Samum, pustynny wiatr

To była moja tęsknota, to jest moja radość, to od zawsze i na zawsze zostanie moim smutkiem. Ilustrowana przez moją przyjaciółkę, bez której nigdy ta powieść by nie powstała…

Samum_Okladka_finalSiedzę w pokoju z kotem, obok palą się świece, w tle gra, a nawet śpiewa i to cudowanie śpiewa Melody Gardot. Jej niski, welurowy głos rozbija delikatnie jak masaż moje ciało na drobne, bezbronne – ale też wolne od cierpienia, znoju, czy pretensji – ciało. Powoli zamieniam się w spokojnie falujący na pulsującej fali dźwięku wiatr.

Jestem wiatrem, ale bez jego porywczości, jestem wichrem, ale spokoju, jestem okiem, ale cyklonu. Te czasoprzestrzenne miejsca/zdarzenia, ten moment zatrzymania żywiołu, jest esencją mojego istnienia. Samo określenie: „oko”, jakby: dodatkowe, trzecie oko – daje mi poczucie wyjątkowości chwili, przejścia świadomości w stan gdzieś powyżej, ponad. Kiedy żywioł się zatrzymuje, zbiera siły. Ja zbieram siły. Gromadzę energię, ściągam ją ku sobie, siedząc nieruchomo, chłonę moc, by z nią uderzyć jeszcze raz.

Wczoraj był pierwszy wieczór autorski mojego wydawnictwa. Dziś płakać mi się chce ze szczęścia. Za to, że mam taką Autorkę, za to że mam takiego Syna, za to że on ma taką Dziewczynę. Kto był, ten wie, o czym mówię, kto nie był – niech będzie następnym razem, bo takie rzeczy warto w życiu doświadczać. Takie rzeczy to życie czynią żywym.

Tak dużo jeszcze chcę zrobić! Tyle mam pomysłów, że czasem zastanawiam się, czy mi życia starczy. I nie mówię tu bynajmniej o życiu jako zatrzaśniętym paśmie na osi czasu. Nie. Życie to nie tylko odcinek  między dwoma punktami zwanymi narodzinami i śmiercią. Życie to jego treść, nieważne na ile dni rozciągnięta. I właśnie nad tym się zastanawiam: czy starczy mi życia, energii, oddechów? Czy te kwanty gromadzone skrzętnie przy słuchaniu Melody Gardot, dadzą radę? Czy, tak jak Julek ze Szklanki na pająki karmił się kolorami, ja dostatecznie nakarmię się muzyką, by nie tylko trwać, ale w tym trwaniu zrobić to wszystko, to WSZYSTKO, co chcę zrobić?

Czy barwa głosu, czy pomruk saksofonu, czy plumkanie pianina, czy wreszcie: cisza przemykająca się między nutami – czy to wszystko wystarczy?

Mogę tu kokietować, że nie wiem, że ten, tamten. Mogę się krygować na fałszywą skromność, ale kto mnie zna, wie, że krygować się nie będę. Bo moje zastanawianie się, to żaden lęk. Ja się nie boję, CZY mi starczy sił, jak się zastanawiam JAK mi starczy sił. To jakby przyglądanie się niezwykłym prawom przyrody, to jakby badanie praw fizyki. No jak to? No tak to. Jestem okiem cyklonu. Wokół burza piaskowa. Wokół słoneczny huragan. Ten huragan to też ja. Ale wczoraj. Dziś jestem ciszą. Zbieram siły. Jutro znów będę wiać. I to pełna parą. Jutro wypuszczę kolejną książkę mojego wydawnictwa. I będzie to moje pierwsze dziecko, to najstarsze. Romans na pustyni, zagubione serce Sahary. Kiedyś, dawno temu, dałam imię temu dziecku. To było tak, jakbym je powiła w wiosce indiańskiej i starym indiańskim zwyczajem nazwała je określeniem dwuczłonowym. Linie Równoległe. Potem, wystraszona skojarzeniami z traumą młodości: matematyką, zmieniłam to imię na Last Minute. Ostatnia chwila. Bo każda chwila jest ostatnia. Tamta też się stała ostatnia i całe szczęście. Nie chciałabym do niej wracać.

Last Minute poszła w świat i tak jak poprzednie wydanie Szklanki na pająki Basi Piórkowskiej – nie dała mi zarobić. Ale życie to energia nie tylko stracona, to także energia odzyskana. Odzyskałam więc moje najstarsze dziecko i znów, po raz ostatni (choć być może pychą jest wyrokowanie: co tu, w tym wymiarze jest po raz ostatni), dałam mu imię. To imię oznacza właśnie to, co opisuję dziś. Wiatr. Gorący, pustynny wicher.

Samum.

Ta książka to radość i smutek, ale przede wszystkim tęsknota. Kto z nas jej nie zna? To była moja tęsknota, to jest moja radość, to od zawsze i na zawsze zostanie moim smutkiem. Książka jest ilustrowana przez moją przyjaciółkę, Agnieszkę, bez której też nigdy ta powieść by nie powstała. Korci mnie, żeby Wam pokazać jeden z rysunków, albo okładkę, ale nie. Nie w oku cyklonu. Tu, teraz – nic nie może się stać. Tu nic nie ma.

A jeśli chodzi o emocje, to owszem, w oku cyklonu trudno także o emocje. A nawet nie trudno, nie. One są gdzieś poniżej, w strumieniu, w rzece myśli, właśnie w tym huraganie. Prują wraz z energią, tą właśnie energią, którą teraz zbieram. Patrzę na nie jak na film, który będzie wyświetlany dopiero następnego dnia. Jestem w swoim pałacu, w czerwonym zamku czasu i pstryk: odsłaniam kotarę jutra. Oto są. Pędzą w szyku zwartym, w poukładanych misternie fraktalach potężnej wichury. Przyglądam się im bez pośpiechu, nie muszę się spieszyć. Zdążę do jutra. Jedyne, co mi towarzyszy, to ciekawość, a właściwie nie ciekawość, raczej: zaciekawienie. Która z nich będzie najwyraźniejsza? Która jest królową? Radość? Nie, nie w tym wieku! To może gniew? Darujcie. Gniew też już odchorowałam. Lęk? Ha, ha, ha. Sami sobie odpowiedzcie, czy mogę czuć lęk, skoro na sam dźwięk tego słowa chce mi się śmiać?

I oto jest. Ta emocja, która mnie obecnie chyba najbardziej przejmuje. Delikatny smutek, cień maleńkiego żalu, który można określić mianem: szkoda.

Szkoda tych, co mi na drodze staną.

System wydawniczy w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w …

Skoro wydanie książki to taki kosmos finansowy, a ludzie książek nie kupują – czemu jest w Polsce tak dużo wydawców i czemu żyją jak pączki w maśle?

W związku z tym, że prasa skrzętnie obcina, a nawet ukrywa w sieci moje refleksje na temat systemu wydawniczego w Polsce, postanowiłam rzecz opisać tam, gdzie mi nikt nic nie ocenzuruje, mianowicie na własnym blogu. Wypowiedziałam już w wywiadzie (np. do Gazety Wyborczej) parę słów, które nie mogą one ujrzeć świata, a raczej (bo chyba o to chodzi) świat nie może ujrzeć ich. Jeśli zapragniecie więc wyguglać moją maleńką wypowiedź o tym, że autor – który jest mózgiem dzieła – dostaje za swoje dzieło tyle (albo mniej), co maszyna drukarska – nie znajdziecie tak łatwo tego artykułu. Owszem, redakcja może tłumaczyć to kwestiami technicznymi, jednak każdy dziennikarz (mam ich sporo w znajomych) może się potknąć o mój profil na Facebooku, gdzie zgłosiłam problem. Nadal jednak po wyguglaniu artykułu i znalezieniu pierwszego zaproponowanego linku, czytelnik obejrzy jeno moją twarz, ale ani słowa nie przeczyta.

Mam zatem kilka refleksji, z którymi chcę się tu podzielić, bo przecież kwestia wydawania, kupowania oraz czytania, wbrew pozorom, a nawet mitom – dotyczy nas wszystkich.

Od wielu lat słyszę, że w Polsce nikt nie czyta książek, dlatego sprzedać książkę w Polsce to jakiś cud, rzecz niebywale trudna, właściwie niemożliwa. Słyszałam to jako autorka, która pochodzi z małego Kętrzyna, która nie miała żadnego nazwiska ani wsparcia, która do wszystkiego musiała dochodzić mozołem i ostrym laniem po dupie. Dziwicie się, że takim właśnie autorom jak ja, takim właśnie znikąd, którzy od dziecka marzyli o wydaniu własnej książki i którzy słyszą, że w Polsce nikt książek nie czyta, a proces wydawniczy to jakiś, kurwa, kosmos finansowy – nie spieszy się zbytnio do wzięcia spraw w swoje ręce? No nie dziwicie się i nie ma w tym nic dziwnego. Ale zaraz, zaraz. Skoro ta książka to taki kosmos finansowy, a ludzie książek nie kupują – czemu jest w Polsce tak dużo wydawców i czemu żyją jak pączki w maśle?

Według założeń naszego systemu wydawniczego przeciętna kobieta (np. z Kętrzyna), która zechce kupić książkę, musi wsiąść w autobus i pojechać do najbliższego dużego miasta, gdzie jest galeria handlowa, a w niej niezbędna podobno do sprzedaży sieciówka, w której ochroniarz patrzy na nią jak na złodziejkę, a personel trąca mopem po butach. Tam właśnie, by nakarmić swą duszę, musi wydać prawie pięć dych. Tylko że to jest jakby mało realne, bo ta kobieta ma 1200 złotych emerytury, albo i nie, do autobusu jakieś 2 kilometry piechotą i ogólnie to chyba by na głowę upadła, by sprostać wymaganiom tego systemu.

Ale przecież, zaraz mi ktoś powie, ta książka tańsza być nie może, bo tyle kosztuje jej produkcja. No, niestety, nie jest to prawdą. Ta książka kosztuje pięć dych dlatego, że po drodze zarabia na niej wydawca, dystrybutor i sieciówka ze znajomym skrótem w logo. Autor dostaje mniej więcej tyle, co wynosi produkcja, czyli około dwóch złotych. Albo i tego nie dostaje. Dlaczego nie dostaje? Bo nie ma ŻADNEJ kontroli nad tym, ile faktycznie sprzedaje się jego książek. Wszystko jest okryte tak zwaną, nie wiadomo czym popartą TAJEMNICĄ HANDLOWĄ. Komu służy ta „tajemnica handlowa”? Zastanówcie się. Bo bynajmniej nie autorowi.

No więc autor dostaje jakieś tam zestawienia, jakieś tam pieniądze raz na pół roku i jedyne co mu pozostaje, to wierzyć wydawcy na słowo, że ten go nie dyma. No chyba że zapragnie zrobić wydawcy audyt, ale to kosztuje. Tak dużo kosztuje, żeby autorowi pomysł z głowy skutecznie uleciał, bo przecież z tych pieniędzy, które dostaje raz na pół roku raczej takiej kwoty nie uciuła. No więc wierzy na słowo. Chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, co znaczy tym kraju wierzyć na słowo? Ja wierzyłam na słowo, że książka to najtrudniejszy produkt. Dopóki nie wydałam „Szklanki na pająki”, która w dziesięć dni sprzedała się w liczbie stanowiącej pół całego nakładu.

Dziś już nie wierzę na słowo. Nie wierzę, że ludzie są głupi i nie czytają. Nie wierzę, że branża wydawnicza jest trudna. Dla autora, owszem. I dla czytelnika, który nie dość, że jest obrażany, to jeszcze musi wydawać kosmiczne pieniądze na coś, na czym wszyscy zarabiają, tylko nie ten, co to stworzył.

Pająk za szklankę

Kochane! Kochani! Udało się! Jutro (10 listopada) na Kongresie Kobiet w ECS w Gdańsku będzie można kupić „Szklankę na pająki”! Każdy, kto kupi „Szklankę” dodatkowo dostanie pająka. Autorka będzie podpisywała książkę. Przybywajcie!

(Gdzie diabeł nie może, tam BaBę pośle…)

45711742_10212829742394359_5377338877528768512_n

Kongres i Szklanka

Co za blerwy, klnę pod nosem i smaruję w tym tonie maila bez ogródek. Państwo chyba mnie już trochę znają i zdają sobie sprawę, na jakiego rodzaju „bez ogródek” mnie stać?

Z tą książką Szklanka na pająki zawału można dostać. No bo tak. Wszystko robię inaczej, żadnych starych szlaków, żadnych utartych ścieżek, kompletne naabarot. A zatem po raz pierwszy. Pierwsza taka książka, co ją już kiedyś wydano i to wydanie zepsuto, a teraz naprawione przecież musi być tip-top. Pierwsza okładka, która powstaje na trasie Gdańsk – Połczyn Zdrój, w trasie i przez telefon, na giga-emocjach, że jak to, kurde, co, czemu, Baśka, weź ty mnie nie denerwuj! Pierwsza dystrybucja, co ją właściwie załatwia jeden młody chłopak, czyli mój osobisty syn, co pogina przez Kaszuby z kartonem i czaruje kobitki w urzędach. Pierwsza strona internetowa, która najpierw przyprawia mnie o zawał serca, a potem, w ostatniej chwili rusza, jak trzeba. Pierwszy film grozy, co ja mówię, pierwszy film w ogóle, budżet dwie dychy i apokaliptyczny potop w plenerze, żeby przypadkiem za lekko nie było.

A więc siedzę i kombinuję, co by tu jeszcze, jak by tu wesprzeć działania, gdzie sprzedawać Baśki książkę poza systemem (żeby nie płacić pośrednikom, u nas się nie przelewa aż tak), a przecież w szlachetnym celu. I wymyślam! Za kilka dni jest Kongres Kobiet w Europejskim Centrum Solidarności. W Gdańsku! A my tu mamy kobietę, jak się patrzy, w dodatku z Gdańska, w dodatku książkę o Gdańsku napisała, w dodatku książkę o Gdańsku z elementami Solidarności, w dodatku na wskroś kobiecą! Mało tego, impreza Kongresu to Gala o nazwie „Sto to lat praw wyborczych kobiet”, a Szklanka na pająki w rankingu „Sto książek na sto lat praw wyborczych kobiet”, zajęła drugie miejsce po Oldze Tokarczuk! Widzicie jakąś szczelinę w tym pomyśle? Ja nie. A jednak. Życie szczeliny tworzy, a szczeliny utworzone przez życie okazują się przepaściami nie do przeskoczenia.

Ale po kolei.

Najpierw dzwonię do ECS. Wróć. Zanim dzwonię do ECS, dzwonię w jakieś siedem miejsc, od Annasza do Kajfasza, w końcu tam. Bingo. Łączą mnie, wysłuchują, chcą pomóc. Nie widzą przeszkód. A skoro nie widzą przeszkód, a nawet są ZA, jak najbardziej ZA, cieszę się jak gwizdek. Stanę z książkami, dziewczyny się zjadą, nawet jak co któraś kupi, będzie dobrze. Korzyść obopólna, bo książka świetna, autorce pomagamy, a literatura, jak to literatura – nikomu nie zaszkodzi. Tylko Kongres ma się zgodzić. No to dzwonię do Kongresu, w końcu to baby same, dogadamy się chyba, prawda?

No i dostaje odpowiedź oficjalną, że… NIE!

Co za blerwy, klnę pod nosem i smaruję w tym tonie maila bez ogródek. Państwo chyba mnie już trochę znają i zdają sobie sprawę, na jakiego rodzaju „bez ogródek” mnie stać? Ale za chwilę sprawa się wyjaśnia, że to „NIE” nie należy do kobiet z Kongresu, że one jak najbardziej chcą pomóc, ale nie mogą, bo taka jest umowa z Miastem, a umowa brzmi, że nie wolno nic sprzedawać na imprezach przez Miasto Gdańsk organizowanych. W tym momencie stają mi przed oczami stragany, kramy z mydłem – powidłem, z plastikowymi perukami a’ la błazen, z odrzutowcami na baterię ijoł-ijoł, z e-papierosami oraz żywym wężem. I tu się nawet zgadzam z odmową. I już „blerwy” odwołuję, kombinuję dalej.

Pomysł mam taki. Będę ja, będzie autorka, będzie grupa wsparcia. Wszyscy w pająkach. Pająki będą dostępne na miejscu dla każdego, kto zechce nas wesprzeć. Dziewczyny z Kongresu obiecały nam dać mikrofon. Kto czyta mojego bloga, wie doskonale, jaki użytek potrafię zrobić z mikrofonu. Może nawet Wysokie Obcasy pozwolą obok siebie stanąć? Strona, gdzie można kupić książkę, to www.baba.com.pl. Fizyki jądrowej tam nie znajdziecie, tam działa najprostszy na świecie proces zakupu. Kto kliknie „kupuj”, dostanie pająka oraz autograf tym genialnym piórem, które stworzyło Szklankę na pająki.

To jak? Będziecie? Aha, pająk będzie prawdziwy, nie taki jak na zdjęciu 😉

Groza w deszczu, czyli jak kręciliśmy Szklankę

Ptak. Uwięziony w mroku nagle wylatuje, zwolnionym tempem wzbija się w bezkres nad dachami Gdańska. Basia, czy to twoje alter ego?

Było tak. Postanowiłam wydać Baśki Piórkowskiej Szklankę na pająki i z miejsca zaczęły się kłopoty. Jako że jestem jedna i mała, w dodatku groszem nie śmierdząca, bo ustalmy – jedyne stałe źródło utrzymania, czyli rubryka w Wysokich Obcasach – zostało mi zabrane po dwóch tygodniach od wyrażenia swojego poglądu, a za moje książki, choć od lat są w ciągłym obiegu w największej sieci księgarń w Polsce, dostaję naprawdę gówniane pieniądze, bo autor w Polsce z zasady dostaje gówniane pieniądze, tak gówniane, że praca maszyny drukarskiej drukującej jego dzieło jest wyżej wyceniana, tak gówniane, że śnią mi się po nocach w formie dosłownej, czyli gówna – no więc z racji takiego obrotu spraw moja moc zdaje się być ograniczona.

I  żeby nie było za mało problemów, to po wyrzuceniu z Wysokich Obcasów jakoś mnie środowisko dziennikarskie jęło unikać, jęło odmawiać pomocy w rozpowszechnianiu tematu wydania Szklanki, bo sprawa skrzywdzonej i oszukanej kobiety, która przeżyła śmiertelną chorobę i się podniosła, a ja jej w tym podnoszeniu pomagam – jakoś nie robi na środowisku dziennikarskim wrażenia. Może za mało w tym skandalu i rozwodów? Nie wiem. Grunt, że z własnych oszczędności wydrukowałam dwa tysiące nakładu książki i muszę sobie z tym poradzić sama. No może nie sama, bo mam jeszcze Syna i Faceta. No i Alicję z Berlina, ale Alicja pomaga nam zdalnie, przez internet, w tej części rzeczywistości, której ja nie ogarniam.

A my tu szary real. No to sobie radzimy. W trójkę. I jedziemy w deszczu, bo jest tak rzęsisty deszcz, jakby niebiosa zapragnęły zafundować mi taki level, że już nie ma wątpliwości – jest to level hard. A ten poziom trudności ma to do siebie, że należy przyjąć taktykę aikido. Wiecie, na czym polega taktyka aikido? Na tym, że czerpiemy siłę z przeciwności. Im większa siła przeciwności – tym masz większą moc. Musisz tylko umieć ją wykorzystać. No i dajesz w tych smugach i nagrywasz ten deszcz i robi się mroczno, tajemniczo, intrygująco.

Budżet dwadzieścia złotych. Żeby wejść na wieżę mariacką. Reszty nie ma. Reszta jest w ciszy zaklętej wiekami średnimi. Idziemy po ciasno upchanych wokół swej osi schodach, a cisza dzwoni nam w uszach. A jak już jesteśmy przy dzwonach, robi się czarno. Tak jest, tam, w wieży mariackiej jest czarno. Nawet jak coś widać, to widać czerń. Mrok niepojęty kruczy i przepastne przestrzenie czerni. Gdzieś w dali słychać urywki rozmów po ukraińsku. Remont w niedostępnej dla nas części kościoła mariackiego. Czy to nie znak? Wszak Szklanka na pająki ma również korzenie ukraińskie. Atmosfera, tak jak w książce Baśki, ma w sobie zarówno coś z Boga jak i diabła. Mam duszę na ramieniu, ale się nie poddaję, wspinam się po rozpiętych w wieży schodach, krok za krokiem, ku górze, ku maleńkiemu wyjściu w ogrom panoramy.

Ptak. Uwięziony w mroku nagle wylatuje, zwolnionym tempem wzbija się w bezkres nad dachami Gdańska. Basia, czy to twoje alter ego? Filmujemy zachłannie. A tam morze. A tam stocznia. A tam chmury.

I nagle dzwoni Autorka Szklanki. Jakby wyczuła, jakby wiedziała. Gdzie jesteście? Na wieży. A ja w kościele! Musimy się zobaczyć, musimy pobłogosławić tę chwilę, to miejsce, tę sprawę, bo sprawa jest wielka. Baśka ma krople deszczu na twarzy i ten rodzaj uśmiechu, który długo skrywany wreszcie wychodzi i ma coś z nieśmiałości, ulgi, nadziei, wreszcie: miłości. Kocham was, mówi Baśka, ale nie mamy czasu teraz na uściski, musimy lecieć, bo deszcz, bo montaż, a my musimy jeszcze nagrać coś w lesie. W tę ulewę, w to błoto, co, w końcu level hard.

Oddaję ten film w Wasze ręce. Niech dobrzy ludzie go poniosą w świat. Każde udostępnienie, kliknięcie, każda decyzja o zakupie książki, to krok Baśki ku własnemu, spełnionemu życiu. Ta książka to czyste dobro. A film pokazuje pewną, jedną, mroczną stronę ludzkiej natury. Czemu mroczną? Może dlatego, że spadł deszcz. Może dlatego, że Święto Zmarłych? A może dlatego, że tacy jesteśmy w tej właśnie chwili.

I na pewno przyjdzie chwila jaśniejsza, w której powstaną kolejne kadry. Tymczasem życzę Wam dobrej zabawy. I trzymajcie tyłki, by ze strachu nie poodpadały!

Tu kupisz książkę: www.baba.com.pl

Szklanka na pająki

Człowiek rodzi się z wielką wiedzą, tylko potem o niej zapomina. Zapomina z każdym dniem wchodzenia w dorosłość, z każdym nakazem, przykazem, zakazem, z każdą startą ze ściany różą

Tak mnie tu długo nie było, że z pewnością target tego bloga zaczął wymierać. Tymczasem ja jestem, żyję i to nawet dość intensywnie żyję. Robię masę rzeczy, w tym coś takiego, co chcę tu opisać. Jeśli więc ktoś z wymierających moich Czytelników jeszcze ocalał, niech będzie spokojny. Jezus, a nawet literatura: żyje. I choć może jest to zdanie kontrowersyjne, powtarzam, zachowajcie spokój. Ja czuwam.

A czuwając, działam. I nie chodzi o to, że piszę kolejną książkę. To nie ma nic do rzeczy. To może będzie miało znaczenie, ale za jakiś czas. Teraz najważniejsze jest co innego i już spieszę wyjaśniać, co.

Kobieta ma to do siebie, że wciąż się podnosi. Nieważne, ile razy i jak mocno dostanie w łeb, zawsze się jakoś z tej podłogi dźwignie. Pozbiera kredki wysypane z plecaka, zetrze z kolan piach. Łzy krawędzią rękawa szybko wysuszy. Odegnie przykurczone plecy, aż trzaśnie prostowany kark. Na ramię zarzuci kolejne obowiązki niczym dzieci. I idzie dalej. Do przodu. Jakby się w kółko odradzała. Jak ptak.

Skoro więc już jesteśmy przy ptakach, opowiem wam pewną historię. Historia ma na imię Barbara Piórkowska i jest barwnym, niezwykłym ptakiem. Kiedyś, kiedy jeszcze w jej  świecie żyła ta nadzieja, którą dorośli określają dziecięcą naiwnością – napisała książkę. Zapierającą dech opowieść o tym, jak widzi ten świat, a właściwie Gdańsk, bo to tu się wszystko dzieje i to w dodatku w tamtych czasach, gdy o Gdańsku mówił cały świat. No więc jak widzi to wszystko mała dziewczynka? Nigdy wcześniej nie poznałam takiej perspektywy. Nie wiedziałam, że namalowana na ścianie dziecięcego pokoju róża może tak bardzo boleć, gdy się ją ze ściany ściera. Nie wiedziałam, że tęsknota ma smak żaru z paleniska. Nie wiedziałam, że anioły żywią się obrazami, a szatan może mówić głosem przodków. Nie wiedziałam, że znaki, które nam pokazują chmury i ptaki są tak proste i dobre. Nie wiedziałam nawet, że są.

A może wiedziałam? Człowiek rodzi się z wielką wiedzą, tylko potem o niej zapomina. Zapomina z każdym dniem wchodzenia w dorosłość, z każdym nakazem, przykazem, zakazem, z każdą startą ze ściany różą.

Książka Basi Piórkowskiej wszystko przypomina. Ona wygania człowieka z domu do lasu, gdzie otwiera wrota baśni. W najbardziej szarą z szarych prozę życia wlewa kilka kropel srebrnego eliksiru, zamieniając ją w poezję. Ta książka to czyste dobro. Dobro, które każe nam tak przerażający  i – tu przepraszam wszystkie pająki, uciekam się tylko do zacytowania powszechnej a niesprawiedliwej opinii: „obrzydliwy” problem w mieszkaniu jak drepczący bezgłośnie kosmaty owad, rozwiązać nie za pomocą kapcia, ale…. No właśnie. Za pomocą szklanki.

Szklanki na pająki.

No więc Basia napisała tę książkę. Ale w Polsce napisanie najlepszej choćby książki nie gwarantuje niczego. Artysta, zwłaszcza artystka to małe dziecko, które jest bardzo łatwym łupem dla wszelkiej maści cwaniaków. Dlatego teraz zmienię narrację. Z baśni wyjdę w brutalną rzeczywistość, bo właśnie w taką rzeczywistość wyszła nasza mała dziewczynka ze Szklanki na pająki. No więc nasza bohaterka dostała wsparcie na wydanie powieści od miasta (Gdańska), poszła z tym dofinansowaniem do wydawnictwa w Warszawie, wydawnictwo skasowało dofinansowanie, wydrukowało książkę, wypuściło na rynek, czym wywołało potężny i zasłużony aplauz wśród recenzentów, aż w końcu… postanowiło Autorce nie zapłacić za napisaną przez nią powieść ani złotówki. Bo co im kto zrobi? W Polsce? W kraju, gdzie wszyscy chcą mnie zrobić w chuja?

Basia zachorowała. Najpierw pojawiła się depresja. W kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w chuja depresja nie robi na nikim zbyt żadnego wrażenia. Poznałam to na własnej skórze. Gdy chorowałam na depresję i poszłam do mojego ówczesnego szefa, dziś ponownie kandydującego na burmistrza Żukowa (wiem, bo widziałam jego twarz wyplakatowaną na oborze we wsi, gdzie mieszkam) poprosić o zrozumienie, zderzyłam się ze ścianą obojętności, kpiny pomieszanej z jakimiś niepojętymi wyrzutami, że coś ja zła jestem, a nie chora niby. Mam w dokumentacji medycznej zapis, że z powodu traktowania w pracy pojawiły się u mnie myśli samobójcze. Chciałam to pokazać mojemu ówczesnemu szefowi, bo pomyślałam naiwnie, że może zechce mnie przeprosić, ale facet unika mnie jak ognia. Zajęty jest szalenie wieszaniem swojej twarzy na oborze i obiecywaniu ludziom, że będzie dobry.

Nieważne.

Autorka Szklanki ma depresję przez kilka lat. Jeśli ktoś coś liznął w temacie, wie, że depresja jest swego rodzaju ostrzeżeniem, ostatnim dzwonkiem przed katastrofą. U Basi dzwonek dzwonił długo, nikt jednak nie otworzył. Przyszła więc inna choroba, bardziej spektakularna, taka co już nie dzwoni, ale wali z kopa w drzwi. Rak.

Tego już nie umiem opisać, w to się zagłębić nie potrafię. Zostawiam więc w opowieści tę czarną dziurę na wszystko: na lęk, wiarę, złość, nie wiem co jeszcze – zostawiam mojemu ostatniemu żywemu Czytelnikowi tę przestrzeń, niech z nią robi, co chce. Niech tu umieści ociekający łzami parasol, niech wrzuci do niej monetę. Może kiedyś tu wróci. A może lepiej nie.

Ale na pewno wróci do książki. Bo do książek się wraca. Do takich jak Szklanka na pająki wraca się kilka razy. Gdy więc mój ówczesny szef potraktował mnie per noga i wywalił z pracy, wzięłam powieść Basi i pojechałam na rowerze do lasu. Tam się schowałam i czytałam uciekając przed depresją, przed złem, przed twardością istnienia. Tam odnalazłam nadzieję, którą Autorce zabrano.

Miesiąc temu zadzwoniłam do Basi. Powiedziałam jej, że może ja niewiele wiem, ale wiem jedno z całą pewnością. Jej książka musi wyjść drukiem po raz drugi. Ona musi nadrobić tamtą stratę. Wstać, podnieść się i zacząć jeszcze raz. I co najważniejsze: musi znów pojawić się w księgarniach, musi trafić do kobiet. Nie wiem, jak to zrobię, ale zrobię. Nie wiem, jak to zrobię, ale zrobię…

I zrobiłam. Szklanka na pająki ma nową okładkę i mnóstwo nadziei. Że tam gdzieś w świecie znajdzie się jeszcze niejedna kobieta – Czytelniczka, która nie wymarła. Która jeszcze żyje. Bo póki się żyje, jeszcze można to życie zmienić. Ta książka to potrafi. Moje zmieniła.

Gdzie ci mężczyźni?

Po co wy na tę siłownię chodzicie, kiedy w mózgu macie watę? Żeby szpanować muskulaturą, a jak przyjdzie co do czego wiać jak zające? A może, tak jak nasz „bohater”, żeby grozić słabszym?

Na moim osiedlu jest sklep spożywczy marki Lewiatan, a nad nim wielka, nowoczesna siłownia z drinkami wysokobiałkowymi i opcją fitness. Sama tam kiedyś chodziłam, kiedy jeszcze nie wiedziałam na co pieniądze wydawać i że dookoła osiedla są lasy. W lasach można pojeździć na rowerze, pobiegać, różne takie, a wszystko za darmo, żadne karnety sto trzydzieści miesięcznie nie obowiązują. Mniejsza z tym. Wróćmy do sklepu spożywczego, bo tam dzieje się dzisiejsza akcja.

Otóż stoję w kolejce, przede mną facet w sile wieku, nieco starszy ode mnie, lekko zawiany mozolnie kupuje browary. Mozolnie, bo tu coś zagada, tu popatrzy, tu się nachyli, a tam jeszcze coś sprawdzi po kieszeniach, znów zapomni, że miał zapłacić, a jak zapłacić to ile. Znacie te zawieszki po alkoholu, kto tego w Polsce nie zna. No więc on tak zamula tempo obsługi, że ekspedientka już nieco zniecierpliwiona daje mu znaki, ale jak świat światem, nie ma faceta na świecie, który by znaki czytał. Facetowi trzeba jasne i proste komunikaty wysyłać, a i to, jak się okazuje, nie gwarantuje sukcesu.

Żeby dopełnić opowieść, muszę zaznaczyć, że kolejka była spora, za mną jakieś pięć chłopa, prosto ze wspomnianej siłowni, jeszcze z torbami dresy na zmianę, jeszcze spoceni, jeszcze im testosteron pod skórą kipi. No i tak stoimy, a delikwent ma ten swój mały zakupowy melanż, podrywa ekspedientkę, zagaduje, rozwleka, tkwi, przelicza, browary to pakuje do siatki, to z niej wyjmuje, czas się w jego wymiarze zatrzymał. W końcu sklepowa nie wytrzymuje i mówi grzecznie, proszę pana, tu się ludzie spieszą, tu nie wyszynk, o proszę, pani się niecierpliwi.

I ten na mnie.

Wzrok mętny, ale zaczepny. Ja podnoszę brwi do góry, owszem, poszłabym sobie już stąd, mam swoje plany, niekoniecznie chcę spędzić wieczór w kolejce, w tym towarzystwie, także ten. Ale on dalej zaczepnie na mnie patrzy, wzrokiem mętnym świdruje i nagle do mnie:

–  CO?!

– No nic, po prostu się śpieszę.

– I co?! A JA TAKI JESTEM!

On taki jest, sorry, a jak mi się nie podoba, to… – I tu groźnie zaciska pięść, a mnie się robi słabo, bo zauważmy, że ja mam jakieś niecałe sześćdziesiąt kilo wagi i wzrostu też niewiele więcej. Ale objaśniam mu, że niech sobie będzie jaki chce, spoko, tylko nie wszyscy muszą to zaraz akceptować.  Tu pięść zaciśnięta wędruje wysoko, zawisa nade mną i wisi groźnie, a on ściąga brwi i naprawdę jest mi teraz bardzo słabo, naprawdę się boję, naprawdę zaczynam się w środku cała trząść. A towarzystwo z siłowni nic, milczy, stoi, wzrokiem gdzieś po ścianach rzuca.

Wyjdę z tego sklepu, czy nie wyjdę? A jak wyjdę, to czy za rogiem nie dostanę fangi? Rowerem jestem, ten mnie z roweru zwali, skopie, a mnie przecież nikt, jak okiem sięgnąć, nie obroni. Niby pełno ludzi a pustynia. Niby pełno silnych młodych mężczyzn, a kobieta bezbronna zostaje sama na polu walki.

Wiecie, co to strach? Taki prawdziwy, taki surowy, który powstaje w zderzeniu z chamstwem podlanym alkoholem, wyrzezanym z człowieczeństwa? Kiedy mężczyzna podnosi zaciśniętą pięść na kobietę tylko dlatego, że ona się nim nie zachwyca? A wiecie, co to bezsilność? Wobec tej obojętności, czy może też: strachu, bo co ci panowie mieli wówczas w głowach? Sytuacja była wyraźna, nie było można jej nie zauważyć. Facet podniósł na mnie głos, pięścią groził, wszyscy widzieli. I nikt nic nie zrobił. Nikt nic nie powiedział, nie zareagował, nie odgonił agresora, nie zwrócił mu uwagi, nie stanął w mojej obronie.

W końcu poszedł. I ja wyszłam po chwili, rozejrzałam się ostrożnie, wsiadłam na rower i uciekłam. Panowie kupili swoje dietetyczne napoje energetyzujące i też odjechali. Jednego nawet widziałam, szedł szybkim krokiem, chował wzrok ze wstydu. Nie dziwię się. Kryzys męskości w rozkwicie. Mięśnie rozbudowane,  a w mózgu wata. Po co wy na tę siłownię chodzicie? Żeby rysunkiem muskulatury szpanować, a jak przyjdzie co do czego wiać jak zające? A może, tak jak ten nasz „bohater”, żeby grozić słabszym? Bo akurat to by statystyki o przemocy domowej potwierdzały, drodzy siłacze. Prawda jest jednak taka, że siła nie tkwi w mięśniach, ale w głowie. Tam się rozstrzyga kwestia, kto jest mężczyzną, a kto zwykłym fiutem. Niestety, w Polsce rozwój mózgu nie jest zbyt popularny. Pozostają siłownie dla schowanych pod zwalistą konstrukcją mięśni, zwykłych fiutów.