Category: W drodze

Jedyna osoba na świecie

Natychmiast po wrzuceniu przeze mnie selfie, wyświetlacz mojego telefonu zapadł się w mrok, całość zgasła i zamilkła na wieki. Koniec tego, kurwa. Tak powiedział Bóg

 

Już, już miałam zamykać tego bloga, już się wyrzucałam z Facebooka, już wywaliłam smartphona. Ale jeszcze – pomyślałam – jeszcze o tym napiszę.

Na wakacjach będąc, bo właśnie wróciłam – dostałam wiekuistego olśnienia w sprawie sensu życia. Dotknęłam Absolutu. A raczej Absolut dopadł mnie poprzez ukazanie prawdy o wpatrywaniu się w komórkę przy jednoczesnym braku kontaktu z człowiekiem OBOK.

Uwierzcie, są ludzie, którzy prawdopodobnie nie wiedzą, że jeśli, dajmy na to – przez godzinę nie wyjmą telefonu z torby – NIE przestaną oddychać.

Druga rzecz, że gdzieś tam jest zawsze coś bardziej interesującego. Ktoś wyjeżdża na wyczekiwany, upragniony, wyciułany urlop i z miejsca szuka wifi. Ktoś wytycza trasy zwiedzania w przewodnikach i na mapach, a w drodze nie odrywa się od telefonu.

Bo to potwornie ważne, że ktoś coś pieprznął w Sejmie, że Macierewicz i PiS, że wypadek na siódemce, że coś w robocie, a w dodatku jeszcze Jola. Warto badać pogodę w Polsce i stan wody w Wiśle. Obejrzeć statusy, kto co tam oświadczył, umył auto, czy zjadł płatki – wszystko w czerwonej ramce.

„Tu i teraz” na urlopie jest tylko po to, żeby to spstrykać i wysłać komuś, bo tam ktoś sczeźnie, zanim tego nie zobaczy. „Tu i teraz” na wakacjach nigdy nie jest po to, żeby to przeżyć. Bo gdzieś tam gonią sprawy, tam czekają posty, tam się dzieją apokalipsy.

I tak mnie Pan Bóg natchnął, tak doświadczył, że drugi Jego dotyk był jeszcze surowszy, jeszcze bardziej ostateczny, mianowicie natychmiast po wrzuceniu przeze mnie selfie na FB, wyświetlacz mojego telefonu zapadł się w mrok, przycisk „power” doznał paraliżu, całość zgasła i zamilkła na wieki. Koniec tego, kurwa. Tak powiedział Bóg.

Poszłam do tamtejszego serwisu. Pokręcili głową.

Poszłam do kumpeli faceta. Dłubał, nic nie poradził.

Poszłam wreszcie na piwo.

Bo co? Co niby? Pracownik GSM się dziwił, gdy mu wczoraj zostawiłam truchło bez żalu i powiedziałam: nie spieszy mi się. Nie spieszy mi się, bo Alicja pożyczyła mi starą nokię, która z atrakcji: DZWONI. I to – jak się okazuje – całkowicie wystarczy, żeby żyć.

Ale ja nie o tym. Chcę napisać o czymś innym. Chcę napisać, jakże to się pięknie składa – o rozmowie. Ale nie o rozmowie z kimś, kto patrzy w smartphon i ma cię w dupie. To nie ma sensu. Nigdy nie mów nic do osoby, która patrzy w smartphon. Jeszcze cię opierdoli.

Mów raczej do osoby, która cię słucha. Do jedynej osoby, z którą nie da się rozmawiać przez komórkę. Jest tylko jedna taka osoba na świecie. Ty.

Z początku taka rozmowa jest trudna. Człowiek się jednak nieco wstydzi. Kiedyś, owszem, za dzieciaka się do siebie gadało, ale teraz przecież jesteśmy dorośli, jesteśmy poważni, jesteśmy NORMALNI, dlatego śledzimy z pasją śmieszne koty i zdjęcia potraw koleżanek. Ale żeby gadać do siebie? Ciężko. Ciężko.

Słowa drewniane, nieśmiało wydukane wydają nam się dziwne i niepotrzebne. Głos jakiś obcy, nielubiany, sztuczny. Najlepiej wychodzą bluzgi, najłatwiej za kierownicą. Ale żeby już powiedzieć: – ej, czego tak klniesz? – to już głupio. To znaczy głupio, że się klnie, ale zaraz można to wyjaśnić. Najlepszym wyjaśnieniem tej sytuacji jest krótkie, a mocne zdanie, w którym wypuszczamy całą negatywną emocję: – Bo tak!

I od razu lepiej. Serio.

Gadać trzeba od rana. Można przyjąć, że jesteśmy jedną osobą, można też uznać nas za parę. Są wypadki, gdzie człowiek stanowi całą kompanię i to też jest OK. Ale rano najlepiej się nie rozprzestrzeniać. Zanim się kawy napijesz, zanim się obudzisz, zostań sam. Nie rzucaj się od razu w wir towarzyski, bo się pogubisz.

Ja rano nie przepadam za tłumami, nawet jeśli tłum stanowią moje własne osobowości. Nigdy nie wiadomo, której przyjdzie ochota wrzasnąć, tupać, czy zadać głupie pytanie. Sama sobie zadam najwyżej coś w stylu: – kawa czarna, czy z mlekiem?, – a jest mleko?, – nie mów mi, że nie ma!, – a kto nie kupił?!, – no chyba nie ja!

Im dłużej człowiek ze sobą gada, tym więcej znajduje tematów do rozmów. Super się samemu ze sobą obgaduje kogoś, kto w danej chwili wkurza. Tego rodzaju obsmarowanie jest o tyle świetne, że w żaden sposób nie przecieknie do niepożądanego ucha. Nikt nigdy wam nic nie wytknie, żadnych głupot, błędów, omyłek. Nikt się nie przyczepi, że przesadzacie, nikt nie popuka w czoło. No chyba że wy. Ale wtedy spokojnie możecie się ze sobą pokłócić.

Kłótnia ze sobą to najwspanialsze oczyszczenie atmosfery między tobą a najważniejszą osobą na świecie. Nic tak nie buduje, nic tak nie uczy. Kłócić się można do krwi, do przekleństw i rzucania przedmiotami o ścianę. Możecie się obrażać, możecie się przepraszać. Wszystko dozwolone. A jednak. Jedna rzecz jest zabroniona.

Nie wolno się do siebie NIE odzywać.

Brak kontaktu ze sobą jest potwornym doświadczeniem. Wygląda jak klatka. Ciasna komórka, po której człowiek chodzi skulony nad świecącym przedmiotem i puka w niego palcem bez słowa, bez skutku szukając messengera z własnym imieniem. A wokół ludzie, a wokół ptaki, a wokół drzewa, a wokół kwiaty. I wszystko tak potwornie niewidzialne, niedostępne, niemożliwe…

Piekło, ku…a, piekło. W skrócie PKP

W przedziale pięciu facetów. W pociągu tysiąc stopni. Co mam robić? Regulować pokrętła? Czy ktoś z Państwa kiedykolwiek regulował pokrętła w PKP?

2d047cea-e51a-4d73-9ef4-bb0f5c0f571c_470x

Nie to że wyjechałam i zarzuciłam pisanie. O nie. Plan był taki, że wyjeżdżam, aby pisać! Wzięłam nawet laptopa! Ale nie wzięłam baterii. A w pociągu nie ma kontaktów w ścianach. A jak są, nie działają. Niewiele w pociągu polskim działa, ale jedno działa na pewno i totalnie. Ogrzewanie.

Ogrzewanie, drodzy państwo, działa w polskim pociągu zero-jedynkowo. Oznacza to, że albo panuje tropikalny żar, albo arktyczny ziąb. Kiedyś jechałam w styczniu pociągiem relacji Kętrzyn – Suwałki, w którym ogrzewanie działało w skali 0:1 w obrębie zera. Z tym, że było to zero absolutne. Dla mniej zorientowanych, zero absolutne jest dużo poniżej tego zwykłego ziemskiego zera i jest to ściśle temperatura panująca na Jowiszu.

Jechałam wtedy opatulona w kożuch z barana, wbita w wełnę w panicznym bezruchu, każdy bowiem najmniejszy gest powodował ducie lodowatego wiatru po skutym mrozem organizmie. Każda minuta tej podróży wypełniona była coraz głębszym zapadaniem się w kożuch. Coraz bardziej kategorycznym bezruchem. Coraz cięższym milczeniem. Gdyby wtedy zadzwoniła moja komórka, w życiu bym jej nie odebrała, odebranie komórki mogłoby bowiem skutkować złamaniem ręki niczym pęknięcie pokrywy lodowej na tafli zanikającego życia. Ale rzecz jasna, żadna komórka nie zadzwoniła, bowiem zarówno ona sama, jak każdy człowiek zamierzający do mnie zadzwonić – zamarzli. Świat zamarzł, świat zamienił się w krainę lodu, szyby w oknach odmalował szron, sople przyozdobiły klamki, śnieg przykrył podłogę i toaletę. A wszystko to za sprawą magicznej organizacji zwanej PKP.

I za sprawa PKP właśnie, doznałam ostatnio zupełnie odwrotnego, choć tak samo skrajnego doświadczenia. Jechałam z Katowic do Gdańska. Z Katowic do Gdańska jest kawał drogi, rezolutnie wykupiłam więc kuszetkę na samej górze. I rezolutnie – pamiętając dotkliwą zmarzlinę w PKP na trasie Kętrzyn – Suwałki, by przeżyć, wzięłam kożuch.

No i teraz szybko. Na górnej półce obok leży facet, który waży jakieś 260 kilo, chrapie od pierwszego momentu podróży, a gdy tylko przestaje chrapać – zaczyna kaszleć. Na półce niżej leży drugi facet. Kaszle. Pode mną: znów facet. Chrapie. Na samym dole dwie osoby dotkliwie kaszlą. Obie rodzaju męskiego. W sumie pięciu facetów. Po minucie stwierdzam, że w przedziale, oprócz gęstego jak śmietana zapachu testosteronu, miliona bakterii, panuje temperatura tysiąc stopni. Nie, nie minus. Nie ma takiej skali. Tysiąc może być tylko na plus. Plus jak diabli. Piekielny plus katowickiego pieca hutniczego. Ściągam kożuch i wciskam w kąt między nogami i sufitem. Kożuch pali w nogi. Wszystko pali we wszystko. Spodnie, bluza, koszulka i podkoszulka. Palą mnie skarpetki, palą mnie majtki. Fizelina podszywająca się pod szumną nazwą „pościel”, którą wykupiłam w ramach dodatkowych kosztów do biletu. Parzy.

Co mogę zrobić? Regulować pokrętła? Czy ktoś z Państwa kiedykolwiek regulował pokrętła w PKP? Pokrętła w PKP służą tylko i wyłącznie do tego, żeby sterczeć. Nic się nimi nie da wyregulować, a już na pewno nie temperaturę. To może otworzyć drzwi? Hałas doprowadza do szału, a na korytarzu też skwar. To co? Może wyciągnąć laptopa i pisać tekst na blog? Błagam, darujcie! Wyobrażacie sobie, że ja w tym piekle, przy akompaniamencie chrapania i kaszlu (faceci na dole: kaszel suchy, facet 260: kaszel mokry), wyciągam laptopa i zaczynam szukać niedziałającego kontaktu? Nie! Nie mogę! Każdy ruch, niczym tamten z pociągu relacji Kętrzyn – Suwałki, paraliżuje! Ale tym razem paraliżuje ogniem! Jezu, ludzie! Czy przez trasę Katowice – Gdańsk rozpostarła się pustynia? Równik może przebiega? Czy cały węgiel Górnego Śląska został wrzucony do kotła tej lokomotywy?! Czy elektrownie całych Katowic zasilają kaloryfery tego pociągu?! Tak. Tak. Nie ma już prądu na laptopa. Cały poszedł na ogrzewanie. A ja nie mogę nawet skleić jednej frazy. Nic nie mogę. Mogę tylko:

  1. Udusić się
  2. Dostać udaru
  3. Zwariować
  4. Rozebrać się.

Rozebrać się! Ten szatański plan opętał mnie od pierwszej myśli. No, ale jak mam się rozebrać? Pięciu facetów i ja się rozbieram?! W pociągu?! Ten obok leży, owszem niby śpi, ale przecież chrapanie przerywa mu kaszel, co chwila więc się budzi! A ci z dołu, mówicie, że nie zauważą? Zauważą z pewnością! Facet wprawdzie mało co zauważa w życiu, ale zawsze i wszędzie widzi rozbierającą się, ba!, choćby myślącą o rozebraniu się kobietę!

No nic, hańba albo życie. Zaczynam od skarpetek. Matka z ciotką i babką odwiecznie kontestowały, że cały chłód od stóp idzie. Niech więc idzie! Niech zacznie. Ale chłód ani drgnie, chłodu jak na złość brak. Po cichu zdejmuję bluzę. Ale czy zdjęcie bluzy w temperaturze tysiąca stopni może przynieść ulgę? Przykro mi, proszę panów, wybaczcie, muszę zdjąć koszulkę. I żeby nie było, za chwilę muszę zdjąć też spodnie. A zdjęcie spodni wiąże się z: rozpięciem sprzączki metalowej paska (chrzęst!), rozpięciem zamka błyskawicznego (szuranie!), zdjęcia tego całego rozklekotanego chrzęstu z tyłka, następnie ściąganie z całej długości nóg (nie mam takich krótkich!) materiału z wypełnionymi monetami, kluczami, portfelem i dokumentami (odwieczna zasada podróżującego: dokumenty, pieniądze i klucze przy sobie!) kieszeniami!

To owszem, może obudzić mężczyznę. Ale bardzo przepraszam, za chwilę umrę z gorąca. Rozpinam więc pasek, zdejmuję spodnie i owszem, kurde, nie da się inaczej, robię hałas. Najbliższy facet śpi jak zaklęty, choć głowy nie dam, czy nie podgląda, świnia. Reszta: nie wiem. Nie patrzę. Zaciskam oczy i udaję, że mnie nie ma. Teraz już jestem tylko w podkoszulku, który jednym (raz kozie!) rozpaczliwym ruchem ściągam i kładę się jak Pan Bóg stworzył na płask, czekając na powiew upragnionego wiatru. I na sen. Wiatr przychodzi później, sen od razu. Śni mi się katastrofa kolejowa. I ja naga, lewitująca spod sufitu w ramiona sześciu kaszlących mężczyzn. Blachy przedziału się gną, pociąg się przechyla, otwiera się okno, cudem wylatuję na zewnątrz. I ląduję w Częstochowie, w sanktuarium maryjnym, przed gniewne oblicze Matki Boskiej Częstochowskiej, która od mojego dzieciństwa patrzy na mnie tym swoim zgorszonym wzrokiem i zna moje zdrożne myśli bardzo dokładnie, a teraz to już brak jej słów.

Nie dziwcie się, że się budzę. Mokra, spocona, ciężko dysząca. Szukając chłodu, przytulam się do metalowego pręta stanowiącego rodzaj półki na bagaże i zasypiam znowu. Tym razem w kamiennym śnie mijam Gdańsk i ląduję w Szczecinie na peronie, goła w samym dessous.

Ludzie, ile można! Ile można jechać? Ile można ryzykować golizną wśród pasażerów płci męskiej? Stres rzuca mną po wewnętrznych przestrzeniach, żar i duchota mnie spopiela. Pociąg się zatrzymuje i nagle czuję upragniony wiatr! Ktoś otwiera drzwi przedziału, wtyka głowę i patrzy w mrok. Jego kurtka, czapka, jego szarpnięcie drzwiami – wszystko to jeszcze świeże, niezakaszlane, niezachrapane, niespocone, nieskażone piekielnym gorącem. Dopiero wszedł z dworu, ze stacji, jeszcze chłodny. Nie zamykaj drzwi, wędrowcze, wpuść trochę życia! Trudno, przyzwyczaiłam się, że na świecie są sami faceci. Nie odchodź! A on posłusznie drzwi nie zamyka i patrzy w mrok, w czeluść, w ten piekielny kocioł. I oczy się do mroku przyzwyczajają i ja też już widzę to, co on widzi. Sześciu pasażerów PKP. Pięciu facetów, jedna kobieta. Leżą, kaszlą i chrapią. A wszyscy porozbierani jak do rosołu.

Moja piosnka z London Luton

Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi przez uszanowanie (funt razy pięć złotych nie spada z nieba)

Tęskno mi, Panie…*

Do kraju tego, gdzie pierwsze ukłony są jak odwieczne Chrystusa wyzywanie i brzęczą jak cymbał brzmiący na portalach internetowych – niepochwalonych

Tęskno mi, Panie.

Do kraju bez światło-cienia, do tych co mają tak za tak, nie za nie, gdzie prawdziwość rzeczy elektryzuje, przenika do szpiku pamięci nigdy nie zatartej, zawsze bolesnej jak katolicka wiara

Tęskno mi, Panie.

Gdzie uśmiech na dzień dobry jest jedynie snem dziecka nieświadomego jeszcze, jak szary a jednocześnie tandetnie pstry (od reklam leków na hemoroidy, zaparcia, kaszel, impotencję i złogi, na martwicę, stwardnienie serc i mózgów, głupotę i zawiść, na nietolerancję, na kościół, na pedofilię, na przemoc w rodzinie, na patriarchat, na homoseksualizm, na gender) jest ten kraj

Tęskno mi, Panie.

Do kraju, w którym mówi się w języku najtrudniejszym na świecie, bo składającym się z samych ciężkich słów na literę K

Tęskno mi, Panie.

Do kraju prób i błędów, właściwie samych błędów

Tęskno mi, Panie.

Do zastawionego stołu, do tej Matki Boskiej wszystkich wędrowców, nieproszonych, niespodziewanych gości, do pustego talerza przy wigilijnym stole, do rodzinnych najazdów, do niekończących się odwiedzin;

Do cudu niewyczerpanej lodówki mimo kryzysu, mimo zaborów, mimo wojny, mimo wystawienia środkowego palca polskim lotnikom po bitwie o Anglię, mimo komuny, mimo niskiej renty, mimo kredytu, mimo pensji poniżej średniej krajowej, która jest ułamkiem pensji najniższej krajowej w Europie;

Dokąd będzie się wracało jak na skrzydłach samolotu pełnego ogorzałych wyniszczonych i podchmielonych rodaków, którzy w milczeniu przeżuwają kolejne upokorzenie, upokorzenie jak kamień w zębach, od:

Niemców

Anglików

Francuzów

Norwegów

Holendrów

Irlandczyków

I diabli wiedzą kogo jeszcze, bo diabli wiedzą gdzie jeszcze na tym świecie zarabia się lepiej niż w tym kraju, do którego

Tęskno mi, Panie.

Do uścisków i przytuleń, do pocałunków, do płaczu i rechotu, do wzniosłych wyznań, do wiecznych zerwań i powrotów, do: „Boże, jak ona mnie wkurwia, a nadal ją kocham!”

Tęskno mi, Panie.

Do wujków, ciotek, babć, dziadków, sióstr, braci, kuzynów, koleżanek, kolegów, przyjaciół i wrogów;

Do wieczornych wypadów po sól do sąsiada;

Do jeziora kortowskiego;

Do ogniska na poligonie;

Do tych łąk zielonych ;

Do ogórków kiszonych;

Do piwa na plaży;

Do nocnych powrotów;

Do słonecznych poranków;

Do miłości;

Do domu

Tęskno mi, Panie…

—————————————————————————————–

…*Prezesie, Pośle, Senatorze, Generale, Dyrektorze, Profesorze, Sędzio, Prezydencie, Ekscelencjo (niepotrzebne skreślić).

10918020-polska-flaga-malowana-na-stary-ceglany-mur

SOS z łodzi podwodnej

Ona nie jest członkiem załogi u-bota. Nie jest nawet płetwonurkiem. Co zatem robi w łodzi podwodnej? To proste. Gdy pewnego dnia ktoś jej proponuje coś kompletnie od czapy, ona się zgadza

Nie było mnie z kilku powodów. Po pierwsze: przytłaczająca liczba sponsorowanych postów, akcji „kto pierwszy ten lepszy” i różnej maści konkursów w blogosferze – kompletnie mnie to przyblokowało. Pomyślałam, że albo w ogóle nie nadaję się na blogerkę, albo muszę piorunem wymyślić jakiś konkurs. No i wymyśliłam. A raczej życie wymyśliło. Ale o tym za chwilę.

Drugi powód mojego zniknięcia to wyjazd do Szwajcarii. Nie wiem, jakim cudem udało mi się wypełnić plan, ale faktycznie, któregoś pięknego słonecznego i potwornie upalnego dnia znalazłam się na pompowanym krokodylu w lazurowym Renie. Jeśli dodać do tego spadające z mostu do rzeki, niczym dojrzałe kokosy, ciała plażowiczów, należy przyznać, że było to dość niesamowite przeżycie. Fakt, że w Renie nie ma wi-fi, uniemożliwił mi pisanie bloga, co niestety zdziesiątkowało moich czytelników. Inna sprawa, że można było jeszcze uratować sytuację, na przykład po wyjściu z Renu. Ale po wyjściu z Renu nie uratowałam sytuacji, zajęłam się bowiem skrupulatnym przewracaniem się po plaży.

Gdy wróciłam do kraju i pojawił się cień szansy na odratowanie bloga, z miejsca pojawiła się Wołoska z kółkiem ratunkowym i natychmiast rozpoczął się cykl skoków przez kółko, niczym przez obręcz, do basenu ogrodowego.

Ale jak już jestem przy wodnym temacie, pragnę wreszcie ogłosić ten konkurs. Konkurs – zagadkę. To będzie zagadka o wspomnianej już Wołoskiej. A raczej o łodzi podwodnej, którą Wołoska postanowiła pływać w Bałtyku. Tak jest. Takie rzeczy się zdarzają. Nagminnie. Nie, Wołoska nie jest żadnym członkiem załogi u-bota. Nie jest nawet płetwonurkiem. Co zatem robi w łodzi podwodnej? To proste. Gdy pewnego dnia ktoś dzwoni do Wołoskiej i proponuje coś kompletnie od czapy, ona się zgadza. Oczywiście, zgadza się pod warunkiem, że to jest coś, czego jeszcze nigdy nie robiła. Dlatego ona się nie zgodzi na bungee jumping. Bungee to nuda. Bungee to ona zaliczyła w podstawówce. Spadochron? Nie rozśmieszajcie Wołoskiej. Ona żadnych skoków dla taniego efektu wykonywać nie będzie. Ona teraz będzie nurkować.

Wołoska przechodzi więc stosowny trening w basenie, dostaje maskę, płetwy oraz instrukcję wstrzymywania oddechów, wreszcie zalicza kilka długich kwadransów wędrówki wśród meduz. I syren, rzecz jasna. Syreny mają tu pewne znaczenie. Syreny i harmonie. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Nadchodzi wreszcie czas na spektakularne zanurzenie w u-bocie! Byłoby cudownie, gdyby wszystko działało. Ale życie jest pełne niespodzianek, a żyjemy w kraju, gdzie sprawność maszyn jest co najmniej nie na miejscu. Po zanurzeniu się łodzi nagle okazuje się, że zepsuł się jeden z silników. I to jest silnik odpowiedzialny za… wynurzenie.

Tu właśnie przychodzi moment na pierwszy i prawdopodobnie jedyny konkurs na tym blogu, na konkurs – zagadkę:

JAK WYNURZYĆ WOŁOSKĄ?

Nagrodą za podanie prawidłowej odpowiedzi będzie uratowanie życia Wołoskiej. A to, trzeba przyznać, nie byle nagroda. To prawdziwe bohaterstwo. Tego nie sposób zastąpić żadną materialną pierdołą, ani, przykładowo smartfonem od Apple’a, ani pakietem bezpłatnych minut na pozbawione sensu pytlowanie przez komórkę, ani nawet niczym nieograniczony Internet do sprawdzania na Facebooku informacji bez znaczenia. Prawda?

Zepsuł się silnik. Usterka polega na tym, że nie działa napęd w różne strony, ale statek może się poruszać. Tylko że w jednym kierunku.

Kto oglądał Das Boot, ten wie, że różne rzeczy mogą dziać się w morzu, a łódź dalej płynie. Kto zaś czytał Vonneguta, ten z kolei rozumie jasno, że tego typu uszkodzenia pojazdu nie są przeszkodą, ba! – są jedynie szalenie ciekawym wyzwaniem.

Czekam więc na ratunek. Pomóżcie Wołoskiej wynurzyć się z Bałtyku!

Z Oslo do Barcelony via Rębiechowo

Wszelkie podobieństwa do zdarzeń opisanych w tym tekście są przypadkowe. Powiem więcej: wszelkie wydarzenia w tym tekście są przypadkowe. Ba. Wszelkie wydarzenia w moim życiu są przypadkowe

O tym, że dla Polaków kwestia turystyki to ciężki kaliber świadczyć może chociażby cena noclegu w okolicy Kokoszek oscylująca wokół sześciuset złotych polskich. Dla porównania uroczy hotelik w centrum Barcelony kosztuje 20 euro za dobę. Wiem, byłam, sprawdziłam. Ale ja nie o tym. Mój problem związany z podróżami polega na czymś zupełnie innym. Otóż nigdy, za żadne skarby świata nie udaje mi się podróżować spokojnie. Zawsze coś. Zawsze niespodzianki. Zawsze perypetie. Głupia podróż do Olsztyna: ban z autobusu. Pociąg? Błądzenie przez nieistniejącą Iławę. Kiedyś nawet mi bombę podłożyli w Tczewie. Ostatnio w trasie na Mazury bocian wpadł do lokomotywy. Bocian upieczony, lokomotywa spalona, w Morągu koniec trasy. Tłukłam się z plecakiem po mazurskich wsiach.

Wracając do tematu. W każdej peregrynacji wyskakuje mi szereg zupełnie niespodziewanych wypadków. Tak było i teraz, gdy się wybrałam z bratem zwanym Whisky, do Hiszpanii.

Wszystko zaczęło się od telefonu. Whisky zadzwonił  któregoś wieczoru i oznajmił, że pojechałby do Hiszpanii. Z drugiej strony urlop krótki, nie lada okazja, żeby odwiedzić przy okazji kumpla w Norwegii. Kumpel sam siedzi w lesie, nie ma co jeść, więc by wypadało pojechać, ale nie z pustymi rękami, więc trzeba coś zawieźć, w gruncie rzeczy chyba najważniejsze, żeby jakoś pomóc, aczkolwiek w Hiszpanii Whisky nigdy nie był, co tu gadać północ to nie południe (a właściwie odwrotnie), co robić, dobra, jedziemy do Hiszpanii. Ale do kumpla też.

– Ja nie jadę do żadnego kumpla – protestuję.

– No to – on postanawia – podrzucę kiełbasy i wrócę fru, fru a potem polecimy do Hiszpanii. Zdążymy. Jeszcze się z kumplem napiję.

Dobra, samolot do Norwegii piąta rano. Jedziemy na lotnisko, Whisky wyskakuje z samochodu, torbę z kiełbasami trzyma i biegnie na samolot. Ja z powrotem spać. Mijają dwie godziny, budzi mnie ojciec telefonem, co z tą waszą Barceloną?! W porządku, odpowiadam, lecimy jak tylko Whisky wróci, nie wpadaj w panikę, wszystko pod kontrolą.

Tymczasem patrzę na komórkę, sms, Whisky: „Z torbą mnie nie wpuścili do samolotu, zostawiłem przy kiosku, wezmę jak wrócę”. Myślę mętnie, że niepotrzebnie poleciał, bo jak go nie wpuścili z kiełbasą, to poleciał z pustymi rękami, a miał kumplowi dać jeść, Co za bezsens, myślę zaspana, gastarbajterzy całe życie, kiełbasy wożą, pracują gdzieś po świecie, śpią w lesie i jeszcze ich do samolotu nie wpuszczają. Jakie to wszystko, myślę, smutne, jakie to biedne. A choćby i to, że gdzie byśmy nie byli, wszystko drogo. Na przykład taki precel: dwa euro. Weź daj dwa euro za precel. Z dziećmi jedziesz, dzieciak chce precla, ty chcesz precla, stary chce precla, drugi dzieciak też chce precla, bo jak ten pierwszy dostał, to drugi z automatu się drze. A każdy pieprzony precel dwa euro, w sumie osiem razy cztery, wychodzi trzydzieści dwa złote za durne precle, to my już dziękujemy, idziemy do Aldi po drożdżówkę.

Znów telefon. Whisky wraca. Łzy w oczach, na osobistą go wzięli. W Norwegii wysiadł bez torby, tylko dwie komórki i kalkulator w kieszeni. Podejrzany, w dodatku Polak. Kazali mu sikać do kubeczka, w brzuch gnietli, narkotyków szukali. Szalał ze strachu, że tyłek zajrzą.

– A gdzie torba?

– Jezu, zapomniałem!

Jadę na lotnisko, Whisky ręce rozkłada. Patrzył w kiosku, śladu po torbie, pewnie ktoś ukradł. Pytał, ale na zmianę kioskarka przyszła popołudniową. Coś bąknęła o straży granicznej, ale on po norweskiej kontroli ma uraz.

– To ja zapytam – mówię. No, co? Kiełbasa ulicą nie chodzi, z nieba nie spada. Idę do tej straży granicznej, walę w drzwi, otwiera strażnik i krótko:

– Proszę się rozejść.

Patrzę na brata, brat patrzy na mnie, w twarzy tej widzę obrazek sprzed lat, gdy zbieraliśmy kłódki do łowienia płotek. Kłódki to takie robaki, przynęty, a płotki to ryby. Ściśle: płocie. Mali jeszcze byliśmy. PKS-em nad jezioro pojechaliśmy. Uzbieraliśmy wiaderko, schowaliśmy pod drzewem. Nagle przyszedł jakiś wąsaty wędkarz, wziął wiaderko bez pytania i poszedł w las. Właśnie tę samą minę miał wówczas Whisky. Wzburzenie, bezradność, żal. I jednocześnie jakieś takie pogodzenie się z losem. Mądrość życiową, która przyświeca ludziom będącym ponad to całe emocjonalne rozdygotanie świata.  Pamiętam też scenę, gdy byliśmy już starsi. Któregoś lata zjechało do nas pół Wilna krewnych i siódmych wód po kisielu. Była wśród nich ciotka Patapowa. Ciotka Patapowa charakteryzowała się wyjątkowym brakiem finezji. Chodziła jak słoń, głośno bekała przy stole, drapała się po tyłku. Wszystko to darło serce mojego brata, który z byle powodu cierpi na migreny, nie znosi hałasu i chamstwa. Ale znosił. Znosił cierpliwie, bo go nauczyli, że gość w dom, Bóg w dom (o tym też już pisałam). Któregoś dnia jednak nie wytrzymał. Sam mi się zwierzył. Siedział z ciotką w kuchni. Ciotka nałożyła se śledzi i je. Mlaszcze, siorbie, kapie. Dziamga. Pluje. Mruczy przy tym i chrząka jak wieprz.

– Ja pierdzielę, mówię ci, myślałem, że oszaleję, już byłem bliski obłędu…

– I co?

– No, nie wytrzymałem.

– To znaczy?

– Nie wytrzymałem i…

– I…?

– Aż się na nią spojrzałem!

No, spojrzał. Spojrzał na ciotkę Patapową całą swoją wielką siłą protestu. A ona niewzruszona dalej jadła śledzie. Teraz z kolei spojrzał na drzwi Straży Granicznej, za którymi przepadła kiełbasa.

– To co my teraz będziemy jeść?

Prawda jest taka, że wcale nie zadał tego pytania. Jeszcze nie wtedy, jeszcze nie na lotnisku. Zadał je pod hiszpańską restauracją, w której porcja jedzenia kosztowała dwanaście euro. Niby drogo, ale knajpa miała jedną zaletę. Można było nałożyć na talerz, ile dusza zapragnie. Właściwie można było brać wszystko, czym kuchnia dysponowała. W dowolnych ilościach.  Makarony, sałatki, katalońskie kompozycje owoców, jagnię z miodem, cielę w śliwkach i kalmary. Dla wybrednych deser. Ciasta piętrowe, krosanty. Kawa, kola fanta sprajt. Skolko ugodno. Za dwanaście. No, nie raj? Wzięłam całą tacę, dwa widelce i niosę do stolika. Whisky się wreszcie uśmiecha:

– Pal sześć kiełbasy.

Zaczynamy jeść. Nagle podbiega do nas, a raczej do Whisky podbiega jakaś skośna porządkowa i krzyczy:

– Mister! Mister! Do not eat!

Tak oto wcieliłam się w postać Jacka z „Kwiatu Paproci”, który miał wszelkie bogactwo tego świata, lecz nigdy nie mógł się z nikim podzielić. Miałam kopiasty talerz żarcia i głodnego brata, którego nie mogłam nakarmić. A gdy postanowiłam jednak złamać zaklęcie i wbrew zakazom oddałam część porcji bratu – skośnooka wyrzuciła nas z knajpy. I wtedy właśnie powiedziałam to zdanie. Wypowiedziałam je głośno, bo wreszcie zrozumiałam swoje jestestwo. Może już na lotnisku, przed odprawą do Barcelony, gdy kątem oka ujrzałam w prasie codziennej artykuł o wczorajszej ewakuacji dwóch pięter lotniska z powodu porzuconej przy kiosku torby z kiełbasami, którą z kolei spacyfikowała i zniszczyła grupa saperska, przyznam – może miałam pewne podejrzenia co do tego, kim naprawdę jestem? Takie przeczucie zawiązania tej sentencji w głowie? Ale dopiero tu,  na barcelońskim bruku, wśród niepojmujących mowy polskiej tubylców, odważyłam się głośno przyznać:

– Jam częścią tej siły, która wiecznie dobra pragnąc, wiecznie czyni zło.

—————————————————————————————

Opublikowane w:

Be-travel

Be Magazine/Be Travel

Jak chorować żeby zwariować, czyli…

always look on the bright side of life

A więc wyjeżdżam. Wyjeżdżam na Goa. Tam są podobno najpiękniejsze plaże na świecie. Z czego będę żyła? Absurdalne pytanie

Od kilku dni leżę przeziębiona w łóżku i choruję w najlepsze. Dopóki świeciło słońce, miałam lekkie poczucie absurdu, bo czy w takie słońce wypada chorować? Ale całe szczęście dziś spadł deszcz i wszystko jest w idealnym porządku.

Ogólnie dobrze mi z tym. Śpię godzinami, a w krótkich przerwach między jednym snem a drugim, analizuję stan organizmu. Wsłuchuję się w każdy mięsień i wydobywam z niego wszystkie możliwe bóle. Wędruję po swoim ciele i wyobrażam sobie każdą niedoskonałość w każdej najmniejszej komórce. W retikulum endoplazmatycznym. W mitochondriach. W wiązaniach par chromosomów. W budowie struktur zasad komplementarnych. W lewym skręcie kwasu dezoksyrybonukleinowego.

Och, jak ja kocham te wędrówki! Jestem niewidzialnym badaczem, własnym lekarzem przemawiającym do rozumu swoim niesfornym tkankom. Czasem im coś obiecuję. Na przykład, że jak wyzdrowiejemy, pójdziemy na spacer. Zjemy czekoladę. Dwie. No już dobrze, wybierzemy się do tej pijalni czekolady w Sopocie. Albo odwrotnie – zaczniemy uprawiać fitness. Schudniemy. Będziemy myśleć pozytywnie. W ogóle się nie będziemy niczym przejmować. Kupimy tę pomarańczową sukienkę w Orsay. Zadzwonimy do wszystkich zapomnianych przyjaciół. Pojedziemy nad morze.

Wypełnimy PIT!

Oczywiście, wraz z ozdrowieniem, ja i moje tkanki o wszystkim zapominamy.

Wędrówki podczas leżenia w łóżku to jednak nie tylko gruntowna inspekcja medyczna. To także podróże w czasie. W pamięci. Podróże w ciszy.

Jestem sama w domu. Jest cicho, ale słyszę za oknem ćwierknięcie kosa. Wyostrzam słuch, uchylam okno… i jest! Śpiewa! Ale jak! Tirli, tirli! Coś pięknego. Jak słowik! A Słowik to ta baśń Andersena, czytana zachłannie podczas wszystkich przeziębień, gryp i angin mojego dzieciństwa. I już jestem na poddaszu, także sama w domu, w łóżku, z tą tysiąc razy przeczytaną książką, z ilustracjami Jana Marcina Szancera i z tytułowym słowikiem. Słowik był szary, niepozorny i śpiewał najpiękniej na świecie. Podróżni, dworzanie i władcy z całego świata przyjeżdżali do Chin, oglądali cesarski pałac, który faktycznie ich zachwycał, ale gdy potem słyszeli nad jeziorem śpiew słowika – w zachwycie pisali o nim wiersze, całe poematy. Właśnie o słowiku, nie o cesarskim pałacu. Tak oto sam Cesarz Chin dowiedział się o swoim słowiku z książek.

O moim kosie nikt by pewnie nic nie napisał i podobnie jak Cesarz, żyłabym bez świadomości o śpiewającym skarbie w ogrodzie, gdybym była zdrowa. Ale całe szczęście zachorowałam i teraz mogę się o nim dowiedzieć, a nawet posłuchać jego śpiewu.

Inna rzecz, plany na przyszłość. Czy w kołowrotku spraw miałabym czas podjąć jakieś decyzje? Wybaczcie. A teraz, między snem a snem, podejmuję kolejne, arcyważne zobowiązania. Analizuję sytuacje. Studzę emocje. Wymyślam projekty, których zaskakujące finały znajduję w następujących po sobie marzeniach sennych. Wszystko się dzieje pod taką ścisłą kontrolą i z taką precyzją, że dotychczasowy chaos dnia powszechnego zdaje się być wręcz kuriozalny.

A więc wyjeżdżam. Wyjeżdżam do Indii, na Goa*. Tam są podobno najpiękniejsze plaże na świecie. Z czego będę żyła? Absurdalne pytanie. Mam skończone studia prawie weterynaryjne, więc właściwie mam już pracę. Będę leczyć kozy. Tam zwierzęta są święte, więc wszystkim szalenie zależy na ich zdrowiu. Aha, w międzyczasie wydam Dzieło Mojego Życia, które nie jest niestety o kozach, ani o Goa, ale to nie szkodzi. To tylko umacnia mój plan. Kto bowiem powiedział, że Dzieła Mojego Życia nie mogą być dwa? Albo trzy? Kto wie, może będzie ich zatrzęsienie? Niech mi ktoś zarzuci, że napisałam za dużo Dzieł Mojego Życia!

Założę blog podróżniczy. Będę opisywać w nim swoje przygody, bo coś mi mówi, że będzie ich sporo. Będę miała własnego węża. Albo tygrysa. Albo i węża i tygrysa. Już widzę minę Nabuchodonozora! Już widzę ten jego wiecznie nadęty pysk, który kruszeje i rzędnie przed obliczem egzotyki. Już widzę te jego durnowato chełpliwe oczy panicznie chowające się przed zimnym wzrokiem indyjskiego smoka. Ha! Kupię mu tę puszkę z karmą. Niech stracę. Kupię i wrzucę do wspólnej miski!

Nasze dni są policzone, Kochani. Wkrótce mnie tu nie będzie. Bawcie się dobrze w kraju, gdzie zima trwa sześć miesięcy, wieczorny wypad na Starówkę Gdańską kończy się zapaleniem płuc, a jedynym usprawiedliwieniem dla kąpieli w morzu jest karta członkowska Klubu Morsów. Miejcie się doskonale.

I… trzymajcie się ciepło!

joga[4470]_kozy5

Pierwsze zalecenie lekarskie: nie jemy tego, co czytamy.
http://www.joga-joga.pl/

————————————————————————————–

* Żeby oddać sprawiedliwość, muszę przyznać, że pomysł wyjazdu na Goa wymyśliła Wołoska podczas ostatniego weekendu. Powiedziałam jej wtedy, że jest stuknięta. Teraz, gdy mam gorączkę, plan wydaje mi się niezwykle rozsądny.

Mgła

Samoloty nie latają wcale, a samochody snują się jak zjawy…

Fot. Aneta Bogatek

Plany były dalekosiężne. Najpierw Cisowa Góra, potem most w Stańczykach. Kanapki, termosy. Lornetka. Luneta. Wszystko w pogotowiu. Będą widoki. Będzie oglądanie. Co tam oglądanie. Zdjęcia! Na Facebook się wrzuci, na blog.

Rano mgła. Nie widać nic. Nic kompletnie. Domu sąsiada. Drzewa w ogrodzie. Drogi, jeziora, rzeki, przepaści… ? Mleko wylało się na świat, mlekiem zalał się krajobraz.

Samoloty wstrzymane. Podróże sparaliżowane. Samochody zastygły, zastygło życie. Żadnego ruchu w tę czy w tę, po prostu totalny, klimatyczny jesienny paraliż. Idziemy pomału, żeby się nie przewrócić, o kamień nie potknąć, w drzewo nie walnąć. Krok za krokiem, jak dzieci gęsiego, wolniutko jak starcy. Most w Stańczykach tkwi gdzieś w mlecznej poświacie zanurzony, my na moście nie wiemy nawet gdzie przepaść. Nie ma przepaści! Jest tylko ręka, którą trzymam kurczowo i tylko głos, który mnie zza zasłony dochodzi.

– Idziemy?

– Gdzie?

– Nie wiem…

Zastygnięci, w oparach świtu zanurzeni przestajemy się spieszyć. Przecież spieszyć się nie sposób. Każdy ruch, gwałtowny zryw może się skończyć tragicznie. Siedzimy więc na moście, patrzymy na swoje dłonie, oglądamy guziki przy kurtce. Tylko guziki widać, gdy się je do oczu przybliży.

– Może choć zdjęcie zrobię? – pytasz, a ja się przekornie zgadzam, bo wiem, że na zdjęciu nic nie wyjdzie. Nikomu tego zdjęcia nie pokażę, bo przecież tej mlecznej chwili i tak nikt nie zrozumie. Pstryk, słyszę, jak chwila zastyga razem z nami w tej mgle, ale nie dbam o to. Jem kanapki z plecaka i znów oglądam guziki. Ten od twojej kurtki, zobacz, jest przyszyty niebieską nitką. Nie mogłam znaleźć czarnej, to wzięłam niebieską. Pamiętasz, jak sobie skleiłeś kiedyś buty taśmą klejącą, bo nie mogłeś znaleźć butaprenu? Śmiejemy się, bo nagle wszystkie te rzeczy, których kiedyś nie mogliśmy znaleźć, stają się niepotrzebne. Po co szukaliśmy? Przecież wszystko jest tu, pod ręką. Niebieska nitka też świetnie trzyma. Taśma klejąca też daje radę. Przepaść w Stańczykach jest pewnie piękna, krajobraz z pewnością cudny. Lot samolotem, cały ten plan oblatania Ziemi dookoła w tę i z powrotem… cały ten pośpiech, strach, że nie zdążymy, że nam życia nie starczy, żeby jeszcze to zobaczyć, tamto zaliczyć, wszystko, cały świat jednym haustem połknąć…   Ale zaraz, zaraz… Co z naszymi guzikami? Gdzie chwile nieostre, których żadną miarą na Facebook wrzucić się nie da?

Mgły są zatrzymanym oddechem jesieni. Jej snem. We mgle jest ciszej. We mgle świat się kołysze w tym swoim niepojętym letargu. We mgle samoloty nie latają, a samochody snują się pomału, jakby były zjawami. Czas nie istnieje, nie istnieją światy. Jesteśmy tylko my ze swoimi małymi rzeczami, ze swoimi guzikami na niebieskiej nitce, ze swoimi kanapkami w plecaku, z kieszeniami, w których przed listopadowym chłodem chowamy dłonie. Nic nas nie obchodzi, żaden wielki świat, my tu mamy swoje małe jesienne życie i niech ono trwa jak najdłużej.

—————————————————————————————-

BE Magazyn/)7/Slow