lewej program postanowił wywinąć numer i poprzenosić wyrazy od tak zwanej czapy. I tak powstała zupełnie nowa definicja stylistycznej formy powieści, której ja jestem prekursorem. 

Wszystkich, którzy z tego powodu mają niedogodność czytania romansu z piasków Sahary – najmocniej przepraszam. A że przepraszanie nie ma mocy realnego zadośćuczynienia, proponuję konkretną rzecz. 

Każdy z was, kto kupił (kupi) u mnie Samum, przy kupnie następnej dowolnej książki otrzyma zupełnie gratis Poradnik dla psychopatów. Wystarczy podać w zamówieniu hasło: „BaBa tkwi w szczegółach”. Będę wiedziała o co chodzi. Jeszcze chusteczkę do okularów dodam. Tym, którzy już złożyli kolejne zamówienie, wrzucam do koperty drugi „Poradnik” w ekstrasie. 

W razie pytań, piszcie. I mam nadzieję, że mi wybaczycie. ZajeBaBana jestem. 

Dziękuję. I to długie, bo opowiadam co było dalej

To zdjęcie zrobiła mi Agnieszka Malinowska w 2006 roku. A może wcześniej? Bardzo je lubię. Jakoś mi tu dziś pasowało.

Powiem wam, co było dalej. Powiem więcej. Dużo więcej.

Wczoraj ryczałam przez pół dnia, potem leczyłam się z migreny. Nie kupiłam tej flaszki za 118, bo nie miałam siły wstać z łóżka. To uratowało mi życie. Wieczorem ledwo żywa pojechałam do Joanny, która kupiła ode mnie Samum i to dwa egzemplarze, żebym miała na gorącą czekoladę. Siedziałam u niej półprzytomna z bólu i zmęczenia, kiedy pomału zaczęło do mnie dochodzić, co się właściwie wydarzyło. Otóż wydarzyło się bardzo dużo. Bo oto dowiedziałam się, że są Ludzie, którzy zupełnie bezinteresownie, z dobrego serca wspierają mnie jak mogą, przysyłają słowa otuchy, kupują książki na BaBie, oferują prawdziwą pomoc bez tych wielkich haseł o feminizmie i ch.. wie czym jeszcze na plakatach, na posągach i w memach na fejsbuniu.

Nie. Oto są Ludzie, którzy pomagają innym ludziom, są Kobiety, które NAPRAWDĘ pomagają innym kobietom, a nie pieprzą o tym na panelach. To kobiety nieuwikłane, wolne, niezależne. Bardzo dużo jest wśród nich Polonii. Ale też są tacy, którzy mieszkają w Polsce, ale się nie boją, mimo swoich zależności, pracy, układów. Wszystkim najserdeczniej w świecie wielkie DZIĘKUJĘ. Jesteście wspaniali. To dla Was piszę swoje książki.

No i właśnie. Co było dalej. A propos pisania książek. Zerwałam się o pierwszej w nocy, założyłam kapcie i siadłam do komputera. Kot w szoku. Chociaż z tym to nigdy nie wiadomo. Mam wrażenie, że emocje wyrażone przez kota należą do zupełnie innego wymiaru emocji, z takiego niedostępnego dla mnie – przynajmniej na razie – wymiaru emocji, w którym panuje szacunek wzajemny tak zaawansowany, że sorry, ale niczym nie będziemy tu szastać. Zwłaszcza emocjami. Ja się wciąż tego uczę, zwłaszcza kwadrans po tym, gdy znów wydrę mordę tylko z takiego powodu, że chciałabym już bardzo powiedzieć to, co mi przyszło do głowy. Bo kurde, zniknie.

No więc siadłam do tego komputera i łajając się w duszy na wszelki wypadek, gdyby mi do łba strzeliło wchodzić na Facebooka – weszłam na Facebooka. I dostałam zawału serca. I szybko stamtąd uciekłam. Bo takich rzeczy to się może kiedyś spodziewał Mansztajn, jak otwierał Make Life Harder i rano wstawał półprzytomny, zaglądał do fejsa i (cytuję, albo robię coś w rodzaju cytowania) „musiał przetrzeć mopem ekran z niedowierzania”. Że tam tysiące lajków. Podobny scenariusz. Co miałam robić? To nie jest łatwe zmierzyć się z szokiem, dlatego zwiałam stamtąd w te pędy, choć znając siebie, aplikacji nie zamknęłam. Tak na wszelki wypadek. Żeby nie stracić kontaktu z rzeczywistością.

I zaczęłam pisać. To wcale nie jest takie proste: zacząć pisać. Ale jak się zacznie, to naprawdę, dzieją się rzeczy straszne. Nie wiem, może to nie to słowo. Może nie straszne. Ale wiekuiste na pewno. W każdym razie jesteśmy na razie przy „zaczęłam pisać”, co jest jeszcze kawałek przed czynnością właściwą. To jest ten moment, w którym jeszcze jest szansa, żeby bez nadmiernego wyrażania emocji (pamiętacie tamten poziom?) przerwać pisanie. Logiczne. Można przecież przerwać coś, czego się jeszcze nie zaczęło. Na luzie. Gorzej potem.

Ale spokojnie, wciąż jesteśmy przy rozpoczynaniu. Szukam więc w tym cholernym komputerze jakiegoś programu do pisania, a przecież ja wam do tej pory nic nie powiedziałam o tym, że już się rozstałam z Acerem bez klawisza F8. No więc od pewnego czasu mam inny komputer (kupiony na olx, więc używka, a ja jako wytrawna artystka uwielbiam używki), który dodatkowo ma zupełnie inny system operacyjny i weź mi tu, kurwa, znajdź worda. To trwało. Trwało. Wifi miała szansę wejść i wyjść z chałupy, miała też swoje pięć minut skoków na klawiaturę, coś tam nawet dostała do żarcia. Wiedziała, co robi. Wiedziała, że za chwilę przyjdzie ten niekończący się moment zastygnięcia czasu, bez-oddechu, bez-szmeru, bez-żadnego-niczego. Bo inaczej nie odpowiadam za siebie.

No i piszę. Piszę dla was, kochani, nową książkę, a w międzyczasie nie mogę przestać pisać. Ale wiem jedno. To będzie prze-za-je-bi-sta książka, która stanie się odpowiedzią na wszystkie pytania. A przynajmniej na te, które mi przyjdą do głowy.

To będzie moja pierwsza książka, która przyjdzie na świat w DOMU. Nie w żadnym, kurwa, szpitalu, który ma ci niby pomóc, a tak ci dowali, że z ledwością o własnych siłach wyjdziesz. Tak jak ja wyszłam. Ale żyję.

Wszystko przede mną.

Ujrzałam orła cień

Budzę się rano i widzę jego. Rozpiętość skrzydeł około metra, dziób zakrzywiony charakterystycznie, obrączka na martwym placu…

Zgodziła się. Ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie. (fot. Agnieszka Malinowska)

Poranki w moim życiu bywają drastyczne. Należy pamiętać, że mam kota. Kocicę. Właściwie to jestem Państwu winna kilka słów wyjaśnienia. Moja kotka to nie jest zwykła kotka. Należy do gatunku karakal wyżynny i jest niezwykle drapieżna. Podczas zabawy bywa, że tnie mi pazurami spódnicę jak brzytwą. Niejednokrotnie traciłam nowy ciuch – ostatnio nowiusieńką kieckę z lumpeksu – zapominając, z kim mam do czynienia.

To jest jak z Edwardem Nożycorękim. Wygląda groźnie, ale to anioł. Nigdy mnie nie zraniła. Chociaż podobno nigdy nie mów nigdy. Ale poza tym, że ma pazury jak mały tygrys i zęby jak tenże, jest głęboko inteligentna. Kładzie mi się na ramionach i leży na nich, gdy przechadzam się po mieszkaniu. Czasem czuję się jak bohaterka tych bajecznych zdjęć z wilkiem na ramionach. Mój wilk to Wifi, zwana czasem Babą. Piekielnie inteligentne zwierzę. Nie robię tego zbyt często, ale czasem muszę pochwalić tego kota. Otóż, gdy mam jakiś nierozwiązywalny problem, zadaję jej pytanie, co robić. I ona, jakoś tak po swojemu, jakimś rodzajem miauknięcia, albo – częściej – prychnięcia, odpowiada. Zawsze trafnie. Czasem aż siadam ze zdumienia.

No i dziś. Wstaję rano i widzę jego. Nie wiem, czemu myślę, że to on, bo przecież równie dobrze mogłaby to być ona. Ale ludzkość od dawna daje pierwszeństwo facetowi. Niech będzie. Teraz też. On. Rozpiętość skrzydeł około metra, dziób zakrzywiony charakterystycznie, obrączka na martwym palcu. Leży na tarasie i broczy. Nie daję mu szans. Nie ma szans. Nigdy nie miał. Orzeł biały. Młody. Prawdziwy. TEN.

Pierwsza myśl: dopadną mnie. Tego mi nie wybaczą. Ale zaraz pojawia się mój syn z pomysłem jak na młodego przystało: e, nagrajmy to! Matka to zawsze trochę głupia osoba, odurzona geniuszem swojego potomstwa. Tak i ja, rzucam się do zdjęcia tego okazu z urwaną głową (niestety już bez korony), filmuję poćwiartowane zwłoki i mimo że wiele razy widziałam rozpłatane przez lwy zwierzę na BBC, to jednak przechodzą mnie dreszcze. I następna myśl: no nie. Żadnych filmów. To nie fair. To nie fair tym bardziej, że Kacper, niczym diabeł duszę, zahandlować chce deal, że filmik wrzucony na Youtube super podniesie sprzedaż książek na BaBie.

Zwłoki? W reklamie? Czy ja postradałam rozum? O nie, sorry, wiem, młodość ma swoje prawa do demonów, ja jednak nie powinnam, ja już stara jestem, ja takich granic nie zamierzam przekraczać. Pozostaje zdjęcie. Ale czyje? Kota? Orła? Kota trzeba by spytać, a to i tak dalej nie wiadomo. Każdy, kto jest właścicielem kota, wie o czym mówię. Z kotami nigdy nic nie wiadomo. Raz się zgadza, za chwilę foch. Raz się daje, drugi raz nie. Zero reguł. Żadnych zasad. KOT.

Orła można zrobić, nie trzeba pytać. Ale jest dylemat. Zaraz powiem jaki, bo to zawiłe. Zanim jednak powiem, zdradzę, że puenta tego opowiadania wcale nie jest celem, do którego dążymy. Puenty właściwie nie ma. Ja nadal nie wiem, co z tym ptakiem zrobić. Gdzie dzwonić. Komu zapłacić? Na obrączce znaki nie do zrozumienia. Jedyne czytelne to: PL. Jak na białego orła przystało, narodowość pewna. Reszta szyfr. Kombinacja liczb. Kto czyta tego bloga od dawna, ten wie, jaką zawiłość dla mnie stanowi kombinacja liczb. Ja najwyżej mogę wyjaśnić znaczenie dziewiątki pik znalezionej na pokrytym deszczem bruku. Albo liczby składające się na datę urodzenia według kalendarza Majów. Ale to? Nie wiem. Nie pojmuję. Mam tego orła na tarasie i patrzę tępo w niego oraz w niebo wyczekując kruków. Świeży orzeł gratis. Zapraszam. Wifi tymczasem znudzona zabawą w Dextera, zlizuje krew ze śnieżnobiałych łap. Natura to nieobliczalny zegar kategoryczności.

Ale zdjęcie truchła? Wrzucone na Facebooka? Nie wiem. Nie wiem i zaczynam rozumieć, czemu nie zostałam twórczynią filmów przyrodniczych, które tak uwielbiam. Bo nie. Nie mogę. Jak tylko próbuję zrobić zdjęcie zwłokom, widzę taki obrazek.

Pewna orlica trzyma w domu kota. Dużego kota. Rzecz rzadka, ale możliwa. Ludzie także oswoili zwierzęta dużo większe od siebie. Na przykład konia. Słonia. Widziałam, że nawet hipopotama. Czemu mielibyśmy uważać, że jesteśmy ponad orłami? Wszak to one są ponad nami. No więc pupil orlicy to kot, a właściwie karakal wyżynny. Dzikie, mocne zwierzę. Powali niemowlaka bez trudu. No więc tak się składa, że karakal orlicy dorwał jakiegoś niemowlaka na spacerze, przywlókł orlicy do gniazda i czeka na rozwój wypadków. Orlica bierze smartfona, robi niemowlakowi zdjęcie i wrzuca na Dzióbuka. Dwieście orłów z całej Polski daje lajka i ma bekę.

I teraz docieramy do puenty. Puenta jest prosta jak polski dowcip. I jak polski dowcip trafna.

Ja pierdolę.

Poradnik dla psychopatów. Jak zrozumieć święta?

Oglądajcie, bawcie się dobrze i roznieście po świecie, na media nie ma co liczyć, bo przecież żadna gazeta newsowa nie jest zainteresowana tym, jak naprawdę wygląda nasz kraj

To jest tak. Siedzimy, jemy, trawimy, jedna godzina, druga godzina, trzecia… Człowiek popada w stupor, odrętwienie, znów stupor na przemian z katatonią. Ciotka Jadźka kłóci się w wujkiem o PiS, z ciotką i wujkiem kłócą się talerze, a matka, jak za starych dobrych, niemowlęcych czasów, pilnuje, żeby nikt nie przestał jeść ani na minutę. Myślisz, że to minie, bo przecież wszystko w życiu mija, ale święta to zjawisko spod wszelkich zasad fizyki wyjęte, jak się zaczynają w listopadzie, tak trwają w nieskończoność. Nieskończone są więc minuty, godziny, zdawało by się: dni – przy stole z bigosem.

Jednak. Ktoś zaczyna się jakoś inaczej poruszać, ktoś inny daje znak jakby poza ramy obrazu rodzinnego się wychylający, jest jakiś ruch powietrza, jakiś wiatr, coś w rodzaju dynamiki, a może raczej: jakaś dynamiki zapowiedź? Może jednak, myślisz, może jednak to się kiedyś skończy, może nawet w tej wieczności, kto wie? Nie należy popadać w zbytni optymizm, ganisz się w myślach, ale nie możesz się przecież powstrzymać. Zaraz więc podejmujesz ten pierwszy zrywik, ten mikro podmuch zmierzający ku wyjściu. Czynisz charakterystyczne ruchy szyjne wskazujące ku drzwiom, łowisz wzrok tych, którzy być może kiedyś cię w życiu rozumieli, co niesie nadzieję na zrozumienie ponowne.

To trwa, ale ewoluuje.

Wreszcie. Widzisz to. Oczom nie wierzysz. Wstają. Mało tego! Ubierają się! Idą w ruch płaszcze i szaliki, wśród głośnych oddechów i pojękiwań wsuwane są zimowe buty. Ktoś za klamkę łapie i już, już, szczęście jest tak blisko…

I wtedy następuje ta chwila, gdy ktoś nieopatrznie zada ostatnie pytanie, ktoś w roztargnieniu rzuci jakąś myśl o pogodzie, a może kot przebiegnie, może czapka z półki spadnie, cokolwiek się wydarzy – nieważne. Ważne jest to, że ten niepozorny, niby nic nie znaczący kamyczek wywołuje lawinę, kaskadę tematów i rozmów, rozmów niekończących się NIGDY, rozmów przeprowadzonych przy klamce. Klamka naciśnięta nie otworzy drzwi, drzwi z naciśniętą klamką nikogo nie wypuszczą. Trwaj chwilo bez końca, wszak dobiegłaś do punktu krytycznego, do gordyjskiej pętli czasu, z którego jak z czarnej dziury – nic się nie wydostanie.

Pewna dziennikarka poprosiła mnie ostatnio, żebym opisała polskie święta w paru zdaniach. Niestety, moje wspomnienia nie wpasowały się w „klimat” i nie zostały opublikowane, bo były zbyt realistyczne jak na newsową gazetę. Dowiedziałam się, że z SZACUNKU do pozostałych wspominających nie można dać ludziom poczytać o kłótni ciotki Jadźki, nie można też wspominać o starej polskiej tradycji „Klamkówki”. Zainspirowało mnie to do nagrania krótkiego filmu, który jest jednocześnie zwiastunem Poradnika dla psychopatów, jakich w naszym kraju nie brakuje.

Oglądajcie, bawcie się dobrze i roznieście po świecie, na media nie ma co liczyć, bo przecież żadna gazeta newsowa nie jest zainteresowana tym, jak naprawdę wygląda nasz kraj.

BaBa śnieg

Wskakuję, wsteczny, jedynka, jadę. Przede mną mercedes sunie po ośnieżonej drodze. A ja jadę. Już sobie nawet radio włączyłam. Pod nosem nucę. Zakręt, mercedes tańczy niebezpiecznie, chwila, sekunda…

Budzę się pomału jak smok w smoczej jaskini. Budzę się i myślę, o tym co było.
A było tak:

Jadę takim małym samochodem marki Fiat Punto, jadę z dzieckiem, radia słucham, noc, zima, śnieg… i nagle: trach, jestem w dziurze. Szr… szr, wyjeżdżam z dziury… trach! – jestem w drugiej dziurze i to jest koniec mojej jazdy, bo dziura jest jak koryto rzeki, dżisas kurwa ja pierdolę.

Dziecko w ryk, ja za telefon, przybiega Ewka w piżamie, pcha, ale bez przekonania jakoś, auto w korycie, ja w rozpaczy, dzwonię po pomoc. Przyjeżdża mercedes, maszyna jak czołg, dobra – woła – ciągniemy! Lina – hak, wszyscy pchamy. Trach – lina pęka, auto w korycie. Zima  – stwierdza krótko ten od mercedesa i trudno się z nim nie zgodzić. Przybiega sąsiad, syn sąsiada, bocian i żabka, ciągną i ciągną, wyciągnąć nie mogą.

– Dajcie mi rękawiczki!- wołam, chwytam za zderzak i drę gębę: NAPIERDALAJ! -mercedes napierdala, punto idzie w górę i nagle: cud! Koryto puste.

Wszyscy się cieszą, wskakuję, wsteczny, trach! – i jestem w tej poprzedniej – pierwszej dziurze.

Scenariusz podobny, rękawiczki, napierdalaj, napierdala, punto beton mur, zaklęte. Szamoczemy się, przybiega drugi sąsiad, lina – hak, wnuczek za babcię, babcia za dziadka, dziadek za rzepkę…
Wyjęli! Wyjęli! Wyjęli!

Wskakuję, wsteczny, jedynka, jadę. Przede mną mercedes świeci elegancko i sunie spokojnie po ośnieżonej drodze. A ja jadę. Już sobie nawet radio włączyłam. Pod nosem nucę.
Zakręt, mercedes tańczy niebezpiecznie, chwila, sekunda…

Czy wiedzą Państwo,  jak trudno jest wyciągnąć włoską zabawką ten niemiecki czołg z zaspy?

Śpi moja dusza oderwana od ciała, śpi i śni o zaskoczonych śniegiem drogowcach, a sny te są krwawe, koszmarne…


    • Jak by się pani czuła, prowadząc samochód z tylnym napędem po śniegu?
    • BaBabym się.

Samum, pustynny wiatr

To była moja tęsknota, to jest moja radość, to od zawsze i na zawsze zostanie moim smutkiem. Ilustrowana przez moją przyjaciółkę, bez której nigdy ta powieść by nie powstała…

Samum_Okladka_finalSiedzę w pokoju z kotem, obok palą się świece, w tle gra, a nawet śpiewa i to cudowanie śpiewa Melody Gardot. Jej niski, welurowy głos rozbija delikatnie jak masaż moje ciało na drobne, bezbronne – ale też wolne od cierpienia, znoju, czy pretensji – ciało. Powoli zamieniam się w spokojnie falujący na pulsującej fali dźwięku wiatr.

Jestem wiatrem, ale bez jego porywczości, jestem wichrem, ale spokoju, jestem okiem, ale cyklonu. Te czasoprzestrzenne miejsca/zdarzenia, ten moment zatrzymania żywiołu, jest esencją mojego istnienia. Samo określenie: „oko”, jakby: dodatkowe, trzecie oko – daje mi poczucie wyjątkowości chwili, przejścia świadomości w stan gdzieś powyżej, ponad. Kiedy żywioł się zatrzymuje, zbiera siły. Ja zbieram siły. Gromadzę energię, ściągam ją ku sobie, siedząc nieruchomo, chłonę moc, by z nią uderzyć jeszcze raz.

Wczoraj był pierwszy wieczór autorski mojego wydawnictwa. Dziś płakać mi się chce ze szczęścia. Za to, że mam taką Autorkę, za to że mam takiego Syna, za to że on ma taką Dziewczynę. Kto był, ten wie, o czym mówię, kto nie był – niech będzie następnym razem, bo takie rzeczy warto w życiu doświadczać. Takie rzeczy to życie czynią żywym.

Tak dużo jeszcze chcę zrobić! Tyle mam pomysłów, że czasem zastanawiam się, czy mi życia starczy. I nie mówię tu bynajmniej o życiu jako zatrzaśniętym paśmie na osi czasu. Nie. Życie to nie tylko odcinek  między dwoma punktami zwanymi narodzinami i śmiercią. Życie to jego treść, nieważne na ile dni rozciągnięta. I właśnie nad tym się zastanawiam: czy starczy mi życia, energii, oddechów? Czy te kwanty gromadzone skrzętnie przy słuchaniu Melody Gardot, dadzą radę? Czy, tak jak Julek ze Szklanki na pająki karmił się kolorami, ja dostatecznie nakarmię się muzyką, by nie tylko trwać, ale w tym trwaniu zrobić to wszystko, to WSZYSTKO, co chcę zrobić?

Czy barwa głosu, czy pomruk saksofonu, czy plumkanie pianina, czy wreszcie: cisza przemykająca się między nutami – czy to wszystko wystarczy?

Mogę tu kokietować, że nie wiem, że ten, tamten. Mogę się krygować na fałszywą skromność, ale kto mnie zna, wie, że krygować się nie będę. Bo moje zastanawianie się, to żaden lęk. Ja się nie boję, CZY mi starczy sił, jak się zastanawiam JAK mi starczy sił. To jakby przyglądanie się niezwykłym prawom przyrody, to jakby badanie praw fizyki. No jak to? No tak to. Jestem okiem cyklonu. Wokół burza piaskowa. Wokół słoneczny huragan. Ten huragan to też ja. Ale wczoraj. Dziś jestem ciszą. Zbieram siły. Jutro znów będę wiać. I to pełna parą. Jutro wypuszczę kolejną książkę mojego wydawnictwa. I będzie to moje pierwsze dziecko, to najstarsze. Romans na pustyni, zagubione serce Sahary. Kiedyś, dawno temu, dałam imię temu dziecku. To było tak, jakbym je powiła w wiosce indiańskiej i starym indiańskim zwyczajem nazwała je określeniem dwuczłonowym. Linie Równoległe. Potem, wystraszona skojarzeniami z traumą młodości: matematyką, zmieniłam to imię na Last Minute. Ostatnia chwila. Bo każda chwila jest ostatnia. Tamta też się stała ostatnia i całe szczęście. Nie chciałabym do niej wracać.

Last Minute poszła w świat i tak jak poprzednie wydanie Szklanki na pająki Basi Piórkowskiej – nie dała mi zarobić. Ale życie to energia nie tylko stracona, to także energia odzyskana. Odzyskałam więc moje najstarsze dziecko i znów, po raz ostatni (choć być może pychą jest wyrokowanie: co tu, w tym wymiarze jest po raz ostatni), dałam mu imię. To imię oznacza właśnie to, co opisuję dziś. Wiatr. Gorący, pustynny wicher.

Samum.

Ta książka to radość i smutek, ale przede wszystkim tęsknota. Kto z nas jej nie zna? To była moja tęsknota, to jest moja radość, to od zawsze i na zawsze zostanie moim smutkiem. Książka jest ilustrowana przez moją przyjaciółkę, Agnieszkę, bez której też nigdy ta powieść by nie powstała. Korci mnie, żeby Wam pokazać jeden z rysunków, albo okładkę, ale nie. Nie w oku cyklonu. Tu, teraz – nic nie może się stać. Tu nic nie ma.

A jeśli chodzi o emocje, to owszem, w oku cyklonu trudno także o emocje. A nawet nie trudno, nie. One są gdzieś poniżej, w strumieniu, w rzece myśli, właśnie w tym huraganie. Prują wraz z energią, tą właśnie energią, którą teraz zbieram. Patrzę na nie jak na film, który będzie wyświetlany dopiero następnego dnia. Jestem w swoim pałacu, w czerwonym zamku czasu i pstryk: odsłaniam kotarę jutra. Oto są. Pędzą w szyku zwartym, w poukładanych misternie fraktalach potężnej wichury. Przyglądam się im bez pośpiechu, nie muszę się spieszyć. Zdążę do jutra. Jedyne, co mi towarzyszy, to ciekawość, a właściwie nie ciekawość, raczej: zaciekawienie. Która z nich będzie najwyraźniejsza? Która jest królową? Radość? Nie, nie w tym wieku! To może gniew? Darujcie. Gniew też już odchorowałam. Lęk? Ha, ha, ha. Sami sobie odpowiedzcie, czy mogę czuć lęk, skoro na sam dźwięk tego słowa chce mi się śmiać?

I oto jest. Ta emocja, która mnie obecnie chyba najbardziej przejmuje. Delikatny smutek, cień maleńkiego żalu, który można określić mianem: szkoda.

Szkoda tych, co mi na drodze staną.