Category: śmierć

Mam na imię Igor

Wszystkie materiały, w tym ujawniony niedawno film, zostały przekazane do prokuratury – raportował minister Błaszczak. Chwilę później oficjalnie oświadczył, że tego filmu nie widział i nie miał o nim pojęcia

Moim obowiązkiem jest złożenie dziś przed Polakami informacji na temat wydarzeń na Komisariacie Policji Stare Miasto we Wrocławiu.” Tak rozpoczął swoją przemowę minister Mariusz Błaszczak. Przyjrzyjmy się więc nieocenionym informacjom, jakie nas poraziły podczas wczorajszego rządowego wystąpienia w sprawie śmierci Igora Stachowiaka.

Szalenie istotną rzecz minister podał już na drugim wydechu tego bogatego w treść przemówienia. Otóż okazuje się, że rok temu zażądał on NIEZWŁOCZNEGO wyjaśnienia sprawy i wyciągnięcia konsekwencji wobec osób winnych. Doskonale wiemy, jak sprawa prędziutko została wyjaśniona.

Po roku, przez telewizję TVN. 

Dalej dowiadujemy się,  że wszystkie materiały – w tym ujawniony niedawno film – zostały przekazane do prokuratury. Znamienne, że kilka oddechów później minister Błaszczak oficjalnie oświadcza, że tego filmu do niedawna nie widział i nie miał o nim pojęcia. Zatem przekazał do prokuratury materiał, do którego nie zajrzał. To ważne. Jak donosi pewien program satyryczny, a przez niektórych nazywany dokumentalnym, pt. „Ucho Prezesa”, minister jest ogólnie w cholerę zajęty.  Czymś innym.

Co więcej? Same rewelacje. Otóż minister donosi, że rząd PiS świetnie sobie radzi w kwestii bezpieczeństwa. Jasna sprawa. Widać jak na dłoni, jakby się chciało zajrzeć do dowodów. Im dalej w las, tym więcej drzew (do wycięcia), zatem w gęstej od cennych informacji wypowiedzi, dowiadujemy się, że poprzednicy ministra godzili się na iluzoryczne załatwianie spraw, a on się nie godzi. Świetnie. Jesteśmy spokojniejsi.

Ale na czym polega problem? Słyszymy, że emisja filmu z posterunku we Wrocławiu może nadszarpnąć wizerunek Policji, a przecież codziennie tysiące policjantów naraża życie i tylko jednego dnia policjanci podejmują około kilkunastu tysięcy interwencji. Czyli co? Nie należy tego filmu oglądać? Czy puszczać? Czy co? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że  PRAWDA JEST JUŻ BLISKO. Bo przecież „dla policjantów etos służby powinien być najważniejszy”. Tak przynajmniej chciałby minister Błaszczak. Chciałby też, żeby policjant był dla społeczeństwa przykładem. Uff.

Ulgę też przynosi wyznanie ministra, że natychmiast po obejrzeniu filmu w TVN zwolnił policjantów brutalnie katujących paralizatorem Igora Stachowiaka. Stanowisko straciło również paru innych policjantów tuszujących tę sprawę. Wspaniale. Wszystkim nam ulżyło, że w tak wzorowo prowadzonym państwie PiS, osoby w policji stosujące tortury i doprowadzające do śmierci dostają AŻ wypowiedzenie.

Ja kiedyś też dostałam wypowiedzenie, wprawdzie nikogo nie zabiłam, nie użyłam żadnego paralizatora, właściwie to nie wiem, co złego zrobiłam, no ale wiadomo – to były czasy rządów POPRZENIKÓW. Sodoma z Gomorą. Nie to co teraz.

Ale zaraz, zaraz, wysłuchajmy ministra do końca. Czemu ich zwolnił? Dlatego, że znęcali się nad niewinnym człowiekiem? Ależ skąd! Zwolnił ich, bo… nie posłuchali się przełożonych. W PiS-ie to dużo znaczy. Na szczęście jednak – co ma niebagatelne znaczenie dla sprawy – Błaszczak się odgraża, że nie pozwala na takie zachowanie. Od dziś nie pozwala, bo jakoś przez rok, dopóki TVN nie wyemitowało materiału dowodowego – kolebali się w najlepsze na etacie.

W sumie, jak donosi człowiek odpowiedzialny (i to jak!) za bezpieczeństwo obywateli, w kwestii śmierci Igora Stachowiaka chodzi o to, że za czasów PO/PSL było wiele przypadków śmierci na komisariatach. Można je wymienić, jak twierdzi minister. Z tego prawa jednak nie korzysta. Nie wiadomo więc czyje to śmierci, w jakich okolicznościach nastąpiły, ani kiedy. Ale przecież najważniejsze jest to, że kiedyś też ginęli ludzie, więc co się czepiacie?

Jeśli zaś chodzi o meritum, to winni nadużyć w 2008 roku (Igor Stachowiak zginął w 2016 roku) zostaną ukarani. Jakby tego było mało: „Za akcję Widelec też zostaną ukarani!” A już społeczeństwo myślało, że policjantom z Wrocławia (bo chyba w ich temacie było to wystąpienie?) akcja „Widelec” się upiecze. Nie upiecze się.

Jarosław Zieliński, Wiceminister Spraw Wewnętrznych i Administracji jest ostry jak brzytwa. Niezwykła to przenikliwość. Wielkie bowiem słowa, co wiele wnoszą, wypowiada. Glównie to, że jest Wiceministrem Spraw Wewnętrznych i Administracji. I póki będzie, to będzie. A przecież strasznie coś doświadczył na tej sali. No cóż, to się nazywa niezłomność. A jeśli chodzi o odpowiedzi na pytania (niezwykle merytoryczne odpowiedzi!) udzieli ich niejaki „pan minister Mariusz Błaszczyk”.

Biorąc pod uwagę laserową czujność, z jaką obaj ministrowie śledzą sprawy zawodowe – znamienne, że dochodzi do żonglowania tożsamością przełożonego. Ja uważam, że to korzystne. Coś jak Batman i Bruce Wayne. Nigdy nie wiadomo, który z nich ogląda materiały dowodowe i lata jak nietoperz po Sejmie, a który nie ma pojęcia co się dzieje i patrzy rozmarzony w kominek.

Ale słuchajmy! Dalej same race! Według raportu wiceministra, ataki na niego nie mają związku ze śmiercią Igora Stachowiaka. Tu chodzi o rzecz dużo ważniejszą, a mianowicie o niemożliwości wybaczenia mu ustawy dezubekizacyjnej!

To zmienia postać rzeczy. Rząd widzi zupełnie inny wymiar tej kwestii. Ludzie nie są zachwyceni śmiercią młodego człowieka na komisariacie policji absolutnie nie dlatego, że śmierć młodego człowieka na komisariacie policji nie jest rzeczą zachwycającą. Nie. Oni po prostu znów chcą się przywalić za to, że rząd tak bezlitośnie czyni dobro.

Można by rzecz, mamy to. Mamy to, ale jeszcze posłuchajmy innych. Uściślijmy dane. Z pomocą bieży poseł PiS Arkadiusz Czartoryski. I wali jak komputer. A to, że rząd PiS różni się od rządów PO tym, że rzetelnie informuje społeczeństwo o tego typu wydarzeniach. Faktycznie. Dlatego czekaliśmy rok, by na antenie znienawidzonej przez rząd telewizji zobaczyć, jak było. Rzecz składa się jak w szwajcarskim zegarku. A jakby tego było mało, poseł dowala, że w kraju jest 130 tysięcy policjantów i nie da się ich upilnować.

No co. Nie da się.

Zbigniew Ziobro, miotacz konkretów, czeka na swój moment. Należy nam się przecież garść liczb, żeby jednak było nieco poważniej. Lecą zatem liczby. I to jakie!

16 tomów akt śledztwa i 5 tomów akt podręcznych!

58 świadków przesłuchanych, w tym niektórych wielokrotnie!

11 opinii biegłych!

Niezliczona ilość postanowień wydawanych co kilkanaście dni przez bity rok!

I nadal nic nie wiadomo.

Jak podkreśla minister, w tej sprawie nie można pozwolić sobie na partactwo. Dlatego nie można od roku stwierdzić, kto jest winny śmierci człowieka rozebranego, skulonego na zimnych kafelkach w łazience i katowanego przez policjantów. No zabijcie się, czarna magia.

Rozmawiajmy o faktach! – grzmi Ziobro. Tak jest. Podczas wystąpienia rządu zostaliśmy zarzuceni faktami i daleko nam do emocji, które, jak twierdzi minister: wytwarzane są w mediach. Nie, z pewnością nie w strukturach mózgu, żadne tam ciało migdałowate, czy inne bzdury. W mediach.  Musimy zaufać tej retoryce, temu rozumowaniu, bo przecież nikt tu nie wierzy w zdolność samodzielnego myślenia. A więc nic nie czujemy.

Nie czujemy ani łez, ani żalu, ani zduszonej wściekłości, ani bezradnej niezgody, ani lęku o własne dzieci w tej Polsce. Nic nie czujemy, gdy widzimy skulonego nagiego chłopca, który mówi łamiącym się głosem:

– Błagam… Mam na imię Igor…

Miesięcznica 85. Apel do siostry bliźniaczki

Im większy jazgot, im głębsze ekshumacje, im bardziej wyposażone komisje badawcze, im dłuższe msze i patetyczniejsze mowy – tym głębiej i kategoryczniej pęczniejący odsetek ludzi ma to w dupie. Nie, to nie jest zło. To fakt

Z okazji dwa tysiące pięćset dwudziestej DNICY smoleńskiej oświadczam szalenie oficjalnie, a przepraszam, moja osoba, która ogląda teraz TVN, gdzie przy dźwiękach głęboko religijnych śpiewów sunie marmurowy, niczym potencjalny pomnik na Krakowskim Przedmieściu, tłum – oświadczam, że jeśli gdzieś w świecie jest moja siostra bliźniaczka, jeśli ukrywa swoje istnienie i podstępnie knuje plan kariery politycznej, artystycznej, piłkarskiej, jakiejkurwakolwiek, to ja NIE ZGADZAM SIĘ na to, żeby po mojej śmierci robiła mi podobny cyrk.

Nawet jeśli będą jej się kanarki troić z nudów na starość, nawet jeśli koty nie rozwieją jej ponurej samotności, nawet jeśli ma zaburzenia osobowości.

Po pierwsze – nie chcę ruchomych popiersi. To się nie uda. Pomijając warunki anatomiczne, pomijając koszty i srające na potencjalny pomnik gołębie – ja jednak nie jestem (nawet martwa) w stanie znieść tego rozmiaru zbiorowego siupu. Nie dźwignę takiej beki wokół własnego pogrzebu. Wiem, popiersie to może być jakaś po mnie pamiątka, ale ja zawsze byłam za dobrym rodzajem imprezy na stypie i z popiersi wybieram bezkosztową zadumę nad browarem.

Po drugie – żadnych pokazówek w telewizji, tym bardziej publicznej. Z wymienionego określenia został już jedynie drugi człon, z mocnym akcentem na „człon”, dlatego zupełnie nie mam ochoty na wycieranie kurzu z zastygłych słupków statystyk oglądalności.

Trzecie. Żadnych marszy. Siedemdziesiąt procent mieszkańców tego kraju ma w dupie to, że omarszowywany od siedmiu lat (85 miesięcy) nie żyje. A im większy wokół śmierci jazgot, im głębsze ekshumacje, im bardziej wyposażone komisje badawcze, im dłuższe msze i patetyczniejsze mowy – tym głębiej i kategoryczniej pęczniejący odsetek ludzi ma to w dupie. Nie, to nie jest zło. To fakt.

Czwarte. Żadnego świra od badania przyczyn śmierci. Nawet jeśli ów robi giga przewałki na grubą kasę w zbrojeniach, nawet jeśli w ramach przekupienia milczenia o giga przewałkach wyposaża w apanaże niezbyt rozgarniętego, acz szczwanego misia i wykonuje bezkarne salto mortale w obsadzaniu kadr.

Jeśli choćby zginę z rąk sowieckiego żołnierza (czego zresztą nie jestem ostatnio w stanie wykluczyć, z powodu, nomen omen, wymienionego świra) – zatrudnij do badania zbrodni człowieka zdrowego na umyśle. A przynajmniej biorącego leki.

Nie zniosę opętanych ryżobrodych psychopatów w pobliżu mojej pamięci. Lubię ciszę i prawdę, dlatego wybuchy z parówek oraz trotylowe rewelacje są dokładnie tym, czego absolutnie nie cierpię. Będę cię straszyć do śmierci, a potem urwę ci łeb.

A jeśli mnie jednak nie posłuchasz – każdego czytającego powyższą last will zobowiązuję do wydrukowania tekstu i na jego mocy natychmiastowego aresztowania. Sorry, siostra. Polska jest ważniejsza.

On by mnie zabił

Nieprawdopodobna tragedia. Mąż zabija żonę z powodu pomalowanych paznokci, nie ma komu ugotować obiadu, mężczyzna kona w straszliwych męczarniach z głodu…

1465223_469746026467156_1074216895_n

Słuchaj, mówi Teresa do Krysi, która wróciła z domu z przepustki. Słuchaj, jak ci coś powiem, to padniesz! Alicja leży zwinięta w kłębek na tapczanie i słyszy tę rozmowę, bo w słuchawkach skończyła się płyta. Od kilku dni bez przerwy słuchała starej płyty, która napawało ją jedynym bezpiecznym uczuciem – rozpadającym się smutkiem. Płakała po cichu pod kołdrą, a potem zasypiała. Gdy się budziła i słyszała ich paplanie, znów włączała w swojej komórce tę samą płytę i znów płakała i znów zasypiała. Tym razem poczuła w sobie kompletną, totalną bezradność, taką, która uniemożliwiała kliknięcie w komórce zapętlonej ikonki. Przez ciszę w słuchawkach słyszała więc rozmowę Teresy z Krysią i apatycznie rozważała ich słowa:

– Pojechałaś do domu z pomalowanymi paznokciami?!

– No coś ty! Teraz pomalowałam.

– A tamte zmyłaś?

– No jasne. Przecież by mnie zabił, idiota.

Znów wróciło wspomnienie, tamte dni, miesiące, lata ukradzione z jej życia, całe dzieciństwo i młodość pozbawione jej samej. Jakby ktoś pożyczył od niej ciało i duszę i siał w nich spustoszenie od pierwszych dni pojawienia się na świecie. Postać wypełniona pustką, bolesną, rozpadającą się na kawałki pustką, w której nie ma miejsca na nią samą, bo jej dawno już nie ma, nie ma i nie było. Zmyłaś paznokcie? Oczywiście, przecież by mnie zabił. Co za absurd, pomyślała. Co to jest za absurd, co to jest za wywrócenie jestestwa na drugą stronę! Ktoś odbiera ci ciebie, twoje prawo do własnego ciała, do własnych paznokci. Ktoś to zagarnia, a ty się na to godzisz. Zagarnia paznokcie, potem twarz, potem całe ciało, potem pamięć, pamiętniki, sumienie, wyznanie, poglądy, cały umysł, całe życie. Krysia jest niemłoda, ma już pod pięćdziesiątkę, może nawet więcej – a jednak nie ma nic swojego, nie ma nawet paznokci. Gotuje obiady na przepustce dla męża, na przepustce ze szpitala. Jedzie do niego nakarmić, przewinąć, ogarnąć, kurwa, a paznokcie musi zmywać, bo by ją zabił. Jak to zabił? A jakby zabił, to co? Umarłby z głodu? Co za paradoks, dwa trupy w mieszkaniu, TVN Uwaga, żółto czarna taśma wokół i spiker relacjonuje:

– Nieprawdopodobna tragedia. Mąż zabija żonę z powodu paznokci, nie ma komu ugotować obiadu, mężczyzna kona w straszliwych męczarniach z głodu.

——————————————————————————

(fragment książki „30 sekund”)

30-sekund-okladka-72dpi

Potęga religii, czyli jak zamienić waginę na żebro

Niby kobiety są w rządzie. Jak silna jest ta manipulacja, skoro same sobie odbierają prawa? Przecież kiedy przestaną być potrzebne, nikt się za nimi nie wstawi. Żadna kobieta, o facecie nie wspomnę

 

Kiedy ludzie umierają z głodu, władza przekonuje ich, że Bóg tak chce. Nędzę w Indiach religia tłumaczy reinkarnacją. Jeśli jesteś w biedzie, umierają ci dzieci, a mąż cię bije – zasłużyłaś na to. Kiedy? To proste. W poprzednim  życiu. Gdyby nie klimat, można by stwierdzić, że mucha nie siada. Tak się jednak na tym świecie plecie, że tam, gdzie bieda, nędza i głód, tam much jest od zabicia. Dosłownie.

Na rany hinduizmu jak z nieba spada plaster w postaci chrześcijaństwa. Co za cud. Inna religia, dobry Bóg, co może spotkać nędzarzy? Coś lepszego? A jakże, umieranie. Matka Teresa ściąga biednych do swych umieralni, nie leczy ich, nie znieczula, patrzy jak cierpią. I przekonuje, że cierpienie to dar od Jezusa, dar z którego trzeba się cieszyć. Nie ma nic piękniejszego niż cierpienie ubogich. Z karmy przechodzimy do miłosiernych obietnic. Z poprzedniego życia wskakujemy na wyższy level.

Na życie po życiu.

Nierówność, dyskryminację, biedę i bezprawie zawsze trzyma w ryzach religia. Nie trzeba zaglądać do Krajów Trzeciego Świata. Wystarczy nam środek Europy. Tu panuje przekonanie, że kobieta ma cierpieć i koniec. Jej się to należy. To przecież Bóg zarządził, że poród to ból i nie należy go umniejszać. Bóg chce poświęcenia dla dzieci i męża. Bóg obiecuje zbawienie po śmierci za wyrzeczenie się szczęścia. Bogu nie podobają się dzieci z in vitro. Bóg kręci nosem na decydowanie o sobie. Bóg zabrania rozwodów, nawet gdy jest przemoc.

Ba! Okazuje się nawet, że Bogu niemiłe jest zapobieganie przemocy. I niby kobiety są w rządzie. Jak silne jest narzędzie religii, skoro same sobie odbierają prawa? Przecież kiedy przestaną być potrzebne, nikt się za nimi nie wstawi. Żadna kobieta, o facecie nie wspomnę.

Co religia, to fajerwerk. A raczej manipulacja, by spacyfikować zagrożenie. Bunt uciśnionych, biednych, głodujących. Bunt dyskryminowanych,  poniżanych, pozbawionych podstawowych praw. Bunt to siła. Religia: jeszcze większa.

Ciągle zastanawiam się, jak to jest, że człowiek musi wierzyć. Skąd w nim ta uległość? Jest mu lżej wytrzymać? Łatwiej się poddać, niż walczyć? Prościej umierać, niż żyć? Zgodzić się z zagładą, niż wyrazić bunt? Zadać cios sobie, niż się bronić? I tylko dlatego, by bronić wiary w coś, czego nikt nie widział?

Ostatnio widziałam przezabawny dialog na filmie Sztuka Kochania. Wisłocka pyta jakiegoś dygnitarza, który traktuje ją (profesorkę medycyny) jak mopa:

  • Skąd pan jest?
  • Z Warszawy – odpowiada facet.
  • Nie, nie z Warszawy. Skąd pan jest?! Nie wie pan? To ja panu powiem. Z waginy pan jest.

Nieprawdopodobne, jakie to proste. A jednak zawiłe, bo od narodzin słyszymy, że jednak z czego innego jesteśmy. Z żebra. Męskiego, rzecz jasna. I to jest potęga religii. Jak zamienić waginę na żebro i nie zostać wyśmianym.

Zamrożony gniew

Depresja to nigdy niewykrzyczane NIE. To gula w gardle, ta sama, która towarzyszyła ci w dzieciństwie, gdy strasznie nie chciałaś się rozpłakać, gdy chciałaś coś powiedzieć, ale ani nic nie powiedziałaś, ani nie uchroniłaś się od płaczu

270452_1884636911635_2775895_n

Od ponad roku choruję na depresję. Ale tak naprawdę tyle czasu próbuję ją wyleczyć, bo choruję od dzieciństwa. Oczywiście wcześniej nic o tym nie wiedziałam i usiłowałam zrobić wszystko, żeby nie czuć, że jestem chora. Najsprytniejszym zabiegiem, jakiego dokonał mój organizm były silne bóle głowy, które pojawiły się w dzieciństwie. Były tak silne, że traciłam przytomność w szkole, a  gdy ktoś mnie odprowadzał do domu, zalegałam nieruchomo na kanapie jak jaszczurka, nie mogąc ruszyć nawet małym palcem u nogi. Dziś wiem, że tak wygląda depresja –  nie możesz ruszyć nawet małym palcem u nogi. Ale wtedy nie wiedziałam. Wtedy znosiłam ten ból jako coś zwyczajnego, zwyczajnie znosiłam też lęki, które rosły w pokoju, zamieniały szafę w potwora, kwiaty w oknach w przerażające maski, a w drzwiach ukazywały szatana. Kuliłam się przed ogromem, który tętnił niepojętym tętnem strachu, rósł w nieskończoność i pożerał mnie, małą, znikającą, nieważną.

Któregoś dnia, gdy byłam już dorosła, ból głowy stał się tak silny, że leżałam bez ruchu, patrząc w sufit, po którym przesuwały się obrazy małych dzieci z wbitymi w plecy kolcami. Łzy lały mi się po policzkach, choć nie mogłam wykrztusić choćby słowa. Zdawało mi się, że umieram i tylko szkoda mi było tego życia, w którym jestem mamą.

W szpitalu dali mi zastrzyk. Jakiś taki, który cudownym sposobem natychmiast eliminował ból. I wtedy dopiero zaczęło się piekło. Moje piekło, osobisty zgon w męczarniach, gdzie tęsknisz do zwykłego bólu głowy, gdzie leżenie bez ruchu zdaje się wybawieniem, bo przecież wystarczy leżeć cicho, żeby przetrwać. Tu, w moim piekle nie wystarczy leżeć cicho. Tu chce się krzyczeć wrzeszczeć, wołać, ale nic nie można, bo coś zapycha ci dech. Tu, w nieruchomym leżeniu, nie ma żadnej ucieczki. Tu dopada cię rozdzierająca rozpacz, taka totalna, wiekuista, uświadamiająca, że nic, nic ci nie pomoże, czarna piana, rozpadlina, dół. Cierpienie nie do opisania, gnijąca tkanka, żywe istoty rozpadające się w męczarniach. Jak opisać ból człowieka, który stracił nadzieję? Który wie, że każdy kolejny dzień zbliża go do śmierci, a każdy kolejny dzień będzie tylko gorszy od poprzedniego, bo przecież nic, nic, czarna piana, rozpadlina, dół?

Postanowiłam nigdy nie brać tych zastrzyków, nigdy nie łykać prawdziwych leków na migrenę, z lekką niczym obłok aspiryną razy trzy plus ibuprom razy dwa – dryfować między bólem fizycznym, a cierpieniem psychicznym, które przecież zawsze można dodatkowo zalać browarem i uśmierzyć fajką. Ale gdy w środku obudził się mój zrozpaczony demon, takie dziecko z przerażającą twarzą, które nigdy nie zaznało oddechu, choć krzyczy – nikt go nie słyszy, zastyga więc z otwartymi ustami i bezsilnym niemym wrzaskiem, kiedy się to coś we mnie obudziło, zapragnęło rzucać krzesłem po ścianach i wyć jak zraniony niedźwiedź, skapitulowałam. Straciłam wszystkie maski, straciłam siłę do dalszego grania, straciłam nawet rodziców, których zamroziłam tak samo jak wcześniej zamroziłam swój gniew.

Depresja to zamrożony gniew. To nigdy niewykrzyczane NIE. To gula w gardle, ta sama, która towarzyszyła ci w dzieciństwie, gdy strasznie nie chciałaś się rozpłakać, gdy chciałaś coś powiedzieć, ale kurwa, ani nic nie powiedziałaś, ani nie uchroniłaś się od płaczu. To wstyd, że jesteś taka, to ból, że siebie nie znosisz, to rozpacz, że nikt cię nie rozumie.

Od tygodnia jestem w ośrodku dla chorych na depresję. W zdumieniu słyszę swoje historie, opowiadane przez najróżniejszych ludzi. Ludzie są różni. Każdy jakiś jest. Są młodzi, są starsi, są tacy jak ja. Zgięci, spłakani, połamani. Szukający samotności, uciekający od zgiełku, przerażeni. I choćby nie wiem, co ich tu sprowadziło, zwolnienie z pracy, zawód miłosny, mąż alkoholik, przemoc, rozwód, kredyt, czy trzy książki napisane w ciągu roku – wszyscy, absolutnie wszyscy chorują na tę samą chorobę. Na dzieciństwo. Na zamrożony w nim gniew.

Czarownice z XXI wieku

Czemu szczepionka p/HPV jest złem? Nie wiem. Ale wiem, że walka z nią toczy się na forach, blogach i stronach typu: archiwum watykańskie. Prawie wszystkie informacje zwalczające szczepionkę wychodzą z tych samych środowisk, a autorytety, na które powołują się wojujące grupy antyszczepionkowe, to ludzie związani z Kościołem, Radiem Maryja i katolickimi zrzeszeniami lekarzy

trumna

Kiedy dowiedziałam się, jak blisko zatwierdzenia przez rząd jest projekt ustawy o zaostrzeniu prawa antyaborcyjnego w Polsce, napisałam na Facebooku taki mały apel:

Nie ma sensu z nimi dyskutować. Owszem, można protestować, ale argumenty nie są tu siłą. Oni robią swoje. My też musimy. Musimy się wzmocnić, być sprytne, mądre, jak pramatki, co spłonęły na stosach. Mądrzejsze! Zadbajmy o siebie i swoje córki. Przerwijmy milczenie, nie czekajmy na szkoły. Uczmy dzieci, jak się zabezpieczać. Rozmawiajmy o tym otwarcie. Kupmy środki antykoncepcyjne. Kupujmy pigułki, wkładki, zastrzyki. Zaszczepmy swoje córki szczepionką przeciw HPV. Dajmy im swoją wiedzę. Dajmy im ochronę. Póki można. Bo wkrótce nastanie średniowiecze i wojna. Nie wygramy jej bez ochrony.

Wydaje mi się logiczne, że robimy to, na co mam wpływ. A jeszcze mamy wpływ na to, czy nasze dzieci mają dostęp do edukacji seksualnej. Mamy wpływ zapewnienie im bezpieczeństwa. Mamy wpływ na ich ochronę. A jeśli mamy na to wpływ – róbmy to. To może nie jest tak spektakularne, jak marsze i protesty, ale jak na razie prawdopodobnie od marszów i protestów skuteczniejsze.

Ale, ale. Jak się dowiedziałam z komentarzy choćby znajomych zrzeszonych w opozycji – jest tu cała gama „ale”. Bo proponując takie rozwiązania, działam połowicznie. Bo przecież ten rząd trzeba wymienić , wywieźć na taczkach i działać systemowo, a nie.

Przyglądam się tym wypowiedziom i zachodzę w głowę ze zdumienia, bo przez cały ostatni rok byłam przekonana, że nie można tego rządu wymienić, ani wywieźć na taczkach z zupełnie innej przyczyny, niż antykoncepcja i edukacja własnych dzieci. Nie przyszło mi do głowy, że akurat te sprawy mogą zawadzać w ocalaniu demokracji. Widocznie rzecz jest tak niepodzielna, że żadna matka z ojcem nie będzie w stanie pójść na manifestację, gdy wezmą się za wdrażanie dzieci w tematy seksu. Nie ma mowy, aby się zająć edukacją, gdy rozbrzmiewa złoty róg. Nie tędy droga. Nie zajmujmy się pierdołami, gdy czas iść na barykady. Wymienić rząd! Wywieźć na taczkach! Hurra! To się nazywa romantyzm! Bo przecież te krępujące rozmowy z dziećmi w żadnym wypadku romantyczne nie są.

Ale to nie koniec. Zawarłam w swoim apelu propozycję szczepienia córek przeciwko HPV. I tu dopiero mnie walec rozjechał. Jak to mówi prawica: zmiażdżył. Bo jak się okazuje, znów nie miałam pojęcia, a nie miałam ściśle pojęcia o zatrważającym niebezpieczeństwie czyhającym na dzieci ze strony tej morderczej szczepionki, czego dowodzą liczne materiały „naukowe” oraz filmiki na Youtube. Zaintrygowana umówiłam się z lekarzem rodzinnym, żeby porozmawiać o niebezpieczeństwie, ale poległam szybko, zapytana o szczegóły. A miały to być badania naukowe, czym owa szczepionka grozi. Konkretnie. Czym? Bo lekarz nie wie. Nie spotkał się. Nikt mu nie kojfnął po szczepieniu, nikt nawet się źle nie poczuł, nikt się nie skarżył. Kolegom i koleżankom też nie. Ale chętnie się z moimi informacjami zapozna.

Poszłam do innego. Ginekologa z wieloletnią praktyką. Pokręcił głową i powiedział, że są osoby, które mają sporo czasu na tworzenie problemów w internecie, ale on nie. Nie, nie spotkał się z przypadkiem powikłań.

Postanowiłam zająć się „opracowaniami”, w których autorzy powołują się na prace autorytetów lekarskich, przestrzegających przed szczepionką, chociaż Polskie Towarzystwo Ginekologiczne prognozuje zmniejszenie zachorowania na raka szyjki macicy od ponad 70 do 96 %. Umieralność z powodu nowotworów szyjki macicy w Polsce jest o 70% wyższa niż przeciętna dla krajów Unii Europejskiej, a jednak tam większość krajów objęta jest systemem szczepień p/HPV.  Raka powoduje brodawczak, a szczepionka chroni organizm właśnie przed nim. Niby proste. Ale jak można to skomplikować?!

Mimo że rak szyjki macicy jest śmiertelną chorobą i można zmniejszyć jej występowanie do niemal stu procent to jednak szczepionka jest złym pomysłem. Czemu? Nadal nie wiem. Ale wiem, że walka ze szczepionką toczy się na forach, blogach i stronach typu: archiwum watykańskie i pro-life. Prawie wszystkie informacje zwalczające szczepionkę wychodzą z tych samych środowisk, a autorytety, na które powołują się wojujące grupy antyszczepionkowe, to ludzie związani z Kościołem, Radiem Maryja i katolickimi zrzeszeniami lekarzy.

Na pytanie zadane w Google na temat szczepionki, odpowiada wyprofilowane u samej góry konto założone przez niejakie Ogólnopolskie Stowarzyszenie Wiedzy o Szczepieniach  i nie zostawia na leku suchej nitki, gromiąc przed nim ostrzeżenia. No i jakże, przytacza się tam wywody ekspertów, którzy na drugi rzut oka dziwnie się ze sobą splatają. Dr Zbigniew Hałat. Sprawdzam w Wikipedii – felietonista Radia Maryja i publicysta Telewizji Trwam. Zespół ekspercki  Maria Szczawińska, Iwona Rawicka, Marek Ślusarski – zarząd ogólnopolskiej sekcji ginekologiczno-położniczej Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich „Ogólnopolska konferencja katolickich ginekologów i położników. No i ostatnia bomba, wybitny ginekolog, profesor. W internetowej pamięci Krakowa występuje także jako Rudolf K.

Ciężkie są zarzuty, słowa lekkie. Przefruwają beztrosko z katolickich środowisk ku rozideologizowanym zwolennikom naturalnego życia. Jest gdzieś granica między leczeniem prostaty a leczeniem chorej ciężarnej, którą ciąża może zabić. Jest jakiś podział między ochroną życia mężczyzny a życiem kobiety. Jest też niewidzialna, a jednak bolesna fala trendu, którym ulegają kolejne środowiska „żyjących w zgodzie z naturą” i narażają przez to własne i inne dzieci na śmiertelne choroby. Te linie są ryte od stuleci w naszych głowach tak głęboko, że po wspomnianych pramatkach niewiele nam już zostało. Nie zostało nawet tyle, co obejmuje pojęcie rozsądku.

Dlatego właśnie zrozumiałam, że nikt nas na tych stosach nie będzie musiał palić. Tamte czarownice to już przeszłość. Dziś jesteśmy dużo bardziej „nowatorskie”. Same się wyniszczymy. Każdego dnia pięć Polek umiera na raka szyjki macicy.

Życie?

Według abp. Hosera za czasów PRL-u dokonywano 800 tysięcy aborcji rocznie. Coś musi o tym wiedzieć. Niezależnie jednak od jego fantazji, przyjmuje się, że np. w latach 60-tych przeprowadzono od 300 do 500 tysięcy zabiegów przerwania ciąży. To kto tego dokonywał? Opowiedzcie nam, świątobliwe matrony, obrończyni życia w moherowych beretach i wy, nawróceni lekarze z klauzulą CZYSTEGO sumienia.

1-tydzien-ciazy-zdjecia-ciazy-zaplodnienie-article_v-8009

1

6-tydzien-ciazy-zdjecia-ciazy-zdjecia-plodu-article_v-8047

2

kobieta

3

1. Nie to nie liść, to CZŁOWIEK

2. Nie, to nie krewetka, to CZŁOWIEK

3. Nie, to nie człowiek, to tylko KOBIETA.