Dziękuję. I to długie, bo opowiadam co było dalej

To zdjęcie zrobiła mi Agnieszka Malinowska w 2006 roku. A może wcześniej? Bardzo je lubię. Jakoś mi tu dziś pasowało.

Powiem wam, co było dalej. Powiem więcej. Dużo więcej.

Wczoraj ryczałam przez pół dnia, potem leczyłam się z migreny. Nie kupiłam tej flaszki za 118, bo nie miałam siły wstać z łóżka. To uratowało mi życie. Wieczorem ledwo żywa pojechałam do Joanny, która kupiła ode mnie Samum i to dwa egzemplarze, żebym miała na gorącą czekoladę. Siedziałam u niej półprzytomna z bólu i zmęczenia, kiedy pomału zaczęło do mnie dochodzić, co się właściwie wydarzyło. Otóż wydarzyło się bardzo dużo. Bo oto dowiedziałam się, że są Ludzie, którzy zupełnie bezinteresownie, z dobrego serca wspierają mnie jak mogą, przysyłają słowa otuchy, kupują książki na BaBie, oferują prawdziwą pomoc bez tych wielkich haseł o feminizmie i ch.. wie czym jeszcze na plakatach, na posągach i w memach na fejsbuniu.

Nie. Oto są Ludzie, którzy pomagają innym ludziom, są Kobiety, które NAPRAWDĘ pomagają innym kobietom, a nie pieprzą o tym na panelach. To kobiety nieuwikłane, wolne, niezależne. Bardzo dużo jest wśród nich Polonii. Ale też są tacy, którzy mieszkają w Polsce, ale się nie boją, mimo swoich zależności, pracy, układów. Wszystkim najserdeczniej w świecie wielkie DZIĘKUJĘ. Jesteście wspaniali. To dla Was piszę swoje książki.

No i właśnie. Co było dalej. A propos pisania książek. Zerwałam się o pierwszej w nocy, założyłam kapcie i siadłam do komputera. Kot w szoku. Chociaż z tym to nigdy nie wiadomo. Mam wrażenie, że emocje wyrażone przez kota należą do zupełnie innego wymiaru emocji, z takiego niedostępnego dla mnie – przynajmniej na razie – wymiaru emocji, w którym panuje szacunek wzajemny tak zaawansowany, że sorry, ale niczym nie będziemy tu szastać. Zwłaszcza emocjami. Ja się wciąż tego uczę, zwłaszcza kwadrans po tym, gdy znów wydrę mordę tylko z takiego powodu, że chciałabym już bardzo powiedzieć to, co mi przyszło do głowy. Bo kurde, zniknie.

No więc siadłam do tego komputera i łajając się w duszy na wszelki wypadek, gdyby mi do łba strzeliło wchodzić na Facebooka – weszłam na Facebooka. I dostałam zawału serca. I szybko stamtąd uciekłam. Bo takich rzeczy to się może kiedyś spodziewał Mansztajn, jak otwierał Make Life Harder i rano wstawał półprzytomny, zaglądał do fejsa i (cytuję, albo robię coś w rodzaju cytowania) „musiał przetrzeć mopem ekran z niedowierzania”. Że tam tysiące lajków. Podobny scenariusz. Co miałam robić? To nie jest łatwe zmierzyć się z szokiem, dlatego zwiałam stamtąd w te pędy, choć znając siebie, aplikacji nie zamknęłam. Tak na wszelki wypadek. Żeby nie stracić kontaktu z rzeczywistością.

I zaczęłam pisać. To wcale nie jest takie proste: zacząć pisać. Ale jak się zacznie, to naprawdę, dzieją się rzeczy straszne. Nie wiem, może to nie to słowo. Może nie straszne. Ale wiekuiste na pewno. W każdym razie jesteśmy na razie przy „zaczęłam pisać”, co jest jeszcze kawałek przed czynnością właściwą. To jest ten moment, w którym jeszcze jest szansa, żeby bez nadmiernego wyrażania emocji (pamiętacie tamten poziom?) przerwać pisanie. Logiczne. Można przecież przerwać coś, czego się jeszcze nie zaczęło. Na luzie. Gorzej potem.

Ale spokojnie, wciąż jesteśmy przy rozpoczynaniu. Szukam więc w tym cholernym komputerze jakiegoś programu do pisania, a przecież ja wam do tej pory nic nie powiedziałam o tym, że już się rozstałam z Acerem bez klawisza F8. No więc od pewnego czasu mam inny komputer (kupiony na olx, więc używka, a ja jako wytrawna artystka uwielbiam używki), który dodatkowo ma zupełnie inny system operacyjny i weź mi tu, kurwa, znajdź worda. To trwało. Trwało. Wifi miała szansę wejść i wyjść z chałupy, miała też swoje pięć minut skoków na klawiaturę, coś tam nawet dostała do żarcia. Wiedziała, co robi. Wiedziała, że za chwilę przyjdzie ten niekończący się moment zastygnięcia czasu, bez-oddechu, bez-szmeru, bez-żadnego-niczego. Bo inaczej nie odpowiadam za siebie.

No i piszę. Piszę dla was, kochani, nową książkę, a w międzyczasie nie mogę przestać pisać. Ale wiem jedno. To będzie prze-za-je-bi-sta książka, która stanie się odpowiedzią na wszystkie pytania. A przynajmniej na te, które mi przyjdą do głowy.

To będzie moja pierwsza książka, która przyjdzie na świat w DOMU. Nie w żadnym, kurwa, szpitalu, który ma ci niby pomóc, a tak ci dowali, że z ledwością o własnych siłach wyjdziesz. Tak jak ja wyszłam. Ale żyję.

Wszystko przede mną.

Ujrzałam orła cień

Budzę się rano i widzę jego. Rozpiętość skrzydeł około metra, dziób zakrzywiony charakterystycznie, obrączka na martwym placu…

Zgodziła się. Ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie. (fot. Agnieszka Malinowska)

Poranki w moim życiu bywają drastyczne. Należy pamiętać, że mam kota. Kocicę. Właściwie to jestem Państwu winna kilka słów wyjaśnienia. Moja kotka to nie jest zwykła kotka. Należy do gatunku karakal wyżynny i jest niezwykle drapieżna. Podczas zabawy bywa, że tnie mi pazurami spódnicę jak brzytwą. Niejednokrotnie traciłam nowy ciuch – ostatnio nowiusieńką kieckę z lumpeksu – zapominając, z kim mam do czynienia.

To jest jak z Edwardem Nożycorękim. Wygląda groźnie, ale to anioł. Nigdy mnie nie zraniła. Chociaż podobno nigdy nie mów nigdy. Ale poza tym, że ma pazury jak mały tygrys i zęby jak tenże, jest głęboko inteligentna. Kładzie mi się na ramionach i leży na nich, gdy przechadzam się po mieszkaniu. Czasem czuję się jak bohaterka tych bajecznych zdjęć z wilkiem na ramionach. Mój wilk to Wifi, zwana czasem Babą. Piekielnie inteligentne zwierzę. Nie robię tego zbyt często, ale czasem muszę pochwalić tego kota. Otóż, gdy mam jakiś nierozwiązywalny problem, zadaję jej pytanie, co robić. I ona, jakoś tak po swojemu, jakimś rodzajem miauknięcia, albo – częściej – prychnięcia, odpowiada. Zawsze trafnie. Czasem aż siadam ze zdumienia.

No i dziś. Wstaję rano i widzę jego. Nie wiem, czemu myślę, że to on, bo przecież równie dobrze mogłaby to być ona. Ale ludzkość od dawna daje pierwszeństwo facetowi. Niech będzie. Teraz też. On. Rozpiętość skrzydeł około metra, dziób zakrzywiony charakterystycznie, obrączka na martwym palcu. Leży na tarasie i broczy. Nie daję mu szans. Nie ma szans. Nigdy nie miał. Orzeł biały. Młody. Prawdziwy. TEN.

Pierwsza myśl: dopadną mnie. Tego mi nie wybaczą. Ale zaraz pojawia się mój syn z pomysłem jak na młodego przystało: e, nagrajmy to! Matka to zawsze trochę głupia osoba, odurzona geniuszem swojego potomstwa. Tak i ja, rzucam się do zdjęcia tego okazu z urwaną głową (niestety już bez korony), filmuję poćwiartowane zwłoki i mimo że wiele razy widziałam rozpłatane przez lwy zwierzę na BBC, to jednak przechodzą mnie dreszcze. I następna myśl: no nie. Żadnych filmów. To nie fair. To nie fair tym bardziej, że Kacper, niczym diabeł duszę, zahandlować chce deal, że filmik wrzucony na Youtube super podniesie sprzedaż książek na BaBie.

Zwłoki? W reklamie? Czy ja postradałam rozum? O nie, sorry, wiem, młodość ma swoje prawa do demonów, ja jednak nie powinnam, ja już stara jestem, ja takich granic nie zamierzam przekraczać. Pozostaje zdjęcie. Ale czyje? Kota? Orła? Kota trzeba by spytać, a to i tak dalej nie wiadomo. Każdy, kto jest właścicielem kota, wie o czym mówię. Z kotami nigdy nic nie wiadomo. Raz się zgadza, za chwilę foch. Raz się daje, drugi raz nie. Zero reguł. Żadnych zasad. KOT.

Orła można zrobić, nie trzeba pytać. Ale jest dylemat. Zaraz powiem jaki, bo to zawiłe. Zanim jednak powiem, zdradzę, że puenta tego opowiadania wcale nie jest celem, do którego dążymy. Puenty właściwie nie ma. Ja nadal nie wiem, co z tym ptakiem zrobić. Gdzie dzwonić. Komu zapłacić? Na obrączce znaki nie do zrozumienia. Jedyne czytelne to: PL. Jak na białego orła przystało, narodowość pewna. Reszta szyfr. Kombinacja liczb. Kto czyta tego bloga od dawna, ten wie, jaką zawiłość dla mnie stanowi kombinacja liczb. Ja najwyżej mogę wyjaśnić znaczenie dziewiątki pik znalezionej na pokrytym deszczem bruku. Albo liczby składające się na datę urodzenia według kalendarza Majów. Ale to? Nie wiem. Nie pojmuję. Mam tego orła na tarasie i patrzę tępo w niego oraz w niebo wyczekując kruków. Świeży orzeł gratis. Zapraszam. Wifi tymczasem znudzona zabawą w Dextera, zlizuje krew ze śnieżnobiałych łap. Natura to nieobliczalny zegar kategoryczności.

Ale zdjęcie truchła? Wrzucone na Facebooka? Nie wiem. Nie wiem i zaczynam rozumieć, czemu nie zostałam twórczynią filmów przyrodniczych, które tak uwielbiam. Bo nie. Nie mogę. Jak tylko próbuję zrobić zdjęcie zwłokom, widzę taki obrazek.

Pewna orlica trzyma w domu kota. Dużego kota. Rzecz rzadka, ale możliwa. Ludzie także oswoili zwierzęta dużo większe od siebie. Na przykład konia. Słonia. Widziałam, że nawet hipopotama. Czemu mielibyśmy uważać, że jesteśmy ponad orłami? Wszak to one są ponad nami. No więc pupil orlicy to kot, a właściwie karakal wyżynny. Dzikie, mocne zwierzę. Powali niemowlaka bez trudu. No więc tak się składa, że karakal orlicy dorwał jakiegoś niemowlaka na spacerze, przywlókł orlicy do gniazda i czeka na rozwój wypadków. Orlica bierze smartfona, robi niemowlakowi zdjęcie i wrzuca na Dzióbuka. Dwieście orłów z całej Polski daje lajka i ma bekę.

I teraz docieramy do puenty. Puenta jest prosta jak polski dowcip. I jak polski dowcip trafna.

Ja pierdolę.