O podróżach

Z dziećmi, z psami, z kanarkami

i w piachu.

Deszcz na peronie

bez dachu.

Dwie godziny

dworcowego zapachu.

Zepsuty megafon.

 

Odprawa, kontrola, bagaże.

Pani mi dowód do biletu i żeby kliknęło bez wifi – pokaże.

Ze słuchawek disko,

zepsuta walizko,

za twą miłość oddam wszystko

Ump, ump, ump.

Ty mi powiedz, a ja ci usmażę.

 

Wiatraczki, balony,

pan Jezus z korony

i portier nawalony

i klucz pomylony

i po piętrach dwa razy z torbami taniec

Chodzony

 

Piwo za dychę

Pretzel za dwie.

W wizarze

jak na bazarze

widziałam orła cień.

 

Hotel w remoncie

Koparka na Giewoncie

Piszczy jak cofa

Dupa się klei od tego ukropa.

 

A w dupie piasek.

A w gębie trampek.

A w kieszeni nóż.

Otwarty tuż tuż.

 

Rdzawa woda w kranie.

Radar, mandat, sranie

Gumy złapanie

W korkach stanie.

 

Porwanie w Tiutiurlistanie

 

Nad Niemnem.

Nad grobem

Nad przepaścią

Nad szatana paszczą

Z dopcipnisiem w autobusie

Z powrotem z wojska w przedziale

Z kibicami na mecz w wagonie

Co im dupa płonie

I jebać Arkę, żądają.

A tamci z drugiego wagonu od Lechii, odpowiadają:

chyba twoją starą.

 

Głośno.

Drogo

do domu daleko

W proszku do kawy mleko

Blokada na kole.

 

To ja pierdolę.

Ja tu wolę.

—————————————————————————————————–

– Czy to będzie latać? – spytał Dowódca Kowalskiego, widząc projekt samolotu. – Ależ oczywiście! – zapewnił Kowalski. – Wystarczy złożyć kartkę i zagiąć dwa rogi.

Mroczna przepowiednia

Nikomu nie wróżę przyszłości w tym kraju. Nie wróżę powodzenia. Ani pomyślności. Zdrowia – zwłaszcza. Nie wróżę też wielkich pieniędzy, właściwie to żadnych pieniędzy nie wróżę, nawet małych

fot. Maciej Jawornicki

Dzień dobry. Nazywam się Sylwia Kubryńska i nie jestem wróżką. Konkretnie zajmuję się tym, że nie wróżę. Nie wróżę wam przyszłości. Nie ma szans.

Owszem, są wróżki, słyszałam nawet o kilku. Trzeba do nich dzwonić, umawiać się. Kolejki się do nich ustawiają. Niebotyczne. Przepowiadają różne niesamowite rzeczy. Biorą pieniądze za te swoje wróżby i są to, moi drodzy, niemałe pieniądze.

Ja nie biorę pieniędzy. Nawet symbolicznych. Nie ma też do mnie żadnych kolejek, zapisów. Luz. Jeśli zaś chodzi o klimat w moim mieszkaniu, to raczej jest w stylu Ikea. Żadnych kul szklanych, nawet czarnego kota nie mam. Szarego tylko, w dodatku samicę. Pełna nowoczesność i parytet. Szwecja. Są w Szwecji jakieś wróżki? Jakaś komuś wróży w Szwecji? Nie wiem. Ale wiem, że tu, na tej ziemi to nie. Nawet jak by się jakaś pojawiła, to jedno jest pewne: to nie ja. Ja nie wróżę. Nie w tym kraju. Bo jeśli chodzi o ten kraj, to nikomu nie wróżę szczęścia. Nie wróżę powodzenia. Ani pomyślności. W ogóle nic dobrego nie wróżę. Nie wróżę też wielkich pieniędzy, właściwie to żadnych pieniędzy nie wróżę, nawet małych.

Czego jeszcze nie wróżę? Miłości. Nie ma mowy. Nie wróżę nikomu żadnego przystojnego bruneta, co to przyjdzie wieczorową porą. Jaką wieczorową porą?! Dajcie spokój! Pojęcia nie mam, czy przyjdzie, czy nie przyjdzie, ale generalnie nie wróżę. Żadnej z was. I żadnemu. Nawet średnio przystojnego blondyna świńskiego – nie przewiduję. Nic o nim nie wiem, i nic nie powiem. W ogóle niewiele wiem. Owszem, czasem mi się coś wydaje. Wydało mi się już kilka powieści. Ostatnia powieść, co mi się wydała ma tytuł Mama i można ją nawet gdzieś kupić. Ale nic ponadto mi się nie wydaje. Przynajmniej na razie.

Jest jednak coś, co wiem na pewno. Wizja, z którą mogę się tu podzielić. I nie jest to bynajmniej żadne przypuszczenie, nie. To przepowiednia na sto procent skuteczna i prawdziwa. Każdemu powiem prawdę. Owszem, bolesną. Owszem, tragiczną. Owszem, mroczną. Wiejącą lodowatym wiatrem przeznaczenia. Nieuniknioną i straszną. Jednak prawdę. Jednak bezcenną!

No, dobrze, ponegocjujmy. Niech będzie sto złotych. Sto złotych od łebka. To dobra kwota. Mój Boże, toż to dumping! Pokażcie mi hojniejszą wróżkę! Pokażcie konkurencję! Nie ma, nie ma nawet w Szwecji. Ani we Francji. Nostradamus leży i płacze. Tylko ja i tylko tu, w tym kraju, odsłonię wam proroctwo najprawdziwsze z prawdziwych. Tylko ja NIGDY się nie pomylę. Tylko ja w swej kategoryczności określę każdemu przyszłość w stu procentach pewną. I każdemu tę samą.

Mianowicie: śmierć.

Jedyne, co, to to, że każdy z nas może umrzeć. To tak. Powiem więcej: każdy umrze. Wiecie skąd wiem? Wiem to z doświadczenia. Tak się składa, że wszyscy, którzy kiedyś żyli: umarli. Umarł papież. NASZ papież. Niby święty, niby bez niego by się wydawało, że świat nie może się kręcić. No, może świat może się kręcić, ale na pewno nie Polska. I co? Umarł. Świat się kręci, Polska stoi.

Umarł Józef Piłsudski! A nie wyglądał na umierającego. Jakie miał powodzenie u kobiet! Serio. Facet potrafił działać cuda. Zwłaszcza nad Wisłą. Ktoś by mógł powiedzieć – na przykład jakaś wróżka ze Szwecji: oto cudotwórca. A skoro cudotwórca, to na pewno nie umrze. Tacy nie umierają. I co? Jakoś ten cudotwórca od prawie stu lat nie żyje. Gdzie zmarł? Nad Wisłą! Przypadek? Nie, nie, nie. Ja nie sądzę. Ja nie jestem sędzią. Wy mnie w to nie mieszajcie. To już kolejna profesja, z którą nie mam nic wspólnego.

A więc śmierć. Przepowiadam. Każdemu. Każdemu z was i nie tylko. Są ludzie, którym przepowiadam śmierć, a oni nic o tym nie wiedzą. Nawet sobie nie wyobrażają. Siedzą sobie tam… na tym, jak to się tym, nigdy tych dzielnic warszawskich nie mogę zapamiętać, na tym, na Żżż… żo… jak się nazywa ta dzielnica? Nie pamiętam. W każdym razie siedzą i myślą, że wystarczy jedna operacja i człowiek jest nieśmiertelny, nigdy na wózku nie wyląduje. Ja tam nie mam nic do żadnych operacji, chociaż zdrowia nie wróżę. Nie wróżę zdrowia ani długiego życia – nikomu w tym kraju. Tymczasem ona przyjdzie. Przyjdzie, dopadnie. Pozamiata. I bardzo proszę. Zapraszamy! Zapraszamy do Warszawy! Zapraszamy do każdej dzielnicy, nawet tej na Ż…

Zamkną mnie. Teraz to już mnie zamkną na pewno. Zamkną decyzją partii PiŚ. PiŚ jak Polegnij i Śmierdź. Przepraszam: Śmierć. Wrogom Ojczyzny. Ale to nic nie zmieni, los jest nieunikniony. Koniec, amen, pocałujcie mnie w klamkę. Zresztą, nie mam się czym przejmować. Niech mnie zamykają. I tak umrę.


Stand-up gombrowiczowski, Big Book Cafe, Warszawa

Poczucie winy, czyli MAMA

Gdyby nie ja, nie miałby skazy, nie płakałby w nocy, nie skarżyłby się na kolkę. Gdyby nie ja, nie byłby narażony na choroby zakaźne, na trzydniówki, jelitówki, zło, nienawiść, wojnę. Gdyby nie ja, nie urodziłby się i nie cierpiał nigdy, gdyby nie, kurwa, JA

Dziecku, które ma skazę białkową i pooraną skórę powinno się prać pieluszki w jakimś odpałowym, nowoczesnym, hipersuperantyalergicznym proszku trzy dychy za paczkę. Skąd mam wziąć trzy dychy? Mało tego. Dziecko, które ma skazę białkową, powinno przyjmować pokarm z soi. Paczka takiego proszku sojowego to piętnastak. Starcza na tydzień. Pierdolę. Ja nawet na karmę dla psa nie mam, będę wydawać pieniądze na pokarm dla dziecka, skoro mam w piersiach? Karmię więc dalej piersią i słucham lamentów pediatry. W podręczniku dla matek doktor Spock pisze, że mleko matki jest najlepsze. To samo mówili na bioinżynierii, ale dziecko to przecież nie zwierzę!

Ciotka Teresa z kolei twierdzi, że powinnam włączyć marchewkę. W trzecim miesiącu koniecznie trzeba dać marchewkę, startą, miksowaną najlepiej z masełkiem albo z żółtkiem, żółtko jest dobre na rozwój mózgu, żebyś wiedziała, Kubuś Pobusińskiej dostawał żółtko, teraz widzisz, dostał się na politechnikę w Gdańsku, projekty samolotów już robi na brudno. Ja ci mogę pożyczyć mikser, mam taki do robienia rolady, kremu do rolady znaczy, chwilowo jestem zajęta wymianą podłogi, więc nie mam kiedy robić rolady, nie mam kiedy robić gołąbków, ale ci zrobię, przyniosę, pamiętam, tymczasem dam ci ten mikser, zmiksujesz marchewkę i dasz dzieciakowi, bo sama widzisz, kochana, non stop głodny, aż się serce kraje.

Aż się serce kraje! Kolejna wrzutka do mojego poczucia winy. Dzięki, ciociu, i tak już jestem najgorszą matką, ledwo dziecko z życiem uszło przed gronkowcem. Ale się staram, Boże, jak ja się staram. Wszystkie matki kupują swoim dzieciom pampersy, mnie na to nie stać, piorę w ręku pieluchy, w ręku i w mydle, dupa odparzona. Podobno chociaż na noc trzeba, na spacer trzeba pampersa mieć, żeby dziecka nie przeziębić, ciułam więc na paczkę, raz użyty suszę na kaloryferze, może nikt nie zauważy? Na opakowaniu pampersów są misie. Podobno jak się zbierze trzydzieści misiów, można wygrać dom. Wygram dom z pewnością! Tylko muszę poczekać, aż mi syn dorośnie i zacznie ze starości walić w gacie, bo chyba dopiero wtedy uda mi się kupić tyle paczek, żeby zebrać tyle misiów.

Może kupię sobie gazetę „Dziecko”? „Mamo, to Ja”? „Matka, Weź Się Ogarnij”?! Może tam napisali jeszcze coś nowego, przełomowego, coś co mnie podniesie na duchu i przekona, że nie jestem aż tak beznadziejna?

A mówili, nie jedz, nie rób, nie bierz, nie noś, nie karm, nie całuj, nie kładź, nie myj, nie ruszaj, nie podnoś, nie wynoś, nie dotykaj, nie chodź, nie leż, nie bujaj, nie śpiewaj, nie śpiewaj! Kurwa, nieposłuszna siksa, nienormalna, dzika, pierdolnięta, za młoda, za głupia na matkę. Dziecko zniszczyła. Nie wychowała, nie utrzymała, nie zadbała, nie ogarnęła. Co trzy godziny się karmi, a nie. W łóżeczku się trzyma, a nie. Plastikowe pozytywki się włącza. A nie.

Beznadziejna! Beznadziejna matka! Głupia! Zła! Morderczyni!

Wyrzuty sumienia. Poczucie winy. Codzienne poczucie bycia złą matką, coraz gorszą, coraz bardziej toksyczną dla własnego dziecka. Gdyby nie ja, nie miałby skazy, nie miałby złamanego obojczyka, nie miałby opuchlizny wokół oka, nie płakałby w nocy, nie skarżyłby się na kolkę. Gdyby nie ja, z pewnością nie zostałby tak niewprawnie wykąpany w wanience, tak okropnie niezdarnie, że nalało mu się wody do noska. Gdyby nie ja, nie byłby narażony na choroby zakaźne, na trzydniówki, jelitówki, zło, nienawiść, wojnę. Gdyby nie ja, nie urodziłby się i nie cierpiał nigdy, gdyby nie, kurwa, JA.

Muszę wyjść. Muszę uciec. On śpi, pewnie jeszcze będzie trochę spał, zostawiam go na kanapie, podsuwam krzesło, żeby nie spadł, i postanawiam zniknąć. Wyciągam swoje dżinsy i patrzę na nie z tęsknotą. Patrzę i wspominam, jak kiedyś, jakieś tysiąc lat temu zakładałam dżinsy i wychodziłam gdzieś. Tak o. Po prostu. WYCHODZIŁAM.

Nie wiem już, jak to jest, kiedy się wychodzi. Kiedy się idzie. Kiedy się czegoś nie dźwiga. Nie wiem, jak to jest, kiedy się wchodzi po schodach swobodnie, podskakując beztrosko na stopniach. Nie wiem, jak to jest, kiedy się po prostu dokądś zmierza i nie myśli, że o tej i o tej coś tam, a potem jeszcze coś tam i to, i tamto, szybko, najszybciej na świecie, bo się nie zdąży. Nie wiem, co to jest wolność i się już nie dowiem. Umarłam, umarło moje JA. Teraz już do końca życia będę matką, będę z tym dzieckiem zrośnięta na zawsze, na zawsze z tym zawiniątkiem na brzuchu, na wypiętym lewym biodrze, na plecach, w głowie.

Muszę wyjść, muszę złapać oddech, bo się uduszę i będę uduszoną matką. Mój Boże, nawet po śmierci już nie będę sobą, tylko matką, komunikat prasowy, nie żyje MATKA, znaleziono zwłoki MATKI, osierociła niemowlę, zostawiła dziecko, MATKA, MATKA, MATKA. Nie ma mojego imienia, nie ma nazwiska, jest tylko ta funkcja, rola mojego życia, stygmat, klatka, sznur. A gdzie tam sznur! Obroża i smycz, zaciskająca się kolczatka na mojej szyi: matka. Spróbuj uciec, spróbuj się oddalić, twój chip się odzywa dotkliwie, jak igła w głowie, czujnik sterowany przez kogoś tam z góry, przez jakiegoś psychopatę boga, który mną steruje, nie – nie mną, moim ciałem, moim umysłem, tylko nie mną, bo mnie już nie ma. Stawiam kroki na trotuarze, czuję się jakby mnie zrzucili z samolotu. Gdzie ja jestem? Jak to się robi? To jest jakiś świat? Nic nie wiem, nie rozumiem, nie pasuję. Rozglądam się po tych ulicach, które niby kiedyś znałam, a teraz są zupełnie inne, obce, puste, mimo że pełne tłumów.

Co ja tu w ogóle robię i – przede wszystkim – JAKIM PRAWEM? Ktoś mi dał może przepustkę na to chodzenie po świecie?! Ktoś pozwolił, wydał kwit może? Co ty tu robisz, zdają się pytać twarze zgorszonych ludzi, czego tu szukasz? Ten świat to nie twoje miejsce, ten świat to miejsce tyidziecka. Nie masz prawa być odrębnym człowiekiem, jesteś zrośnięta z tamtą istotą, jesteś matkodzieckiem, jesteś dwuorganizmem, i tylko jako taki masz prawo się po ulicach szwendać. Myślę, żeby zadzwonić do tego taksówkarza i powiedzieć mu, oto właśnie potrzebuję pomocy, potrzebuję taksówki, żeby na sygnale SPIERDALAĆ. Tymczasem, on powie: a gdzie dziecko, umarło czy co, bez oka też można żyć, proszę nie oszukiwać, bez dziecka nigdzie nie jedziemy, bez dziecka, proszę pani, pani nie istnieje. Przyspieszam tempo, a igła wbija się w miękką tkankę mózgową, boleśnie, kategorycznie:

WRACAJ.

Wracaj, MATKO, do swojej celi, twój czujnik piszczy. Wracaj, to rozkaz najbardziej kategoryczny ze wszystkich. Wracaj, nigdzie nie pójdziesz, ani do koleżanki, ani do fryzjera, ani do kosmetyczki, ani na żaden pieprzony samotny spacer, ani na randkę, ani do lasu, ani nigdzie. Wracaj, piszczy czujnik, on się na pewno już obudził! A ja już faktycznie świruję, nie wracam, tylko biegnę co sił. Kto by pomyślał, całe dwadzieścia minut ucieczki, trochę ponad kwadrans gigantycznej zrywy i oto proszę, jak działa doskonały system psychopaty boga, zapieprzam jak sterowany robocik do swojego więzienia, do nigdy nie ustającej niewoli.

Tylko przekraczam próg budynku i już go słyszę. Wtedy biegnę tak, że przewracam poustawiane na korytarzu sprzęty. Potykam się o jakiś dziecięcy rowerek, o czyjąś suszarkę do bielizny. Nie patrzę, nie myślę, lecę po schodach, a im bliżej jestem, tym silniejsze bombardowanie, tym boleśniejszy napalm poczucia winy na mnie spada. Roztrzęsiona, acz skupiona niczym wiązka lasera, jak to się dzieje u diabła, otwieram zamek u drzwi, wpadam do mieszkania, widzę z daleka te małe rączki wyciągnięte w próżnię po MATCE i czuję siłę wyrzutu z jego strony: dlaczego mnie zostawiłaś, dziwko!?

Sekundę później trzymam go i wyję jak zwierzę, wyję nad własnym kurewstwem, nad moim odczłowieczeniem, nad jego krzywdą. Już nigdy, mówię mu, już nigdy, a on się wtula i wierzy, ufa w stu procentach, że już nigdy…

 

 


Premiera „Mamy” w EMPIK Junior, Warszawa, ul. Marszałkowska 116/112, 23 maja, godzina 19.00. Zapraszam.

Jesteś moja, czyli miłość psychopaty

Ojciec zdaje się coś tam na wzór miłości lepić. Ta „miłość” pojawia się w jego sypialni, do której zanosi córkę…

Najdrozsza_750x200Skończyłam pisać książkę o samotnej matce wychowującej syna. I jakby w odpowiedzi na moją „Mamę”, natychmiast wpadł mi w ręce prebook „Moja najdroższa” Gabriela Tallenta – historia o samotnym ojcu wychowującym córkę. Pierwsze skojarzenie: ta sama samotność. Odizolowanie od społeczeństwa, brak pomocy, oczekiwania. I w obu przypadkach: brak miłości. Jak dół niezasypany, ziejąca, żarłoczna dziura pochłaniająca każdy kolejny dzień życia dziecka. Nigdy nie odzyskane dzieciństwo.

Na okładce „Moja najdroższa” wydawca obiecuje opowieść o okrucieństwie wyrządzanym z miłości. Z jakiej, kurwa, miłości? Czy ktoś tu jeszcze wie, co to w ogóle jest? Czy już wszyscy pomylili miłość z żądzą posiadania? Ta książka ma zły tytuł. Nie powinien brzmieć „moja najdroższa”, ale „absolutnie moja”. Ta mojość to największa przeszkoda w byciu rodzicem. To ślepa uliczka, w której człowiek przestaje być człowiekiem, bo nie umie zrozumieć, że nikt, nawet własne dziecko – do niego nie należy.

Ojciec z tej powieści potyka się o samotność każdego dnia, ale z niczego – bo sam nigdy miłości nie dostał – próbuje skleić jakieś dobro, wciąż walczy o choćby skrawek tego uczucia. Wydaje się coś tam na wzór miłości rzeźbić. Ta „miłość” pojawia się więc w jego sypialni, do której zanosi córkę, by zaspokoić swoje potrzeby. Ta „miłość” ma się niby przejawiać w jego – jakże fałszywym – określaniu swojego dziecka mianem „Kruszynko”.

Nie lubię amerykańskiego patosu, przesada napawa mnie podejrzeniem o fałsz. W „Mojej najdroższej” jest wszystko, co potrzebne do wstrząśnięcia czytelnikiem. Gwałt, przemoc, bicie, wyzwiska, tortury. Jakby autor chciał powiedzieć nam do czego zdolny jest mężczyzna skazany na samotność. A ja widzę to inaczej. Bo moja „Mama” przecież jest kobietą, a w niej też wyją czarne wilki. Myślę, że każdy z nas, bez względu na płeć, ma w sobie demona. Demon żywi się pustką, żyje w głębokiej przepaści, wyrwie po braku. Braku miłości. Ten brak to zło.

Taniec

I choć odchowałaś już dzieci, potrafią sobie zrobić kanapkę i umyć zęby przed snem, to jednak wciąż masz jeszcze jedno dziecko. I to dziecko, słysząc, że gdzieś tam zachciewa ci się tańców, wysyczy do słuchawki…

Przyjechała Olka Rybak! Z Anglii. Ta ze studiów moich, nigdy nie dokończonych. I kiedy przyjechała, pojechałyśmy na Stare Miasto, żeby usiąść razem w jakiejś knajpce, wypić małą wódeczkę i zjeść śledzia. Ale śledź wraz z wódeczką urosły do kilku wódeczek i kilku śledzi i nagle Ola podskoczyła na krześle knajpianym i krzyknęła: chodźmy potańczyć!

I zerwała się z entuzjazmem, a ja, owszem, też w pierwszej chwili zerwałam się z entuzjazmem. Ale zaraz, za chwilę, Boże, ile ten entuzjazm trwał, sekundę może? – opadłam z powrotem na krzesło i wyszeptałam z lękiem, że muszę zadzwonić do męża.

– Muszę zadzwonić.

Wcale nie powiedziałam, że do męża, bo przecież każdy wie, gdzie MUSI zadzwonić żona, gdy wpadnie jej do głowy pomysł pójścia na tańce. Wiadomo ogólnie, to jest prawda powszechna i znana, przecież nie musi taka żona zadzwonić na przykład, do przyjaciółki. Do przyjaciele też nie. Do matki w żadnym wypadku. Ani do ojca. Nie musi dzwonić na policję, ani do prezydenta. Do nikogo nie musi dzwonić po nic, absolutnie do nikogo, tylko DO MĘŻA.

I ten telefon nie jest wcale telefonem entuzjastycznym, dzięki któremu żona dzieli się radością, że oto, po wielu miesiącach, a może nawet latach, pójdzie sobie poskakać przy muzyce. Że oto, po wstępnym odchowaniu drobnej dzieciarni, po tysiącu nocy nieprzespanych, po karmieniu piersią, nie mówiąc już o dziewięciomiesięcznym targaniu brzucha, trzech miesiącach porannych nudności, opuchliźnie, bólach krzyża, po tym wszystkim – potańczy sobie.

Że po PORODZIE, po kilku porodach, po tych aktach największego w biologi hardkoru, jego ukochana kobieta, powtarzam: UKOCHANA – na jedną noc zapomni o tym wszystkim, na jedną noc odetnie się od swoich powinności, od roli służebnicy.

Że po ostatniej harówce w pracy, po zamknięciu projektu, nad którym siedziała po godzinach, po tym wszystkim, kobieta, którą – jak on utrzymuje: kocha – właśnie ta kobieta zafunduje sobie taki luksus jak śmiech. Bo najprawdopodobniej przez tę całą noc będzie się śmiała. Będzie jej wesoło.

Tu żadnego entuzjazmu nie ma. Ale też nie ma tam – żeby ktoś nie pomyślał! – czystej intencji zapobiegania troskom. Bo też żadnych trosk tu nie oczekujemy. Mąż, który odbiera telefon od żony z informacją tego formatu, bynajmniej nie dziękuje żonie za wiadomość. Nie jest jej wdzięczny, że pomimo kilku wódeczek na starówce nie zapomniała powiadomić go o swoich planach, aby się nie martwił. O NIE. Proszę nie oczekiwać w tej rozmowie żadnej wdzięczności. Żadnych tam tego typu zjawisk emocjonalnych. Nie dopatrujmy się także zwykłej ludzkiej komunikacji. Że niby razem mieszkamy, to sobie mówimy, gdzie jesteśmy, ot tak, dla bezpieczeństwa, dla jasności, dla spokoju. Bez żadnych kwasów. Pomyłka.

Cały ten proces, cała ta operacja z telefonem, to już od początku, już na wstępie, już w tym momencie, gdy opadam na krzesło i mija bezpowrotnie mój entuzjazm – to JUŻ jest właśnie kwas. To jest kwas, kurwa, solny.

I choćbym nie wiem, jak ćwierkała, choćbym nie wiem, jak tłumaczyła, że najnormalniej w świecie, ja: wolny człowiek, człowiek nie obciążony żadnym wyrokiem, żadnym aresztem, człowiek żyjący w wolnym kraju, bez godziny policyjnej, bez partoli na rogatkach, taki człowiek właśnie chce sobie pójść z Olą potańczyć. Choćbym nie wiem, jak ćwierkała – usłyszę po drugiej stronie drewniany głos absolutnego, kosmicznego wręcz niezadowolenia.

Niezadowolenie jeszcze da mi szansę, wszak niezadowolenie samym swoim istnieniem daje szansę, tym że jest jeszcze TYLKO niezadowoleniem, czymś w rodzaju: opanuj się, przywołuję cię do porządku i tak dalej. Każda żona wie, co oznacza cienka granica niezadowolenia, która bardzo szybko, niezauważalnie wręcz potrafi przejść w stan dużo bardziej kategoryczny, a mianowicie w stan focha.

Stan focha to już nie jest stan niezadowolenia, to już jest poważna rzecz, rzecz utrzymująca się długo i bardzo boleśnie. Stan focha jest karą za twój głupi pomysł z tańcami, za to, że sobie pomyślałaś, że nie masz żadnego wyroku, podczas gdy masz przecież wyrok zajebisty, wyrok nieodwracalny i to nie jest, kochana, żaden wolny kraj, a ty nie jesteś żadnym wolnym człowiekiem, bo ty jesteś ŻONĄ.

Twoje małżeństwo to dyby, to palący w mózgu karny drucik, ten sam, który cię palił lata temu, który kazał ci biec z powrotem do domu, gdy zostawiłaś w nim dziecko. I choć to dziecko już jest duże, już umie sobie zrobić kanapkę i samo myje zęby, to jednak jest tam jeszcze drugie dziecko, dziecko nigdy nie dorośnięte, nigdy nie utulone, nigdy nie nakarmione, nigdy nie zadowolone. Dziecko nieprzejednane, kapryśne, w swej definicji kategoryczne. I to dziecko, słysząc, że zachciewa ci się tańców, że jest ci tam jednak zdecydowanie za wesoło, to dziecko wysyczy ci do słuchawki:

– To może się, kurwa, wyprowadź.

I nie ma już dyskusji, nie ma dalszych negocjacji, bo słuchawka ZOSTAŁA RZUCONA. Nie ma dyskusji, zostawiam zdumioną koleżankę na wyślizganych przez nigdy nie śpiących letnich spacerowiczów kocich łbach starówki, biegnę na przystanek, biegnę do autobusu, który na sygnale zawiezie mnie do domu. Biegnę co sił, jak najprędzej potrafię, mój Boże, czemu nie mam rakiety kosmicznej. Muszę przecież jak najszybciej nadrobić to strasznie zło, które właśnie wyrządziłam, żeby jakimś cudem tamten potworny foch utulić.

I wiem, że jak już będę w domu, to będzie i tak za późno, by ugasić pożar, który sama tak pochopnie, tak bezmyślnie rozpaliłam. Teraz, owszem, potańczę, ale potańczę według innej muzyki, niż tamta w klubie. Bo taniec żony jest tańcem męża, a to on nadaje rytm. 

Wracam autobusem do domu, siedzę przy oknie, żegnając się z niecnym planem potancówki, pełna wyrzutów sumienia, pełna poczucia winy. I jakoś nie widzę tego, nie czuję, nie dochodzi do mnie sens sprawy, meritum konfliktu: a właściwie po co ja wracam? Co ja mam tam takiego do zrobienia? Co jest tak pilnego, że muszę zrezygnować z tańców i być natychmiast w domu? Nie przychodzi mi do głowy wcale odpowiedź na to pytanie, bo pewnie gdyby przyszła, gdyby taka odpowiedź przyszła, to może, kto wie, może jednak bym wcale do tego domu nie wróciła?

Nie wiem jeszcze, że foch, o który rozbił się pomysł na zabawę, że ten foch to zasłona dymna, parawan zasłaniający odpowiedź na pytanie: po co ja właściwie MUSZĘ wrócić?

Wyprzedzam, drodzy państwo, wyprzedzam wasze domysły, wyprzedzam samą siebie i czynię syntezę, potworny skrót drogi rozpiętej między pytaniem a odpowiedzią.

Otóż zapierdalam na autobus i gnam co sił w nogach do domu, rezygnując z towarzystwa koleżanki, którą widzę raz na pięć lat, po to, żeby jak najszybciej się położyć obok – nawet nie męża – ale obok jego ciała.

Zapierdalam po to, żeby LEŻEĆ obok ciała podrygującego podczas snu: hk, hk, hk.


Fragment powieści „Mama”. Książka ukaże się w maju nakładem wydawnictwa Prószyński i spółka