Category: śmierć

On by mnie zabił

Nieprawdopodobna tragedia. Mąż zabija żonę z powodu pomalowanych paznokci, nie ma komu ugotować obiadu, mężczyzna kona w straszliwych męczarniach z głodu…

1465223_469746026467156_1074216895_n

Słuchaj, mówi Teresa do Krysi, która wróciła z domu z przepustki. Słuchaj, jak ci coś powiem, to padniesz! Alicja leży zwinięta w kłębek na tapczanie i słyszy tę rozmowę, bo w słuchawkach skończyła się płyta. Od kilku dni bez przerwy słuchała starej płyty, która napawało ją jedynym bezpiecznym uczuciem – rozpadającym się smutkiem. Płakała po cichu pod kołdrą, a potem zasypiała. Gdy się budziła i słyszała ich paplanie, znów włączała w swojej komórce tę samą płytę i znów płakała i znów zasypiała. Tym razem poczuła w sobie kompletną, totalną bezradność, taką, która uniemożliwiała kliknięcie w komórce zapętlonej ikonki. Przez ciszę w słuchawkach słyszała więc rozmowę Teresy z Krysią i apatycznie rozważała ich słowa:

– Pojechałaś do domu z pomalowanymi paznokciami?!

– No coś ty! Teraz pomalowałam.

– A tamte zmyłaś?

– No jasne. Przecież by mnie zabił, idiota.

Znów wróciło wspomnienie, tamte dni, miesiące, lata ukradzione z jej życia, całe dzieciństwo i młodość pozbawione jej samej. Jakby ktoś pożyczył od niej ciało i duszę i siał w nich spustoszenie od pierwszych dni pojawienia się na świecie. Postać wypełniona pustką, bolesną, rozpadającą się na kawałki pustką, w której nie ma miejsca na nią samą, bo jej dawno już nie ma, nie ma i nie było. Zmyłaś paznokcie? Oczywiście, przecież by mnie zabił. Co za absurd, pomyślała. Co to jest za absurd, co to jest za wywrócenie jestestwa na drugą stronę! Ktoś odbiera ci ciebie, twoje prawo do własnego ciała, do własnych paznokci. Ktoś to zagarnia, a ty się na to godzisz. Zagarnia paznokcie, potem twarz, potem całe ciało, potem pamięć, pamiętniki, sumienie, wyznanie, poglądy, cały umysł, całe życie. Krysia jest niemłoda, ma już pod pięćdziesiątkę, może nawet więcej – a jednak nie ma nic swojego, nie ma nawet paznokci. Gotuje obiady na przepustce dla męża, na przepustce ze szpitala. Jedzie do niego nakarmić, przewinąć, ogarnąć, kurwa, a paznokcie musi zmywać, bo by ją zabił. Jak to zabił? A jakby zabił, to co? Umarłby z głodu? Co za paradoks, dwa trupy w mieszkaniu, TVN Uwaga, żółto czarna taśma wokół i spiker relacjonuje:

– Nieprawdopodobna tragedia. Mąż zabija żonę z powodu paznokci, nie ma komu ugotować obiadu, mężczyzna kona w straszliwych męczarniach z głodu.

——————————————————————————

(fragment książki „30 sekund”)

30-sekund-okladka-72dpi

Potęga religii, czyli jak zamienić waginę na żebro

Niby kobiety są w rządzie. Jak silna jest ta manipulacja, skoro same sobie odbierają prawa? Przecież kiedy przestaną być potrzebne, nikt się za nimi nie wstawi. Żadna kobieta, o facecie nie wspomnę

 

Kiedy ludzie umierają z głodu, władza przekonuje ich, że Bóg tak chce. Nędzę w Indiach religia tłumaczy reinkarnacją. Jeśli jesteś w biedzie, umierają ci dzieci, a mąż cię bije – zasłużyłaś na to. Kiedy? To proste. W poprzednim  życiu. Gdyby nie klimat, można by stwierdzić, że mucha nie siada. Tak się jednak na tym świecie plecie, że tam, gdzie bieda, nędza i głód, tam much jest od zabicia. Dosłownie.

Na rany hinduizmu jak z nieba spada plaster w postaci chrześcijaństwa. Co za cud. Inna religia, dobry Bóg, co może spotkać nędzarzy? Coś lepszego? A jakże, umieranie. Matka Teresa ściąga biednych do swych umieralni, nie leczy ich, nie znieczula, patrzy jak cierpią. I przekonuje, że cierpienie to dar od Jezusa, dar z którego trzeba się cieszyć. Nie ma nic piękniejszego niż cierpienie ubogich. Z karmy przechodzimy do miłosiernych obietnic. Z poprzedniego życia wskakujemy na wyższy level.

Na życie po życiu.

Nierówność, dyskryminację, biedę i bezprawie zawsze trzyma w ryzach religia. Nie trzeba zaglądać do Krajów Trzeciego Świata. Wystarczy nam środek Europy. Tu panuje przekonanie, że kobieta ma cierpieć i koniec. Jej się to należy. To przecież Bóg zarządził, że poród to ból i nie należy go umniejszać. Bóg chce poświęcenia dla dzieci i męża. Bóg obiecuje zbawienie po śmierci za wyrzeczenie się szczęścia. Bogu nie podobają się dzieci z in vitro. Bóg kręci nosem na decydowanie o sobie. Bóg zabrania rozwodów, nawet gdy jest przemoc.

Ba! Okazuje się nawet, że Bogu niemiłe jest zapobieganie przemocy. I niby kobiety są w rządzie. Jak silne jest narzędzie religii, skoro same sobie odbierają prawa? Przecież kiedy przestaną być potrzebne, nikt się za nimi nie wstawi. Żadna kobieta, o facecie nie wspomnę.

Co religia, to fajerwerk. A raczej manipulacja, by spacyfikować zagrożenie. Bunt uciśnionych, biednych, głodujących. Bunt dyskryminowanych,  poniżanych, pozbawionych podstawowych praw. Bunt to siła. Religia: jeszcze większa.

Ciągle zastanawiam się, jak to jest, że człowiek musi wierzyć. Skąd w nim ta uległość? Jest mu lżej wytrzymać? Łatwiej się poddać, niż walczyć? Prościej umierać, niż żyć? Zgodzić się z zagładą, niż wyrazić bunt? Zadać cios sobie, niż się bronić? I tylko dlatego, by bronić wiary w coś, czego nikt nie widział?

Ostatnio widziałam przezabawny dialog na filmie Sztuka Kochania. Wisłocka pyta jakiegoś dygnitarza, który traktuje ją (profesorkę medycyny) jak mopa:

  • Skąd pan jest?
  • Z Warszawy – odpowiada facet.
  • Nie, nie z Warszawy. Skąd pan jest?! Nie wie pan? To ja panu powiem. Z waginy pan jest.

Nieprawdopodobne, jakie to proste. A jednak zawiłe, bo od narodzin słyszymy, że jednak z czego innego jesteśmy. Z żebra. Męskiego, rzecz jasna. I to jest potęga religii. Jak zamienić waginę na żebro i nie zostać wyśmianym.

Zamrożony gniew

Depresja to nigdy niewykrzyczane NIE. To gula w gardle, ta sama, która towarzyszyła ci w dzieciństwie, gdy strasznie nie chciałaś się rozpłakać, gdy chciałaś coś powiedzieć, ale ani nic nie powiedziałaś, ani nie uchroniłaś się od płaczu

270452_1884636911635_2775895_n

Od ponad roku choruję na depresję. Ale tak naprawdę tyle czasu próbuję ją wyleczyć, bo choruję od dzieciństwa. Oczywiście wcześniej nic o tym nie wiedziałam i usiłowałam zrobić wszystko, żeby nie czuć, że jestem chora. Najsprytniejszym zabiegiem, jakiego dokonał mój organizm były silne bóle głowy, które pojawiły się w dzieciństwie. Były tak silne, że traciłam przytomność w szkole, a  gdy ktoś mnie odprowadzał do domu, zalegałam nieruchomo na kanapie jak jaszczurka, nie mogąc ruszyć nawet małym palcem u nogi. Dziś wiem, że tak wygląda depresja –  nie możesz ruszyć nawet małym palcem u nogi. Ale wtedy nie wiedziałam. Wtedy znosiłam ten ból jako coś zwyczajnego, zwyczajnie znosiłam też lęki, które rosły w pokoju, zamieniały szafę w potwora, kwiaty w oknach w przerażające maski, a w drzwiach ukazywały szatana. Kuliłam się przed ogromem, który tętnił niepojętym tętnem strachu, rósł w nieskończoność i pożerał mnie, małą, znikającą, nieważną.

Któregoś dnia, gdy byłam już dorosła, ból głowy stał się tak silny, że leżałam bez ruchu, patrząc w sufit, po którym przesuwały się obrazy małych dzieci z wbitymi w plecy kolcami. Łzy lały mi się po policzkach, choć nie mogłam wykrztusić choćby słowa. Zdawało mi się, że umieram i tylko szkoda mi było tego życia, w którym jestem mamą.

W szpitalu dali mi zastrzyk. Jakiś taki, który cudownym sposobem natychmiast eliminował ból. I wtedy dopiero zaczęło się piekło. Moje piekło, osobisty zgon w męczarniach, gdzie tęsknisz do zwykłego bólu głowy, gdzie leżenie bez ruchu zdaje się wybawieniem, bo przecież wystarczy leżeć cicho, żeby przetrwać. Tu, w moim piekle nie wystarczy leżeć cicho. Tu chce się krzyczeć wrzeszczeć, wołać, ale nic nie można, bo coś zapycha ci dech. Tu, w nieruchomym leżeniu, nie ma żadnej ucieczki. Tu dopada cię rozdzierająca rozpacz, taka totalna, wiekuista, uświadamiająca, że nic, nic ci nie pomoże, czarna piana, rozpadlina, dół. Cierpienie nie do opisania, gnijąca tkanka, żywe istoty rozpadające się w męczarniach. Jak opisać ból człowieka, który stracił nadzieję? Który wie, że każdy kolejny dzień zbliża go do śmierci, a każdy kolejny dzień będzie tylko gorszy od poprzedniego, bo przecież nic, nic, czarna piana, rozpadlina, dół?

Postanowiłam nigdy nie brać tych zastrzyków, nigdy nie łykać prawdziwych leków na migrenę, z lekką niczym obłok aspiryną razy trzy plus ibuprom razy dwa – dryfować między bólem fizycznym, a cierpieniem psychicznym, które przecież zawsze można dodatkowo zalać browarem i uśmierzyć fajką. Ale gdy w środku obudził się mój zrozpaczony demon, takie dziecko z przerażającą twarzą, które nigdy nie zaznało oddechu, choć krzyczy – nikt go nie słyszy, zastyga więc z otwartymi ustami i bezsilnym niemym wrzaskiem, kiedy się to coś we mnie obudziło, zapragnęło rzucać krzesłem po ścianach i wyć jak zraniony niedźwiedź, skapitulowałam. Straciłam wszystkie maski, straciłam siłę do dalszego grania, straciłam nawet rodziców, których zamroziłam tak samo jak wcześniej zamroziłam swój gniew.

Depresja to zamrożony gniew. To nigdy niewykrzyczane NIE. To gula w gardle, ta sama, która towarzyszyła ci w dzieciństwie, gdy strasznie nie chciałaś się rozpłakać, gdy chciałaś coś powiedzieć, ale kurwa, ani nic nie powiedziałaś, ani nie uchroniłaś się od płaczu. To wstyd, że jesteś taka, to ból, że siebie nie znosisz, to rozpacz, że nikt cię nie rozumie.

Od tygodnia jestem w ośrodku dla chorych na depresję. W zdumieniu słyszę swoje historie, opowiadane przez najróżniejszych ludzi. Ludzie są różni. Każdy jakiś jest. Są młodzi, są starsi, są tacy jak ja. Zgięci, spłakani, połamani. Szukający samotności, uciekający od zgiełku, przerażeni. I choćby nie wiem, co ich tu sprowadziło, zwolnienie z pracy, zawód miłosny, mąż alkoholik, przemoc, rozwód, kredyt, czy trzy książki napisane w ciągu roku – wszyscy, absolutnie wszyscy chorują na tę samą chorobę. Na dzieciństwo. Na zamrożony w nim gniew.

Czarownice z XXI wieku

Czemu szczepionka p/HPV jest złem? Nie wiem. Ale wiem, że walka z nią toczy się na forach, blogach i stronach typu: archiwum watykańskie. Prawie wszystkie informacje zwalczające szczepionkę wychodzą z tych samych środowisk, a autorytety, na które powołują się wojujące grupy antyszczepionkowe, to ludzie związani z Kościołem, Radiem Maryja i katolickimi zrzeszeniami lekarzy

trumna

Kiedy dowiedziałam się, jak blisko zatwierdzenia przez rząd jest projekt ustawy o zaostrzeniu prawa antyaborcyjnego w Polsce, napisałam na Facebooku taki mały apel:

Nie ma sensu z nimi dyskutować. Owszem, można protestować, ale argumenty nie są tu siłą. Oni robią swoje. My też musimy. Musimy się wzmocnić, być sprytne, mądre, jak pramatki, co spłonęły na stosach. Mądrzejsze! Zadbajmy o siebie i swoje córki. Przerwijmy milczenie, nie czekajmy na szkoły. Uczmy dzieci, jak się zabezpieczać. Rozmawiajmy o tym otwarcie. Kupmy środki antykoncepcyjne. Kupujmy pigułki, wkładki, zastrzyki. Zaszczepmy swoje córki szczepionką przeciw HPV. Dajmy im swoją wiedzę. Dajmy im ochronę. Póki można. Bo wkrótce nastanie średniowiecze i wojna. Nie wygramy jej bez ochrony.

Wydaje mi się logiczne, że robimy to, na co mam wpływ. A jeszcze mamy wpływ na to, czy nasze dzieci mają dostęp do edukacji seksualnej. Mamy wpływ zapewnienie im bezpieczeństwa. Mamy wpływ na ich ochronę. A jeśli mamy na to wpływ – róbmy to. To może nie jest tak spektakularne, jak marsze i protesty, ale jak na razie prawdopodobnie od marszów i protestów skuteczniejsze.

Ale, ale. Jak się dowiedziałam z komentarzy choćby znajomych zrzeszonych w opozycji – jest tu cała gama „ale”. Bo proponując takie rozwiązania, działam połowicznie. Bo przecież ten rząd trzeba wymienić , wywieźć na taczkach i działać systemowo, a nie.

Przyglądam się tym wypowiedziom i zachodzę w głowę ze zdumienia, bo przez cały ostatni rok byłam przekonana, że nie można tego rządu wymienić, ani wywieźć na taczkach z zupełnie innej przyczyny, niż antykoncepcja i edukacja własnych dzieci. Nie przyszło mi do głowy, że akurat te sprawy mogą zawadzać w ocalaniu demokracji. Widocznie rzecz jest tak niepodzielna, że żadna matka z ojcem nie będzie w stanie pójść na manifestację, gdy wezmą się za wdrażanie dzieci w tematy seksu. Nie ma mowy, aby się zająć edukacją, gdy rozbrzmiewa złoty róg. Nie tędy droga. Nie zajmujmy się pierdołami, gdy czas iść na barykady. Wymienić rząd! Wywieźć na taczkach! Hurra! To się nazywa romantyzm! Bo przecież te krępujące rozmowy z dziećmi w żadnym wypadku romantyczne nie są.

Ale to nie koniec. Zawarłam w swoim apelu propozycję szczepienia córek przeciwko HPV. I tu dopiero mnie walec rozjechał. Jak to mówi prawica: zmiażdżył. Bo jak się okazuje, znów nie miałam pojęcia, a nie miałam ściśle pojęcia o zatrważającym niebezpieczeństwie czyhającym na dzieci ze strony tej morderczej szczepionki, czego dowodzą liczne materiały „naukowe” oraz filmiki na Youtube. Zaintrygowana umówiłam się z lekarzem rodzinnym, żeby porozmawiać o niebezpieczeństwie, ale poległam szybko, zapytana o szczegóły. A miały to być badania naukowe, czym owa szczepionka grozi. Konkretnie. Czym? Bo lekarz nie wie. Nie spotkał się. Nikt mu nie kojfnął po szczepieniu, nikt nawet się źle nie poczuł, nikt się nie skarżył. Kolegom i koleżankom też nie. Ale chętnie się z moimi informacjami zapozna.

Poszłam do innego. Ginekologa z wieloletnią praktyką. Pokręcił głową i powiedział, że są osoby, które mają sporo czasu na tworzenie problemów w internecie, ale on nie. Nie, nie spotkał się z przypadkiem powikłań.

Postanowiłam zająć się „opracowaniami”, w których autorzy powołują się na prace autorytetów lekarskich, przestrzegających przed szczepionką, chociaż Polskie Towarzystwo Ginekologiczne prognozuje zmniejszenie zachorowania na raka szyjki macicy od ponad 70 do 96 %. Umieralność z powodu nowotworów szyjki macicy w Polsce jest o 70% wyższa niż przeciętna dla krajów Unii Europejskiej, a jednak tam większość krajów objęta jest systemem szczepień p/HPV.  Raka powoduje brodawczak, a szczepionka chroni organizm właśnie przed nim. Niby proste. Ale jak można to skomplikować?!

Mimo że rak szyjki macicy jest śmiertelną chorobą i można zmniejszyć jej występowanie do niemal stu procent to jednak szczepionka jest złym pomysłem. Czemu? Nadal nie wiem. Ale wiem, że walka ze szczepionką toczy się na forach, blogach i stronach typu: archiwum watykańskie i pro-life. Prawie wszystkie informacje zwalczające szczepionkę wychodzą z tych samych środowisk, a autorytety, na które powołują się wojujące grupy antyszczepionkowe, to ludzie związani z Kościołem, Radiem Maryja i katolickimi zrzeszeniami lekarzy.

Na pytanie zadane w Google na temat szczepionki, odpowiada wyprofilowane u samej góry konto założone przez niejakie Ogólnopolskie Stowarzyszenie Wiedzy o Szczepieniach  i nie zostawia na leku suchej nitki, gromiąc przed nim ostrzeżenia. No i jakże, przytacza się tam wywody ekspertów, którzy na drugi rzut oka dziwnie się ze sobą splatają. Dr Zbigniew Hałat. Sprawdzam w Wikipedii – felietonista Radia Maryja i publicysta Telewizji Trwam. Zespół ekspercki  Maria Szczawińska, Iwona Rawicka, Marek Ślusarski – zarząd ogólnopolskiej sekcji ginekologiczno-położniczej Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich „Ogólnopolska konferencja katolickich ginekologów i położników. No i ostatnia bomba, wybitny ginekolog, profesor. W internetowej pamięci Krakowa występuje także jako Rudolf K.

Ciężkie są zarzuty, słowa lekkie. Przefruwają beztrosko z katolickich środowisk ku rozideologizowanym zwolennikom naturalnego życia. Jest gdzieś granica między leczeniem prostaty a leczeniem chorej ciężarnej, którą ciąża może zabić. Jest jakiś podział między ochroną życia mężczyzny a życiem kobiety. Jest też niewidzialna, a jednak bolesna fala trendu, którym ulegają kolejne środowiska „żyjących w zgodzie z naturą” i narażają przez to własne i inne dzieci na śmiertelne choroby. Te linie są ryte od stuleci w naszych głowach tak głęboko, że po wspomnianych pramatkach niewiele nam już zostało. Nie zostało nawet tyle, co obejmuje pojęcie rozsądku.

Dlatego właśnie zrozumiałam, że nikt nas na tych stosach nie będzie musiał palić. Tamte czarownice to już przeszłość. Dziś jesteśmy dużo bardziej „nowatorskie”. Same się wyniszczymy. Każdego dnia pięć Polek umiera na raka szyjki macicy.

Życie?

Według abp. Hosera za czasów PRL-u dokonywano 800 tysięcy aborcji rocznie. Coś musi o tym wiedzieć. Niezależnie jednak od jego fantazji, przyjmuje się, że np. w latach 60-tych przeprowadzono od 300 do 500 tysięcy zabiegów przerwania ciąży. To kto tego dokonywał? Opowiedzcie nam, świątobliwe matrony, obrończyni życia w moherowych beretach i wy, nawróceni lekarze z klauzulą CZYSTEGO sumienia.

1-tydzien-ciazy-zdjecia-ciazy-zaplodnienie-article_v-8009

1

6-tydzien-ciazy-zdjecia-ciazy-zdjecia-plodu-article_v-8047

2

kobieta

3

1. Nie to nie liść, to CZŁOWIEK

2. Nie, to nie krewetka, to CZŁOWIEK

3. Nie, to nie człowiek, to tylko KOBIETA.

Wystarczy nie być

Gdy zmarł Stach hulaka, zamówiłam wieniec. Chciałam na szarfie napisać: „Królowi Kętrzyna”, ale się powstrzymałam. Całe szczęście. Okazało się bowiem, że w ciągu kilku godzin od zgonu do pogrzebu, Stachu stał się święty

chrystus

Mariusz Kapała/Gazeta Lubuska

Stach był utracjuszem i nicponiem. Otwierał drzwi kopniakiem i krzyczał: „Kto tu rządzi!” Był samozwańczym królem Kętrzyna, królem wszystkich awanturników. Wściekle agresywny i zaczepny, jako młody człowiek trwonił niewielki dobytek rodziny pod budką z piwem. Z biegiem czasu jednak dorósł jego syn i w wieku lat szesnastu stanął w obronie matki, rozkwaszając ojcu nos na framudze drzwi wejściowych.

Spektakularna porażka samca alfa zwykle kończy się dla niego nędznie. Stach utracił moc, skurczył się, złagodniał i z miejsca stał się pośmiewiskiem małżonki, dzieci i potem wnucząt. Głupi Stary – przywarło doń jak imię, Dziad – jak nazwisko. Głupi Stary Dziadygo!, krzyczała Jadźka, jego córka, rzucając w niego cukiernicą. Za tym szły obelgi i oskarżenia. Ech, Głupi Stary – wzdychała pogardliwie żona, znacząco pokazując wnukom kuku na muniu, gdy tylko się pojawiał. Ja sama, nasiąknięta niechęcią, czułam, że Stachu to prawdziwy Dziad, spodnie ma obwisłe, gacie obwisłe, buty rozklepane. Nikt go nie rozumiał, bo gadał jak potłuczony, w dodatku w jakimś dziwnym języku, mieszanką litewskiego, ruskiego i kompletnie pokaleczonego polskiego. Jeden Whisky go szanował. Nie pozwalał obrażać swojego dziadka, widział w nim kogoś więcej, niż Głupiego Starego. Ale ten i tak się kurczył, mówił już tylko do siebie, coś pod nosem, co nikogo nie obchodziło. W końcu umarł.

Zamówiłam wieniec. Chciałam na szarfie pogrzebowej napisać: „Królowi Kętrzyna”, ale resztką rozsądku się powstrzymałam. Całe szczęście. Okazało się bowiem, że w ciągu tych kilku godzin od zgonu do pogrzebu, Stachu stał się święty. I nie ma mowy, że ktoś kiedyś nazywał go Dziadem. Nikt! Nigdy! Ani Stary, ani Głupi. Takie rzeczy nie miały miejsca. Teraz szpaler w czerni boleśnie zgina rozpacz. Na cmentarzu jeden szloch. Dramat. Tragedia. Umarł święty człowiek. Tylko jeden Whisky nie płacze. Przygląda się ze smutnym zdumieniem rozpaczającej ciotce Jadźce, która od tej pory codziennie będzie ciągnąć na grób Stacha największe znicze w gminie, najbujniejsze chryzantemy w powiecie, największy w województwie pomnik. Chrystusa naturalnej wielkości.

Chrystus nie był zbytnio wysoki, chociaż w jego pomnikach dawno już zatracono skalę. Miał łagodne usposobienie i skłonność do filozofii. Głosił miłosierdzie i pewnie nie miał takich wyskoków jak Stachu. Ale podobnie jak on, został pokochany po śmierci. Męczeństwo dało mu splendor. To znaczy, niekoniecznie jemu, bo już nie żył, ale na pewno tym, którzy na jego śmierci zrobili kariery. I robią do dziś. Bo potrzebna jest czyjaś śmierć, by był przydatny. Czyż nie na tym opiera się nasza kultura?

Kultura zmienia historię, wypacza fakty. Ktoś zginął w katastrofie, będzie że poległ w zamachu. Na żywego mówiono Kartofel, martwemu stawiają pomniki. Żonę mieszano z szambem, w trumnie stała się święta. Ofiarom oddają salwy, ocalałych lekceważąc. Nie ma się co dziwić w tym kraju. Tu super jest nie żyć. Nieżyjący, w przeciwieństwie do żywych, mają masę przywilejów. Miłość. Uwagę. Chwałę. Nikt nie liczy pieniędzy, jakie pochłania ich niebycie. Przemowy, transmisje w mediach, miesięcznice, spotkania, zebrania, tablice, rzeźby, szarfy, pomniki, wieńce, ulice, osiedla. Szkoły! Ich imieniem ponazywane, dla nich POŚWIĘCONE. Apele, publikacje, książki, traktaty. Filmy! Całe pokolenia nauki, kulturowe dziedzictwa! Co ja mówię! Wojny! Podboje! Rzezie!

Dla nieistniejących powstają idee i prawa. Nieistniejące dzieci decydują o życiu żywych. To ich, tych których nie ma, najbardziej kochają władze i kościoły. Im poświęca się wystawy, msze i wielkie pieniądze na niekończące się debatowanie na ich temat ich ochrony.

Wszystko. Dopóki się nie urodzą.