Wiem, że nic nie wiem. A właściwie tego też nie wiem

Im dłużej żyję, tym bardziej nic nie wiem. Im bardziej nic nie wiem, tym ciekawiej mi się żyje

Kilka tygodni temu spędzałam radosny czas ze Szwagrem, który powiedział mi coś, co zupełnie zablokowało moją działalność na tym blogu. Mianowicie, gdy próbowałam go namówić na karierę pisarską, bo przecież nie ma lepszej kariery na świecie, zwłaszcza w Polsce, niż zbijanie kokosów z szalenie lukratywnej profesji literackiej, gdzie autor dostaje od książki całe dwa pięćdziesiąt, serio, nie wiadomo co potem z kasą robić, odłożyć, przepić, czy co – on mi odparł takie oto słowa:

– Nie wiem, czy chcę, żeby inni wiedzieli, co mam do powiedzenia.

I tak sieknęło, że zamarłam do dziś. Właściwie straciłam całą parę twórczą, a przynajmniej blogerską, bo przecież blog to platforma ekshibicjonizmu myśli, obnażanie siebie, swoich bliskich i przyjaciół, w tym – bardzo przepraszam – także Szwagra.

Blog to zajęcie dla Narcyza, który jest w stu procentach przekonany, że świat zapiera dech z ciekawości, co ów dziś ma do powiedzenia. A tymczasem chodzi sobie po świecie ktoś taki, kto – uwaga! – nie to, że nie ma talentu, nie to że nie umie pisać, wręcz przeciwnie, błyskotliwa fraza, tylko że nie chce, żeby inni to czytali. Nie chce, żeby inni wiedzieli, co u niego w głowie. Nie widzi potrzeby. Nie będzie się dzielił. Koniec.

Są takie słowa, które wertują perspektywę. Zapadają w pamięć, paraliżują dotychczasowe nawyki. Warto takich słów posłuchać, przemyśleć je. Pomału, ze zgrzytem nienaoliwionych zębatek, zaczyna się wtedy obracać koło świadomości. I z utartej powszechnie wiary w to, że lepiej gadać, niż słuchać, można wydobyć zupełnie inną prawdę.

Szok i niedowierzanie. A jednak. Ten, kto mówi, traci energię. Oddaje ją innym. Dzieli się. Odrywa od siebie części swoich doświadczeń i wpycha komuś w głowę. Jeśli równocześnie nie potrafi słuchać – nie dostaje nic w zamian. Wychodzi z pustką. Wie tylko to, co sam powiedział. Nie usłyszał nic, oprócz swoich racji.

Ten, kto słucha, zyskuje energię. Przyswaja, wzbogaca swój wewnętrzny świat. Nawet, jeśli nie zgadza się ze słowami, które słyszy – wynosi wiedzę o mówcy. O relacji, jakie mówca buduje. O emocjach. O własnych reakcjach na emocje czyjeś. O tym kawałku kosmosu, jakim jest międzyludzka zależność.

Dlaczego miałby tę wiedzę gdzieś wypuszczać?! Żeby co?!

Nawet teraz, kiedy to piszę, nie wiem, czy słusznie robię. Bo czy kogoś to obchodzi? Czy poza wstępniakiem, ktoś przeczyta całość? Dlaczego miałby chcieć? I, kluczowe pytanie: dlaczego ja miałabym się tym dzielić?

Im dłużej żyję, tym bardziej nic nie wiem. Im bardziej nic nie wiem, tym ciekawiej mi się żyje. Filozofia daje wolność, otwiera umysły. Gdyby zamiast religii, która uczy ciasnych dogmatów, dać tym dzieciakom pofilozofować, może byśmy byli szczęśliwsi? Odwracanie perspektyw może być cudowną zabawą. Coś, co jest utarte, błaga wręcz o świeżość. Po takim liftingu pojawia się ulga i radość. Tak jak wtedy, gdy zrozumiałam, że jak się komuś nie podobam, to to jest przecież jego problem.

Jakiś czas temu usłyszałam od bliskiej znajomej, że nie jest w typie swojego faceta. Bardzo ją to martwiło. Bo on lubi blondynki, a ona jest szatynką. Skąd wiadomo? Kiedyś komuś powiedział. Czy między nimi źle się dzieje z tego powodu? Skądże. Kochają się, jest super. Tylko że ona nie jest w jego typie. Oczywiście, on chce z nią być, świata poza nią nie widzi. Tylko że ona nie jest w jego typie. No, zmartwienie. Może by tak włosy zafarbować? Może obciąć? Może jeszcze coś innego? A może go poprosić, by ZMIENIŁ typ?!

Zapytałam wreszcie, czy w tej całej beznadziei jest jakieś światełko w tunelu. Na przykład: czy on jest w typie jej?

– Oczywiście! – odparła bez namysłu. – On jest idealny, bardzo mi się podoba.

– Podobają ci się jego włosy?

– Tak!

– Oczy, nos?

– Bardzo!

– Gdy na niego patrzysz, odczuwasz radość?

– Tak!

To kto się lepiej bawi?

Kara śmierci dla Owsiaka

Jaka jest główna przyczyna pedofili w Kościele Katolickim? Celibat. A więc, drodzy księża, może spróbujcie seksu? Tak normalnie, z kimś dorosłym. To dobra terapia. Zdrowa. 

I co? To jest seksizm?

Czemu nie wybuchła taka afera po tym, jak Kaczyński powiedział do Kamili Pihowicz: WON? Won jest spoko? Nie, to jest właśnie przekroczenie granicy. Tymczasem przeszło bokiem, a potem na słowo „sex” Owsiaka Polacy dostali szału.

Czy to przypadkiem nie przypomina prawicowego oburzenia na książki o seksie i edukację seksualną? Może Polska nie dorosła do tego, żeby uznać seks za normalną, zdrową rzecz? Musi być w tym ideologia, przemoc, oburzenie i wielkie słowa?

Seksizm?

Wiele z nas oglądało Spotlight. Wiecie jaka jest główna przyczyna pedofili w Kościele Katolickim. Celibat. Brak seksu. To ja, uwaga, będę teraz bardzo – na wielką skalę – „seksistowska”: Drodzy Księża, może spróbujcie seksu? Tak normalnie, z kimś dorosłym. To dobra terapia. I zdrowa.

Czekam na lincz.

Po publikacji mojego postu o tym, że przecież Owsiak nic takiego strasznego nie powiedział, dowiedziałam się wielu przedziwnych rzeczy. Oprócz tego, że napisałam coś obrzydliwego, przeczytałam na przykład, że Owsiak zwrócił się do Pawłowicz jak do upośledzonego dziecka….
Trudno to komentować, ale jednak skala świra wokół tego średnio ważnego tematu szokuje.

Kiedyś pisałam o podobnym zjawisku. Kobieta z dzieckiem chciała mu zmienić pieluchę w miejscu publicznym, a pewna Pani Redaktor postanowiła zrobić z tego giga aferę. I nagle cała Polska rzuciła się na matkę. Owszem, może mogła wyjśc, może mogła poczekać, ale nie zrobila tego. Z jakiegoś powodu postanowiła to dziecko przewinąć. Może było chore? Może miało uczulenie? Nieważne. Lincz musi być. A jak lincz, to oczywiście na kimś, kto jest bezbronny.

A więc lincz i teraz. I co, że facet omal nie stracił głosu i włosów, bo tak mu między innymi Pawłowicz usrała życie i pracę. PRACĘ, która polega na organizowaniu pomocy chorym dzieciom? I co, że PiS robi wszystko, żeby utopić Przystanek Woodstock, najpiękniejszy festiwal w całej Europie? Nic. Warto się przyjebać do jednego słowa i zamiast wsparcia, urządzić pseudofeministyczną jatkę.

Bo to nie jest mój feminizm. To nie jest to, o co walczę. Jest ogromna różnica między zdaniem „Może pani spróbuje seksu”, a „Chłopa ci trzeba”. Nie wiem, jak można tego nie dostrzegać. Obawiam się, że co niektórzy sięgają po wygodną nadinterpretację, bo z jakiegoś powodu muszą dokopać facetowi. Koniecznie temu, który nam nie odda. Bo jakby był Kaczyńskim, to by była cisza. Ale przecież jest miękkim Owsiakiem. Tak jak tamta matka z pieluchą.

PS. Jurek Owsiak przeprosił posłankę na antenie TVN24. Pawłowicz przeprosin nie przyjęła. Chce go pozwać. Proponuję postulować o karę śmierci. Może to kogoś usatysfakcjonuje.

Czy weta prezydenta to ustawka? Przepowiednia!

Kiedyś przepowiedziałam z całą dokładnością kolejne wydarzenia na nadchodzący rok. Wszystko sprawdziło się jak w zegarku. I teraz, w tym gorącym czasie apokalipsy, też powiem. Powiem, co wiem na pewno. Po kolei

Po ostatnich wydarzeniach w Kraju, obserwując wzmożoną działalność publicystyczną WSZYSTKICH obywateli, spieszę z własną – jakże wyczekiwaną przecież! – wypowiedzią. Oczywistym jest, że w Polsce mieszka 38 milionów proroków, każdy obdarzony jest niezwykłą umiejętnością przewidywannia, odczytywania drugich den, wszelakich podstępów i ustawek odkodowania, łamania podstępnych szyfrów oraz jasnowidzenia ukrytych planów.

Normalna sprawa.

Z drugiej strony należy przyznać, że wśród tylu geniuszy z pretensją do metafizycznego profetyzmu, panuje również powszechna potrzeba słuchania z napięciem, co który ma właśnie do przepowiedzenia. Dlatego nie zwlekam, ogłaszam również i swoje wieści,  a wieści te są bezlitośnie trafne w stu procentach. Jak każda moja przepowiednia.

Kiedyś – a było to całkiem niedawno przepowiedziałam z całą dokładnością kolejne wydarzenia na nadchodzący rok. Wszystko sprawdziło się jak w zegarku. Innym razem, zamiast iść do wróżki, oznajmiłam wszem i wobec, co ich czeka w przyszłości. Nie była to może dobra wiadomość, a jednak nie do zakwestionowania. Wszystkich czeka jedno i to samo.

I teraz, w tym gorącym czasie apokalipsy, też powiem. Powiem, co wiem na pewno. Po kolei.

Najpierw sprawa wet prezydenta, cała ta historia z buntem, nie-buntem i tak dalej. Otóż w kwestii zawetowania ustaw o Sądzie Najwyższym i KRS, z całą pewnością stwierdzam, że ustawy o Sądzie Najwyższym i KRS w dniu 24 lipca 2017 roku ZOSTAŁY zawetowane. I jak dwa razy dwa, te dwie dokładnie ustawy, w dniu 24 lipca 2017 roku zawetowane będą przez prezydenta do końca wieczności. Fakt ten nigdy nie ulegnie zmianie, nie ma bowiem takiej możliwości, by zmienić przeszłość.

Kolejna rzecz, o której warto wspomnieć, to to, czy prezydent swoją decyzją wzbudził niechęć u prezesa własnej partii PiS. Otóż wszelkie znaki na Ziemi wskazują na to, że TAK. Powiem więcej: prezydent wzbudził niechęć u prezesa własnej partii już dawno i nie trzeba było do tego żadnych decyzji. Tu można być pewnym i oto ja: prorokini tych czasów ogłaszam z niezbitym przekonaniem, że prezes prezydenta to NIE ZA BARDZO.

Jeśli zaś chodzi o to, czy oznacza to wojnę na górze oraz o to, czy na skutek wojny ustawy te zostaną przywrócone, zmienione, przyjęte w innej formie, albo w tej samej – z taką samą kategorycznością zapewniam: NIE WIEM.

Pozostaje jeszcze jedna rzecz do wyjaśnienia. Prawdopodobnie najważniejsza. Otóż Polska jak długa i szeroka dywaguje, czy gest prezydenta był aktem bohaterskim, rewolucyjnym wyłamaniem się na niezależność, czy może elementem ustawionej z góry gry, mającej na celu omamić protestujące społeczeństwo?

Tu należy przybrać ton marmurowo poważny i szczery, zatem marmurowo poważnie i szczerze oznajmiam Państwu, że jeśli chodzi o to, czy prezydent zagrał fair, czy wręcz odwrotnie: realizuje jakiś potajemny plan z prezesem, to gwarantuję, że NIE MAM POJĘCIA.

Mam nadzieję, że tym krótkim a kategorycznym wpisem rozwiałam Państwa wątpliwości co do przyszłości Kraju i przyczyniłam się do wzmożenia publikacji w mediach społecznościowych filmików o kotach.

Co mogą zrobić Andrzejowi Dudzie, gdy nie podpisze ustawy?

Ten krótki mglisty moment, gdy zawahałeś się, czy warto mieć jaja, to cios w splot słoneczny, którego skutki zbierano po nocy w sejmie. Nie, to nie Budka znokautował prezesa. To ty…

 

Nie wiem, czy to dlatego, że Andrzej Duda przeczytał wczoraj nasz list, ale kilka godzin później zrobił się jakiś taki hardy, że zmiana ma być mądra, spokojna, a nie głupia i na łapu-capu. I zaczął stawiać warunki, a że on może podpisze, a może nie podpisze, coś się w nim wyprężyło, epatowało przekorą, ba! nawet jakiś rodzaj „możecie mi skoczyć” w sekundę przebłysnął.

Zaraz się Kukiz to tego przykleił, że to jego zasługa, sukces ma zawsze wielu ojców, choćby sukces mglisty. Bo odtrąbić zwycięstwo zawsze można, warunkiem jednak jest zwycięstwa fakt. A tu żadnych faktów, zabawa w kotka, a może tak, a może nie, kto to wie? Ustawa jak głupia była, tak głupia została i jak pruła przez wzburzone fale sejmowych obrad, tak pruje po bagnach wyzwisk.

I tu bym się zatrzymała, bo co by nie było, jak by się nie działo, Polacy lubią emocje. Gdzie są wyzwiska, tam siła. Gdzie bagno, tam efekt. A gdy zobaczyłam w nocy, jak oto idzie poseł i bierze sobie, reglamentowaną co do sekundy mówinicę, rzuca od niechcenia, że jest poza trybem i wali na oślep do ludzi, że mordercy, że kanalie i że won!, a potem wraca w chwale niczym bohater – zrozumiałam wszystko.

Artyści! Pisarze! Inteligencjo! To nie ten język! Nie tak! Trzeba ostro. Trzeba po polsku! Żadnych okrągłych i gładkich sentencji. Żadnych próśb i ukłonów! To nie działa!

Walnąć należy pieścią o ścianę! Splunąć na podłogę! Przegnać won, co się pod nogami plącze! Po męsku. Po ichniemu. Skutecznie.

No to ja, sorry, zmieniam klimat. Zmieniam formę i treść. I jedziemy, Andrzej, z tym listem od nowa. I żadnych tam: może, nie może. Żadnych: podpiszę, nie podpiszę. Nie ma. Koniec ę, ą. Z grubej rury. Skutecznie. Jebut.

Szanowny Panie Prezydencie!

Stary, ile ty masz lat? Facet w twoim wieku nie musi mieć szefa. Facet w twoim wieku nic nie musi. Powiem więcej: facet w twoim wieku i na twoim stanowisku ZUPEŁNIE nic nie musi. A już na pewno nie musi nic podpisywać. Wciąż się zastanawiasz, co ci mogą zrobić, jeśli nie podpiszesz? Obawiasz się, że nie dasz rady? Ty nie dasz rady? 

Ten krótki mglisty moment, gdy zawahałeś się, czy warto mieć jaja, to był cios w splot słoneczny, którego skutki zbierano po nocy w sejmie. Nie, to nie Budka znokautował prezesa. To ty.

Po co się tak bałeś? Po co stałeś jak kretyn pod drzwiami starego? Po co rżnąłeś idiotę o imieniu Adrian? Nie musisz udawać szajby przed kamerami, jak Szydło, która krzyczy w Sejmie, że upolitycznienia sądów chce naród. Swoją drogą, czemu jej nikt wtedy nie powiedział: wyjrzyj przez okno? Oklaskami się faktów nie zmieni. 

Ty nie musisz się oklaskami bronić. Ty masz taką gardę, że dotykiem zabijasz. Z uśmiechem kładziesz po ringu. Jeśli nie podpiszesz tych ustaw, masz po swojej stronie ponad siedemdziesiąt procent Polaków. Konstytucję. Prawo. I jeszcze jedną kadencję przed sobą. To ty dyktujesz warunki. Ty odpowiadasz za kraj. 

A teraz powiem, co ci mogą zrobić, kiedy nie podpiszesz tych ustaw. Opowiem ze szczegółami. Będzie ostro. Będzie krwawo. Otóż, dzielny Panie Prezydencie, kiedy nie podpiszesz tych ustaw, to uwaga – MOGĄ CI SKOCZYĆ.

Faktycznie. Dokładnie tyle. 

Bądź więc sobą. Bądź Prezydentem. Najwyższy czas. Tylko tego chce od ciebie dziś Polska. To zapamięta historia. 

Sylwia Kubryńska

96 ofiar jednego uporu

Patrzą i milczą. Białe duchy, wkurwiony, milczący tłum. Jeden z nich trzyma płachtę, a na niej napis. Jakby tego muru nie było, jakby nie było policji, można by było odczytać. Ja wiem, co tam jest napisane…

 

Widzę to tak. Nie inaczej. Widzę to w każdym śnie, w każdej chwili złej, kiedy myślę: dość tego. Widzę to jako ostateczność, kategoryczny koniec tego cyrku.

Biel. Białe róże. Bolesne piękno. Uwierające wspomnienie. Wyrzut.

Przychodzą, zostają, drapią. Jest ich tyle, tyle, że trudno patrzeć. Gromadzą się w kościołach, potem na ulicy. Tacy biali, tacy milczący, tak ciężko patrzący, tak potwornie obecni. Stoją po drugiej stronie muru. Czekają. Jeden z nich, ten najważniejszy,  ciągnie za sobą białą, jak on sam, białą, jak jego martwa skóra, płachtę. Jest tam jakiś napis? A może go nie ma?

A może ich nie ma?

Są. Przychodzą w TEN dzień, każdego miesiąca. Ledwo ich widać. Biali, białe róże. Lekko przeźroczyści. Deszcz ich nie moczy, słońce nie wypala. Trzymają się za ręce? Zza muru nie  widać.

Widać.

A może w końcu znikną? Może da się ich wreszcie wymazać, wyprzeć, odgrodzić? Może trzeba wyższy mur, może więcej policji, może więcej pomników?

Są. Patrzą i milczą. Nieznośnie istotni, okrutnie nieubłagani. Białe duchy, wkurwiony, milczący tłum. Jeden z nich trzyma płachtę, a na niej napis. Jakby tego muru nie było, jakby nie było policji, jakby nie było całego zamieszania, można by było odczytać. Można by się dowiedzieć.

Ja wiem, co tam jest napisane. Ja to widzę. Gdyby mogli, powiedzieliby do kamer, które ich rozpychają. Ale nie mogą. Zostaje im tylko ten wyraz przeźrocza, nieodparty wyrzut zza świata:

– Dajcie nam, kurwa, święty spokój!

Wąż. Choć mam ochotę nazwać ten tekst: „KURWA MAĆ”

Facet stoi na środku placu, w rozklejonej wacie, w kolorowym jarmarku, w blaszanym zegarku, a na jego ramionach suwa się wąż. Dawaj Polsko, strzel se fotę na fejsbunia, owiń się wężem, dupę se nim owiń, to tylko dwadzieścia ziko

Dobra, to nie było tak do końca, że przyjechałam w wieku 9 lat do Gdańska i zobaczyłam Memlinga i stara-ta-ta-ta, postanowiłam tu zamieszkać. Memling namalował taki obraz, że można adekwatnie albo zachwycić się, albo, jak się ostatnio dowiedziałam, zesrać ze strachu. Zwłaszcza, jak się ma 9 lat.

Ja osobiście już wcześniej widziałam różne straszliwości, prawdziwe oraz nieprawdziwe. Do prawdziwych zaliczam wrzucanie dzieci w ogień przez Krzyżaków, co zobaczyłam na filmie Polonia w Olsztynie, mając ściśle lat sześć.

Tata mnie pod płaszczem do kina przemycił.

Pamiętam szok i niedowierzanie, że takie rzeczy na świecie się dzieją, a przecież to był zaledwie początek, to tylko mała rozgrzeweczka przed prawdziwym strachem, dajmy na to wobec Niemców. Niemcy w moim dzieciństwie uchodzili za maszyny do zabijania, jak cię Niemiec dorwie, to chciałbyś, żeby było pozamiatane, to modlić będziesz się o śmierć. Śmierć jednak nie nadchodzi, zapalają się krematoria, ty powoli się palisz, najpierw włosy, potem rzęsy, brwi, twarz cała, wysychają ci tkanki, opuszczają cię oddechy, a wszystko pali, kurczy się i topi, i boli, jak kurwa mać.

Tego mnie, dzieciaka, uczono.

Potem.

Hrabia z Transylwanii, przypływa statkiem w (kurwa!) trumnie, wybucha dżuma czy inna cholera, ludzie padają jak muchy, a ten po cichu szwenda się po chałupach, wysuwa z tego swojego czarnego kaptura swój łysy łeb (zawsze najbardziej na świecie bałam się łysych), otwiera usta, a tam – Jezusie Nazareński! – dwa ostre jak igła w sercu zęby, kły potworne, ja pierdolę, umieram ze strachu.

Nie mogę oddychać.

Już sama nie wiem, co straszniejsze, Niemcy, czy wampiry, Krzyżacy, czy Drakula, nie wiem, co mnie bardziej przeraża. Zakrywam się w nocy kołdrą po szyję, nie oddycham, nie mówię, nie jestem. Żeby mnie nie znaleźli.

Piekło.

I nie to, że ktoś cię dorwie, spali, zje, krew wyssie. Piekło jest w tobie, w twoich uczynkach, w twoim sercu, w twojej dziecięcej ciekawości, w twoim małym łożeczku, wszędzie. Wszędzie jest Szatan, który cię wiedzie na pokuszenie i tylko wystarczy mała chwila nieuwagi, jak do końca swoich dni będziesz się smażyć w piekle.

Weź z tym dyskutuj.

Zastanawiasz się, na chuj się urodziłaś, po co to wszystko, czyżby świat się od milionów lat kręcił tylko po to, żeby cię w proch zniszczyć? Czyżby Bóg ( Jezus Maria!) stworzył to wszystko i ciebie na koniec, i twoje wstydy, i twoje pokusy, twoje wreszcie: CIAŁO, żeby cię śledzić, przeskanować i do kotła (kurwa!!!) wsadzić?

Na wieczność?!

Lewo, prawo. Źli, dobrzy. Piekło, raj.

No jasne, że nie jesteś na tej liście!

Byłaś kiedyś na tej liście?

Dostałaś kiedyś nagrodę?

Nawet jak w Pampersie, wycinałaś misie, to na koniec wysłałaś kopertę bez adresu zwrotnego, cymbale. Pacanie.

Bęcwale.

No więc to wcale nie było tak, że Memling mi się spodobał. Nie. Prawda jest taka, że Memling mnie przeraził. Przeraził mnie do kości, tak, że nie mogłam oddychać. A potem pomyślałam: tak, ja to znam. Ja tego chcę. Idę w mrok, na starówkę gdańską, idę na spacer po Długim Targu, tam jest prawda, tam jest cisza, tak są mokre kamienie, bruk starej dzielnicy, tysiącletnia historia, kamienice, lampy i deszcz.

Najpierw jest strach, potem musi być oddech.

Tymczasem nie ma oddechu. Tymczasem dziś idę na Długi Targ, facet z mikrofonem drze mordę, wokół walą basy i skrzypienie sprzężenia zwrotnego, odpalili krikoland, nakurwianie zjebstwem, i taka napierdalanka, że mój Drakula, moi Niemcy, Krzyżacy i Memling, wszyscy spierdalają z przerażeniem, spierdala tysiącletnia historia, gołębie spieprzają, spieprza każdy, kto może, ogoleni jak Drakula chłopcy po siódmym browarze drą ryja, ktoś rzyga, pod nogami plączą się psy, przerażone i wielkie, bezradne zwierzęta, na które ludzie zbierają pieniądze, ktoś plecie warkoczyki, ktoś smaży watę, szczeniak w kartonie się przewraca z bólu od tego hłasu, chuj z nim, chuj ze szczeniakiem, chuj z wszystkim.

Długi Targ w Gdańsku, w moim ukochanym mieście, zmieniono w mokrą, lepką, ciasną i cuchnącą odorem z przetrawionego browaru paszczę szatana, a w niej dopada mnie, choć spieprzam jak te gołębie, jak te psy, spierdalam, gdzie tylko może być powietrze, nagle dopada mnie on.

Facet z wężem.

Oczywiście, jest łysy, czemuż by Polak nie miałby być łysy, czemuż by patriota z wężem nie miałby Małego Powstańca na szyi?

Stoi na środku placu, wśród miliona rodaków, w cukrowej wacie, w kolorowym jarmarku, w blaszanym zegarku, stoi dumnie, a na ramionach suwa mu się wąż. Wąż ma język, wysuwa go z pyska, coś tam pewnie myśli, coś tam może chce? Dawaj Polsko, bierz węża na ramiona, weź się nim owiń, dupę se nim owiń, to tylko dwadzieścia ziko, zajebista fotka, wąż, wąż i twoja dupa na fejsbuniu.

Wąż czuje? Słyszy? Ktoś widział jego uszy? Ktoś widział jego nieśmiertelną duszę?

Panowie policjanci, do których biegnę, są mocno zdumieni. Właśnie spisują kloszarda, facet nie ma grosza, nikomu nic nie wadzi, ale przyjebać się łatwo. Mówię o wężu, mówię, że tak nie wolno, to dzikie zwierzę, nie nawykło do nakurwiania basem i tłumów. Co my jesteśmy w Indiach, w Bangladeszu, gdzie? W Europie? Co?! A jak ktoś przyjdzie z niedźwiedziem w klatce? Z tygrysem na łańcuchu? Co? Też spoko? Wzruszają ramionami.

– Ja nie lubię wężów.

– Trudno stwierdzić, czy wężowi się to nie podoba.

Z pewnością, panowie policjanci, wężowi się podoba. Właśnie po to przyszedł na ten świat, żeby występować na jarmarkach. Węże mają ewolucyjnie rozbudowaną chęć do słuchania wpizu głośnej muzyki. Dlatego mieszkają w dżungli, na mokradłach, w wodzie. Właśnie dlatego chowają się pod kamieniami. Zawsze jest taka nadzieja, że przyjdzie jakiś człowiek i zabierze je do swojego zajebistego świata, gdzie trumna, dżuma, SS i Krzyżacy, to tylko pieśń przeszłości.

Bo człowiek jest zawsze gotowy do zgotowania nowego, lepszego piekła.


„Dziękuję” Miastu Gdańsk za rozpierdolenie w drobne chujki klimatu Starego Gdańska i za to, że od lat nie może poradzić sobie z pytaniem, czy pyton na starówce to średniowiecze, czy koszmar

Miriam

Kamienowanie uznano za kłopotliwe. Za duży bałagan, za dużo krwi, pełno zębów powybijanych, a tłum, jak się rozkręci, to zaczyna w siebie naparzać. Straż miasta narzeka, że nie chce tego sprzątać. Co poradzić? Trzeba krzyżować

W białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika, energicznym krokiem zdradzającym kawalerzystę, bardzo wcześnie rano, dnia czternastego wiosennego miesiąca nisan, pod krytą kolumnadę między dwoma skrzydłami pałacu króla Heroda Wielkiego, wszedł prefekt Judei, mianowany przez cesarza Tyberiusza namiestnik Poncjusz Piłat.

Najbardziej na świecie nie znosił woni olejku różanego, a jako że zapach ten prześladował go od świtu, zwiastowało to niedobry dzień. Prokurator miał wrażenie, że znienawidzona woń wydobywa się z cyprysów i palm, które rosły w ogrodzie, że przeklęty różany powiew miesza się z odorem skóry i ze smrodem eskorty.

Z budynków umiejscowionych na tyłach pałacu, tam gdzie rozlokowała się przybyła wraz z prokuratorem do Jeruszalaim pierwsza kohorta dwunastego legionu Błyskawic, przez górne ogrody napływał pod kolumnadę gorzkawy dymek świadczący o tym, że w centuriach już się wzięto za przygotowywanie obiadu. Z dymkiem tym też się łączył ten tłusty różany aromat. „O bogowie, bogowie, za co mnie tak każecie?”*

Prokurator poczuł mdłości i fala bólu głowy zalała mu powieki. Bezradnie zaklął i pomyślał o bogach, którzy postanowili ukarać go za jego podłość i bezduszność tego właśnie poranka, gdy znów miał zatwierdzić jakiś wyrok śmierci.

Śmierć towarzyszyła prokuratorowi każdego dnia i mimo że powinien już do niej przywyknąć, wciąż mu się ulewała, jak niedobra kaszka niemowlakowi. Wielu już skazał, wielu się przed nim kajało i błagało o litość. A on wydzielał jak bóg swoją łaskę, zrozumienie, cierpliwość – wydzielał oszczędnie, wręcz skąpo, lapidarnie, od wielkiego dzwonu rozbrzmiewającego nad głowami skazanych. Znudzonym i zbolałym wzrokiem spojrzał na sekretarza, który wszedł tuż za nim, niosąc zwoje pergaminu.

Miał wiedzę o skazanych tego dnia i zaraz miał ją przekazać prokuratorowi. Poncjusz Piłat nie spieszył się zbytnio, wciąż zanurzony w swojej niemej modlitwie do swych bogów o złagodzenie kary, jaką mu wymierzali, – migreny.

– Co tam masz?! – rzucił niechętnie w stronę sekretarza, który w jednej chwili rozwinął pergamin. – Dwóch łotrów i kobietę.

– Co?! Jaką kobietę? – prokurator aż podskoczył, na moment zapomniawszy o bólu.

Nie było bowiem w zwyczaju sądzić kobiet przed rzymskim prefektem. Do tej pory przed oblicze hegemona nie trafiła żadna niewiasta, kary wobec kobiet wymierzano w lokalnych okręgach przez lokalne władze, najczęściej przez kamienowanie.

– Czyście postradali zmysły? To już nie można załatwić takich głupot na własnym podwórku, tylko ciągnąć ją tu, przed oblicze hegemona?!

– Próbowali. Nawet raz dostała kamieniem, chodzi teraz z siniakiem pod okiem. Ale przyszedł jakiś nawiedzony Żyd i powiedział coś tam, że kto jest bez winy, niech rzuci kamieniem. I hołota się rozeszła.

– Pierwsze słyszę! Banda idiotów.

– Zawsze to powtarzałem.

– I co, nie będą już kamienowali?

– Ma się podobno pojawić rozporządzenie Wielkiego Sanhedrynu. Kamienowanie uznane zostało za zbyt kłopotliwe. Za duży bałagan, za dużo krwi, pełno zębów powybijanych, a tłum, jak się rozkręci, to zaczyna w siebie naparzać. Straż miasta narzeka, że nie chce tego sprzątać. Co ja mogę poradzić? Odgórna sugestia jest taka, żeby krzyżować.

– Ale kobietę? Co to za porządek? Ja mam teraz sobie głowę zawracać jakimiś babami?! Co ona zrobiła?

– Ruta chalepensis.

– Co to znaczy, u diabła?!

– Hegemonie… to oczywiste.

– Dla mnie to nie jest oczywiste, mów!

– Ale po co to mówić?

– Jak mam do cholery rozpatrzeć winę, jak nie wiem, co ona zrobiła?!

– Może ją zawołam? Niech sama powie.

– Tego mi tu brakuje. Dajcie mi tu stado bab w chuścinach, zrobimy targowisko! – irytował się prefekt.

Nie czekając na odpowiedź, kiwnął na sekretarza, który skwapliwie podszedł i przedstawił mu protokół. Prefekt zerknął w rozwinięty pergamin. Skrzywił się na widok oskarżenia i zawołał oficjalnie:

– Wprowadzić oskarżoną!

Dwóch olbrzymich legionistów wprowadziło pod kolumny hegemona kobietę. Przy tych wielkich mężczyznach wyglądała jak szmaciana lalka pozbawiona możliwości naturalnego ruchu, tak samo się też zachowywała. Jej nogi unosiły się nieco ponad podłogę, a szaty szurały po marmurowej posadce.

Trudno było dokładnie określić jej wiek, wyglądała jak dziecko przebrane za dorosłą. Jej drobne dłonie wystające spod tkanin łapały powietrze, próbując oswobodzić się z uścisków legionistów. Głowę miała spowitą białym hidżabem, spod niego widać było kosmyki czarnych włosów. Gdyby nie zasinione lewe oko, mogła sprawiać wrażenie całkiem ładnej, pod oczywistym warunkiem kąpieli w kozim mleku.

Pomysł wykąpania skazanej skusił prokuratora do dalszych fantazji, a nawet podjęcia prób jej obrony. Coś go zahipnotyzowało w jej oczach. Czyżby rację mieli kapłani, że kobieta jest jak kobra i hipnotyzuje mężczyzn? Poncjusz Piłat nie darzył zbyt wielkim szacunkiem kapłanów, a już zwłaszcza tej żmii Kajfasza. Spojrzał raz jeszcze w oczy kobiety i ujrzał tam dziecięcą ciekawość. Oraz strach.

– Jak masz na imię, kobieto? – Słowo „kobieto” w jego ustach miało jakiś ładunek zniecierpliwienia, jakby było nieznośne, jakby było w nim zbyt dużo znaczeń niezrozumiałych dla jego umysłu.

– Miriam.

Hegemon zatrzymał się w milczeniu nad tym imieniem, przyglądał mu się z każdej strony i myśl o tym, że jest zbyt piękne, by należało do kogoś, kto ma być za chwilę ukrzyżowany, ugrzęzła mu w obolałej głowie.

Sekretarz chrząknął, przywołując go do obowiązków.

– Miriam… – zaczął i zdumiał się, jak to imię brzmi w jego ustach. To zaczynało być naprawdę nieznośne. Postanowił skupić się na jej winie.

– Czy to prawda, że skusiłaś pięciu mężczyzn do grzechu?!

Pytanie to zadźwięczało głośno, zdecydowanie za głośno, jak sam uznał. Słysząc bowiem dźwięk odbijający się od kamiennych ścian, sam się w wewnątrz skulił ze wstydu. Co za absurd! – wrzasnął w nim jakiś głos. Hegemon nie wiedział, skąd ten głos pochodzi, ale wiedział, że należy mu się szacunek. To jakiś absurd – fakt. I absurdalne pytanie.

Zapragnął, aby kobieta nic nie odpowiedziała. Żeby się zacięła i zamilkła, udała głuchoniemą, a on już coś wykombinuje, żeby ją uratować z tych idiotycznych oskarżeń. Bystre oczy kobiety zwęziły się gniewem, najwyraźniej jakieś wspomnienie wywołane przez hegemona, dotkliwie ją zabolało i oburzyło.

– Tych pięciu mężczyzn… – zaczęła ze złością, ale widząc podniesioną rękę Piłata, skuliła się i ponownie zamilkła.

– Nie jesteśmy tu po to, by sądzić szanowanych mężów – wyjaśnił jej prokurator. – Kobieta najpierw uwodzi mężczyznę, a potem zawsze zrzuca na niego winę. To dość powszechna prawda. Ile masz lat, kobieto?

– Piętnaście.

– Powinnaś siedzieć w domu i strzec posiłków.

– Wyszłam po wodę do studni…

– A co na to twój ojciec?

– Mój dobry ojciec wygnał mnie z domu i wydał władzom. Dobry hegemonie, przecież wiesz o tym. Z pewnością napisali to w protokole. – Miriam znów spojrzała mu w oczy, tym razem ze zdumiewającą odwagą.

– Nie jestem dobry! Ani twój ojciec dobry nie jest! – syknął ze złością prokurator i poczuł potworny ból głowy.

Kobieta opuściła brwi i zmieniła spojrzenie z hardego na troskliwe.

– Wiem, co czujesz – wyznała poufałym szeptem. – Na to najlepszy jest sen i ciemny pokój. Najlepiej całkowicie pozbawiony okien oraz dźwięków. To pomaga, dobry hegemonie. Ale siedzenie w upale, nawet pod krytą kolumnadą jest bardzo ryzykowne. Powiem więcej – to potęguje dolegliwość, panie. A dziś będzie wyjątkowy upał. To może być dla ciebie bardzo trudny dzień.

– Dla mnie trudny dzień?! A wiesz, jaki dla ciebie ten dzień będzie trudny?!

– Mówimy o tobie, panie. Ja sobie dam radę.

Poncjusz Piłat znieruchomiał jak jaszczurka, zwęził powieki i długo wpatrywał się w oczy kobiety. Wreszcie szepnął:

– Skąd wiesz, co ja czuję?

Kobieta pokręciła głową na znak, że znów zadał jej idiotyczne pytanie. Ten gest w rodzaju: „ech, mężczyźni!”, sprawił, że Piłat utracił jakąś moc, coś się w nim rozkrochmaliło. Poczuł, jakby sztywna zbroja puściła swe zamki, a jego niezłomność i brak litości pierzchły, zostawiając przedziwnie miłą bezradność. Zapragnął się teraz położyć, oprzeć głowę na poduszce, pogłaskać kota i posłuchać tej kobiety, która najwyraźniej miała jakieś ciekawe rzeczy do opowiedzenia, bo gdy ktoś ma taki wzrok, musi mieć coś niezwykłego do powiedzenia. Resztką sił powstrzymał się jednak od upragnionego relaksu, ścisnął pięść i znów podszedł do pergaminu. Sekretarz stał jak posąg.

– Trzech z pięciu szacownych mężów doznało obrażeń. Cytuję: „zostali pogryzieni”. Czy wiesz, co ci grozi, szalona kobieto? Jak można gryźć człowieka? Jak można gryźć senatorów?

– Dobry hegemonie, działałam w obronie własnej.

– Milcz! Jesteś szalona!

Znów spojrzał w oczy kobiety, dając jej aż nadto wyraźne znaki, by podjęła jego grę. Tak jest, on każe zapisać w protokole, że ona jest chora na umyśle, wystarczy zawołać medyka i wszystko wróci do normy. Chorych kobiet nikt tu nie będzie krzyżował.

Kobieta nie powiedziała nic, nie zaprzeczała – co dobrze, ale też nie potwierdzała – co też dobrze. Prokurator usiłował sobie wyobrazić, jak powinna zachowywać się szalona kobieta i szybko doszedł do wniosku, że niewiele musi udawać. Niemal każda kobieta w jego życiu była szalona, a żadnej się nic nie stało. Tylko ta ruta

– Czy spożywałaś rutę w niecnych zamiarach? – spytał więc szybko, chcąc na jednym ogniu usmażyć dwie odpowiedzi na oba zarzuty.

– Nie wiem, o czym mówisz, panie…?

Ruta chalepensis. Zioło stosowane w lecznictwie przez medyków. Bez kontroli jest środkiem poronnym, jak zapewne wiesz.

– W życiu tego nie jadłam – wyznała kobieta, patrząc mu szczerze w oczy. Jednak szczerość kobiety to oksymoron, pomyślał przebiegle i rzucił bez większego zastanowienia:

– Udowodnij!

W takich momentach można powiedzieć, że rozgrywka między dwojgiem ludzi zamienia się w sytuację określaną jako szach mat. Kobieta wiedziała, że prefekt chce jej pomóc. Ale nie przypuszczała, że może być aż tak głupi. Sekretarz oderwał wzrok od pergaminu i spojrzał płochliwie w stronę hegemona, który aż poczerwieniał ze złości. Jak mógł po raz trzeci zadać tak kretyńskie pytanie?!

To wszystko przez nią! Najpierw zbałamuciła pięciu mężów, a teraz pastwi się nad nim! Jak ona teraz może tak stać w milczeniu?! I chociaż jest w łachmanach, w brudnej szacie i z tym siniakiem pod okiem, on czuje się od niej gorszy i to jak gorszy! Głupszy! On w tych złoceniach, purpurze, krwawniku, w tych żelastwach, jak jakiś rumak na igrzyskach.

Miał ochotę wszystko z siebie zrzucić, odejść stąd i nigdy więcej nie stanąć pod kolumnami by kogokolwiek sądzić. No, co za głupiec! UDOWODNIJ. Ale swoją drogą, ona też dobra. Kłamie! Kłamie podle! Hegemon znał takie przypadki. Każdy znał. Każdy miał chociaż kilka takich w rodzinie lub sąsiedztwie. Na dziesięć kobiet, co najmniej trzy tak sobie radziły. A ta, głupia, dała się złapać. Czemu? Senatorowie wnieśli skargę, bo ich pogryzła. Ojciec ją wydał. Logiczne.

Prokurator poczuł bezmierne zmęczenie, zapragnął przerwy, wyprowadzenia oskarżonej, zimnej kąpieli dla siebie i kąpieli w mleku dla niej. I znów te niebezpieczne myśli! Prokurator chciał je odegnać, ale czuł, że już nie ma siły, w głowie mętlik, na zewnątrz miazga, rozpadła się zbroja, stalowe mięśnie rozmiękły, kamienne zło ugrzęzło w określeniu: „dobry hegemonie”.

Nie miał siły ruszyć palcem, czuł, jak się zapada pod posadzkę, jak rozstępują się skały, a on upada gdzieś w rozpadlinę, w mech. Beznadzieja, przepaść, depresja. Nie ma dla niej ratunku. Nie ma dla nas ratunku. Czemu on się nią przejmuje? Ostatecznie to tylko kolejna ofiara niepojętego systemu. Kogo to obchodzi? Rodzonego ojca za grosz, a zatem czemu ma obchodzić prefekta Judei?!

Najlepiej byłoby umyć ręce od tej śmierdzącej sprawy i skazać ją jak najszybciej, żeby mieć z głowy. Przecież tylu Żydów wybił jak muchy, co za różnica? Druga rzecz, czyż z powodu migreny nie należy mu się urlop?! A tymczasem po tej przeklętej niewieście jest jeszcze skazany za zabójstwo – znienawidzony łotr. Barabasz.

I nagle twarz hegemona rozjaśniła nadzieja.

————————————————————————-

*cytat z „Mistrz i Małgorzata” M. Bułhakowa

Powyższy tekst jest fragmentem książki „30 sekund”.