Wieża w ogniu

Ktoś może zapytać, jak Wifi zareagowała na obecność Nuny. Odpowiedź jest oczywista. Wifi zareagowała na obecność Nuny jak typowy kot. Nijak.

Koty maja osobowość perfekcyjnie odizolowaną od wszystkich innych osobowości. Koty to wyspy nie tylko bezludne, ale też bezkocie, bezpsie, doskonale pozbawione jakichkolwiek wpływów lądy bogate za to w ptactwo, myszy i ważki. Konkretnie: w kocim świecie nie ma nikogo, kto by kotu przeszkadzał.

Gdyby tylko ludzie odrobinę zmądrzeli, mogliby nauczyć się od kotów tego dystansu. Niestety, na wszystko się zanosi, nawet na koniec świata, ale na to, że ludzie zmądrzeją: kategorycznie nie.

Koty nie przejmują się więc innymi kotami, choćby to były same ocetoloty, czy inne serwiwale.

Żaden kot nie bierze do głowy tego, co sobie o nim inny kot pomyśli. W jego kryterium wartości nie ma więc miejsca na plotki, a fakt, że w ludzkim świecie istnieje takie zjawisko jak dziennikarstwo (opłacane i to słono opłacane plotkarstwo, które nadaje potężny sens istnienia, wywołuje żywe reakcje, wypełnia czas spotkań, rozmów, a nawet winduje lub niszczy życie ludzkie) – mógłby doprowadzić kota do takich spazmów śmiechu, że biedny by się udusił.

Na szczęście kot w ramach ekspresji emocji, zdecydowanie wybiera ziew.

Dlatego właśnie Wifi na widok Nuny ziewnęła, po czym zamknęła oczy i poszła spać. Miała prawo. Dopiero co rozłupała jakiegoś nieszczęsnego gołębia, którego truchło leży teraz pod oknami mieszkania Wió i drażni Sąsiadkę z PP. Sam pies PP od jakiegoś czasu siedzi cicho, ciało gołębia daje mu do myślenia, nie jest wszak dużo od gołębia większy, za to głośniejszy w cholerę. Pamiętajmy też, że pies nie ma skrzydeł. Krótko mówiąc: PP jest w tak zwanej „D”. Nie zadziałało palenie świec żywota, kot wziął sprawy w swoje pazury i dał radę. Cisza jak makiem zasiał.

Nuna za to chodzi ze mną krok w krok, zwiedza okolicę, była nawet w kawiarni, gdzie ludzkość oszalała na jej widok. No tak. Ludzie szaleją na widok kota, ale za cholerę się od kota nie uczą.

Ludzie w ogóle się niczego nie uczą, choć w kwestii rozwoju robią histeryczne halo. Organizują warsztaty, sympozja, wykłady. W tym celu muszą przede wszystkim wydać kasę. Człowiek musi wydać kasę, żeby ujrzeć sens w czymkolwiek. Zapaćkać internet ogłoszeniami. Zdjęć napstrykać. Dyplomów nadrukować. Pooznaczać się ze znajomymi. Plakatów, ulotek, reklam narobić. Nie mówiąc już o czymś takim jak gadżety. Catering. Pokazy akrobatyczne. Hotele pięciogwiazdkowe. Baseny. Sauny. E tam, baseny, sauny. Zajęcia fitnes! Odchudzanie! Oczyszczanie jelit!

Mindfullness.

Kołczing. Srołczing.

Wegejogozen.

Kiedyś miałam okazję być na czymś takim. Nazywało się to Kongres Kobiet. Feministyczny zjazd w celu pitolenia o sprawach, które tak naprawdę wszyscy mają dokładnie tam, gdzie jest PP. Zjechało z wielkich miast redaktorek i innych celebrytek tłum. Każda hotel za kupę szmalu dostała. Wino, kolację i diabli wiedzą co jeszcze. Telewizja, gazeta, zdjęcia na ściankach. Szumu narobiły, a kobiety jak klepały patriarchat tak klepią…

Czytaj dalej

Mroczna przepowiednia

Powiedziałam Ewelement o mojej wizji. Od razu zaczęła węszyć podstępy. Na pierwszy ogień poszła, rzecz jasna, Nemocja. Że to przez nią, że to ona winna, coś tam.

– Ona cię zabije! Pamiętasz, jak rozbiła talerz, przysłała mroczną kobietę, cały zastęp demonów?! Ona cię zabije…

– Nie. Taki plan by się nie realizował, gdyby miał się tak głupio skończyć.

– Hm… To jak pokonasz Nemocję?

– Nie pokonam jej. Nawet nie zamierzam. Z demonem się nie walczy. Z demonem się tańczy. Warunek jest tylko jeden: nie wolno się bać.

– Jak można nie bać się demona?

– Można. Wszystko można.

– Sama słyszałaś: myślisz, że ludziom wszystko wolno? Bóg zapowiada ludziom zagładę!

– Mnie to nie dotyczy.

– Jak to możliwe?

– Tak.

Ewelement zamilkła na chwilę, ale wciąż była poruszona. Uznałam, że to dobry moment na włączenie muzyki. W Nadwymiarze jest muzyka i to bardzo dobra. Wybrałam płytę „Aenima” zespołu TOOL. Stare, ale świetne. No i straszliwie straszne. Można jeszcze bardziej nastraszyć tego zabawnego „Prosiaczka”, jaki tkwi w Ewelement. Uwielbiam ludzi, którzy się boją. To takie słodkie, dziecięce. Sama chciałabym się czasem trochę bać. Ale nie mogę. Wolfgang mi zabroniła.

– Kim jest Nemocja?

– Nocą.

– A ty?

Tym razem ja zamilkłam. Od pewnego czasu prowadzę bardzo poważne śledztwo w tej sprawie, a wnioski wciąż stoją pod znakami zapytania. Owszem, mogłabym udzielić odpowiedzi. Problem polega na tym, że nie wiem, którą wybrać.

– Jestem Noemi. NOEMI. Rozumiesz?!

– Noe to tylko skrót…

Czytaj dalej

noemi susenbach potop
Jeden z nich, chłopiec z jasnymi włosami i niebieskimi oczami, wziął mnie za rękę, poprowadził wgłąb wzburzonego morza…

Noe to tylko skrót

Niemal każdy człowiek ma telefon komórkowy. Z tym telefonem jest straszliwy ambaras, bo dzwoni non stop, w kółko właściwie i człowiek ma serdecznie dosyć, chciałby go rozbić na kawałki, zniszczyć, zakopać. Jednak tego nie robi. Odwrotnie. Kupuje etui, uważa, żeby nie spadł. Mało tego. Wciąż kombinuje, jak tu sobie sprawić lepszy, jeszcze bardziej dzwoniący.

Sprawia.

Nie działa. Ledwo kupiony, już zepsuty. Zamiast przystojnego bruneta, dzwoni baba ze skarbówki. Nie tak miało być. Znów więc trawi pragnienie, żeby telefon zniknął, zamilkł, przepadł…

Czytaj dalej

Morze jest gniewem

noemi susenbachCoraz więcej mnie po tamtej stronie, po tej coraz mniej. Co to znaczy? To znaczy, że życie mnie zmęczyło. Zmęczyło mnie i choć obiecałam nie marudzić – nie zmienia to faktu, że życie mnie zmęczyło. 

Z przerażeniem stwierdzam, że nie mam siły pisać, a przecież to było zawsze jedyne, co mnie przy życiu trzymało. Wniosek: nie mam siły żyć. 

Z przerażeniem stwierdzam, że mnie to nie przeraża. 

Przypominam sobie wszystkie chwile rezygnacji, trudne odcinki mojej drogi z przeszłości i dziś mi się zdaje, że to jakieś żarty, formy treningu przed tym, co najgłębsze, najmroczniejsze, najtrudniejsze do pokonania.

Trzy lata w depresji, leki, szpitale, napady histerii, wyrzucanie z siebie czarnych gałganów rozpaczy, a nawet myśli samobójcze – wszystko to nic w porównaniu z dzisiejszą katatonią NICZEGO. 

NIC jest jak potężna grawitacja, siła ciążenia nie do pokonania, gdy ciało przywiera do łóżka tak mocno, że istnieją obawy rozłupania mebla na pół. Albo w ogóle w drzazgi. 

Łóżko, pękając na kawałki wbija się w podłogę, podłogę rozrywa, zawala się wszystko do piwnic, do lochów. Wpadam w kryptę, na samo dno den. A tam niekończąca się impreza bezzębnych demonów, które podają mi truciznę. Na cholerę mi trucizna, pytam, a oni mówią: żeby nie czuć. 

Tylko że ja już nic nie czuję! 

– Nieprawda – szepczą demony. – Czujesz jak diabli. 

Na potwierdzenie tych słów dociera do mnie kategoryczny chłód, przenika kości, mrozi nerwy. Zamraża. Czuję więc. Czuję lodowatą niemoc, której nie pozbędę się nigdy, chyba że trafi mnie szlag. 

Nie mam siły na truciznę, nie lubię przełykać, wolę sobie zapalić. Jak na zawołanie pojawia się rura wydechowa i naprawdę potężny mach za friko. 

Człowiek się rodzi, żeby umierać. Życie wymaga poświęceń. 

A na plaży gromadzą się tłumy. Nadciąga sztorm. Morze jest gniewem, którego nikt nie dostrzega. „Czujesz jak diabli”, mówią demony i mają rację. Czuję tę furię, niezgodę, wściekłość. Odtrącam kieliszek znieczulenia. Słucham najgłębszego z głosów. Snu. 

Narysuj stolik z jasnego drewna, schowaj się pod nim przed burzą. Patrz, jak w odmętach znikają życia. Razem ze śmieciami z brzegu. 

Kiedyś napisałam książkę o gniewie. Teraz gdzieś ją tam ktoś sprzedaje, nic mi do tego.  Pozostał jedynie sam gniew. Moja ukochana emocja, która mnie niesie, nie daje się poddać demonom. Wkurwia mnie wszystko. Dzięki Bogu. Dzięki temu żyję. 

Jeszcze. 


nemezis.me

Boże, weź się zlituj!

Ja już nie wymagam cudów. Ale zamienić coś tak przepięknego jak kobiece piersi w płaską klatkę piersiową?! Obsypaną przypadkowym włosiem???!!!

Siadam do pisania z zupełnie pustą głową, ale wiem, że to jedyny ratunek przed natłokiem myśli, bombardowaniem Drezna, zrzutem napalmu emocji, pandemonium uczuć. 

To bombardowanie Drezna tylko przez Vonneguta się załapało. Chociaż życie to życie. Każde takie samo w obliczu stracenia. 

Chciałam napisać, że wyluzujcie, nie bądźcie tacy poważni, wyjmijcie te kije z gardeł. Albo najlepiej: rozśmieszyć do rozpuku. Co ja będę pouczać, lepiej rozbroję tę bombę powagi. I siadam właśnie obecnie do pisania, do rozśmieszania, do rozpuku (kuźwa, co to rozpuk?) – cała zaryczana, w procesie rozpadu z rozpaczy*.

Słowo rozpacz ma chyba konotacje z rozpadem, nawet się identycznie zaczyna…

Mózg ma taką właściwość, że jak człowiekowi okrutnie źle, zaraz podsuwa absurdalną myśl o etymologii wyrazu, jakim jest owo źródło zła. 

Boże. 

O ile jesteś. 

Kimkolwiek jesteś.

Czymkolwiek. 

Weź się zlituj. 

A właściwie, pierdol się! 

I znów pojawia się ten moment na etymologię wyrazu, a raczej – w tym wypadku na jego znaczenie, czyli, czekajcie, sprawdzę: na DEFINICJĘ. 

Pierwsze znaczenie tego słowa. Mylić się. Po prostu. Właściwie to nie jest pierwsze, szczerze powiedziawszy, jest to chyba nawet ostatnie znaczenie tego słowa w słowniku, ale najbardziej mi się spodobało. Mylić się. Co zatem powiedziałam? Boże, myl się! Myl się dalej. Nie ma sprawy. Masz do tego prawo. Ludzka rzecz błądzić, to co dopiero boska?! „Bóg się pomylił” – gdzieś przeczytałam ostatnio. No pewnie. Luźno. Można. Co tam dalej?

UPRAWIAĆ SEKS ZE SOBĄ ZAWZAJEM. 

Mega. Zwłaszcza, gdy jest się bogiem. Teraz pytanie: kobietą, czy mężczyzną? Bo ja bym wolała kobietą. W tym wypadku tak. Z facetem to zawsze zdrada. No może nie zawsze, ale – zważcie – często. Nader często. Szczególnie, gdy jest się kobietą. 

Kolejna rzecz: estetyka. Trzeba być naprawdę bogiem, by choć w części tak zachwycać jak kobieta. Przepraszam za szczerość. Ale serio, niech pierwszy uderzy w nożyce, kto się nie zgadza. 

Ja już nie wymagam cudów. Ale zamienić coś tak przepięknego jak kobiece piersi w płaską klatkę piersiową?! Górnolotnie zwaną torsem??? I jeszcze do tego obsypaną przypadkowym włosiem???!!!

Jezu. Nie wiem, kto to wymyślił. Chyba kościół katolicki. Bo jak oni coś wymyślą, to pozamiatane. Pod dywan najczęściej. 

Albo te brody do pasa, trymowane pieczołowicie przez salony fryzjerstwa międzynarodowego w języku zagranicznym na Strzyży, Gdańsk Garnizon, stary?

Albo te ciąże przenoszone czworaczo-bliźniacze, gdzie zarodek po wsze czasy wypojony czteropakiem odżywki chmielowej nigdy się w nic ciekawszego od płynu wytwarzanego w nerkach i wydalanego z organizmu, zawierającego produkty przemiany materii bezużyteczne lub szkodliwe dla ustroju – nie stworzy?!

Hę?

Dobra. Nie będę się pastwić. Nazwaliby mnie feministką, gdyby nie ten incydent z feministkami. I teraz nie wiadomo nawet jak mnie określić. Bez obaw. Samo przyjdzie. Zawsze przychodzi. Ten epitet na końcu języka, który swą nieokreślonością nie daje spokoju przez cały bankiet, by się na schodach objawić. To jest tak zwana spóźniona riposta. Zabłyśnięcie poniewczasie. Można wrócić, próbować olśnić jeszcze tlącym się światłem, ale jakoś głupio. To się nie wraca. 

Co tam jeszcze w definicji mamy? Zajmować się powolnie, robić coś powoli. Fakt. Tempo zawrotne, mój drogi. Mówię: „mój drogi”, bo tak się certolić może tylko facet. Codziennie, powtarzam, CODZIENNIE słyszę: pani Sylwio, spokojnie, już niedługo, za chwilę, jeszcze moment. Przysięgam. Jeszcze moment. Tylko że ten moment trwa dokładnie tyle, ile trwa moje życie. A tego obliczyć nie sposób, bo „Wiki” bzdury napisali. Od razu mówię. Poprawić się nie dało, bo mnie zignorowali.

W sumie racja, kto jak kto, ale bohater rekordu może nie wiedzieć, kiedy się urodził. Ja nie wiem. Owszem, powiedzieli mi, ale żeby tak sama z sobie wiedziała? Nie. 

Zmyślać, mówić coś głupiego. 

Coś dla pisarza. Każdy bóg to wszak artysta, przyznajcie. Ma prawo zmyślać, choćby duby smalone. Zresztą bóg ma prawo do wszystkiego, nawet do psucia. Bo to też jest. Kurcze, ile znaczeń ma to słowo! Ile w nim emocji! Niedowierzanie, zachwyt, lekceważenie, wściekłość. Co tylko chcesz. Tylko brać. I w życie wprowadzać.

Gdybym była bogiem, robiłabym to od świtu po zmierzch. W nocy też. Bez ustanku. Szkoda czasu. Zresztą, nie trzeba być bogiem. Jeśli chodzi o mnie, to wręcz zachęcam. 

MOŻNA.

fullsizeoutput_255
fot. Ewelement

* Jestem załamana, bo już nie mogę. 

* Tak miało być, zanim nie napisałam ostatniego słowa. 

* Puenta zawsze mnie zaskakiwała. 

* I co teraz?

* Kurwa mać!

Jakie są plusy bycia niesławną?

Sława to taki stan, w którym nikt cię nie rozumie i należy się zabić.

IMG_2069Postanowiłam pisać już tylko o pozytywnych sprawach, podkreślając w nich pozytywny aspekt w pozytywny sposób. I już, już miałam zamykać tego bloga, gdy w ostatnim desperackim rzucie myśli przyszedł mi do głowy pomysł napisania o zaletach bycia niesławną. 

Niewiele ludzi wie, jakie to uczucie: być najpierw sławną, a potem niesławną. 

Aby w pełni ukazać walory tego drugiego stanu, muszę zacząć od początku, a więc od bycia niesławną. Bo przecież z jakiejś niesławy najpierw trzeba wyjść, żeby stać się sławną, by potem ostatecznie popaść w niesławę. 

Pierwsza niesława jest jak woda. Ani słodka, ani gorzka. Dzień jak codzień. Nic się nie dzieje, nikt się nie interesuje, cisza, martwota. Życie znojne i nieustanne próby realizacji tej swojej fanaberii, jaką jest twórczość. Potem nagle mały ruch. Ludzie zaczynają się interesować. Doceniać. Życie się zmienia. Z początku niby powoli, ale jednak pruje coraz śmielej i nawet nie wiesz, kiedy mówisz do trzech milionów widzów. 

Wiecie jakie to paraliżujące? 

Weź się pomyl! Weź się wygłup! Weź się zdradź!

Z początku jeszcze nie bierzesz do głowy, bo niby z jakiego powodu ta spina? Ale szczerość zaczyna być nierozumiana. Gorzej: wywołuje protest. Oburzenie. A ty w zamrożeniu ważysz każde słowo, żeby afery nie było. 

Im większa sława, tym gorzej. Wynika to z matematycznej zasady. Im więcej wokół ludzi, tym większa grupa osób ma problem ze zrozumieniem. A właściwie: ty masz problem. Jak mawiał Einstein – mówię, że to on, choć nigdzie nie znalazłam potwierdzenia źródła i już zaczynam podejrzewać, że to moje słowa: 

Jeśli obsługa urządzenia wymaga instrukcji, należy zabić projektanta. 

Na nasze będzie: Jeśli słowa są niepojęte, należy zabić autora. (Autorkę !!!)

No więc sława to taki stan, w którym nikt cię nie rozumie i należy cię zabić. A że nikt się nie odważy, nie ma wyjścia, musisz zabić się sama. 

Wtedy przychodzi niesława. I nagle rzecz wygląda zupełnie inaczej. Oczywiście nadal nikt cię nie rozumie, ale przestaje ci to doskwierać. Topnieją tłumy, cichną telefony, pustoszeje komunikator. Nastaje pustka wokół. Nie ma nawet zaproszeń na galę, co warto podkreślić, piszemy wszak o pozytywach.  

Wolność. Zero ustaleń, umów, zobowiązań. Żadnych pracodawców i żadnych oczekiwań. Nie ma reguł, terminów, warunków. Wszystko znika.  

Tymczasem możliwości pozostają!

Możesz teraz pisać co chcesz, mówić co chcesz i robić co chcesz. 

W kwestii zrozumienia? Nie masz stanowiska. Tym razem to już naprawdę nie twój problem. Zresztą, wystarczy zapytać Einsteina o tę frazę. Jak to było? 

Jeśli urządzenie ci się nie podoba, zrób lepsze. Na pewno umiesz. 

Sami przetłumaczcie, jak to na nasze będzie. 

nemezis.me

Czarna wdowa

Ale sen! Z tych, co zdarzają się raz, może dwa razy na życie i robią taki kipisz, że sąd, prokuratura, spalenie na stosie. Jeden już był. I teraz mam. 

Opisałam go w „Mamie”. Lecę i strzelam, a robię to z takim przytupem, że drży cały Kosmos. 

Bo ja w snach mam świadomość kosmiczną. Nie jestem drepczącym człowiekiem, ale istotą wszechpotężną przemierzającą (zawsze przemierzającą!) wszechświat w tempie absolutnym. Prędkość światła nie ma znaczenia. Ja zasuwam szybciej. W trakcie podróży robię różne rzeczy, na przykład (jak w tym śnie z „Mamy”) rozwalam białą wieżę. Nie, nie będę wam o tym opowiadać, jak chcecie, poszukajcie w książce. Dziś będę opowiadać inny sen. 

Tym, co mi się właśnie przyśnił. 

Najpierw – jak wyrwana z kolorowej gazety – para na zdjęciu. Facet i kobieta. Facet napuszony niczym paw, ona w jego tle. Długie włosy zdobią jej wycofaną twarz. On z kolei jest cały w koronkach, garniturach, piórach. Świat szaleje na jego punkcie. Choć przecież ona jest tak samo ważna, robi tyle samo, a może nawet, a może więcej? 

Nikt jej nie widzi. 

Nagle: fortepian. Już rozumiem. On jest pianistą. Światowej sławy muzykiem, artystą, stąd splendor. Siada do fortepianu, widzę jego wyfiokowane dłonie, francuskie koronki, haft Richelieu, mankiety krochmalone. Gra. 

Ale nic nie słychać. Żadna nuta nie wydostaje się spod jego rąk. 

Znów zbliżenie (jak w filmie) – na fortepian. Skupiam wzrok, patrzę, ale klawiszy nie widzę. Zamiast nich – jedna przy drugiej: buteleczki. Takie małe flaszki zero dwadzieścia, co się do kieszeni jego przepięknej welurowej marynarki chowają. 

Wszystko gaśnie. Jest ciemno, nic nie widać, ale za to… słychać. Słychać muzykę, nuty wpasowane, idealne, a jednak: niepokojące. Prawdziwa muzyka, która opowiada historię. A ta historia jest straszna. Kto ją gra? To ona gra! To ona opowiada!

Zbrodnia to niesłychana, pani zabija pana. 

Tyle razy przerabiany kawałek, a nikt się nigdy nie spytał: dlaczego?! Dlaczego ona go zabiła? 

Bo jej zabrał wszystko, zabrał jej duszę, zepchnął na krawędź wytrzymałości. Wyrwał jej serce, kochani. 

Wyrwał jej serce na żywca i kazał dalej żyć. 

Ona już nie ma pięknych długich włosów, leży na łóżku w malignie, trzyma się za głowę, ciągle ją głowa boli, głowa, na której coraz bardziej kurczą się pukle. Krzyczy. Krzyczy jak chora, konająca: – Boże, Boże, co się ze mną dzieje, JESTEM CORAZ… MŁODSZA!

I faktycznie, włosy na pazia, twarz wygładzona, cudem odmłodzona kobieta siedzi teraz na schodach uczelni i patrzy na swojego chłopaka, którym jest on – późniejszy pianista. Nawalony artysta. 

On jej coś tłumaczy, jakże by inaczej – tłumaczy jak małej dziewczynce: TRZEBA pisać, zawsze pisać, nie przestawać, to bardzo ważne, pisać, w kółko pisać, bezwzględnie i koniecznie TRZEBA pisać!

A potem wsiadają razem do samochodu, ruszają z piskiem, pędzą prędko, a on jej mówi, że będzie zły. A już na pewno będzie zły jak cholera, gdy ona pojedzie do przodu, a on się, niestety – cofnie. 

Z dużą prędkością. I oto prezentacja, wykon, on wyskakuje z pędzącego auta i leci z prędkością adekwatną, z tym że w odwrotnym kierunku. I, racja, jest zły jak cholera. Twarz wykrzywiona w grymasie, zęby na wierzchu. Trach!

Znów przerwa. Ciemno. Nic. 

Nagle wszyscy jedziemy autobusem. Nie ma się co dziwić. Może uda się bez wyskoków. Ona chodzi po pokładzie, on siedzi na miejscu matki z dzieckiem i gada. Ze mną gada. Właściwie to ja gadam, bo jak już ktoś ze mną gada, to wtedy raczej ja gadam. No więc opowiadam mu swój sen. 

Ten, co mi się pół roku temu przyśnił. A było tak. Jechałam autobusem (jak teraz), autobus zatrzymuje się na przystanku, z autobusu wychodzi kobieta, staje przy kiosku i zaczyna znikać. Zostaje po niej tylko spódnica.

Ale zanim zniknie, jakby na kogoś czekała. Szybkim ruchem chwytam za telefon i chcę zrobić jej zdjęcie. Ale, kurczę, nie umiem. Podchodzi do mnie mała dziewczynka, patrzy na wyświetlacz i mówi: dalej, dalej! A ja nie umiem. Widzę na wyświetlaczu materiał spódnicy kobiety, jest w kolorze lila. Nie wiem, czemu, ale myślę, że kobieta nie zniknie, dopóki ta dziewczynka nie wyjdzie do niej. Ona na nią czeka… 

Dziewczynka znika w jednej sekundzie. Podnoszę wzrok. Kobiety też nie ma. I spódnica znikła. 

Zatem opowiadam temu Richelieu: jadę autobusem, patrzę przez okno, a tam… 

Patrzę przez okno. 

Cmentarz. 

– Cmentarz – mówię. 

Tak naprawdę nie było cmentarza, tylko kiosk, myślę. Ale teraz jest cmentarz. Przewrócone płyty nagrobne, stara sprawa. Boże, widziałam gdzieś te płyty. Widziałam to. 

Gdzie jest kiosk? 

– Dziewczynka miała włosy w kolorze mysim – tłumaczę. Mężczyzna kręci głową, że nie rozumie. – Czy ja mówię po francusku?! – irytuję się, a on, że po francusku to by właśnie zrozumiał. Gorzej z angielskim.

Zastanawiam się, co to za typ. Kto dzisiaj po francusku gada, a po angielsku nie umie? I tak bym się z nim dalej kłóciła, gdyby nagle nie zasnął. 

Kobieta spokojnie podeszła do męża, pochyliła się nad nim. Śpi? Nie. Umarł. 

Ciemność, przerwa, antrakt. 

Nagle budzę się (nadal w tym śnie) na pokładzie statku kosmicznego. Otwieram oczy półprzytomna. Statek zatrzymał się na przystanku. Moja para z filmu „Czarna Wdowa” kręci się przy sterach. Chwilę później on niesie jakiś wydruk, rachunek diabli wiedzą skąd i mówi do żony, że musiało być mi zimno podczas podróży, bo zamówiono dla mnie gorącą wodę. Zrywam się w proteście, rzecz jasna, bo żadnej gorącej wody nie brałam! Ale oni wcale na mnie nie zwracają uwagi, dobrotliwie głowami kiwają, spoko, spoko, nic nie musisz płacić. 

Wokół ludzie zbierają się do wyjścia. 

– Już czas? Trzeba wychodzić? – pytam Czarnej Wdowy. Wdowa z mężem jakby stawali się jednością, odpowiadają mi zgodnym chórem: – Wychodzą tylko ci, którzy wykupili bilet do Monachium. 

– A więc jesteśmy w Monachium?

– Tak jakby. 

Wkładam rękę do kieszeni. Znajduję tam monety. Wyciągam, patrzę – kilka monet w obcej walucie. Wiem, że mam zapas. I że nie muszę wysiadać. 

Ani w Monachium, ani nigdzie. 

Jeszcze przez długi, długi czas. 

nemezis.me

IMG_1821