Przeczytajcie proszę

Zacznę bez ogródek, bez literackich wstępów, prosto z mostu. Wiecie, w jakiej jestem sytuacji? Właśnie dostałam od wydawcy rozliczenie. Według tego rozliczenia za książkę, która jest we wszystkich empikach w całej Polsce, a na Amazonie kosztuje 120 złotych – należy mi się 118 zł. Za pół roku totalnej sprzedaży. Wszędzie. W księgarniach, w internecie, na allegro. Na targach książki. Za granicą. Wszędzie. 118 złotych.

No więc mam takie rozliczenie i co mam dalej z nim robić? Bo skoro takie absurdalne dane dostaje od wydawcy, a Empik mi odmawia informacji, to co? Milczeć? Bo tak mi proponują mądrzy komentatorzy sceny, kurwa, politycznej. Serio uważacie, że to jest OK? Bo ja po prostu nie mam za co żyć.

Ale oczywiście się nie poddaję, zakładam własne wydawnictwo, chcę sama zarabiać. I co się okazuje? Nie tak lekko, droga panno, żyjesz w kraju pieprzonego systemu, w którym rządzą układy, ludzie się o tobie nie dowiedzą i żaden dziennikarz, który jeszcze niedawno tak chętnie z tobą strzelał sobie selfie, teraz cię ze strachu nie zna. Ze strachu, że go z pracy wypieprzą. Tak jak – niedaleko szukać – mnie. Bo mnie wypieprzyli za zbytnią śmiałość w wypowiadaniu poglądów w gazecie, która propaguje wolność w wyrażaniu poglądów. I jeszcze dużo innych rzeczy propaguje, coś w rodzaju kobiecej solidarności i wsparcia. Ładnie to wygląda na obrazku: przejęte losem anonimowych kobiet ze świata, tudzież przejęte losem Marii Skłodowskiej Curie, która dawno już nie żyje i ich pomocy ze swojego wymiaru raczej nie potrzebuje – feministki z krwi i kości, które wypieprzyły z roboty kobietę za głośne powiedzenie, weźcie wy się zastanówcie, aborcja to nie znaczy życie, no więc te feministki walczą dzielnie na swoich kongresach, w hotelach czterogwiazdkowych, na bankietach i w pierwszej klasie pendolino, zwrot kosztów podróży. Mega wyczyn, bohaterstwo. Ale prawdziwym kobietom z krwi i kości, które potrzebują pomocy tu i teraz, boją się nawet dać lajka.

Ostatnio pewien popularny portal przeprowadził ze mną wywiad z okazji 100 lat praw wyborczych kobiet. Trzy godziny, kurwa, tam siedziałam, jeszcze jechałam do nich, a potem na pytanie, czemu wywiad nie poszedł, usłyszałam, że są wybory Miss Word, więc sorry, przegrałam. Jest tu jakaś feministka na sali? Poproszę o komentarz, jak to jest, że wybory Miss (ja to oglądałam, jak miałam siedem lat), są w tym kraju ważniejsze niż sto lat praw kobiet, molestowanie w pracy, temat macierzyństwa, no i fakt, że większość artystów przymiera głodem, bo są koncertowo dymani przez system wydawniczy – bo o tym mówiłam w wywiadzie.

To są bardzo niewygodne informacje, w końcu ktoś komuś daje zarobić, ktoś ma dzięki temu pracę i właściwie to wszystko, bo przecież nie żadne tam bzdury typu: wolność słowa, solidarność kobiet i feminizm.

No więc zmniejsza się mój zasięg, kochani, już nawet na Facebooku jest mnie coraz mniej, tym bardziej, że aktywne agencje – te same, które wysyłają tu na tego bloga swoich hejterów – zgłaszają mój profil do tak zwanych „nadużyć”. I każdy, kto mnie zna, wie, że nie mam skłonności do paranoi, wręcz odwrotnie, nigdy się niczego nie bałam. Po prostu stwierdzam fakt.

Niestety, dziś dopadło mnie to, co mnie dopaść miało, mam już wszystkiego dość, nie mam siły, wezmę te 118 złotych i pójdę kupić flaszkę, a potem po prostu jebnę się w łeb. Cześć.


Jeśli chcesz mi pomóc, wejdź chociaż na tę stronę. Potrzebuję ją pozycjonować, bo jak ktoś wpisuje w google moje nazwisko, to mu się, kurwa, Empik wyświetla.

Superbohaterka Roku 2015

Co założę na Galę? Kostium Kobiety Kota. Niech to będzie mój skok z wieżowca, moje salto mortale, bo przecież kot, choć ma dziewięć żyć, żyje jednym, tym najpiękniejszym, gdzie sprawy, na które nie ma wpływu, może mieć w dupie

kkot2

 

Zostałam nominowana do tytułu Superbohaterki 2015 w Plebiscycie Wysokich Obcasów. Wiadomość ta obudziła mnie na Mazurach, między snem o białych lampartach a planem nurkowania na rafie koralowej. Oczywiście, nic z tego nie wyszło, bo spadłam z łóżka z wrażenia i zaczęłam kombinować, czy może mi się śnić jednocześnie rafa, lampart i nominacja? Ze mną jest różnie. Bywa, że we śnie walczę ze smokiem, który zamienia się w Benedicta Cumberbatch i zamiast ciosać mieczem, zaczynam knuć, jakby tu z nim gdzieś prysnąć.

Tymczasem serio. Jawa. Rzeczywistość. Rzeczywistość namacalna. Wstrząsająco prawdziwa. Ja. Ja i kostium niebieski, czerwona peleryna. Super hero. Nominowana za wrażliwość społeczną i dowcip. Za – jak się domyślam – szczerość, na którą się pewnego dnia zdecydowałam, bo przecież ile można udawać, że jest się fajniejszym niż jest? Ile można ciągnąć coś, czego się nie lubi? Ile można kompromisów zawierać, skoro wcale się ich nie chce?  Ile można dźwigać na twarzy masek?

Leżę więc nadal w łóżku z tym swoim białym lampartem, z tym smokiem i z telefonem przy uchu, kompletnie zaskoczona. I nie wierzę własnym uszom, że to moje pisanie było takie ważne. Nie wierzę, że mogłam kogoś uszczęśliwić tym, że przyznałam się do własnej ułomności. Nie wierzę, że te moje żartobliwe teksty coś mogły zmienić. Kogoś podnieść. Komuś pomóc. Paula mi tłumaczy, uśmiecha się do słuchawki, a ja płaczę.

Nie mam pojęcia, co założę na Galę. Może kostium Kobiety Kota? Niech to będzie mój skok z wieżowca Gotham City, moje salto mortale, podczas którego złapię wszystkie pozostałe Kobiety Koty, które muszą ciągle się przebierać, udawać, starać się o coś i gówno z tego mają. Tymczasem przecież kot, choć ma dziewięć żyć, żyje jednym, tym najpiękniejszym, gdzie sprawy, na które nie ma wpływu, może mieć w dupie.

Poniżej przedstawiam moją nominację (ja jestem w czerwonej sukience i się wkurzam) oraz pozostałych piętnaście nominowanych Super Bohaterek, które ogromnie cenię. Za odwagę, za szczerość, za moc. Tę jedyną, nie do podrobienia, nie do przecenienia, najważniejszą. Moc Kobiet. Oddajcie głos na którąś z nas. Nie mówię, że na mnie. Ale na którąś TAK. Kobiety na to zasługują.

Plebiscyt-Superbohaterka-2015
Kliknij, żeby zagłosować.

Kubryńska w krainie czarów

Zaczęłam się bać. Prawdę mówiąc, zaczęłam się bać już w tamten czwartek, gdy zatęskniłam do czasów bez prądu. Wracam do domu wieczorem i…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nawet nie wiem, kiedy to się zaczęło. Po prostu w pewnym momencie się zadziało. Najpierw w sprawach błahych, nieistotnych. Ot, po prostu jakaś zachcianka z rana spełniała się wieczorem. Kto by na to zwracał uwagę? Rzecz przypadkowa, nielogiczna. Mówisz do siebie przy śniadaniu: ciekawe co u Zenka. Dawno się nie widzieliśmy. I bach, dzwoni Zenek. Albo zastanawiasz się, jak tu skombinować parę dych na wieczór i przychodzi zwrot podatku. Dobra. Żadnej magii w tym nie ma. Ale kiedy na przykład mówisz nad ranem, że musisz wreszcie (wreszcie!) zadzwonić do redakcji i namówić ich (przekonać!), na publikację twoich tekstów w wersji papierowej, choć wiesz dobrze, że to niełatwe, każdy by tak chciał, trzeba by wymyślić naprawdę coś wyjątkowego, jakiś paraliżujący pomysł przedstawić, jakoś to uargumentować, a te argumenty muszą być z tytanu – i tak sobie myślisz cały ranek, po czym odkładasz sprawę na później, bo przecież nie ma hop siup, tak się pstryknięciem palcami nic nie wymyśli, na to trzeba mieć głowę wolną, trzy dni na zadumę i patrzenie w chmury, a potem jeszcze tydzień na bolesne próby i błędy, wykuwanie dłutem w kamieniu genialnych fraz, w pocie czoła to mozół, Jezus Maria. Odkładasz zatem sprawę i idziesz po drożdżówkę, po czym wracasz, siadasz do komputera i odbierasz taki oto mail:

– Cześć, Sylwia, chciałabym zaproponować ci stałą rubrykę w wersji papierowej naszego pisma.

Albo, jeśli załóżmy, nad ranem rozmawiasz ze znajomą przez telefon i, by rozwiać szarość poranka, bąkniesz coś o takim kolorowym pomyśle, jakim jest wydanie nowej książki, bo przecież od dawna to za tobą łazi, od dawna cię gniecie i tylko fakt, że wydawanie książki to smok siedmiogłowy nie do pokonania – cię przed tym całym procesem wstrzymuje. Ty już to znasz, ty wiesz jak to wygląda, nieprzespane noce, rozdygotane myśli, mokra od potu poduszka. Wysyłanie dwóch tysięcy maili do zaklętych milczeniem wydawnictw i upokarzające telefony. Odrzucenie! Chimeryczność! Widzieliście „Poznasz przystojnego bruneta”? Jak nie widzieliście, to zobaczcie. Obejrzyjcie i raz na zawsze wyleczcie się z pisania książek. Przynajmniej na razie. Ale kiedyś, owszem. Kiedyś, w przyszłości trzeba będzie napisać. Koniecznie. Jak będzie więcej czasu. Bo do tego trzeba strasznie dużo czasu. Rzeka czasu, ocean cierpliwości. Siedem gór i wodospadów. Za miesiąc. Za rok. Dwadzieścia lat. Dwadzieścia pięć.

I tak sobie mówisz, słuchawkę odkładasz i zajmujesz się wypełnianiem PIT-u. Zapominając na śmierć, że ty już TO powiedziałaś! Powiedziałaś, amen, nie ma odwrotu! Słowo się rzekło i gdzieś w rzeczywistości równoległej obraca w czyn! A ty sobie beztrosko PIT wypełniasz! Ty sobie spokojnie, jak gdyby nigdy nic, pod nosem przekleństwa na Ministerstwo Finansów rzucasz! A tymczasem na poczcie tupie nogą mail z wydawnictwa. A w nim przekaz, że oto, droga Pani, sprawy same się pozałatwiały. Góry i rzeki się same pokonały. Rwące strumienie, wodospady i oceany się rozstąpiły. Dżin z butelki wyleciał i siedmiogłowego smoka udusił. Chimerę zdławił. Uporczywe, nigdy nie zaistniałe milczenie rozwiał. Upokarzające, nigdy nie wykonane połączenia telefoniczne – rozłączył. A książka? Voilà! Gotowa. Tylko powiedzieć: tak.

Teraz już zaczęłam się bać. Prawdę mówiąc, zaczęłam się bać już w tamten czwartek, gdy opowiadałam Basi, jak to fajnie kiedyś było, gdy mi prąd odłączyli. Świeczki w Lidlu kupiłam, w kominku napaliłam. Straszne siupy. Nawet na blogu o tym napisałam. Ha, ha, ha. Mówię ci, Basia, warto było. Człowiek bez prądu docenia rzeczy niedocenione. Człowiek się staje wartościowszy. Przestaje pracować jak wariat, na chmury patrzy. Na księżyc i zorzę polarną. No, same plusy. Świetna sprawa. Mam mówić dalej? Mam tłumaczyć, co zastałam po powrocie z pracy?

Nie wiem, jak długo te czary będą działać. Zanim jednak się skończą, kupcie jutro Gazetę. Jeśli w jutrzejszym wydaniu Wysokich Obcasów będzie felieton w rubryce Kubryńskiej, to znaczy że jeszcze działają.

Wysokie Obcasy i szampan dla krokodyla

Piszę o tym nie dlatego, żeby się pochwalić, ale żeby przekazać wam bardzo ważną rzecz…

obcasy

Nie wiem! Nie wiem! Nie wiem! Nie wiem, czy będę wielkości znaczka pocztowego, czy jak dwa znaczki. Nie wiem, czy w środku, czy na końcu. Nie wiem nic, wiem tylko że w najbliższą sobotę po raz pierwszy w życiu pojawię się w papierowych Wysokich Obcasach. Piszę o tym nie dlatego, żeby się pochwalić, ale by przekazać ważną informację:

Marzenia się spełniają.

Ja osobiście już trochę boję się marzyć, bo nie ma marzenia, które by mi się nie spełniło. A bynajmniej nie jestem szczęściarą. Nie jestem też jakąś wyjątkową optymistką. Nie mam nigdzie znajomości, ani wpływowej rodziny. I nie mam wybitnego talentu.

A i tak się spełniają.

Pięć lat temu ciągnęłam po gdańskim dworcu wielką walizkę z próbkami powieści i czekałam na pociąg do Nieba. Pociąg przyjechał i zabrał mnie najpierw do Warszawy, potem do Krakowa, a uwierzcie kochani, ani Warszawa, ani Kraków z Niebem nie mają nic wspólnego. Chodziłam zatem od wydawnictwa do wydawnictwa, tłumacząc wszystkim w chorobliwym zapale, dlaczego warto zainwestować w mój talent. Oszczędzę wam szczegółów, bo na samą myśl o tym zdejmuje mnie paraliżująca żenada do dziś.

Wreszcie zaniechałam procederu. Zrozumiałam, że nie dam rady fizycznie obskoczyć wszystkich redakcji w Polsce. Wróciłam zatem do Gdańska i jęłam wysyłać maile. Nie pytajcie mnie, ile maili wysłałam. Ta liczba, a raczej relacja tej liczby do liczby odpowiedzi, to wspomnienie zbyt bolesne. Nie był to jednak czas lizania ran. Najboleśniejsze miałam jeszcze przed sobą. Najboleśniejsze miało dopiero przyjść. W odpowiedzi, na którą tak czekałam. W odpowiedzi z wydawnictwa od pewnego krytyka literackiego. W odpowiedzi, która brzmiała tak:

„Banał, nuda i pretensjonalny język”.

O Boże, ile było w tym racji! O Matko, jaki to był banał O Jezu, jaka to była nuda! O Chryste, jak pretensjonalny język! Redaktorze bezimienny, który napisałeś tego maila! Gdzie jesteś?! Odezwij się! Jestem ci dozgonnie wdzięczna. Jestem ci dłużna. Chcę ci podziękować, na wódkę zaprosić.

Człowiek bowiem sam tego nie zobaczy. Trzeba wyjść z ram, żeby ujrzeć obraz. Trzeba opuścić kołowrotek, żeby przestać się w nim kręcić. Trzeba dostać takiego maila, żeby zaniechać banału, nudy i pretensjonalnego języka.

A przynajmniej nie dostawać już takich maili. Oczywiście, maile są. Są w najlepsze. Jak się maili nie dostaje, to dopiero jest paraliż. Jak się nie ma hejterów, to dopiero jest marazm. Człowiek poznaje swoją wartość przez liczbę ganiących go krytykantów. Ja uwielbiam swoich. Dostaję od nich epistoły ze wskazówkami, pogróżkami, rozczarowaniem „Nie idź tą drogą!”. „Tym razem przesadziłaś”, „Lubiłem twój blog i teraz się zawiodłem!”, „Nigdy nie wrócę!”, „Spodziewałem się mniej populistycznego bełkotu.”

Ile razy ze sobą zerwaliśmy! Ile już było rozstań! Ile było powrotów! I wciąż jesteśmy, na dobre i na złe, a właściwie tylko na złe. No nic, trzeba iść dalej. Trzeba wydać książkę. Ten krótki błysk w życiu każdego debiutanta, gdy przychodzi umowa z wydawnictwa. Ta para skrzydeł zwinięta a drżąca z gotowości do lotu! Jezu! Boże! Matko! Czy istnieje numer telefonu, którego nie wybrałam tamtego dnia, gdy podpisałam umowę na wydanie książki?! Czy jest jakiś adres mailowy, na który bym nie wysłała tej cudownej nowiny! Moja książka! Na półce! W empiku! W księgarni Jawor! W Bibliotece Miejskiej! Na Allegro! W Merlinie! W Amazonie! Kuźwa, nie wiem, gdzie jeszcze! Świat przestanie się kręcić, świat się zatrzyma! Nic nie będzie, jak kiedyś! Koniec smutków, koniec frustracji! Już jutro, za chwilę nastanie wiekuiste szczęście! Wyjdzie drukiem moja książka! Spełni się moje marzenie.

A teraz matematyczna zagadka. Ostrzegam, trudna! Ile to jest: prawa autorskie plus dwa tysiące sztuk oficjalnego nakładu, plus niewiadoma – dodruk, zamknąć nawias, razy dwa złote za egzemplarz, plus odsetki z czterech lat?

Podpowiadam: paradoksalnie, nie jest to liczba dodatnia. Jak nie wierzycie, zadzwońcie do kancelarii adwokackiej. Oni mają sporo takiej arytmetyki.

Marzenia się spełniają. Spełniają się, aż strach. Marzenia są jak krokodyle. Wykluwają się małe, urocze jak broszki, a potem mnie zjadają. Nic, trudno, trzeba iść dalej. Ja idę. A raczej siadam. Siadam i piszę, a moje krokodyle nadgryzają mnie po cichu.

W sobotę pojawię się w Wysokich Obcasach. Wstanę rano, wezmę rower i pojadę do kiosku. Kupię sobie Gazetę Wyborczą i butelkę szampana. Gazeta dla mnie. Szampan dla krokodyla.