Tagged: 30 sekund

Prosimy o cierpliwość

A matka mówiła, żebym na medycynę poszła. Wynalazła szczepionkę na raka. Na wszystkie raki. Spoko. Byłoby łatwiej.

Albo to. Czas między wysłaniem książki do redakcji a odpowiedzią na maila. Wyjątkowy trening cierpliwości. Niezwykła przygoda emocjonalna. Skok na bungie z naderwaną liną. Runiesz o skałę, czy przeżyjesz? Roztrzaskasz się na ziemi, czy polecisz w kosmos? Dotkniesz gwiazd, czy będą cię zeskrobywać z chodnika?

Wysłałam. W poniedziałek. Zeszły! Nie żebym się tu chwaliła, bo nie ma czym. Od zeszłego poniedziałku ani słowa. Ani nic. Zero zachwytów, zero omdleń. Żadnych: rewelacja! Żadnych: rewolucja! Moje męki na nic. Albo, co gorsza: na coś. Coś tam. Tak letnio. TAK SOBIE.

Czy ja się godzę na: tak sobie? Czy ja w ogóle chcę to wydać? W życiu. Ja chcę wszystko albo nic. A tu wygląda, że NIC. Wszak, jeśli ktoś by dorwał książkę w poniedziałek, jeśli by go wbiło w fotel, w kanapę, w plastikowe siedzisko w tramwaju, w ławkę, w psa, przecież jakby szarpały nim stronice jedna za drugą, jakby frazy wyciskały łzy i napadały śmiechem, czy ów ktoś czekałby z wyrażeniem emocji do dziś? JUTRA? POJUTRZA?!

Tamten poniedziałek. To było tak dawno! Wieki temu.  Ledwo pamiętam. Zdaje się, że rozmawiałam z Pauliną, napisała o mnie na Facebooku, dostała dwieście lajków. Co tam lajki! Co tam dwieście! Co tam tysiąc! Nie ma takiej nagrody, która by mnie uspokoiła. Matka mówiła, żebym na medycynę poszła. Została lekarzem, naukowcem. Wynalazła szczepionkę na raka. Na wszystkie raki. Spoko. Byłoby łatwiej.

Ledwo chodzę, ledwo dycham. W łazience wpada mi w ręce miesięcznik „Książki”. Dostaję szału na widok tych wszystkich PISARZY. PISAREK. Pisarek bardziej. Najbardziej nienawidzę tych z NIKE. Pokażcie mi, który pisarz nie nienawidzi sukcesów drugiego?! Która uśmiechająca się na eventach blerwa nie utopiłaby w łyżce wody tej drugiej? Ja topię. Gazetę w wannie. Przynajmniej to.

Mijają dwa dni, jest rozpacz. Jak strasznie spieprzyłam rękopis, że takie milczenie wywołał? Ile można przeczytać w dwa dni? Jak ciekawe, to wszystko! Jak nieciekawe, to nic. Wniosek: NIECIEKAWE. Puszczam marsz żałobny. I  na wszelki wypadek Bauhaus.

Trzy dni, cztery. Zastygam w lodowatym stuporze. Nie podoba się! Nie podoba się! Mało. Nie da się czytać! Przecież przez cztery dni można przeczytać co najmniej dwie książki. Jak dobre to i trzy. A tu jedna stoi w gardle. Moja.

Umrę. Zabiję się. Dzwonię do Wołoskiej. Opowiadam. Mówi, że jestem pierdolnięta. Rozważam i to. Nie kłócę się. W końcu musi kiedyś przyjść odpowiedź! Jutro! Śmierć albo życie!

Nazajutrz nic. Mija tydzień. NIC! Zero odpowiedzi. Wypatrując tłustego druku w skrzynce mailowej, popadam w obsesję. Jeszcze się próbuje podeprzeć kotem. Ten ma marzec. Urwanie ogona. Ucieka, gdy tylko mnie widzi i cudem jakimś, z resztek po dawnej zażyłości, gdy był jeszcze małym kotkiem i lazł co chwila na ręce – teraz rzuca pełne politowania spojrzenie. Sekundę później zapomina o łaskach i prycha ostrzegawczo: radź sobie sama. To sobie radzę. Nie wytrzymuję i piszę alarmową wiadomość:

CO JEST, KURWA?!

– Prosimy o cierpliwość.

Kończy się środa. Jutro czwartek. nie czekam, pierdolę. Już wiem. Wiem to na pewno. Mój życiowy wybór, moja nieśmiertelna zajawka, moja walka z matką: to był błąd. Babcia mawiała: kto nie słucha ojca, matki, ten posłucha psiej kołatki. Trzeba było na medycynę iść. Wynaleźć ten lek na raki. Nic prostszego. I nerwy w spokoju. I ludzkość ocalona.

On by mnie zabił

Nieprawdopodobna tragedia. Mąż zabija żonę z powodu pomalowanych paznokci, nie ma komu ugotować obiadu, mężczyzna kona w straszliwych męczarniach z głodu…

1465223_469746026467156_1074216895_n

Słuchaj, mówi Teresa do Krysi, która wróciła z domu z przepustki. Słuchaj, jak ci coś powiem, to padniesz! Alicja leży zwinięta w kłębek na tapczanie i słyszy tę rozmowę, bo w słuchawkach skończyła się płyta. Od kilku dni bez przerwy słuchała starej płyty, która napawało ją jedynym bezpiecznym uczuciem – rozpadającym się smutkiem. Płakała po cichu pod kołdrą, a potem zasypiała. Gdy się budziła i słyszała ich paplanie, znów włączała w swojej komórce tę samą płytę i znów płakała i znów zasypiała. Tym razem poczuła w sobie kompletną, totalną bezradność, taką, która uniemożliwiała kliknięcie w komórce zapętlonej ikonki. Przez ciszę w słuchawkach słyszała więc rozmowę Teresy z Krysią i apatycznie rozważała ich słowa:

– Pojechałaś do domu z pomalowanymi paznokciami?!

– No coś ty! Teraz pomalowałam.

– A tamte zmyłaś?

– No jasne. Przecież by mnie zabił, idiota.

Znów wróciło wspomnienie, tamte dni, miesiące, lata ukradzione z jej życia, całe dzieciństwo i młodość pozbawione jej samej. Jakby ktoś pożyczył od niej ciało i duszę i siał w nich spustoszenie od pierwszych dni pojawienia się na świecie. Postać wypełniona pustką, bolesną, rozpadającą się na kawałki pustką, w której nie ma miejsca na nią samą, bo jej dawno już nie ma, nie ma i nie było. Zmyłaś paznokcie? Oczywiście, przecież by mnie zabił. Co za absurd, pomyślała. Co to jest za absurd, co to jest za wywrócenie jestestwa na drugą stronę! Ktoś odbiera ci ciebie, twoje prawo do własnego ciała, do własnych paznokci. Ktoś to zagarnia, a ty się na to godzisz. Zagarnia paznokcie, potem twarz, potem całe ciało, potem pamięć, pamiętniki, sumienie, wyznanie, poglądy, cały umysł, całe życie. Krysia jest niemłoda, ma już pod pięćdziesiątkę, może nawet więcej – a jednak nie ma nic swojego, nie ma nawet paznokci. Gotuje obiady na przepustce dla męża, na przepustce ze szpitala. Jedzie do niego nakarmić, przewinąć, ogarnąć, kurwa, a paznokcie musi zmywać, bo by ją zabił. Jak to zabił? A jakby zabił, to co? Umarłby z głodu? Co za paradoks, dwa trupy w mieszkaniu, TVN Uwaga, żółto czarna taśma wokół i spiker relacjonuje:

– Nieprawdopodobna tragedia. Mąż zabija żonę z powodu paznokci, nie ma komu ugotować obiadu, mężczyzna kona w straszliwych męczarniach z głodu.

——————————————————————————

(fragment książki „30 sekund”)

30-sekund-okladka-72dpi

Jestem Bogiem

Moje ciało należy do mnie. To ja, moje serce, moje nerki, moja macica. Nie zgadzam się, żeby je oddać. Tak jak nie zgadzam się oddać serca, wątroby, płuc, tak nie zgadzam się oddać macicy

Alicja zobaczyła przemoknięte kobiety, pełne energii i buntu. Ich skrywany dotąd gniew rozbłysnął w oczach, te poukładane przez lata schematy zawaliły się i runęły. Patrzyła ze zdumieniem na kobiety z dziećmi, z wózkami, na kobiety starsze, na babcie, matki, siostry. I mimo tego deszczu, chłodu, widziała jakąś jasność, coś w rodzaju nadziei, że oto gniew prowadzi je do wolności. Oto one, stare, młode, wierzące i niewierzące, lekarki, nauczycielki i położne, sprzątaczki, studentki, gospodynie domowe – są dziś razem na dobre i na złe. Razem. Jak nigdy. Oto mamy swoje trzydzieści sekund. Krótka chwila buntu w wieczności zniewolenia. Czy tak musi zostać?

Parasol, kobiecy atrybut, niezbędny element wyposażenia torebki, mały czarny składany, schowany niczym liszka w kokonie, rozpostarł dziś skrzydła, piękne, czarne, lśniące i okazał światu swoją obecność.

Transparenty. Na szybko zmontowane z kawałka kartonu, z napisanymi flamastrami hasłami. Moje ciało należy do mnie. To ja, moje serce, moje nerki, moja macica. Nie zgadzam się, żeby je oddać. Tak jak nie zgadzam się oddać serca, wątroby, płuc, tak nie zgadzam się oddać macicy. Nie zgadzam się oddać dlatego, że ktoś tak chce. Żąda! Teraz. Zaraz. To przymusowy przeszczep mnie, dawczyni organów. Urodzonej i wyhodowanej, żeby dawać, oddawać siebie, oddawać swoją macicę. Oddać swoje życie bez słowa sprzeciwu?

Tak właśnie wymyślili „obrońcy życia”, mężczyźni w sukienkach, ci, którzy dyktują warunki tego kraju. Którzy nie wydają na świat dzieci i nie przekazują życia. Stoją ponad prawem natury i dyktują prawo moralne. W każdym innym gatunku zostaliby wyrzuceni poza społeczność. Bo żaden gatunek nie inwestuje w  celibat. Nikomu to się nie opłaca. A ludziom?

Alicja stoi i patrzy na ten tłum, czuje, słyszy bicie serc, widzi piękne kobiece twarze, włosy na wietrze, wyciągnięte szyje. Ile w nich mocy, ile życia! Chciałoby się to zatrzymać, uwiecznić gdzieś, w zaczarowanej materii, w skondensowanym proteście, ciele doskonale czarnym. To my, kobiety, matki. Pochłaniamy całą energię wszechświata, przetwarzamy ją dla potomnych. To przez nas płynie rzeka życia.

To my jesteśmy Ziemią, matką Ziemią. Przecież jesteśmy, z krwi i kości, prawdziwe, mocne, ważne. To od nas zależy. To my decydujemy. To my znaczymy. To my jesteśmy Bogiem.

Jestem Bogiem – zaśpiewała pod nosem Alicja. – Wyobraź to sobie. To ja jestem Bogiem.

Poczuła jakąś niepojętą siłę. Przypomniała sobie opowieść Janka o indiańskich duchach. O boskim znaczeniu matki Ziemi. Zacisnęła dłonie. Czemu ktoś jej kiedyś wmówił, że jest słaba? Czemu w to uwierzyła? Czemu uznała iluzję ponad rzeczywistość?

I nagle, wyrwana z zamyślenia, potrącana przez inne skandujące dziewczyny, zamrugała oczami z niedowierzaniem. W oddali, w tłumie zobaczyła znajomą twarz. Milczącą, ale pozbawioną codziennego gniewu. Jakby ta cała furia wokół zniosła bunt w tym wiecznie napiętym ciele. Zmarszczyła czoło i wyostrzyła wzrok. Tak, to był on…

30-sekund-okladka-72dpi