Jesienna terapia

Śnią mi się pająki. Sprawdzam w senniku: śmierć. Śmierć?! Za co? 

W konkursie na ratowanie Wołoskiej wygrał niejaki sztala, choć całkiem przyzwoity puchar za zaangażowanie należy się także toi. Rzecz w tym, żeby faktycznie obrócić statek i, jak się zwycięzca wyraził: „gaz do dechy”. Ocalona Wołoska upiera się, żeby główną nagrodą była randka z nią, ale przekonałam, by nie zawracała głowy porządnemu obywatelowi, tylko grzecznie cieszyła się świeżo odzyskanym życiem.

Zostawiając już wreszcie ten podwodny ambaras, chcę wam opowiedzieć, co mnie ostatnio gnębi. Pisałam już kiedyś, że jestem śmiertelnie chora na arachnofobię? Pisałam o próbach oswojenia się z lękiem, o terapii przy pomocy kapcia i o względnych możliwościach reinkarnacji w postaci pająka?

Otóż mam od jakiegoś czasu poważny problem psychiczny. Uparcie śnią mi się pająki. Chodzą po ścianach, po mojej pościeli, rozmnażają się, dzielą, mnożą, multiplikują, cholerne śmiałe znienawidzone przerażające, że akurat, do cholery, mi się śnią! Jakby dobrze wiedziały komu się przyśnić, w czyim śnie tak sadystycznie baraszkować, komu przez sen po twarzy chodzić, do ust wbiegać, po czyjej szczęce szczękoczułkami błądzić, czyją nogę nogogłaszczkami łaskotać.

Budzą mnie wzdrygnięcia, zrywam się mokra z łóżka i biegnę do łazienki szorować usta. Kupiłam nawet szczoteczkę elektryczną, pastę wybielającą, cały przeciwpajęczy zestaw, by ślady po nocnej bieganinie usunąć. Drę z zębów szkliwo, a resztek sennej pajęczyny – nie mogę.

Sprawdzałam w senniku. Same sprzeczności. Dużo pająków – pieniądze. Już się cieszę nad ranem, już planuję wydatki, gdy następnej nocy śni mi się tylko jeden pająk. A jeden oznacza biedę! Czarny pająk to z kolei niepokój. Jakbym miała go w życiu za mało! Krzyżak – powodzenie. U płci przeciwnej? – pytam, ale sennik nie odpowiada, za to mózg funduje mi kolejny sen: pająka jadowitego. Sprawdzam: śmierć. Śmierć! Za co?! Z jakiej przyczyny? Przez ukąszenie? Może się udławię? Wpadnę pod samochód? Czy wreszcie stanie się to, czego najbardziej się obawiam: umrę z nudów?

Może wystarczy czekać na sen następny, gdzie kolejna konfiguracja pajęcza mnie wybawi od śmierci? Nie wiem, nie wiem, wiem tylko, że śnią  mi się wszystkie pająki świata. Śniły mi się całe stada, śni mi się, że je zabijam, śniło mi się, że mnie gryzą. Widziałam krzyżaki, widziałam czarne wdowy. Tarantule i ptaszniki. Piwniczne, czarno szare, kosmate i długonogie. Drobną ogrodową młodzież i ciężkie brzemienne samice.

Wciąż nie wiedziałam, skąd w mojej głowie ta arachnomania. Czemu pająki, których się panicznie boję, postanowiły zawładnąć moim uśpionym umysłem? Nie wiedziałam. Nic z tego nie rozumiałam. Aż do dziś.

Bo dziś, wybiegając rano z kolejnego koszmaru prosto w napięty niczym mordercza cięciwa pajęczyny wtorek, wpadłam w pętlę dwóch odmiennych jak interpretacje mojej zmory stanów: jawy i snu, mianowicie wpadłam wprost w rozpiętą na moim ganku jesienną sieć pajęczą. I tu, zamiast starym zwyczajem wszcząć histeryczną awanturę,  wrzeszczeć wniebogłosy i spazmatycznie opędzać się od skradającego się w tych straszliwych przędzach tłustego napastnika, zrobiłam coś absolutnie zdumiewającego. Nie zastanawiając się w ogóle nad tym, co się stało, leniwym ruchem starłam pajęczynę z twarzy i bez cienia wstrętu, nie myśląc wcale o tym, czy jakikolwiek pająk nie siedzi właśnie na mojej głowie, najspokojniej w świecie wsiadłam do Punto, włączyłam Nirvanę i pojechałam do pracy.

A gdy gdzieś w połowie Where did you sleep last night dotarło do mnie co się stało, wszystko zrozumiałam. Szanowni Państwo! Nie boję się już pająków! Nie boję się ich wcale. Z dokuczliwej arachnofobii wyleczył mnie mój własny umysł, fundując serię pajęczych koszmarów. Żaden pająk na jawie nie jest mi straszny. Naoglądałam się już. Przyzwyczaiłam się. Nawet je lubię.

Pająki są symbolem babiego lata, są tkaczami snującymi przy swej przędzy  swoje (moje?) senne historie. Są zanurzonymi w mokrym świetle września klejnotami tej wytwornej elegantki – Złotej Polskiej Jesieni.

zdjecie,600,135179,20100926,pajeczyna-w-rosie

Spider woman

Chcę być pająkiem. Pająk nie nosi wysokich obcasów. Z odwiecznym dylematem: rajstopy czy pończochy też ma spokój. Widział kto pająka w pończochach?

Oświadczam stanowczo, że nie biorę odpowiedzialności za teksty, które ukazują się na Najlepszym Blogu na Świecie*. Proszę mi więc nie wyjeżdżać z jakimś napominaniem o dwóch słowach dziennie. Nie mam z tym nic wspólnego. Dwa słowa dziennie to dwa rozpaczliwe wdechy tonącej w morzu milczenia gaduły.

Wolę już od razu zginąć. Udusić się. Wstąpić do kamedułów, wyjechać do Tybetu, zapaść się pod ziemię. Zniknąć ze świata żywych, skasować swój profil na Facebooku, Google+, NK, Twitterze, diabli wiedzą, gdzie jeszcze. Skrzynkę mailową zlikwidować, smartfona wyrzucić.  Zebrać wszystkie te internetowe zabawki i spalić w ogródku, a popiół wysypać do rzeki. Ślady zatrzeć. Zniknąć.

Czyż to nie byłoby piękne?

Czyż nie byłoby magiczne?

Wszak magia jest w milczeniu. Dopóki się więc trajkocze, dopóki się czatuje, mailuje, esemesuje, paple się w tej sieci, co kto, komu i czemu, a że się wstało, a że się śniło, a że się u dentysty było, a że się płatki zjadło, a że się z pieca spadło – nie ma mowy o magii. A ja jej chcę! Ja się domagam! Ja bez magii nie istnieję.

Chciałabym być pająkiem. Wiem, wiem, pisałam co innego. Pisałam, że się boję. Że to mój koszmar, lęk reinkarnacyjny, zimny pot na karku. Ale oświadczam: nie odpowiadam za swoje teksty. Moje teksty nie mają ze mną nic wspólnego. To nie ja piszę. Nie wiem, nie mam pojęcia, ktoś. Gdy mnie nie ma, gdy śpię, gdy zakupy robię w Biedronce, gdy jem, gdy pracuję, gdy wreszcie ROZMAWIAM, jakiś diabeł przychodzi, nakłada moje ciało jak garnitur Prochora Piotrowicza, chwyta Acera i pisze bzdury. Gdy jest już po wszystkim, chichocze podstępnie, ręce zaciera, a ja co? Co mam zrobić? Głupa palę, ramionami wzruszam. Ale teraz już koniec z tym. Dosyć. Oświadczam.

Chcę być pająkiem.

Pająk nic nie mówi, pająk nic mówić nie musi. Nie mailuje. Nie czatuje. Nie esemesuje. Bloga nie prowadzi. Z urlopu do roboty nie wraca. Pająk nie nosi wysokich obcasów! Z odwiecznym dylematem damsko męskim: rajstopy czy pończochy, też ma spokój. Widział ktoś pająka w pończochach? (A swoją drogą – ma tych kilka nóg.) Pająk stroić się w kiecki, włosów malować, makijażu robić – nie musi. Pająkowi to zwisa.

Kolejna sprawa – te przeklęte social media. Założę się, że na Facebooku nie ma ani jednego pająka. Owszem jest cała masa piesków, bezdomnych kotów, kociaków pluszaków, dokarmianych ptaków, dziobaków i rybek. Niezliczona ilość rozpędzonych w galopie koników, króliczków, smyrających się po noskach świnek morskich, tygrysków śpiących na jaskrawo zielonych gałęziach, żyraf, krówek, słoników. Wszystko to jest.

Pająków – nie ma.

Mówicie, że pająki są brzydkie? Błagam. Pająki są bardzo eleganckie, moja babcia nosiła pająka wpiętego w beret. Siostra pająkami zdobiła uszy. Pająk to wyzwanie dla jubilera. Niewyczerpana inspiracja artystów. Metafizyczny symbolizm. Pająk to właśnie magia.

Agresywne pająki? To mit. Kogo w życiu ugryzł jakiś pająk? Ja nie znam. Częściej mnie kąsają jakieś tam pchły, komary, gzy. Ale pająki? Nigdy. Pająk jest łagodny jak baranek. Serce na dłoni, dusza na ramieniu. Swoją drogą, jakby się uważniej sprzątało pajęczyny – pająk nawet by muchy nie skrzywdził.

Chcę być pająkiem. To znaczy pająkiem chce być ten demoniczny świr przy komputerze, ja osobiście nie mam z tym nic wspólnego, strasznie się boję pająków, pająków się wręcz brzydzę i najchętniej bym je wszystkie kapciem zatłukła.