Category: Zdarzyło się w Gdańsku

Wąż. Choć mam ochotę nazwać ten tekst: „KURWA MAĆ”

Facet stoi na środku placu, w rozklejonej wacie, w kolorowym jarmarku, w blaszanym zegarku, a na jego ramionach suwa się wąż. Dawaj Polsko, strzel se fotę na fejsbunia, owiń się wężem, dupę se nim owiń, to tylko dwadzieścia ziko

Dobra, to nie było tak do końca, że przyjechałam w wieku 9 lat do Gdańska i zobaczyłam Memlinga i stara-ta-ta-ta, postanowiłam tu zamieszkać. Memling namalował taki obraz, że można adekwatnie albo zachwycić się, albo, jak się ostatnio dowiedziałam, zesrać ze strachu. Zwłaszcza, jak się ma 9 lat.

Ja osobiście już wcześniej widziałam różne straszliwości, prawdziwe oraz nieprawdziwe. Do prawdziwych zaliczam wrzucanie dzieci w ogień przez Krzyżaków, co zobaczyłam na filmie Polonia w Olsztynie, mając ściśle lat sześć.

Tata mnie pod płaszczem do kina przemycił.

Pamiętam szok i niedowierzanie, że takie rzeczy na świecie się dzieją, a przecież to był zaledwie początek, to tylko mała rozgrzeweczka przed prawdziwym strachem, dajmy na to wobec Niemców. Niemcy w moim dzieciństwie uchodzili za maszyny do zabijania, jak cię Niemiec dorwie, to chciałbyś, żeby było pozamiatane, to modlić będziesz się o śmierć. Śmierć jednak nie nadchodzi, zapalają się krematoria, ty powoli się palisz, najpierw włosy, potem rzęsy, brwi, twarz cała, wysychają ci tkanki, opuszczają cię oddechy, a wszystko pali, kurczy się i topi, i boli, jak kurwa mać.

Tego mnie, dzieciaka, uczono.

Potem.

Hrabia z Transylwanii, przypływa statkiem w (kurwa!) trumnie, wybucha dżuma czy inna cholera, ludzie padają jak muchy, a ten po cichu szwenda się po chałupach, wysuwa z tego swojego czarnego kaptura swój łysy łeb (zawsze najbardziej na świecie bałam się łysych), otwiera usta, a tam – Jezusie Nazareński! – dwa ostre jak igła w sercu zęby, kły potworne, ja pierdolę, umieram ze strachu.

Nie mogę oddychać.

Już sama nie wiem, co straszniejsze, Niemcy, czy wampiry, Krzyżacy, czy Drakula, nie wiem, co mnie bardziej przeraża. Zakrywam się w nocy kołdrą po szyję, nie oddycham, nie mówię, nie jestem. Żeby mnie nie znaleźli.

Piekło.

I nie to, że ktoś cię dorwie, spali, zje, krew wyssie. Piekło jest w tobie, w twoich uczynkach, w twoim sercu, w twojej dziecięcej ciekawości, w twoim małym łożeczku, wszędzie. Wszędzie jest Szatan, który cię wiedzie na pokuszenie i tylko wystarczy mała chwila nieuwagi, jak do końca swoich dni będziesz się smażyć w piekle.

Weź z tym dyskutuj.

Zastanawiasz się, na chuj się urodziłaś, po co to wszystko, czyżby świat się od milionów lat kręcił tylko po to, żeby cię w proch zniszczyć? Czyżby Bóg ( Jezus Maria!) stworzył to wszystko i ciebie na koniec, i twoje wstydy, i twoje pokusy, twoje wreszcie: CIAŁO, żeby cię śledzić, przeskanować i do kotła (kurwa!!!) wsadzić?

Na wieczność?!

Lewo, prawo. Źli, dobrzy. Piekło, raj.

No jasne, że nie jesteś na tej liście!

Byłaś kiedyś na tej liście?

Dostałaś kiedyś nagrodę?

Nawet jak w Pampersie, wycinałaś misie, to na koniec wysłałaś kopertę bez adresu zwrotnego, cymbale. Pacanie.

Bęcwale.

No więc to wcale nie było tak, że Memling mi się spodobał. Nie. Prawda jest taka, że Memling mnie przeraził. Przeraził mnie do kości, tak, że nie mogłam oddychać. A potem pomyślałam: tak, ja to znam. Ja tego chcę. Idę w mrok, na starówkę gdańską, idę na spacer po Długim Targu, tam jest prawda, tam jest cisza, tak są mokre kamienie, bruk starej dzielnicy, tysiącletnia historia, kamienice, lampy i deszcz.

Najpierw jest strach, potem musi być oddech.

Tymczasem nie ma oddechu. Tymczasem dziś idę na Długi Targ, facet z mikrofonem drze mordę, wokół walą basy i skrzypienie sprzężenia zwrotnego, odpalili krikoland, nakurwianie zjebstwem, i taka napierdalanka, że mój Drakula, moi Niemcy, Krzyżacy i Memling, wszyscy spierdalają z przerażeniem, spierdala tysiącletnia historia, gołębie spieprzają, spieprza każdy, kto może, ogoleni jak Drakula chłopcy po siódmym browarze drą ryja, ktoś rzyga, pod nogami plączą się psy, przerażone i wielkie, bezradne zwierzęta, na które ludzie zbierają pieniądze, ktoś plecie warkoczyki, ktoś smaży watę, szczeniak w kartonie się przewraca z bólu od tego hłasu, chuj z nim, chuj ze szczeniakiem, chuj z wszystkim.

Długi Targ w Gdańsku, w moim ukochanym mieście, zmieniono w mokrą, lepką, ciasną i cuchnącą odorem z przetrawionego browaru paszczę szatana, a w niej dopada mnie, choć spieprzam jak te gołębie, jak te psy, spierdalam, gdzie tylko może być powietrze, nagle dopada mnie on.

Facet z wężem.

Oczywiście, jest łysy, czemuż by Polak nie miałby być łysy, czemuż by patriota z wężem nie miałby Małego Powstańca na szyi?

Stoi na środku placu, wśród miliona rodaków, w cukrowej wacie, w kolorowym jarmarku, w blaszanym zegarku, stoi dumnie, a na ramionach suwa mu się wąż. Wąż ma język, wysuwa go z pyska, coś tam pewnie myśli, coś tam może chce? Dawaj Polsko, bierz węża na ramiona, weź się nim owiń, dupę se nim owiń, to tylko dwadzieścia ziko, zajebista fotka, wąż, wąż i twoja dupa na fejsbuniu.

Wąż czuje? Słyszy? Ktoś widział jego uszy? Ktoś widział jego nieśmiertelną duszę?

Panowie policjanci, do których biegnę, są mocno zdumieni. Właśnie spisują kloszarda, facet nie ma grosza, nikomu nic nie wadzi, ale przyjebać się łatwo. Mówię o wężu, mówię, że tak nie wolno, to dzikie zwierzę, nie nawykło do nakurwiania basem i tłumów. Co my jesteśmy w Indiach, w Bangladeszu, gdzie? W Europie? Co?! A jak ktoś przyjdzie z niedźwiedziem w klatce? Z tygrysem na łańcuchu? Co? Też spoko? Wzruszają ramionami.

– Ja nie lubię wężów.

– Trudno stwierdzić, czy wężowi się to nie podoba.

Z pewnością, panowie policjanci, wężowi się podoba. Właśnie po to przyszedł na ten świat, żeby występować na jarmarkach. Węże mają ewolucyjnie rozbudowaną chęć do słuchania wpizu głośnej muzyki. Dlatego mieszkają w dżungli, na mokradłach, w wodzie. Właśnie dlatego chowają się pod kamieniami. Zawsze jest taka nadzieja, że przyjdzie jakiś człowiek i zabierze je do swojego zajebistego świata, gdzie trumna, dżuma, SS i Krzyżacy, to tylko pieśń przeszłości.

Bo człowiek jest zawsze gotowy do zgotowania nowego, lepszego piekła.


„Dziękuję” Miastu Gdańsk za rozpierdolenie w drobne chujki klimatu Starego Gdańska i za to, że od lat nie może poradzić sobie z pytaniem, czy pyton na starówce to średniowiecze, czy koszmar

Bazar Nadziei dla Szymona

Nie musimy ubierać się w sieciówkach. Dajmy spokój zdartym z taśmy oklepanym wzorom. Przecież mamy w swoich szafach skarby, które mogą zachwycić kogoś innego, kto da im drugie życie. Tak, jak my możemy dać drugie życie Szymonowi. 

SONY DSC

fot. Urszula Krojec

Szymon Kądziela jest maleńki i ma raka siatkówki. Obecnie przyjmuje trzecią chemię, po której może uratować go tylko kosztowna operacja. Cała Polska zbiera pieniądze na leczenie Szymona. Ja też. Wymyśliłam taką akcję co się nazywa Bazar Nadziei i polega na tym, że przynosimy swoje rzeczy, takie ładne, nieporwane, ale już nam niepotrzebne, za ciasne, za wąskie, za jakieś – i sprzedajemy i kupujemy, a cała kasa idzie na leczenie Szymona.

Nie musimy ubierać się tej jesieni w sieciówkach. Dajmy spokój zdartym z taśmy oklepanym wzorom. Przecież mamy w swoich szafach skarby! Znacie to? Sukienki, w które nie można się wbić od kilku lat, ale wiszą nam w szafie, bo przecież „kiedyś schudniemy”. Płaszcze niezapinające się na cyckach? Albo nieśmiertelny t-shirt z Madonną, który wegetuje na dnie szafy pod respiratorem sentymentu? Korale z zielonego bursztynu, bransolety z pacyfką i broszki à la pająk? Tymczasem wszystkie te cuda mogą zachwycić kogoś innego, kto da im drugie życie. Tak, jak my możemy dać drugie życie Szymonowi.

Zapraszam Was w najbliższą niedzielę, 25 września, do pubu LOFT w Gdańsku (ul. Młyńska 15) na godzinę 16.00. Będą lustra, przebieranki, dobra muzyka i zabawa. Będą oryginalne, niepowtarzalne ciuchy i mnóstwo dobrej energii.

A dla fanów literatury mam specjalną niespodziankę – najnowszą moją książkę, której jeszcze nie ma w księgarniach: BIURWĘ.

Do zobaczenia w niedzielę!

plakat-sylwii

Gdybym miała 18 lat, też bym zagłosowała…

IMG_5935

„W naszym kraju przestało ostatnio tak strasznie śmierdzieć komuną. Jeszcze trochę czuć, ale już nie tak strasznie jak przez ostatnie 40 lat. Zaczyna się coś dziać. O zniesieniu kartek nie będę już pisać, bo to było dawno. A jednak to plus, jakby nie patrzeć. Otóż! Dnia 89.04.17 polski rząd prawnie zarejestrował (łaskawie, jakby nie było) NSZZ SOLIDARNOŚĆ! Byliśmy wtedy z ojcem w Gdańsku, ciotka Maryla załatwiła ojcu malutki znaczek „Solidarności”.

Teraz są wybory do Sejmu i Senatu. Solidarność nie spuszcza z tonu. W Olsztynie mają swój gabinet obok Mody Polskiej – niedaleko Rafała. Ludzie bez przerwy składają tam swoje podpisy. Robią dużo szumu i jest OK.

Nawet moja babcia będzie na nich głosować. Gdybym miała 18 lat, też bym zagłosowała. Może kiedyś naprawdę dadzą sobie spokój z tą komuną? Mogę żyć ubogo, ale żeby mi nikt nie wciskał kitu, że Piłsudski to wróg narodu polskiego, albo że sprawa Katynia nigdy nie miała miejsca. No, ale teraz zaczynają mówić prawdę. Ale co mówili przedtem? Tak niedawno?

Dlatego nie lubię się uczyć historii! Jeszcze niedawno w podręcznikach nie było słowa o Katyniu, albo o Polakach więzionych w obozach Stalina (na Syberii). Teraz powoli to wprowadzają.

Ile lat będziemy, do cholery, czekać na prawdę, Polacy?!”

polacy

Sylwia Strączewska (teraz Kubryńska), 4 czerwca 1989 rok, Olsztyn. Pamiętnik nastolatki.

Czasem mnie to moje pisanie zaskakuje…

Huragan i dziewczyna

Gdy już było po wszystkim, włączyłam Facebook i pierwsza wiadomość, którą przeczytałam, brzmiała: „Można się w tobie zakochać”.

Rano świeciło słońce. Nazwałam je Okiem Cyklonu. Czy może być coś bardziej paraliżującego niż niedające się oglądać piękno, które w dodatku zaraz zniknie i ściągnie zagładę? Oko Cyklonu spojrzało na kaszubską wieś, na pługi i odśnieżarki, na łopaty do odgarniania śniegu, po czym zmrużyło się filuternie, jakby ze śmiechu. Ktoś powiedział, że zeszłej nocy nie było tak źle. Zeszłej nocy nie było źle. Nie było najgorzej. Bywają gorsze noce. Bardziej totalne. I właśnie ta noc totalna za chwilę nastąpi. Zaraz, gdy tylko Oko Cyklonu zamknie się na dobre. Czyli o dziesiątej rano.

Owszem, proroctwa ludu się zawsze sprawdzają. Żadne tam TVN24, żadne prognozy pogody. Miał przyjść w czwartek, tymczasem w czwartek przysłał kumpla, sorry mała, jestem zajęty, pograjcie sobie w Scrabble. Korzystajcie, póki mnie nie ma. I póki jest prąd. Tak jak to kiedyś w latach osiemdziesiątych wyłączano światło na chwilę, na znalezienie świeczki, tak teraz powiało trochę w nocy, przewróciło chochoła i zawinęło się w niebyt, w środek tuby, w ciszę, w błysk morderczego spojrzenia porannego słońca nad pierwszym śniegiem.

Za chwilę nic nie będzie miało znaczenia. Żadne zakupy, wyjazd na weekend, SMS: kiedy będziesz? Kogo teraz obchodzi ten zeszłonocny niewyraźny amant? Za chwilę przyjdzie coś prawdziwego. Za chwilę wszystko się zmieni. Za chwilę jedyną ważną myśl stanowić będzie zakopany w poprzek drogi samochód. I to, że nie mam przy sobie butów śniegowych, bo od zawsze chodzę do pracy na wysokich obcasach.

Całe szczęście, po drugim kilometrze przez las jestem już skutecznie wywiana z myśli. Wydaje mi się, że myśli są jak ptaki. Siedzą na dendrytach jak na gałęziach. Nagle przychodzi huragan i je porywa. Moje ptaki lecą razem z wiatrem. Wylatują na zimę do ciepłych krajów. Zostaje mi po nich tylko gniazdo na głowie.

Ile to trwa? Czy już się ściemnia? Huragan nie zwraca uwagi na czas. Są takie stany, gdy noc się z dniem ściera w jeden homogeniczny miał, w śnieg, w pustynny piach. Dziesiąta rano to dla huraganu świetna pora. Trzecia w nocy? Też. Piąta? Dwudziesta czwarta? Namiętności nie patrzą na zegarek.

W nocy dom ożył moim powrotem. I nagłym, zapomnianym już powrotem prądu. Włączyłam Facebook i pierwsza wiadomość, którą przeczytałam, pochodziła od osoby, której wcale nie znam. Domyślam się, że to facet, bo ma męskie imię. Nieco dziwne, demoniczne. Coś jak parsknięcie na kota. Coś jak warkot silnika po syknięciu zapłonu:

„Można się w tobie zakochać”.

Można. Nic na to nie poradzisz.  Nie masz nic do gadania. Można. Czemu nie? Można przyjść nad ranem, w nocy, kiedykolwiek, namiętności nie patrzą na zegarek. Można pokręcić się wokół i zajrzeć do serca wszystkowiedzącym przyszpilającym Okiem Cyklonu. Wyprowadzić do lasu, sparaliżować, omotać. Potrząsnąć, do zaspy wrzucić. Wywiać z głowy wszystko inne, aby hulało w niej tylko to jedno, totalne i absolutne jak huragan. A potem zabrać ptaki  i zniknąć. Można.

Ale nie trzeba.

Ksawery

file_1_30

Zróbmy wreszcie coś dobrego. Blog Forum Gdańsk 2013

Jeśli możesz zrobić coś dobrego, a tego nie robisz – robisz źle. To zdanie, którego autorem jest Maciek Mazurek uznałam za motto tegorocznej konferencji. Może nie wszyscy od razu rzucili się w wir filantropii, ale pasja, którą zaraził uczestników Jurek Owsiak zdaje się być początkiem nowego trendu w blogosferze, trendu pod tytułem: zróbmy coś dobrego. Popularność blogerów można przekuć w zakrojoną na szeroką skalę pomoc potrzebującym. Ta myśl chyba zrobiła karierę na Blog Forum Gdańsk 2013. Czy to oznacza koniec epoki pustego celebryctwa blogerów? Jestem za.

01

Udało mi się dowiedzieć, że tym roku będziemy zbierać na dziecięce SOR-y.

15.10.2012 I just don’t know what to do with myself

Podziwiam Grassa za opis bombardowania Gdańska, bo jego opis bombardowania to istna ekwilibrystyka. Tymczasem ja nie umiem poradzić sobie ze zwykłym siedzeniem na chodniku pod PGE Arena

Tak przy okazji. Agencja Gazeta, Rafał Malko

Całe życie bałam się tego poranka, gdy wstanę i stwierdzę bez żadnej nadziei, że nie mogę już nic napisać. Ludzie mnie przestrzegali, że tak będzie, ale jakoś ciągle tak nie było. Jeden facet wróżył mi często, właściwie za każdym razem, gdy mnie widział:

– Ty się w końcu wypalisz.

Inny twierdził, że przyjdzie taki dzień, w którym napiszę, że nie wiem, co napisać. A ja się zarzekałam, że po moim trupie. No i stało się. Jestem trupem. Nie wiem, co napisać.

To znaczy, mam o czym pisać, ale tego jest za dużo.

Zawsze podziwiałam Grassa za ten jego opis bombardowania Gdańska, bo opisać bombardowanie Gdańska to istna ekwilibrystyka, pogo na linie. Tymczasem ja nie umiem poradzić sobie ze zwykłym siedzeniem na chodniku pod PGE Arena, jestem kompletnie bezradna wobec nocnego spaceru po parku Heweliusza, nie mówiąc już o czterech zawieszonych w próżni zdaniach, które gasną nie z tego krępującego powodu, że ludzie nie mają już sobie więcej nic do powiedzenia, ale dlatego że mają sobie do powiedzenia za dużo.

A przecież i tak nie zdążą.

Budzę się więc dziś z poczuciem absolutnego braku i niech ten absolutny, poniedziałkowy brak pozostanie komentarzem do mojego weekendu na Blog Forum Gdańsk 2012.

Ja, Ania i Birkin, a jak się mylę to proszę wybaczyć, prawda jest taka że nie jestem szafiarką

„Jesteś tłustą lesbą, której rodzice nie kochali, a brat łopatką bił w piaskownicy”. Czyli jednak, w każdym hejcie jest ziarnko prawdy… Panel „Hejters gonna hejt”.

A teraz po tym wszystkim mam jakoś tak:

——————————————————————————————

pozostałe zdjęcia: http://www.facebook.com/BlogForumGdansk

08.10.2012 Pięknie K… Pięknie

Dworzec w Gdańsku Wrzeszczu nie istnieje. Coś się stało i wyleciał w powietrze. Został po nim jedynie przytułek dla bezdomnych weteranów wojny denaturatowej i jedna kasjerka

Ale przynajmniej ktoś się starał…

Nie powiedziałam najważniejszego. Mam urlop!

Oczywiście, zaraz znajdzie się malkontent, który powie: łe, urlop w październiku? A właśnie że tak. Po pierwsze dlatego że wcześniej i tak nie było możliwości, a po drugie ja z tym urlopem mam związany plan i jest to plan doskonały. Na październik. Otóż wzięłam urlop nie po to, by wyjechać na Dżerbę i trzaskać plecy na oliwkowy mahoń. Nie po to też, by podziwiać architekturę Barcelony. Nie po to wreszcie, by się pałętać po hotelowych korytarzach w pomroczności niejasnej z przypadkowo napotkanym towarzystwem. Otóż nic z tych rzeczy. Wzięłam urlop, by… pisać książkę.

I teraz się okaże, czy tej książki nie pisałam dotąd, bo:

  1. Nie miałam czasu?
  2. Nie miałam siły?
  3. Nie miałam okularów?

Czy może raczej z czystej gnuśności?

Do tej pory udało mi się dotrwać do rozdziału dziesiątego i otworzyć drugą część powieści.  To niedużo, a zważywszy, że autor pod koniec pisania wyrzuca czterdzieści procent tekstu, właściwie nic.

Ale, jak to mówią, przed świtem najciemniej. Mówią jeszcze, że musi się ściemnić, aby było jaśniej.

Ponadto spędziłam weekend na trzydniowej imprezie, która zaczęła się na Kaszubach, przemknęła przez Gdańsk Wrzeszcz i wylądowała w Gdyni. Impreza jak impreza, może kiedyś coś więcej napiszę, najciekawsze jednak przygody związane były z Szybką Koleją Miejską, która, jak się okazuje po latach niekorzystania z niej, zaciera wszystkie znaczenia składowych słów w swojej nazwie.

Po pierwsze nie jest szybka. To znaczy, że jeśli na rozkładzie jazdy jest napisane, że rzeczona pojawi się o dziewiętnastej trzydzieści, to prawdopodobnie przybędzie około ósmej. Po drugie, o ile istota kolei oscyluje wokół pędzenia pojazdu po szynach, to nie jest to kolej. Jest to raczej drezyna, pokutujący duch kolei ciągnący swój odwłok po cmentarzu torowiska eksploatowanego (co zdumiewające!) przez pojazdy poruszające się w obu kierunkach (przenikające się jak nomen omen duchy?), czyli zarówno do Gdańska jak i do Gdyni.

Wreszcie, jeśli miastem nazywamy twór posiadający w swej strukturze coś tak nowoczesnego jak dworzec – nie jest przecież miejska. Dworzec w Gdańsku Wrzeszczu bowiem nie istnieje. Nie wiem, dlaczego. Coś się stało i wyleciał w powietrze. Został po nim jedynie przytułek dla bezdomnych weteranów wojny denaturatowej i jedna pani kasjerka sprzedająca bilety do nikąd.

Jest jednak pewna szansa, że widmo SKM się kiedyś pojawi, powita zziębniętych podróżnych swą łaskawością, a potem, podczas podróży wyświetli nawet film. Film o SKM. Film ten jest niezwykle porywający i odsłania wszystkie te wspaniałości instytucji, o których nie wiemy, ale też te, które znamy i jest to nad wyraz krzepiące. Na jednym z kolorowych, pieczołowicie obrobionych kadrów projekcji nowoczesnej, przyszłościowej kolei mknącej przez wyremontowane już i piękne dworce (nie przytułki) trójmiasta – możemy przeczytać jakże znajomą frazę:

„Z przyczyn technicznych rozkład jazdy uległ zmianie”.

I już jesteśmy w domu.