Między ustami a brzegiem pucharka

Nazajutrz obudziłam się w czerni najgorszego poranka w życiu, z gorączką piekielną, i była to zaraza najstraszliwsza w świecie, która wysyła ludzi na tamten świat…

dracula
Hrabia królował w czasach zarazy, do mnie też przyszedł, ale się nie dałam…

Założenie było dobre. Odpocząć. Odpocząć, pójść a rurki z kremem, pozbierać wymordowane po występach ciało w całość. Z wiosny niechybnie nadchodzącej skorzystać. Ze słońca poczerpać konieczną do dalszej walki energię. Bo walka się nie skończyła, choć zasoby owszem.

No więc jadę w Polskę, jadę na ten przedłużony weekend, na poły jeszcze zimowy, ale przecież już ciepły, już pełen nadziei i blasku. Nawet okulary słoneczne założyłam. Nawet płaszczyk lżejszy. Bo przecież nie ma nic bardziej znienawidzonego jak kurtka zimowa na przednówku. Tak jak nie ma nic bardziej upragnionego jak lżejszy ciuch w przedwiośniu.

Ach, jak będzie cudownie! Nazajutrz wstanę, założę te swoje fiu-bździu i polecę do cukierni na pucharek. Znacie te pucharki? Pal licho, jak one smakują, ale jak wyglądają! Najbardziej lubię te ciemnowiśniowe gałki lodów upakowane w triadę, którą wieńczy bita śmietana, gęstą czernią czekolady polana.

Albo sorbetowy menuet o barwie mango, tej głębokiej żółto-pomarańczowej nucie plus, no nie wiem, niech mnie zaskoczą: orzechy? migdały? płatki kokosa? rodzynki?

No i kawa! Albo herbata! Boże mój, jak się cieszę na samą o tym myśl! Choć i tak zwykle moja podróż do krainy słodyczy kończy się szybciej, niż zaczyna, bowiem po przestudiowaniu karty menu i wydaniu z siebie tych wszystkich zachwytów, zamawiam tartę warzywną i cześć.

Tym razem tak nie będzie! Tym razem będę postacią z bajki, panienką z grochami na spódnicy, Pchłą Szachrajką, panną Kiką, Babeczką.

No i tak opisując Państwu swój urlop nieszczęsny dotarłam, nomen omen, do informacji, którą Państwu chciałam przekazać już dawno, ale nie miałam na to siły. Otóż w tak zwanym międzyczasie (szczerze mówiąc, nie wiem, kiedy) wydałam książkę dziesięcioletniej Tosi Bardowskiej, a książka ma tytuł „Babeczka” i jest doskonałym uzupełnieniem rodzinnym, kiedy starzy czytają Poradnik dla psychopatów, a dzieciak zawraca głowę. Należy mu kupić Babeczkę i spokój.

Wracając do nieszczęsnego urlopu. Dlaczego nieszczęsnego? Bo nazajutrz obudziłam się w czerni najmroczniejszego poranka w życiu, z gorączką 39 stopni, z zapaleniem absolutnie wszystkiego i była to zaraza najstraszliwsza w świecie, która wysyła ludzi na tamten świat, a imię jej brzmi: SEPSA.

Jak się domyślacie, nie poszłam na żaden pucharek ani tartę, ani nic. Przez tydzień walczyłam o życie, a teraz leżę bez tchu i właściwie nie mam nawet siły zakończyć tego tekstu. Niech więc będzie nieskończony, niech trwa, niech niesie mój słaby głos w przestworza, niech przeistoczy się w melodię, której nuty, zamiast rodzynek w pucharku, zagrają coś weselszego niż marsz żałobny.

Jądro ciemności

Siedzę. W tle reklama maści na hemoroidy. Coś tam do higieny intymnej. Już nawet Rozenek mi się skończyła. Jakaś baba opowiada o zabiegu powiększania ust. I że co na obiad. Pierdolca zaraz dostanę. Wysypki. Palpitacji

Problem stary jak świat, w właściwie – jak ja. Otóż włosy mi posiwiały. Słabo? To ja wam powiem, jak słabo. Zaczęło się kilka lat temu i od razu z plaskacza.

Najpierw usłyszałam, że fajnie by było, gdybym znów stała się ładna. Komunikat mocny. Trudny. Bo to w szatni fitness clubu było.

Zwróćcie uwagę na okoliczności. Bo gdzie jak gdzie, ale dowiedzieć się, że nie jest się JUŻ ładną akurat w szatni fitness clubu i to po morderczym treningu, który, nie oszukujmy się, nie był dla przyjemności, ale żeby właśnie stać się wreszcie, kurde, ładną – jest to cios potężny i kategoryczny.

Weź się po tym pozbieraj. Nie da się.

Dalej. Dalej tylko gorzej. Że co drugi siwy włos. Że daj spokój już z tą naturą. Że o co chodzi. Że zadbaj o siebie.

Wszystkie te protesty odnośnie mojego wyglądu pochodzą od przedstawicielek jedynej płci, która – niczym pani na dyżurce – trzyma rękę na pulsie i sprawdza, czy aby cały świat jest wciąż wystarczająco podobny do reklamy loreala.

Nie dziwię się. Też bym trzymała. Ba! Trzymałam! Myślicie, że nie? Trzymałam i to długo. Dwie godziny, raz w miesiącu obowiązkowo, czasem cześciej. Na łbie maź śmierdząca mocznikiem oraz jakąś inną niepojętą chemią. W tle radio zet. Obok gazety z dziedziny: jak GO usidlić? Albo: Rozenek ma nowego pudla.

A ja siedzę. Siedzę. Na zegarek patrzę. Siedzę. W tle reklama płynów na hemoroidy. Coś tam do higieny intymnej. A ja siedzę. Rozenek mi się skończyła. Siedzę. Jakaś baba opowiada o zabiegu powiększania ust. O doklejaniu paznokci. I że co na obiad. Siedzę.

Pierdolca zaraz dostanę. Wysypki. Palpitacji.

Znajoma opowiadała, że miała uczulenie na klej do rzęs. Zrobiła raz, oczy jej spuchły. Zrobiła drugi raz, spuchła jej cała twarz. Po trzecim zawieźli ją na OIOM. Nie jest wykluczone, że zrobi to po raz czwarty. Kobieca determinacja granic nie zna. To samo z farbami do włosów. A gdybym miała uczulenie?!

Ale nie mam.

No więc siedzę w tym poklejonym „salonie piękności”, w tym zbitym z kartongipsu „studiu wizażu”, bo trzeba pamiętać, że większość salonów piękności i studiów wizażu to przybytki zbite z blachy falistej na szybko, w których wnętrzach wieją szpary, straszą niedoróbki, a toaletach można się zabić o stare mopy.

I nie mówicie mi nic o tych „eleganckich” salonach, bo pozabijam. Bywałam. Efekt, oprócz tego, że dwa razy droższy, ten sam. Ale do efektu jeszcze dojdziemy. Tymczasem tkwię w tych „klinikach urody” i leczę się z własnej brzydoty. Leczenie jest bolesne. Trwa i kosztuje. Kosztuje pieniądze ciężkie, tak ciężkie, że dziw bierze, jak to możliwe, że się na to zgadzam? O co mi w ogóle chodzi?

Gdy nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o to samo i ten argument trafia do mnie chyba najcelniej.

Bo nagle (no, może nie tak nagle, to jest jednak proces długotrwały i stopniowy, być może tak długotrwały i stopniowy jak samo siwienie?) dociera do mnie jądro ciemności. Wiecie czym jest jądro ciemności? To ten najgęstszy, najciemniejszy i najtrudniejszy do pojęcia PROBLEM. Meritum.

TO. PYTANIE. NA. KTÓRE. ODPOWIEDŹ. JEST. ABSURDALNA.

Otóż pytanie brzmi: po co? Po co ja tu siedzę z tą mazią na głowie za dwieście wizyta? Po co się męczę z tymi mopami w łazience? Po co słucham tego radia, którego słuchać się nie da? Po co ja to robię? Hę?

Już słyszę wasze odpowiedzi, wyzwolone kobiety! Już to czuję, jak czułam wasze baczne dopierdalanki o moje siwe włosy. DLA SIEBIE. Ha, ha, ha ha, ha, ha.

Aaaaaa. Hahhahahahahahhahaha. DLA SIEBIE.

Dla siebie siedzę tu jak cymbał od dwóch godzin i wdycham mocznik? Dla siebie wydaję dwie stówy, które – żeby zarobić – codziennie rano muszę się zrywać o szóstej i zapieprzać do biura, którego nienawidzę? Dla siebie słucham reklam o lekach na potencję i muzyki, którą powinno się puszczać w sali tortur?

Dla siebie podrażniam skórę do nieznośnego swędzenia, dla siebie mam te wyprane włosy, które – jak już dotarliśmy do efektu, proszę bardzo – są w kolorze jajówy i super, że nie w SREBRNYM? Bo ktoś kiedyś powiedział, że srebrny kolor jest brzydki, a stary człowiek to już w ogóle estetyczna zbrodnia?

Tak więc odpowiedź błędna. Nie dla siebie. To dla kogo? Może – o święta naiwności! – dla mężczyzny?! Ale przecież żaden facet w życiu nie zwrócił uwagi na te moje siwe włosy, żaden nie sarkał, nie kwękał, nie radził, nie sugerował, co więcej: głowę dam, że nawet nie zauważył. Także dla faceta też nie.

Więc czemu?

I jądro ciemności mnie dopadło. Ja to robię DLA KOLEŻANEK. To dla nich siedzę dwie godziny co miesiąc, a czasem częściej, wydaje dwie stówy, znoszę radio zet, potykam się o mopa i wdycham amoniak. Dla moich koleżanek, dla kobiet ze świata idealnego stworzonego przez te gazety z Rozenek, by do nich pasować i ich nie denerwować, że jestem inna. Dla kobiet, tych wyzwolonych, wolnych i niezależnych, co same sobie gotują ten los – żeby nie było im niedobrze, gdy patrzą na srebrny kolor na mojej starzejącej się głowie.

To se na żółto pierdyknę.

FullSizeRender


Tymczasem już w piątek wystąpię taka strasznie stara na spektaklu BaBa z Gdańska i jej Porady dla psychopatów w gdańskim IKM (Gdańsk, Długi Targ, godz. 18.00), na który zapraszam wszystkich, nawet z siwymi włosami.

Dajcie mi tu kilka kotów!

Ciągle ktoś mnie namawia do pasów ściągających fałdy brzuszne, mazi zamazujących piegi, depilatorów wyrywających włosy i wszystkiego tego, co każda kobieta MUSI używać, żeby nie była tak strasznie brzydka

Wczoraj zadałam sobie nieco trudu, by zrobić jakiś porządek z tym, co mi się wyświetla w komórce, gdy wchodzę na portal społecznościowy. I dotarło do mnie, że od dawna tam widzę tylko:

  1. słaniających się z powagi laureatów nagród, albo nominacji do nagród, bo to jest tak strasznie poważna sprawa taka nagroda, ewentualnie nominacja jest tak strasznie poważna, że człowiek natychmiast sam zamienia się w posąg
  2. porady, jak zrobić, by być tak zajebistym jak oni, żeby żyć tak zajebiście jak oni, jeść takie same zajebiste rzeczy co oni, tak samo zajebiście oczami wywracać jak oni, i nikt nie napisze: weź ty się walnij w łeb
  3. TE MYŚLI
  4. twarze koleżanek, ale właściwie nie wiem czyje, bo są tak przerobione w fotoszopie, że wyglądają jakby pochodziły z gabinetu figur woskowych, ewentualnie z wystawy lalek porcelanowych, stara Francja
  5. dzieci, te biedne dzieci, które nawet nie wiedzą, jak są na tym Facebooku używane do zdobywania lajków przez ich starych
  6. pełne wykrzykników newsy o tym, co PiS i co nie PiS, jak strasznie coś tam kogoś oburza, że ktoś coś powiedział, zrobił czy zeżarł
  7. reklamy pasów ściągających fałdy brzuszne, mazi zamazujących piegi, depilatorów wyrywających włosy i wszystkiego tego, co każda kobieta musi używać, żeby nie była taka strasznie brzydka, jak ją natura stworzyła
  8. wysokie obcasy

I żadnych filmików z kotami!

Zdecydowanie coś poszło nie tak, kochani. Coś jest „kurewsko daleko od OK”. Łatwo wam się mądrzyć. To nie wchodź na FB. Muszę. Muszę, kurde, robota tego wymaga. Bo jak inaczej was zawiadomić o BaBie z Gdańska i jej Poradach dla psychopatów? Właśnie. W piątek o 18.00 jest nasze spotkanie na Długim Targu, w gdańskim IKM. Więc ten.

Ale zanim przyjdziecie, mam prośbę. Dajcie kilka kotów na Facebooka. Z dedykacją dla mnie. Oznaczcie mnie. Niech wiem. Niech się cieszę. Niech mi się zmieni. Niedługo będą moje urodziny.

I w ogóle.

Proszę.

 

fullsizeoutput_f1

BaBa z Gdańska. Spektakl z przytupem

Veni vidi vici. Siadłam z ekipą, napisaliśmy projekt i wygraliśmy. Mamy to. 22 lutego w Gdańsku zrobimy taką wiksę, jakiej świat nie widział. Wiksę dla psychopatów

Wszystko jest ze sobą tak splątane, że nawet nie wiem, od czego zacząć. Chyba od tego, że mi się kiedyś przyśnił sen – gdzieś okolicach Kołobrzeskiej w Gdańsku jakiś dziwny budynek z windą, drzwi, mieszkanie na pierwszym piętrze, tu przedpokój, tam kuchnia, a ja w nim całkiem zadowolona, bo czeka mnie coś fajnego. Macie czasem takie sny? Ja mam ciągle. No więc mija czas, mija pół roku, rok i nagle dzwoni do mnie Monika Ksieniewicz-Mil z Onetu i prosi o wywiad. Oczywiście, nie z powodu tamtego snu, raczej z powodu koszmaru zwanego rzeczywistością, czyli: Empik, wydawcy, walka o BaBę, walka o kobiecość itd. Temat rzeka.

Oczywiście się zgadzam. Jadę do niej, bo ma małe dziecko, w ręku trzymam adres i nagle mi się skleja w głowie ten obraz, ten budynek, ta okolica. Wchodzę na piętro (muszę mówić, które?), wchodzę do mieszkania – wszystko się zgadza. To tu. Jest dobrze, myślę. Powinnam być zadowolona.

Czy będę? Mój syn zawsze odpowiada w takim momencie: to się okaże. Bo w życiu nic nie jest proste, choć jest proste idealnie. Będę. Ale nie tak szybko, kochani. I nie z oczywistego powodu.

Wywiad się ukazał po jakichś dwóch miesiącach z tytułem, który całkowicie zmienił charakter rozmowy. W pierwszej chwili się wściekłam. Potem pomyślałam, trudno. Jest taka filozofia Wschodu, nazywa się aikido. Siła przeciwnika jest twoją siłą. A moje zadowolenie ze snu jest przede mną. Czekam więc dalej. I któregoś dnia dostaje od Moniki wiadomość. Nie marudź, tylko weź dupę w troki, swoją ekipę i działaj. I wysyła mi linka. Do Otwartego IKM, żeby zawalczyć o dofinansowanie na wydarzenie artystyczne.

Veni vidi vici. Siadłam z ekipą, napisaliśmy projekt i wygraliśmy. Mamy to. 22 lutego w Gdańsku zrobimy taką wiksę, jakiej świat nie widział. Wiksę dla psychopatów.

Parę słów o ekipie. Kacper (z dziobem) to mój syn, ten od: „to się okaże”. Aktor po Baduszkowej, człowiek piękny i zdolny, przepełniony Słońcem. Na spektaklu będzie opowiadał o tym, co zrobić gdy dzwoni telefon, co zrobić, gdy nie dzwoni telefon i jak być w dwóch miejscach na raz. Poza sceną nosi Julkę na barana (to ta w koronie), swoją dziewczynę. Julia nazywa się Olędzka i jest gwiazdą estrady. Kiedyś rozbiła bank w programie Mam Talent i do dziś śpiewa w telewizji. Bywa księżniczką w bajkach Disneya. Jesli chodzi o barwę głosu to jest typem Amy Winehouse. Podczas spektaklu będzie śpiewać o tym, jak sobie poradzić bez chłopaka i dlaczego to takie proste.

Cwaniara.

Zofia. Wzrok morderczo zimny. To moja córka. Autorka rysunków Poradnika dla psychopatów. Kobieta niewidzialna. Cudem na zdjęciu uchwycona, chyba tylko dlatego że to ajfon był. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś zdołacie ją zobaczyć. Podejrzewam, że będzie ciężko. Podobno na wydarzenie się wybiera, ale czy ciałem, czy duchem – nie wiadomo. Jedno jest pewne. Będzie w formie swoich genialnych rysunków. Coś jak Banksy. Słabo?

No i ja. Ja wam opowiem, jak napisać książkę w trzy tygodnie i zatańczę afrykański taniec. Powiem więcej. Nie tylko ja go zatańczę. Wszyscy go zatańczymy. Weźcie wygodne buty. Albo na bosaka też można.

Wisienkę na torcie stanowi niejaki Brat Zacieszyciela, który najpierw komentował wszystko co piszę na blogu, straszliwie mnie wkurzał, bo wytykał literówki, a potem po prostu zajął miejsce w moim życiu. I teraz całymi dniami naprawia żarówki. Serio. Przynosi z elektrośmieci jakieś zużyte, wyrzucone, zapomniane świecidła i je naprawia. I potem działają. Tym sposobem mam w chacie prawdziwe iluminacje. Jak chcecie zobaczyć, przyjdźcie. Wrażenia niezapomniane.

Jeszcze raz. IKM na Długim Targu, 22 lutego, to jest piątunio, idealny czas na melanż w nietypowym wykonaniu, kupa śmiechu, wino, kobiety i śpiew, słowem: BaBa z Gdańska. Godzina 18.00.

Z uwagi na ograniczoność miejsc warto się zapisać: redakcja@baba.com.pl

Walentynki dla psychopatów

Z chłopakami wiadomo, jak jest. Dziewczyna zastanawia się, co poszło nie tak z ewolucją gatunku ludzkiego, że z jednej strony wygenerowała człowieka, z drugiej zaś strony wciąż trwa przy małpie?

Przez całe życie mordowałam się z tym „świętem”, wciąż nie wiedząc, co z nim począć. No, może nie całe życie, bo przecież w wieku dziecięcym, czy też we wczesnym nastolęctwie pojęcia nie miałam, że jest na świecie jakaś szajba na temat czternastego lutego. A potem nagle trach, jest temat. I nie wiadomo, co z tematem zrobić. Owszem, wcześniej były jakieś zrywy na Dzień Chłopaka, była też nerwówka z okazji Dnia Kobiet. Wigilia odbijała się czkawką w relacjach, bo jak ktoś kogoś wyjątkowo lubił, to coś tam kupił na prezent, a jak nie kupił, to jednak głupio. Kasy nie było, oczekiwania rosły i jakby tego wszystkiego było mało, z nadejściem pierestrojki wybuchły te Walentynki. I problem.

Najpierw problem, bo trzeba szybko zorganizować jakiegoś chłopaka. Kasa kasą, ale każdy głupi potrafi laurkę zrobić, byle był. Gorzej jak go nie ma.

Z chłopakami wiadomo, jak jest. Z chłopakami, zwłaszcza w okolicach siódmej klasy podstawówki jest mianowicie tak, że dziewczyna zastanawia się, co poszło nie tak z ewolucją gatunku ludzkiego, która z jednej strony wygenerowała człowieka, z drugiej zaś strony wciąż trwa przy małpie? Długo trwa. Dziewczyny już czytają Hemingwaya, podczas gdy chłopaki walczą na patyki krzycząc do siebie: „drzrz-drzrz!!!” Ciężko się zakochać. Ale. Laurkę się chce. Zwłaszcza, gdy Dorota ma ich siedemnaście.

I tak zaczyna się najstraszliwsze zjawisko na świecie, zarzewie każdej katastrofy, mianowicie: KOMPROMIS. A potem, gdy już ludziom się nie chce robić żadnych laurek, gdy ludzie już mają jakąś kasę, dzieje się jeszcze gorzej. Bo z tego utartego kompromisu, z jakiegoś rozpędu kulturowego coś koniecznie TRZEBA, choć w ogóle się nie chce. I znudzeni idziemy do Oszą, kupujemy na odczepnego pluszowe serce z Chin plus Carlo Rossi, żeby nie było tak smutno. Pluszowe serce z Chin, jak sama nazwa wskazuje, pochodzi z Chin, a coś co pochodzi z Chin niewiele ma z miłością wspólnego. Coś, co pochodzi z Chin jest raczej związane z pracą nieletnich za nędzne grosze i ja bym się z takiej „walentynki” cieszyła umiarkowanie. Za Carla Rossi też bym się nie cieszyła, bo to zwykły kwach przebrany za fiu-bdździu.

Tymczasem jest rozwiązanie. I to rozwiązanie jest nie tylko prostym wyjściem z problemu, który nam zafundował we wczesnych latach dziewięćdziesiątych powiew mody z zachodu. Jest to rozwiązanie dużo większego kalibru, bo jest to wyjście zagmatwanej sprawy wywołanej zawartym kiedyś tam, we wczesnym życiu KOMPROMISEM. To rozwiązanie ma na imię książka, a ściśle jest to Poradnik dla psychopatów. Prezent na wszelkie walentynki, jak się patrzy – to raz. ale to dopiero początek radości. Bo Poradnik dla psychopatów to książka, jak sama nazwa wskazuje, dla każdego faceta. I – z tego, co życie poznałam – niejednej kobiety. To zbiór prostych rozwiązań w każdej kłopotliwej sytuacji, zwłaszcza gdy sytuacje ocierają się o relacje tych dwóch skrajnie różnych gatunków: kobiety i mężczyzny.

Spieszyłam się napisać ten Poradnik właśnie na Walentynki. Wiem, jak to „święto” weszło w naszą polską przekorę. Wiem, że nie leży, a raczej tkwi ością w gardle naszej polskiej mentalności. Tu się raczej karierę robi na śmierci, nie na miłości. A Poradnik ze śmiercią tańczy. Poradnik bawi na cmentarzu. Dlatego dajcie sobie spokój z wycieczkami po galeriach handlowych. Powiem wam, co jest teraz w galeriach handlowych. Festyny. Imprezy z wodzirejem, który drze paszczę do mikrofonu. Powiem wam też, co się dzieje w zupełnie innym miejscu. Na przykład: w domu. W domu jest cisza, kocyk, internet. W internecie jest strona internetowa: BaBa.com.pl. Tam się klika i po dwóch dniach przyjeżdża kurierem (nie pocztą, zrezygnowałam właśnie z usług poczty na zawsze, człowiek uczy się całe życie, tego, że należy zrezygnować z poczty na zawsze, również) rozwiązanie wszystkich problemów.

fullsizeoutput_e7

Basia którą znacie. I której nie znacie

„Szklanka na pająki” to Kobiecość. Kto jest Kobiecości ciekaw, niech bieży w sobotę do nas… 

„Szklanka na pająki” Basi Piórkowskiej to wyjątkowa powieść. Nie wiem, czy jest jeszcze jakaś książka na świecie, której wydanie Prezydent Gdańska, TEN Prezydent, wsparł osobiście dwukrotnie. I nie to, że wparł, bo przysłał list, że fajnie i inne tam pierdu pierdu, ale pokrył znaczną część kosztów wydruku i promował tę książkę na stronie Gdańska. Wiedział, co dobre. Dlatego warto przyjść 9 lutego do Oliwskiego Ratusza Kultury i pogadać z Autorką, która osobiście będzie podpisywała wspomniane Dzieło, opowiadała niezwykle ciekawe rzeczy, np. jak się pisze książkę, która rozbraja osobistości, która zachwyca gremium naukowe i która ciągle jest tak żywa, że historia, ta pospolita historia, którą znacie ze szkoły, blednie w obliczu niezwykłej perspektywy kobiety.

Bo Szklanka na pająki to kobiecość. Kto jest Kobiecości ciekaw, niech bieży w sobotę do nas. Jeszcze raz.

Oliwski Ratusz Kultury.

Sobota, 9 lutego 2019, godzina 17.00

Cytując Klasyka: BĘDZIE SIĘ DZIAŁO.

Jestem zajeBaBana, czyli o wpadce BaBy

Wszystkich, którzy mają niedogodność czytania romansu z piasków Sahary – najmocniej przepraszam. A że przepraszanie nie ma mocy realnego zadośćuczynienia, proponuję konkretną rzecz…

Zważywszy na powszechność kaleczenia języka polskiego, słowotwórstwo w skali globalnej, płynące z telewizorów i radioodbiorników poklejone ze słów angielskich, a może i amerykańskich, kto ich tam wie? – twory, a także różnego rodzaju wtręty tajemne, moja Spółdzielnia Literacka BaBa wyszła przed szereg. I nie to, że specjalnie jakoś, metodycznie, ale przypadkiem, a może raczej: przez nieuwagę. Albo – choć nie wypada mi się tłumaczyć – na skutek pośpiechu, natłoku pracy, brak doświadczenia i znajomości narzędzi, które z racji mojej artystycznej natury są mi od zawsze obce. 

Na przykład program do składu książki. Rzecz o trudności wymiaru kosmicznego. Żeby to opanować, a jednocześnie pilnować spraw księgowych, prawnych, a także terminów, promocji, wysyłki, rodziny i pisania książek – trzeba mieć trzy głowy minimum, z wymaganiem 150 IQ dla każdej. 

STARAM SIĘ! Ale nie zawsze się udaje. Oto właśnie dotarło do mnie, że moja powieść SAMUM została złożona przez wspomniany program tak sprytnie, że po prawej stronie, owszem, jest OK, ale po lewej program postanowił wywinąć numer i poprzenosić wyrazy od tak zwanej czapy. I tak powstała zupełnie nowa definicja stylistycznej formy powieści, której ja jestem prekursorem. 

Wszystkich, którzy z tego powodu mają niedogodność czytania romansu z piasków Sahary – najmocniej przepraszam. A że przepraszanie nie ma mocy realnego zadośćuczynienia, proponuję konkretną rzecz. 

Każdy z was, kto kupił (kupi) u mnie Samum, przy kupnie następnej dowolnej książki otrzyma zupełnie gratis Poradnik dla psychopatów. Wystarczy podać w zamówieniu hasło: „BaBa tkwi w szczegółach”. Będę wiedziała o co chodzi. Jeszcze chusteczkę do okularów dodam. Tym, którzy już złożyli kolejne zamówienie, wrzucam do koperty drugi „Poradnik” w ekstrasie. 

W razie pytań, piszcie. I mam nadzieję, że mi wybaczycie. ZajeBaBana jestem.