Tagged: 96 ofiar

96 ofiar jednego uporu

Patrzą i milczą. Białe duchy, wkurwiony, milczący tłum. Jeden z nich trzyma płachtę, a na niej napis. Jakby tego muru nie było, jakby nie było policji, można by było odczytać. Ja wiem, co tam jest napisane…

 

Widzę to tak. Nie inaczej. Widzę to w każdym śnie, w każdej chwili złej, kiedy myślę: dość tego. Widzę to jako ostateczność, kategoryczny koniec tego cyrku.

Biel. Białe róże. Bolesne piękno. Uwierające wspomnienie. Wyrzut.

Przychodzą, zostają, drapią. Jest ich tyle, tyle, że trudno patrzeć. Gromadzą się w kościołach, potem na ulicy. Tacy biali, tacy milczący, tak ciężko patrzący, tak potwornie obecni. Stoją po drugiej stronie muru. Czekają. Jeden z nich, ten najważniejszy,  ciągnie za sobą białą, jak on sam, białą, jak jego martwa skóra, płachtę. Jest tam jakiś napis? A może go nie ma?

A może ich nie ma?

Są. Przychodzą w TEN dzień, każdego miesiąca. Ledwo ich widać. Biali, białe róże. Lekko przeźroczyści. Deszcz ich nie moczy, słońce nie wypala. Trzymają się za ręce? Zza muru nie  widać.

Widać.

A może w końcu znikną? Może da się ich wreszcie wymazać, wyprzeć, odgrodzić? Może trzeba wyższy mur, może więcej policji, może więcej pomników?

Są. Patrzą i milczą. Nieznośnie istotni, okrutnie nieubłagani. Białe duchy, wkurwiony, milczący tłum. Jeden z nich trzyma płachtę, a na niej napis. Jakby tego muru nie było, jakby nie było policji, jakby nie było całego zamieszania, można by było odczytać. Można by się dowiedzieć.

Ja wiem, co tam jest napisane. Ja to widzę. Gdyby mogli, powiedzieliby do kamer, które ich rozpychają. Ale nie mogą. Zostaje im tylko ten wyraz przeźrocza, nieodparty wyrzut zza świata:

– Dajcie nam, kurwa, święty spokój!