Zdrada, czyli nierówna walka z monogamią

Tak, drodzy panowie, wasze żony was zdradzają, bo sobie na to zapracowaliście. Tak, drogie panie, wasi mężowie was zdradzają, bo jest im czegoś brak…

zdrada

Zdrada. Najgorsza rzecz, która się może wydarzyć w małżeństwie. Tego się dowiaduję u fryzjera. U fryzjera można się wiele dowiedzieć, na przykład, że krótka fryzura to narażanie się mężowi, a blond łagodzi konflikty. Ale wróćmy do zdrady. Najgorszego, co się może stać. Najgorszego.

Nie, nie choroba. Nie wypadek, śmierć, głód, wojna. Nie spalenie domu. Nie paraliż, kalectwo. Najgorsze, co się może wydarzyć to ZDRADA. A co pani myśli? Są gorsze rzeczy. Niemożliwe: JAKIE?!

Zdrada. Skok w bok, który przynajmniej połowa małżeństw zalicza z tej prostej przyczyny, że jesteśmy gatunkiem poligamicznym i monogamia jest dla nas zupełnie nienaturalna. I niezależnie od tego, jak bardzo jesteśmy przekonani o wierności małżonka, najczęściej po prostu jeszcze nie dowiedzieliśmy się prawdy. Bo jak byśmy się dowiedzieli, to amen, kaplica, apokalipsa. Popytajcie u fryzjera.

Popytajcie, a dowiecie się, że większość kobiet święcie wierzy (a może raczej głosi, że wierzy), że wierność należy im się z wielu powodów. Żelaznym fundamentem naszego życzeniowego myślenia jest – uwaga! – przysięga małżeńska. Przysięga składana przed ołtarzem, w której wypowiadane są słowa tak absurdalne, że mając kilka złączeń neuronowych, ciężko je traktować poważnie.

Ale tak nas nauczono, wierzymy w rzeczy nieistniejące i niemożliwe. Dzięki temu możemy oburzać się na innych, co udowodniliśmy niedawno przy linczu nad Natalią Przybysz. Co czwarta Polka miała aborcję, ale tłumnie rzucają kalumnie. Spoko. Oburzajmy się.

Niech oburza nas też zdrada. Mamy z tego same korzyści. Dzięki temu żyjemy w iluzji przyzwoitości i nieważne, co robimy, wierność nam się NALEŻY. Wszak dajemy głowę, że miłość można zagwarantować do końca życia. Uczucie, za które trudno komukolwiek odpowiadać w odległości choćby dwuletniej, a co dopiero w skali całego życia. Którą, zamiast pielęgnować, stosujemy do szantażu. Ślubowałeś! No przecież, skoro ślubowałeś, to twoim obowiązkiem jest kochać. Tylko mnie. Koniec. Amen. Apokalipsa.

Tylko że… jak można kochać kogoś pod przymusem? Jak można machać tym uczuciem komukolwiek przed nosem, zmuszając go do niewoli myśli? Jak można w ogóle wymagać, żeby ktoś nas kochał? Żądać tego?

Ślubuję Ci miłość i wierność… Owszem, mogę obiecać, że się POSTARAM. Postaram się, o ile otrzymam szacunek i przyjaźń. O ile będzie nam razem dobrze. O ile będę czuć dalej to, co czuję. O ile będę CHCIAŁA.

W zdradzie nigdy nie uczestniczy jedna strona. To efekt wspólnej pracy. Coś, co powstaje przy BRAKU. Braku zainteresowania drugą osobą, braku szacunku, braku namiętności. Braku czegoś ważnego, czego ktoś komuś nie dał. Tak, drodzy panowie, wasze żony was zdradzają, bo sobie na to zapracowaliście. I jeśli jesteście mądrzy, to zanim nazwiecie je dziwkami, spytacie, co było nie tak? Czego nie umieliście im dać?

Tak, drogie panie, wasi mężowie was zdradzają, bo jest im czegoś brak i zanim zaczniecie okładać ich talerzami, zastanówcie się, czego. Może warto to przegadać, dowiedzieć się, zanim rzucicie się spełniać niewypowiedziane życzenia? Bo szkoda energii na prasowanie koszul i szarpanie się na trzydaniowe obiady, skoro to wcale nie to?!

– Najgorsza rzecz, jaka się może przytrafić w małżeństwie to zdrada – mówi starsza kobieta u fryzjera. – Najgorsza! A pani co myśli?

– Są gorsze rzeczy.

– Jakie?!

Oczekiwania. Oczekiwania, że nic nie musimy robić, a miłość nam się należy. Oczekiwania, że możemy wszystko, a należy się wierność. Oczekiwania, że ktoś się zmieni, ale my: nigdy. Oczekiwania, że fakty, statystyki, biologia, natura i ciąg przyczynowo-skutkowy NAS nie dotyczą. Oczekiwania, że bajka, którą nam wtłoczono do głowy, stanie się kiedyś rzeczywistością.

Potęga religii, czyli jak zamienić waginę na żebro

Niby kobiety są w rządzie. Jak silna jest ta manipulacja, skoro same sobie odbierają prawa? Przecież kiedy przestaną być potrzebne, nikt się za nimi nie wstawi. Żadna kobieta, o facecie nie wspomnę

 

Kiedy ludzie umierają z głodu, władza przekonuje ich, że Bóg tak chce. Nędzę w Indiach religia tłumaczy reinkarnacją. Jeśli jesteś w biedzie, umierają ci dzieci, a mąż cię bije – zasłużyłaś na to. Kiedy? To proste. W poprzednim  życiu. Gdyby nie klimat, można by stwierdzić, że mucha nie siada. Tak się jednak na tym świecie plecie, że tam, gdzie bieda, nędza i głód, tam much jest od zabicia. Dosłownie.

Na rany hinduizmu jak z nieba spada plaster w postaci chrześcijaństwa. Co za cud. Inna religia, dobry Bóg, co może spotkać nędzarzy? Coś lepszego? A jakże, umieranie. Matka Teresa ściąga biednych do swych umieralni, nie leczy ich, nie znieczula, patrzy jak cierpią. I przekonuje, że cierpienie to dar od Jezusa, dar z którego trzeba się cieszyć. Nie ma nic piękniejszego niż cierpienie ubogich. Z karmy przechodzimy do miłosiernych obietnic. Z poprzedniego życia wskakujemy na wyższy level.

Na życie po życiu.

Nierówność, dyskryminację, biedę i bezprawie zawsze trzyma w ryzach religia. Nie trzeba zaglądać do Krajów Trzeciego Świata. Wystarczy nam środek Europy. Tu panuje przekonanie, że kobieta ma cierpieć i koniec. Jej się to należy. To przecież Bóg zarządził, że poród to ból i nie należy go umniejszać. Bóg chce poświęcenia dla dzieci i męża. Bóg obiecuje zbawienie po śmierci za wyrzeczenie się szczęścia. Bogu nie podobają się dzieci z in vitro. Bóg kręci nosem na decydowanie o sobie. Bóg zabrania rozwodów, nawet gdy jest przemoc.

Ba! Okazuje się nawet, że Bogu niemiłe jest zapobieganie przemocy. I niby kobiety są w rządzie. Jak silne jest narzędzie religii, skoro same sobie odbierają prawa? Przecież kiedy przestaną być potrzebne, nikt się za nimi nie wstawi. Żadna kobieta, o facecie nie wspomnę.

Co religia, to fajerwerk. A raczej manipulacja, by spacyfikować zagrożenie. Bunt uciśnionych, biednych, głodujących. Bunt dyskryminowanych,  poniżanych, pozbawionych podstawowych praw. Bunt to siła. Religia: jeszcze większa.

Ciągle zastanawiam się, jak to jest, że człowiek musi wierzyć. Skąd w nim ta uległość? Jest mu lżej wytrzymać? Łatwiej się poddać, niż walczyć? Prościej umierać, niż żyć? Zgodzić się z zagładą, niż wyrazić bunt? Zadać cios sobie, niż się bronić? I tylko dlatego, by bronić wiary w coś, czego nikt nie widział?

Ostatnio widziałam przezabawny dialog na filmie Sztuka Kochania. Wisłocka pyta jakiegoś dygnitarza, który traktuje ją (profesorkę medycyny) jak mopa:

  • Skąd pan jest?
  • Z Warszawy – odpowiada facet.
  • Nie, nie z Warszawy. Skąd pan jest?! Nie wie pan? To ja panu powiem. Z waginy pan jest.

Nieprawdopodobne, jakie to proste. A jednak zawiłe, bo od narodzin słyszymy, że jednak z czego innego jesteśmy. Z żebra. Męskiego, rzecz jasna. I to jest potęga religii. Jak zamienić waginę na żebro i nie zostać wyśmianym.

Kobiety mówią dość. Ja mówię DOŚĆ!

Chodzi o PiS? To ja coś powiem, pani Ewo Kopacz, wierna od roku „przyjaciółko” kobiet. Pigułek szukałam za Platformy, szukałam za SLD, od 1993 roku chodzę i obijam się o drzwi aptek, gabinetów, o pogardliwe miny farmaceutów…

Sylwia Kubryńska - WO (4)

fot. Dawid H.Groński/Wysokie Obcasy

W środę o 17.00 w restauracji MiTo* w Warszawie odbędzie się debata organizowana przez Paulinę Młynarską, pt. „Kobiety mówią dość”. Zostałam zaproszona. Będę. Bo mam dość.

Mam dość moje drogie, kochane siostry, mam dość… was. Mam powyżej dziurek w nosie waszego narzekania, waszego utyskiwania. Mam dość waszej obłudy w walce z patriarchatem, waszych haseł o feminizmie, które rozbijają się przy pierwszym lepszym poklepaniu po udzie przez faceta z działu kadry kierowniczej.

Mam dość waszych oburzeń na temat przemocy domowej i równoczesnym rechotaniu z dowcipów o poprawianiu urody żony Michalczewskiego przez pięściarza.

Mam dość waszych pikiet, waszych haseł na transparentach o wolnym wyborze, skoro już dwa tygodnie później odcinacie się od wolnych wyborów. Niedobrze mi się robi na wasze komentarze, że nie o to wam chodziło w proteście „aborcyjnym”. A o co wam chodzi? O wycofanie fikcyjnej ustawy i zostawienie fikcyjnego prawa?

Bo przecież i tak nie można dokonać aborcji w Polsce w „gwarantowanych” przypadkach. Nie wierzycie, obdzwońcie szpitale. Fajnie jest? O to wam chodzi? O taki „trochę” wolny wybór? O takie trochę równouprawnienie? O trochę wolności i to tylko na papierze?

Mam dość trochę wolności. I mam dość tych, które jedyne co potrafią, to walnąć focha na źle urządzony świat, ale nic w sobie nie zmieniać.

Kiedyś napisałam tekst o niedostępności antykoncepcji. O swoich wędrówkach po mieście w poszukiwaniu apteki, w której ja – dorosła kobieta, udokumentowana, normalna, zdrowa – będę mogła kupić sobie pigułki antykoncepcyjne bez recepty. Nie, nie chodziło o TĘ pigułkę „morderczą”, mówię o zwykłych pigułkach. I co? Oprócz nadętych min nie spotkało mnie nic dobrego. W tym samym czasie dowiedziałam się, że viagra jest bez recepty.

Pod moim tekstem zaroiło się od pełnych oburzenia komentarzy kobiet, że bez przesady, pigułki to nie tiktaki, nie można tak se kupić, nie można o sobie decydować, każdy by kupował bez tołku, recepta jest konieczna, droga pani, pani jest kobietą, a kobieta ma tylko fragment czynnego mózgu i bez recepty kupi wagon pigułek z których zrobi bombę jądrową i wysadzi planetę w kosmos. Żaden facet nie włączył się do dyskusji.

PiS? Chodzi o PiS? Ok, to ja coś powiem, pani Ewo Kopacz, wierna od roku przyjaciółko kobiet. Ja tych pigułek szukałam za Platformy, ja ich szukałam za SLD, ja od 1993 roku chodzę i obijam się o drzwi aptek, gabinetów, o pogardliwe miny farmaceutów, lekarzy, pielęgniarek. Przez całą waszą, pani Ewo Kopacz, kadencję nie zmieniło się NIC w kwestii traktowania kobiet.

Udostępniliście pigułkę „PO” bez recepty, a pigułki antykoncepcyjne zostawiliście, tak jak były, niedostępne. Pani premier, pani sama wymyśliła rewelację, że ellaOne można kupić w wieku od 15 lat, ale już kwestia dostępu nastolatek do antykoncepcji, do ginekologa, zostawiła pani radośnie nietkniętą, co skonstruowało bodaj najbardziej niedorzeczne prawo w Europie, z którego wynikało, że piętnastolatka może stosować antykoncepcję awaryjną, ale normalnej nie.

Kolejny absurd polegał na tym, że dziewczynki, pozbawione prawa do antykoncepcji, pozbawione edukacji seksualnej (heloł, czy za PO była jakaś edukacja seksualna? Bo ja mam dwoje dzieci i żadne nic sobie w tej kwestii nie przypomina!), MAJĄ RODZIĆ?!

Nie mogę się doczekać naszego spotkania na debacie w środę, pani premier. Nie mogę się doczekać pani odpowiedzi na moje pytania. Na pytanie o ochronę ofiar przemocy domowej też. Dlaczego kobieta, którą spotkałam miesiąc temu w ośrodku leczenia depresji, ofiara swojego męża, od lat nie może doprosić się sądu, żeby przyznał jej mieszkanie, a zapijaczonego kata usunął z jej życia? Dlaczego to ona ma się wyprowadzić do jakiegoś przytułku, który zresztą oferuje lokum tylko na trzy miesiące?

Podobno została ratyfikowana Konwencja o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. A tu proszę, czy jest konwencja, czy jej nie ma, stara baśń. I powiem jeszcze jedno. Wszystkie kobiety w mojej grupie chorych na depresje, leczyły się z przemocy domowej. Nie do dziś. Nie od nastania kadencji PiS. Szpital to ich ostatni ratunek. Witamy w Polsce!

Owszem, pamiętam Izabelę Jarugę Nowacką, która chyba jako jedyny polityk, walczyła o zmianę w prawie na korzyść ofiar. Niestety, zginęła w samolocie, który z jakiejś dziwnej przyczyny, za rządów PO, stał się własnością zupełnie innej partii i zaczął służyć do zupełnie innych celów. To też nie wasza wina?

Mam dość zakłamania, bezradności, wzruszania ramionami. Nie wierzyłam, że Czarny Protest to tylko happening parasolkowy, nie wierzyłam do chwili, gdy zobaczyłam tekst celebryckiej feministki, Karoliny Korwin Piotrowskiej, w którym (po co?!) wyraża swoje zniesmaczenie argumentami Natalii Przybysz, że z powodu małego (60 m2) mieszkania, dokonuje aborcji i się jeszcze do tego szczerze przyznaje w wywiadzie dla WO. Ha! „Czasami trzeba myśleć” – wyzłośliwia się publicystka.

Bo co? Powinna mieć co najmniej raka, pół kawalerki i siedmioro chromych dzieci dla pani pojęcia feminizmu? Nie wystarczy, że nie chciała mieć dziecka? Nie wystarczy, że takiego właśnie dokonała wyboru i to jest jej sprawa? Gdybym nie chciała dziecka, to nawet dwieście pięćdziesiąt metrów kwadratowych by mnie nie przekonało, a panią? I co, teraz znów wyjdziemy na ulicę pokrzyczeć, że „solidarność kobiet”? Solidarność, droga pani, to jest co innego niż pisanie na siłę oryginalnych tekstów. Solidarność to walka o wolność i uznanie wolności innych.

Napisałam kiedyś: jeśli nie możemy zmienić świata, zajmijmy się sobą. Skoro tak się dzieje, zróbmy swoje, zróbmy to, co możemy. Nie ma edukacji w szkole, Anna Zalewska szaleje, trwa jakaś pojebana wojna edukacyjna – ok, zróbmy swoje „tajne komplety”. Uczmy dzieci. Edukujmy w domach, zakładajmy stowarzyszenia, fundacje edukacyjne. Albo po prostu uczmy własne dzieci. Chociaż tyle. Aż tyle. Bo co, edukujecie? Rozmawiacie z dziećmi o seksie? Czy macie focha na szkołę? Wypisaliście dzieci z religii? Czy macie focha na księdza? Kupiłyście już swoim córkom pigułki? Synom – prezerwatywy? Czy wierzycie, że nie są potrzebne? Że oni to na pewno NIE?

Wyprawiacie ich w świat, w życie, uzbrojonych w wiedzę, czy czekacie, aż skończy się kadencja PiS i wszystko się zmieni? Dbacie o to, żeby ich nie skrzywdzono? Żeby niezależnie od rządów byli bezpieczni, uświadomieni, zdrowi? Aha, zaszczepiłyście córki przeciw HPV?

Ha! I tu znów bomba atomowa, bo przecież, moje kochane nowoczesne mamy zjadły mnie na swoje wegańskie śniadanie z powodu jakichś (jakich?) okrutnych zagrożeń wynikających ze szczepień. Dostałam mnóstwo linków do YT, gdzie zapłakane nastolatki opowiadały o dziwnych chorobach i lekach, które muszą teraz przyjmować do końca życia, bo coś tam. Odebrałam całą masę publikacji, z których, o dziwo, każda była przygotowana przez autorów związanych z katolickimi organizacjami.

A więc nie wierzymy w Boga, wierzymy za to w kościelne gusła. Ślepo ufamy „czemuś tam”, nie sprawdzając nawet badań dostępnych u pierwszego lepszego internisty. Bo ja sprawdziłam. Zapytałam, dostałam odpowiedź. I zaszczepiłam córkę. Żyje. Problem w tym, że żyje w zapadłym od zabobonów kraju, w którym największymi strażniczkami patriarchatu są kobiety.

Każda z nas została wychowana w duchu poddaństwa, oddania, poświęcenia dla mężczyzn i rywalizacji z innymi kobietami. Tylko od nas zależy, czy dalej będziemy w tym tkwić, czy będziecmy to przekazywać kulturowo jak chorobę dziedziczną. Czy wzmocnimy konflikt, czy zadbamy o siebie? Facet, który dba o siebie nazywany jest egoistą i to słowo zwykle ma seksowny wydźwięk. Bądźmy egoistkami, jak oni. Bądźmy silnymi, solidarnymi ze sobą, egoistkami. Mądrzy mężczyźni naprawdę nie mają nic przeciwko temu, żebyśmy miały równe prawa. Coraz więcej facetów deklaruje feminizm.

Tylko my mamy z tym problem.


MiTo

Waryńskiego 28 (Metro Politechnika), 00-650 Warszawa

Raj. Ludziom wstęp wzbroniony

Siadamy na piasku, zmęczeni konfliktem i rozpoczynamy martwienie. Nasze dni są policzone. Koniec. I nawet browaru nie ma, żeby się pocieszyć w te ostatnie dni życia…

Albo to. Włączam ten nowy laptop, odchodzę, żeby dać mu się rozkręcić, wracam z kubkiem, patrzę, a na ekranie grota skalna, częściowo zalana słońcem, z groty widać plażę, pas złotego piasku, wygrzanego jak deski w saunie i nietkniętego stopą człowieka. Dalej rozciąga się spokojne morze, może ocean, a może i Spokojny. W oceanie tkwią jeszcze dwie takie skały, zapewne również z grotami, kto wie? Siedzę z tym kubkiem i patrzę zauroczona, kto mi taką niespodziankę zrobił, kto spełnił moje marzenie z poprzedniego wpisu i dał tę sposobność choćby mentalnego pływania w ciepłym morzu oraz fruwania nad falami jak delfin?

No nic, los bywa łaskawy, oto mam swój poranek na bezludnej wyspie i chociaż w głowie wojna, w głowie konflikt, jestem tylko człowiekiem, żaden człowiek nie jest skałą, człowiek to raczej rozdygotany izotop rtęci, ale gdy znajdzie się w takich warunkach: kto wie?

Kurwa, w tym laptopie klawiatura ciężko chodzi, podsuwa mi jakieś słowa nie moje, cholera mnie bierze, myśli szybciej lecą niż znój wciskania klawiszy, ale oto jestem na plaży, w środku stycznia, czas nie istnieje, życie się  nie toczy, PiS się rozwiązał, uchodźcy znaleźli dom, terroryści palą jointy, Kukiz gra na sitarze, Kaczyński bawi się z kotem, a ja fruwam nad falami oceanu.

Tylko: czy sama? Czy ja się tam przeniosłam w towarzystwie? Bo jednak istnieje obawa, że samotność może boleć. Może być dramatem, zwłaszcza po kilku miesiącach. Człowiek to nie wyspa, człowiek to stado, niech więc będę miała swoje. Kogo zatem do stada? Mężczyznę czy kobietę? Facet będzie się mądrzył, ale kto mi zagwarantuje, że kobieta nie? Wszystkie kobiety mojego życia się mądrzyły. A ostatnia przekroczyła Rubikon. Nie ma faceta na tym świecie, który by ją pokonał.

Dobra, niech więc będzie facet. Ale zabawny! Piękny. Miły. Przesadziłam? Człowiek niby marzy, ale jego marzenia powinny mieć punkty styczne z rzeczywistością. Tak twierdzi Dalajlama. Dobra. Już wiem. Zabieram Kubę. Kuba jest spoko. Tylko ja i Kuba. Moje stado. Jesteśmy na wyspie, sami. On marudzi, że nie ma browarów, ani sklepu w pobliżu. Zwłaszcza otwartego. Nie ma blantów, nie ma nic. Po co ci blanty, pytam. Słabo tu jest? A on swoje, że byłoby lepiej z browarem. Lepiej. Ja pierdolę, a co może być: LEPIEJ?

Jest ciepło, jest słońce, jest schronienie, jest plaża, jest woda i jeszcze pewnie jakieś kolorowe ryby w niej. Poza tym jesteśmy ponad potrzebami, to jak raj, ty i ja, Adam i Ewa, nawet nie ma węża ani drzewa, nic nam nie potrzeba. Mówię rymem jak Stachura, równam się z istotą bezcielesną, poetą, wieszczem. Stoję naga w tej grocie, on też nagi, a my zamiast oddawać się rozkoszy, zamiast pryskać się lazurem, zamiast nurkować w przejrzystości, zamiast napawać się bajecznością – kłócimy się o browar. A to dopiero początek. Bo właśnie mojemu Adamowi do łba strzeliło, że plaża jest za mała, nie ma gdzie się ukryć i jak przyjdzie sztorm, to oboje utoniemy.No to trzeba się martwić. Martwmy się!

Siadamy na piasku, zmęczeni konfliktem i rozpoczynamy martwienie. Nasze dni są policzone. Do pierwszego sztormu. Jasna cholera. Ale pech. Przerąbane. Koniec. I nawet browaru nie ma, żeby się pocieszyć w te ostatnie dni życia…

Uderzam z całą siłą w klawisz, rozganiam rajski pejzaż i siadam ciężko do pisania. Ludzkość to gatunek nieszczęśliwy. To wygnani z raju, nigdy nie usatysfakcjonowani straceńcy. Nie wiem, po co kupiłam ten laptop, w tamtym klawiatura, chociaż wybrakowana, ale działała.

d3y4g

Pies czyli mysz, a więc twórcza niemoc

To bardzo rasowy pies. Podobno na zewnątrz nie wychodzi, trudno się dziwić, na Kaszubach wieje, potem szukaj czterech tysięcy w polu. Zresztą bym się bała, że koty go rozszarpią, albo co gorsza: nietoperze

Najpierw wstaję o szóstej dwadzieścia i niosę w sobie obietnicę, że od rana będę pisać Dzieło Mojego Życia i wyjdę z tego impasu, z tego, że jestem ciągle w dupie z terminem. Z tą myślą brnę przez śniadanie, drugie śniadanie, herbatę i kawę, kąpiel, mycie głowy, suszenie głowy i dwa rozdziały nowego ebooka. Potem nagle okazuję się, że śpię, więc bardzo mi przykro, ale nie piszę. Gdy się budzę, jest jedenasta, więc się zrywam, ogarniam jakiś dres, znów robię kawę i bawię się z kotem. Potem oboje wychodzimy na zewnątrz, bo od kiedy spadł śnieg, mój kot nie ma zaufania do klimatu i gdy chcę go wypuścić samego, patrzy na mnie wzrokiem: „pojebało cię?”.

Kiedy znów jestem przy biurku, okazuje się, że nie napaliłam w kominku, a nawet nie podrzuciłam nic. Wtedy przenoszę się z laptopem do kuchni, tam trochę cieplej, więc znów szykuję jedzenie, tym razem coś słodkiego. Potem otwieram laptop, chciałoby się powiedzieć: pracuję, ale zaraz, zaraz, muszę przecież sprawdzić, czy ktoś nie napisał, może coś na fejsbuczku się dzieje, może jest koniec świata, może leci meteoryt, może PiS się rozwiązał, może Ewa Kopacz ich przekonała, żeby oddali władzę, może na świecie zapanowały pokój i szczęście? Ale nie, kto by pomyślał, świat się kręci dalej wokół Słońca, a ludzkość dalej zapierdala po równi pochyłej, pikuje bez skrzydeł prosto w otchłań.

A więc piszemy. Piszemy, ale jak tu pisać, kiedy ma przyjechać kurier, kurier swoją drogą jedzie do mnie od czwartku, a ja od czwartku na niego czekam, a kiedy człowiek czeka, nie może się skupić, bo tyle myśli w głowie, na przykład, czy do tego nowego laptopa, co go zamówiłam, powinnam kupić etui z pianki, czy z filcu, bo z pianki tańsze i chińskie, a z filcu drogie, ładne i własnoręcznie robione, w dodatku w Polsce, bądźmy Polakami. Druga rzecz, co warto nadmienić, znów kupiłam laptopa z outletu, to już tradycja. Poprzedni, z wystawy, bez klawisza F10, służył mi, proszę sobie wyobrazić, przez ostatnie siedem lat. I chociaż zdobywał coraz więcej rys i ułamań aż do gołych kabli, bardzo sobie przypadliśmy do gustu. Ewka mówi, że ja przygarniam laptopy jak psy ze schroniska. W kwestii psa, mój ojciec ostatnio zapragnął psa rasowego z hodowli niejakich papilonów i to był, moi państwo, pies za cztery tysiące złote. Prawie jak macbook. Polecił mi go obejrzeć, taki i taki adres, taka i taka godzina, pojechałam. Zobaczyłam. I policzyłam, że na jeden centymetr kwadratowy psa (?) przypada jakieś dwieście złotych. To są, moi drodzy, koszty równe kosztowi mieszkania w przyzwoitym miejscu w środkowej Europie. Nie wiem, jak wy, ale ja bym się wahała. Pies wielkości osełki masła może wywoływać wątpliwości co do słuszności nazywania go psem. Znów myślę, że ludzkość pikuje w przepaść, wygenerować coś tak cherlawego za takie pieniądze, to jest qui pro quo wieczności. W czasach bojówek o niemodyfikowaną roślinność, której podobno dzieje się krzywda, wykwitają takie frankensztajny genetyki? I po co? Przecież tego nawet jeść się nie da.

Pytam więc z naiwnością dziecka, po co taki pies i słyszę, że dla towarzystwa. Jest to zaiste luksusowe towarzystwo, myślę patrząc z żalem na swojego zupełnie nieluksusowego kota, którego przytargałam do domu za darmochę spod Lewiatana. – I co, świerwo? – zagajam prowokacyjnie, ale on wcale tego nie bierze do siebie, rzuca mi spojrzenie tłumaczone w wolnym przekładzie jako: „Chyba ty”. Jakby nie patrzeć, jest kotem, a nie ma na świecie kota, który by nie patrzył na ciebie z góry i osobowością nie udowadniał, że jest chodzącym (a raczej: stąpającym) luksusem. W odróżnieniu od tamtej uszatej myszy, która się cała trzęsie. Podobno na zewnątrz nie wychodzi, trudno się dziwić, na Kaszubach wieje, potem szukaj czterech tysięcy w polu. Zresztą strasznie bym się bała, że koty go rozszarpią, albo co gorsza: nietoperze. 

Kiedy nie mogłam pisać, musiałam pisać. Pisałam po kryjomu, na Sesji Rady Miejskiej, na zebraniach, w gabinecie burmistrza. Pisałam na imprezach gminnych Piękna Wieś i Turniej Kół Gospodyń Wiejskich. W tramwaju i na wywiadówkach. Pisałam w trakcie zakupów i przez sen. Pisałam jak w transie, bez przerwy, zakazane wersety. Teraz, kiedy nic nie muszę robić, nic absolutnie oprócz pisania – pisać nie mogę. Gdybym tylko mogła wyrywać kartki z zeszytu i zwijać w kulki, robiłabym to. Ale mam właśnie nowego laptopa, przygarniętego z reklamacji, jak kota spod Lewiatana i oprócz klawisza F10, nie da mu się nic poważnego wyrwać.

Chciałabym pływać w ciepłym morzu, albo latać nad falami jak delfin…

Idę nakarmić kota.

chovatelska-stanice-papilon-anee-4

Kadra kierownicza (30 sekund)

Najbardziej bali się pytania o zawód. Ich zawód to był największy zawód życia, coś co kiedyś błysnęło nadzieją, a potem wyssało z nich krew, przemieliło na papkę i wyrzygało na bruk

klatka

Teresa pracowała w banku i jak większość pacjentów szpitala w Gołdapi, z tej pracy wylądowała na zwolnienie, potem na terapię, w końcu tutaj. Szpital psychiatryczny gościł pracowników banków różnego szczebla. Byli zatem zwykli pracownicy, tak zwani szeregowi, zajmujący się sprzedażą kart kredytowych i obsługą firm. Opowiadali, że w pracy był mobbing, nie mieli kiedy zjeść kanapki, szef ich rugał i pomiatał, wszystkim znajomym już powciskali kredyt, a na wszelkie sugestie, że na przykład starsza pani ma zaledwie rentę i nie będzie mogła spłacić kredytówki – otrzymywali radykalny rozkaz z góry zawarty mniej więcej w takich słowach: – Banan na twarzy i dzida za ladę!

Bez dyskusji.

Ci pracownicy mieli jeszcze i tak dużo energii, zdarzało im się chcieć nawet wyskoczyć do pobliskiej „Matrioszki” na browar, albo jeszcze lepiej: na kartacze z wódką. Ale leczyła się tu też była kadra kierownicza banków. Z kadry kierowniczej trudno było cokolwiek wycisnąć, oni już znaleźli się na poziomie dramatycznym, z trudem wstawali z łóżek, z trudem wychodzili z pokojów, z trudem poruszali się po zawiłych korytarzach szpitala. Przypominali pacjentów po lobotomii z filmu „Lot nad kukułczym gniazdem”, a ich pobyt w sanatorium albo dopiero rozpoczynał żmudną podróż po oddziałach psychiatrycznych, albo był kolejnym aktem desperackiego ratunku czegoś, co im jeszcze po korporacyjnym praniu mózgu pozostało. Nie nawiązywali kontaktu z innymi, unikali spojrzeń i rozmów. Bali się własnego cienia, a najbardziej bali się pytań z kategorii: zawód. Ich zawód to był największy zawód życia, coś co kiedyś błysnęło nadzieją, a potem wyssało z nich krew, wyrwało wątrobę i serce, przemieliło na papkę i wyrzygało na bruk.

Teresa miała za sobą już jedno wyrzyganie siebie, wyrzygał ją bowiem balet, wyrzygał ją festiwalowo, natychmiast po kontuzji kostki, zanim jeszcze skończyła dwadzieścia pięć lat. A teraz przyjechała do szpitala, nie przyznając się za żadne skarby, jak bardzo czuje się znów wyrzygana. Wyrzygana brutalnie i co ważne: dyscyplinarnie przez potwora o tysiącu głowach, pod nazwą Bardzo Kolorowy i Przyjazny Bank Kredyt Zero Procent.


Jest to fragment powieści, pt. „30 sekund”, którą własnie piszę. 

Jak zostać pisarzem i dlaczego to niemożliwe

Jedyne, co mi pozostaje, to obserwacja świata, w którym wokół PISARZA chodzi się na palcach, podczas gdy pisarka zapierdala na dwóch etatach i wyciera dzieciakom smarki

ho

Kadr z filmu Honorowy Obywatel

Wczoraj byłam w kinie na nominowanym do Oskara Honorowym Obywatelu, filmie o pisarzu, a raczej o jego wielkości i… małości. Nie będę pisać recenzji, bo nie umiem, ale powiem o uczuciu, które mi towarzyszyło, gdy opuściłam kino. Albo o tym, co mnie sparaliżowało dziś w wannie, gdy czytałam opowiadanie Kraków z serii Indyk beltsville Jerzego Pilcha. Albo jeszcze o tym, co mną kiedyś wstrząsnęło, gdy zetknęłam się z wynurzeniami niejakiego Fiodora Dostojewskiego. Albo choćby o tym, co mnie odrzuciło od prozy Charlesa Bukowskiego. Albo to, co mnie zdumiało, gdy oglądałam w Dużym Formacie zdjęcia polskich literatów w koszulkach z napisami: „uważaj, wszystko, co mówisz, może zostać użyte w książce”, i czytałam ich notki, w których buchało ego i wyznań, w jakich niezwykłych okolicznościach i przy ilu papierosach powstają ich utwory. Albo jeszcze to niezwykłe uczucie, które mnie przepełniło pewnej nocy o czwartej nad ranem, gdy pisząc w znoju jakąś opowieść, kilka godzin przed ogarnianiem dzieciaków i pójściem do roboty, odpaliłam Facebook i zobaczyłam tam zdjęcie znajomego poety, przedstawiające wypełnioną przytłaczającą stertą niedopałków popielniczkę, butelkę Whisky i zapisane zamaszystym pismem karty zeszytu w kratkę.

PISARZ. To właśnie określenie, słowo, stan świadomości, BYCIE, struktura postaci złożonej z zupełnie innego białka, z kosmicznego DNA, artystyczna osobowość, a przede wszystkim wyższość ponad innymi – wywołuje we mnie dziwne uczucie niedostatku, zazdrości, paraliżu strachu, że oto mogłabym niby też tak zapełnić niedopałkami popielniczkę, mogłabym patrzeć na innych z góry, mogłabym dokonać zbrodni i nie ponieść kary, mogłabym zaliczać mnóstwo młodych chłopców i nogą wypychać ich z łóżka, opisując potem szczegóły ich anatomii, mogłabym nosić ostrzegawcze koszulki i pić Whisky, ale ni cholery nie mogę z tej prostej przyczyny, że choćby nie wiem co, nigdy nie zostanę PISARZEM. Jakkolwiek bym się nie starała, muszę pracować, wychowywać dzieci, gotować obiady, sprawy seksualne, żeby nie stały się hitem w gimnazjum mojej córki, zachowywać w tajemnicy i w ogóle zachowywać się normalnie, bo w kwestii artystycznej, mogę być co najwyżej… pisarką. A sami widzicie, że określenie: pisarka nie ma się nijak do PISARZA, jest jakby jego zdrobnieniem, jakąś formą imitacji, przyziemnej aspiracji do wzniosłego ponad chmury stanu. Nie w głowie mi pouczanie innych, nie palę, nie lubię whisky, o czwartej w nocy najchętniej bym spała, a gdy muszę pracować, trafia mnie szlag. Nikogo nie zamierzam zamordować, co gorsza, brzydzę się przemocą, jestem zwykła jak Kętrzyn, prosta dziewczyna bez napisów na koszulce, NO LOGO.

Dlatego jedyne, co mi pozostaje, to obserwacja świata, w którym wokół PISARZA chodzi się na palcach, podczas gdy pisarka zapierdala na dwóch etatach i wyciera dzieciakom smarki. Świata, w którym męska forma wyprzedza treść, w kobiecym przypadku powstającą w zaciszu nocy, gdy wszyscy śpią i nikomu się nie przeszkadza. Świata, gdzie zawód PISARZ nie jest po prostu czynnością twórczą, ale niemalże bytem boskim, którego za żadne skarby świata nie doścignie żadna pisarka, bo ma po prostu za dużo na głowie.

Kiedyś mi kumpela opowiadała o swojej pracy. Jest dziennikarką, pracuje wśród facetów, bo jej działka jest „męska”. Wygląda to tak, że gdy przychodzi do pracy, koledzy stoją w grupce, palą papierosy i rozmawiają na temat własnej twórczości i o tym, jak to zajebiście spotkać się właśnie TU, a ona szuka odpowiedniej osoby do przeprowadzenia wywiadu, podchodzi do niej i wykonuje swoją pracę. Inna znajoma, matka trójki dzieci, właśnie wydała świetną książkę, chociaż wcale nie ma niani, a jej facet, wielki talent pisarski, poświęca swój czas na budowanie wizerunku ćmy barowej. Co zrobić, facet musi się zajmować sprawami wiekuistymi, w myśl poczynań Mateusza Kijowskiego, nie będzie zawracał sobie dupy dziećmi, ani alimentami, ma wyższe cele. Efekt, jak widać, jest porażający.

Wciąż pokutuje pejoratywne określenie „kobieca literatura”, tylko jakimś dziwnym trafem nagrody literackie i dziennikarskie ostatnio trafiają coraz częściej do kobiet. Trudno jednak zejść z piedestału (w filmie Honorowy Obywatel ten piedestał został pięknie obryzgany) i pogodzić się z faktem, że pisarz, to zawód jak każdy inny, polega na żmudnej pracy, niezliczonych poprawkach i doskonaleniu warsztatu, a nie ostentacyjnym wypalaniu fajek i nieskończonych dysputach o sensie prowadzącym do kompletnego bezsensu.