Czarna wdowa

Ale sen! Z tych, co zdarzają się raz, może dwa razy na życie i robią taki kipisz, że sąd, prokuratura, spalenie na stosie. Jeden już był. I teraz mam. 

Opisałam go w „Mamie”. Lecę i strzelam, a robię to z takim przytupem, że drży cały Kosmos. 

Bo ja w snach mam świadomość kosmiczną. Nie jestem drepczącym człowiekiem, ale istotą wszechpotężną przemierzającą (zawsze przemierzającą!) wszechświat w tempie absolutnym. Prędkość światła nie ma znaczenia. Ja zasuwam szybciej. W trakcie podróży robię różne rzeczy, na przykład (jak w tym śnie z „Mamy”) rozwalam białą wieżę. Nie, nie będę wam o tym opowiadać, jak chcecie, poszukajcie w książce. Dziś będę opowiadać inny sen. 

Tym, co mi się właśnie przyśnił. 

Najpierw – jak wyrwana z kolorowej gazety – para na zdjęciu. Facet i kobieta. Facet napuszony niczym paw, ona w jego tle. Długie włosy zdobią jej wycofaną twarz. On z kolei jest cały w koronkach, garniturach, piórach. Świat szaleje na jego punkcie. Choć przecież ona jest tak samo ważna, robi tyle samo, a może nawet, a może więcej? 

Nikt jej nie widzi. 

Nagle: fortepian. Już rozumiem. On jest pianistą. Światowej sławy muzykiem, artystą, stąd splendor. Siada do fortepianu, widzę jego wyfiokowane dłonie, francuskie koronki, haft Richelieu, mankiety krochmalone. Gra. 

Ale nic nie słychać. Żadna nuta nie wydostaje się spod jego rąk. 

Znów zbliżenie (jak w filmie) – na fortepian. Skupiam wzrok, patrzę, ale klawiszy nie widzę. Zamiast nich – jedna przy drugiej: buteleczki. Takie małe flaszki zero dwadzieścia, co się do kieszeni jego przepięknej welurowej marynarki chowają. 

Wszystko gaśnie. Jest ciemno, nic nie widać, ale za to… słychać. Słychać muzykę, nuty wpasowane, idealne, a jednak: niepokojące. Prawdziwa muzyka, która opowiada historię. A ta historia jest straszna. Kto ją gra? To ona gra! To ona opowiada!

Zbrodnia to niesłychana, pani zabija pana. 

Tyle razy przerabiany kawałek, a nikt się nigdy nie spytał: dlaczego?! Dlaczego ona go zabiła? 

Bo jej zabrał wszystko, zabrał jej duszę, zepchnął na krawędź wytrzymałości. Wyrwał jej serce, kochani. 

Wyrwał jej serce na żywca i kazał dalej żyć. 

Ona już nie ma pięknych długich włosów, leży na łóżku w malignie, trzyma się za głowę, ciągle ją głowa boli, głowa, na której coraz bardziej kurczą się pukle. Krzyczy. Krzyczy jak chora, konająca: – Boże, Boże, co się ze mną dzieje, JESTEM CORAZ… MŁODSZA!

I faktycznie, włosy na pazia, twarz wygładzona, cudem odmłodzona kobieta siedzi teraz na schodach uczelni i patrzy na swojego chłopaka, którym jest on – późniejszy pianista. Nawalony artysta. 

On jej coś tłumaczy, jakże by inaczej – tłumaczy jak małej dziewczynce: TRZEBA pisać, zawsze pisać, nie przestawać, to bardzo ważne, pisać, w kółko pisać, bezwzględnie i koniecznie TRZEBA pisać!

A potem wsiadają razem do samochodu, ruszają z piskiem, pędzą prędko, a on jej mówi, że będzie zły. A już na pewno będzie zły jak cholera, gdy ona pojedzie do przodu, a on się, niestety – cofnie. 

Z dużą prędkością. I oto prezentacja, wykon, on wyskakuje z pędzącego auta i leci z prędkością adekwatną, z tym że w odwrotnym kierunku. I, racja, jest zły jak cholera. Twarz wykrzywiona w grymasie, zęby na wierzchu. Trach!

Znów przerwa. Ciemno. Nic. 

Nagle wszyscy jedziemy autobusem. Nie ma się co dziwić. Może uda się bez wyskoków. Ona chodzi po pokładzie, on siedzi na miejscu matki z dzieckiem i gada. Ze mną gada. Właściwie to ja gadam, bo jak już ktoś ze mną gada, to wtedy raczej ja gadam. No więc opowiadam mu swój sen. 

Ten, co mi się pół roku temu przyśnił. A było tak. Jechałam autobusem (jak teraz), autobus zatrzymuje się na przystanku, z autobusu wychodzi kobieta, staje przy kiosku i zaczyna znikać. Zostaje po niej tylko spódnica.

Ale zanim zniknie, jakby na kogoś czekała. Szybkim ruchem chwytam za telefon i chcę zrobić jej zdjęcie. Ale, kurczę, nie umiem. Podchodzi do mnie mała dziewczynka, patrzy na wyświetlacz i mówi: dalej, dalej! A ja nie umiem. Widzę na wyświetlaczu materiał spódnicy kobiety, jest w kolorze lila. Nie wiem, czemu, ale myślę, że kobieta nie zniknie, dopóki ta dziewczynka nie wyjdzie do niej. Ona na nią czeka… 

Dziewczynka znika w jednej sekundzie. Podnoszę wzrok. Kobiety też nie ma. I spódnica znikła. 

Zatem opowiadam temu Richelieu: jadę autobusem, patrzę przez okno, a tam… 

Patrzę przez okno. 

Cmentarz. 

– Cmentarz – mówię. 

Tak naprawdę nie było cmentarza, tylko kiosk, myślę. Ale teraz jest cmentarz. Przewrócone płyty nagrobne, stara sprawa. Boże, widziałam gdzieś te płyty. Widziałam to. 

Gdzie jest kiosk? 

– Dziewczynka miała włosy w kolorze mysim – tłumaczę. Mężczyzna kręci głową, że nie rozumie. – Czy ja mówię po francusku?! – irytuję się, a on, że po francusku to by właśnie zrozumiał. Gorzej z angielskim.

Zastanawiam się, co to za typ. Kto dzisiaj po francusku gada, a po angielsku nie umie? I tak bym się z nim dalej kłóciła, gdyby nagle nie zasnął. 

Kobieta spokojnie podeszła do męża, pochyliła się nad nim. Śpi? Nie. Umarł. 

Ciemność, przerwa, antrakt. 

Nagle budzę się (nadal w tym śnie) na pokładzie statku kosmicznego. Otwieram oczy półprzytomna. Statek zatrzymał się na przystanku. Moja para z filmu „Czarna Wdowa” kręci się przy sterach. Chwilę później on niesie jakiś wydruk, rachunek diabli wiedzą skąd i mówi do żony, że musiało być mi zimno podczas podróży, bo zamówiono dla mnie gorącą wodę. Zrywam się w proteście, rzecz jasna, bo żadnej gorącej wody nie brałam! Ale oni wcale na mnie nie zwracają uwagi, dobrotliwie głowami kiwają, spoko, spoko, nic nie musisz płacić. 

Wokół ludzie zbierają się do wyjścia. 

– Już czas? Trzeba wychodzić? – pytam Czarnej Wdowy. Wdowa z mężem jakby stawali się jednością, odpowiadają mi zgodnym chórem: – Wychodzą tylko ci, którzy wykupili bilet do Monachium. 

– A więc jesteśmy w Monachium?

– Tak jakby. 

Wkładam rękę do kieszeni. Znajduję tam monety. Wyciągam, patrzę – kilka monet w obcej walucie. Wiem, że mam zapas. I że nie muszę wysiadać. 

Ani w Monachium, ani nigdzie. 

Jeszcze przez długi, długi czas. 

nemezis.me

IMG_1821

Tajemniczy Don Pedro Paweł Adamowicz

Istnienie składa się z trzech czasów. Czas przeszły, teraźniejszy i przyszły. Ten pierwszy stanowi problem, gdy ktoś umiera. Nigdy nie wiadomo, jak powiedzieć. Gdańsk go lubił? A to, że dziś tonie we łzach – czy nie świadczy o tym, że Gdańsk nadal go lubi? I że będzie lubił w tym trzecim czasie, w tym przyszłym, wiecznym, na zawsze?

  • Musimy się spotkać – napisałam na jego messengerze. – Pilne.

Po czym pojechałam gdzieś tam coś załatwiać i zapomniałam o swojej nagłej wiadomości. Godzinę później zadzwonił telefon. Spojrzałam na wyświetlacz, ale nic nie zobaczyłam, bo nie miałam okularów. Na wszelki wypadek więc krzyknęłam tym swoim zwyczajem, gdy nie wiem z kim rozmawiam: „czego? kto tam?!”

  • Tajemniczy Don Pedro.

Od razu go poznałam. Po głosie, a może po tym sposobie mówienia? Nikt inny by nie nawiązał do Baltazara Gąbki w takim stylu. Tylko on. Paweł Adamowicz.

Powiedział, że pracuje codziennie do dwudziestej pierwszej, ale znajdzie dla mnie czas. Nie czekałam długo. Spotkaliśmy się dwa dni później, pamiętam, że to był wtorek.

Nie spóźnił się ani minuty. Przyjął mnie z honorami. W tym społeczeństwie, gdzie artyści są traktowani jak nieszkodliwi wariaci albo po prostu brutalnie robi się ich w balona – to była dla mnie nowość. Jeszcze nikt, przedstawiciel żadnej instytucji nie potraktował mnie z takim szacunkiem. Do tej pory.

Starałam się być konkretna, wszak warto się odwzajemnić i szanować czyjś czas. Opowiedziałam mu o losach pewnej książki o Gdańsku, której wydanie wsparł osiem lat temu. Szklanka na pająki Basi Piórkowskiej, pamięta pan? Pamiętał. I od razu kupił  dwieście egzemplarzy dla gdańskich szkół. Bez żadnych upustów. Z walczącej z wiatrakami artystki bez grosza stałam się osobą, która realnie wydaje cenioną nie tylko w Polsce literaturę piękną. I ma wsparcie Prezydenta.

Kilka tygodni później spotkaliśmy się na Kongresie Kobiet w Europejskim Centrum Solidarności. Byłam z Baśką i z książkami, rozłożyłam stoły i zaczęłam sprzedawać. Pierwsze koty za płoty. Szło różnie. Jeszcze mało ludzi, jeszcze nikt nic nie wie. I nagle przyszedł on. Najpierw kupił egzemplarz dla siebie, potem z nami usiadł. Jak się domyślacie, od razu wokół naszego kramu zrobił się tłum.

Żałuję, że więcej z nim nie porozmawiałam. Że tylko wysłałam mu podziękowania, zamiast je osobiście złożyć. Że nie miałam czasu, a może śmiałości napisać znów na jego messengerze: spotkajmy się. Przecież nigdy nie wiadomo, czy jeszcze będzie nam dane pogadać. Pożartować.

Tajemniczy Don Pedro odszedł. Nastała Niebieska Noc. Jadę samochodem przez moje miasto, widzę jego uśmiechniętą twarz na czarno-białych zdjęciach i ściska mnie w gardle. Siedzi pochylony, ręką podpiera się o kolano. Patrzy łagodnie w obiektyw. Czy żartował, gdy mu robiono to zdjęcie? Na pewno. Zawsze żartował. Nigdy nie chodził z obstawą. Ludzie go lubili. Gdańsk go lubił.

Istnienie składa się z trzech czasów. Czas przeszły, teraźniejszy i przyszły. Ten pierwszy stanowi problem, gdy ktoś umiera. Nigdy nie wiadomo, jak powiedzieć. Gdańsk go lubił? A to, że dziś tonie we łzach – czy nie świadczy o tym, że Gdańsk nadal go lubi? I że będzie lubił w tym trzecim czasie, w tym przyszłym, wiecznym, na zawsze?

Nie mogę pisać tego tekstu. Łzy mi przeszkadzają. Bycie artystą nie jest łatwe, człowiek ma nerwy na wierzchu. Ale są na tym świecie ludzie, którzy widzą w tym wartość. Są. Byli. Był.

Jest?

Będzie.

 

BaBa śnieg

Wskakuję, wsteczny, jedynka, jadę. Przede mną mercedes sunie po ośnieżonej drodze. A ja jadę. Już sobie nawet radio włączyłam. Pod nosem nucę. Zakręt, mercedes tańczy niebezpiecznie, chwila, sekunda…

Budzę się pomału jak smok w smoczej jaskini. Budzę się i myślę, o tym co było.
A było tak:

Jadę takim małym samochodem marki Fiat Punto, jadę z dzieckiem, radia słucham, noc, zima, śnieg… i nagle: trach, jestem w dziurze. Szr… szr, wyjeżdżam z dziury… trach! – jestem w drugiej dziurze i to jest koniec mojej jazdy, bo dziura jest jak koryto rzeki, dżisas kurwa ja pierdolę.

Dziecko w ryk, ja za telefon, przybiega Ewka w piżamie, pcha, ale bez przekonania jakoś, auto w korycie, ja w rozpaczy, dzwonię po pomoc. Przyjeżdża mercedes, maszyna jak czołg, dobra – woła – ciągniemy! Lina – hak, wszyscy pchamy. Trach – lina pęka, auto w korycie. Zima  – stwierdza krótko ten od mercedesa i trudno się z nim nie zgodzić. Przybiega sąsiad, syn sąsiada, bocian i żabka, ciągną i ciągną, wyciągnąć nie mogą.

– Dajcie mi rękawiczki!- wołam, chwytam za zderzak i drę gębę: NAPIERDALAJ! -mercedes napierdala, punto idzie w górę i nagle: cud! Koryto puste.

Wszyscy się cieszą, wskakuję, wsteczny, trach! – i jestem w tej poprzedniej – pierwszej dziurze.

Scenariusz podobny, rękawiczki, napierdalaj, napierdala, punto beton mur, zaklęte. Szamoczemy się, przybiega drugi sąsiad, lina – hak, wnuczek za babcię, babcia za dziadka, dziadek za rzepkę…
Wyjęli! Wyjęli! Wyjęli!

Wskakuję, wsteczny, jedynka, jadę. Przede mną mercedes świeci elegancko i sunie spokojnie po ośnieżonej drodze. A ja jadę. Już sobie nawet radio włączyłam. Pod nosem nucę.
Zakręt, mercedes tańczy niebezpiecznie, chwila, sekunda…

Czy wiedzą Państwo,  jak trudno jest wyciągnąć włoską zabawką ten niemiecki czołg z zaspy?

Śpi moja dusza oderwana od ciała, śpi i śni o zaskoczonych śniegiem drogowcach, a sny te są krwawe, koszmarne…


    • Jak by się pani czuła, prowadząc samochód z tylnym napędem po śniegu?
    • BaBabym się.

PAMIĘTAMY

Zróbmy sobie nowe polskie święto. Święto przegranej w piłkę nożną. Obchodziłabym. Może nie zrobię sobie tatuażu, ale naklejkę na karoserię mogę nalepić

Właśnie dostaliśmy festiwalowe bęcki na Mundialu i jest to kolejna porażka, którą z czystym sumieniem moglibyśmy świętować. No może bez dnia wolnego, jakoś się przecież udało uniknąć ofiar śmiertelnych, ale jakiś rodzaj celebracji się należy. Ja bym może nawet jakiś pomnik pieprznęła, mały, skromny, ale zawsze. Będzie szansa, że kiedyś powstaną nalepki. Owszem, w Polsce pamięta się przecież porażki, dla porażek buduje się muzea, dużo pieniędzy się na taką pamięć przeznacza. Największy wpierdol czasów nowożytnych: Powstanie Warszawskie, mamy tak wkręcone, że lekką ręką puszczamy grubą kasę na muzea i pomniki, tak jak lekką ręką rząd polski puścił kiedyś 180 tysięcy istnień ludzkich w niebyt. A, przepraszam, w pamięć, bo przecież pamiętamy. To duże pocieszenie. Dobrze jest pamiętać głupotę, zawsze jest szansa, że ktoś ją w przyszłości powieli.

Wychowanie kolejnych pokoleń to dawanie przykładu, a my właśnie od pokoleń dajemy przykład, jak zebrać łomot ponosząc największe straty. I nawet jak się ten łomot zebrało od losu, co wydawałoby mniejszym złem – jak w przypadku katastrofy samolotu – warto dołożyć starań, żeby katastrofę dokręcić do miana napaści. Wtedy już spokojnie można się wpasować w stary dobry i sprawdzony syndrom ofiary, którą nie dość że wydymano, to jeszcze odmawia się jej praw do zabrania wraku. I już jest święto narodowe, już powstają pomniki, już można nawet odpieprzać comiesięczny cyrk, żeby nikt, broń Boże, nie zapomniał, jak to Polska od wieków dostaje po dupie.

Ostatnio widziałam Muzeum Drugiej Wojny Światowej w Gdańsku, imponujący budynek w prestiżowym miejscu, poszło pół miliarda. Na upamiętnienie zła. Na gloryfikację śmierci. Słusznie. Może gdyby w tym miejscu postawić jakiś wypasiony plac zabaw za jedną dziesiątą tej kasy, jakiś basen, tor przeszkód, zjeżdżalnię, a nawet boisko – te dzieci, które by nauczyły się tam dobrze bawić, miałaby nieco odwagi by w przyszłości przekroczyć linię demarkacyjną boiska? W końcu atak może być niezłą frajdą dla odważnych. Ale hola, hola. My Polacy musimy zadbać o to, by każde dziecko od urodzenia nasiąkało poczuciem klęski, klęski ogromnej, WAŻNEJ, krwawej, ojczyźnianej, zobowiązującej, kategorycznej. Bo jak od małego widzi, że jego przodkowie dostawali takie doniosłe manto, to przecież nie ruszy na niczyją bramkę, jedyne, co mu pozostaje to rozpaczliwa obrona.

Albo – jeszcze lepiej: modlitwa.

Dlatego proponuję, zróbmy sobie nowe święto. Święto przegranej w piłkę nożną. Obchodziłabym. Może nie zrobię sobie tatuażu, ale naklejkę na karoserię mogę nakleić. Wolę to niż te wszystkie obchody zbrodni. Tak, Polacy. Przegraliśmy kolejny mecz. I nie jakiś tam zwykły mecz, ale mundialowy. Dzięki temu nie wyjdziemy z grupy. To naprawdę poważna klęska. Piękna porażka.

PAMIĘTAMY.

Mam na imię Igor

Wszystkie materiały, w tym ujawniony niedawno film, zostały przekazane do prokuratury – raportował minister Błaszczak. Chwilę później oficjalnie oświadczył, że tego filmu nie widział i nie miał o nim pojęcia

Moim obowiązkiem jest złożenie dziś przed Polakami informacji na temat wydarzeń na Komisariacie Policji Stare Miasto we Wrocławiu.” Tak rozpoczął swoją przemowę minister Mariusz Błaszczak. Przyjrzyjmy się więc nieocenionym informacjom, jakie nas poraziły podczas wczorajszego rządowego wystąpienia w sprawie śmierci Igora Stachowiaka.

Szalenie istotną rzecz minister podał już na drugim wydechu tego bogatego w treść przemówienia. Otóż okazuje się, że rok temu zażądał on NIEZWŁOCZNEGO wyjaśnienia sprawy i wyciągnięcia konsekwencji wobec osób winnych. Doskonale wiemy, jak sprawa prędziutko została wyjaśniona.

Po roku, przez telewizję TVN. 

Dalej dowiadujemy się,  że wszystkie materiały – w tym ujawniony niedawno film – zostały przekazane do prokuratury. Znamienne, że kilka oddechów później minister Błaszczak oficjalnie oświadcza, że tego filmu do niedawna nie widział i nie miał o nim pojęcia. Zatem przekazał do prokuratury materiał, do którego nie zajrzał. To ważne. Jak donosi pewien program satyryczny, a przez niektórych nazywany dokumentalnym, pt. „Ucho Prezesa”, minister jest ogólnie w cholerę zajęty.  Czymś innym.

Co więcej? Same rewelacje. Otóż minister donosi, że rząd PiS świetnie sobie radzi w kwestii bezpieczeństwa. Jasna sprawa. Widać jak na dłoni, jakby się chciało zajrzeć do dowodów. Im dalej w las, tym więcej drzew (do wycięcia), zatem w gęstej od cennych informacji wypowiedzi, dowiadujemy się, że poprzednicy ministra godzili się na iluzoryczne załatwianie spraw, a on się nie godzi. Świetnie. Jesteśmy spokojniejsi.

Ale na czym polega problem? Słyszymy, że emisja filmu z posterunku we Wrocławiu może nadszarpnąć wizerunek Policji, a przecież codziennie tysiące policjantów naraża życie i tylko jednego dnia policjanci podejmują około kilkunastu tysięcy interwencji. Czyli co? Nie należy tego filmu oglądać? Czy puszczać? Czy co? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że  PRAWDA JEST JUŻ BLISKO. Bo przecież „dla policjantów etos służby powinien być najważniejszy”. Tak przynajmniej chciałby minister Błaszczak. Chciałby też, żeby policjant był dla społeczeństwa przykładem. Uff.

Ulgę też przynosi wyznanie ministra, że natychmiast po obejrzeniu filmu w TVN zwolnił policjantów brutalnie katujących paralizatorem Igora Stachowiaka. Stanowisko straciło również paru innych policjantów tuszujących tę sprawę. Wspaniale. Wszystkim nam ulżyło, że w tak wzorowo prowadzonym państwie PiS, osoby w policji stosujące tortury i doprowadzające do śmierci dostają AŻ wypowiedzenie.

Ja kiedyś też dostałam wypowiedzenie, wprawdzie nikogo nie zabiłam, nie użyłam żadnego paralizatora, właściwie to nie wiem, co złego zrobiłam, no ale wiadomo – to były czasy rządów POPRZENIKÓW. Sodoma z Gomorą. Nie to co teraz.

Ale zaraz, zaraz, wysłuchajmy ministra do końca. Czemu ich zwolnił? Dlatego, że znęcali się nad niewinnym człowiekiem? Ależ skąd! Zwolnił ich, bo… nie posłuchali się przełożonych. W PiS-ie to dużo znaczy. Na szczęście jednak – co ma niebagatelne znaczenie dla sprawy – Błaszczak się odgraża, że nie pozwala na takie zachowanie. Od dziś nie pozwala, bo jakoś przez rok, dopóki TVN nie wyemitowało materiału dowodowego – kolebali się w najlepsze na etacie.

W sumie, jak donosi człowiek odpowiedzialny (i to jak!) za bezpieczeństwo obywateli, w kwestii śmierci Igora Stachowiaka chodzi o to, że za czasów PO/PSL było wiele przypadków śmierci na komisariatach. Można je wymienić, jak twierdzi minister. Z tego prawa jednak nie korzysta. Nie wiadomo więc czyje to śmierci, w jakich okolicznościach nastąpiły, ani kiedy. Ale przecież najważniejsze jest to, że kiedyś też ginęli ludzie, więc co się czepiacie?

Jeśli zaś chodzi o meritum, to winni nadużyć w 2008 roku (Igor Stachowiak zginął w 2016 roku) zostaną ukarani. Jakby tego było mało: „Za akcję Widelec też zostaną ukarani!” A już społeczeństwo myślało, że policjantom z Wrocławia (bo chyba w ich temacie było to wystąpienie?) akcja „Widelec” się upiecze. Nie upiecze się.

Jarosław Zieliński, Wiceminister Spraw Wewnętrznych i Administracji jest ostry jak brzytwa. Niezwykła to przenikliwość. Wielkie bowiem słowa, co wiele wnoszą, wypowiada. Glównie to, że jest Wiceministrem Spraw Wewnętrznych i Administracji. I póki będzie, to będzie. A przecież strasznie coś doświadczył na tej sali. No cóż, to się nazywa niezłomność. A jeśli chodzi o odpowiedzi na pytania (niezwykle merytoryczne odpowiedzi!) udzieli ich niejaki „pan minister Mariusz Błaszczyk”.

Biorąc pod uwagę laserową czujność, z jaką obaj ministrowie śledzą sprawy zawodowe – znamienne, że dochodzi do żonglowania tożsamością przełożonego. Ja uważam, że to korzystne. Coś jak Batman i Bruce Wayne. Nigdy nie wiadomo, który z nich ogląda materiały dowodowe i lata jak nietoperz po Sejmie, a który nie ma pojęcia co się dzieje i patrzy rozmarzony w kominek.

Ale słuchajmy! Dalej same race! Według raportu wiceministra, ataki na niego nie mają związku ze śmiercią Igora Stachowiaka. Tu chodzi o rzecz dużo ważniejszą, a mianowicie o niemożliwości wybaczenia mu ustawy dezubekizacyjnej!

To zmienia postać rzeczy. Rząd widzi zupełnie inny wymiar tej kwestii. Ludzie nie są zachwyceni śmiercią młodego człowieka na komisariacie policji absolutnie nie dlatego, że śmierć młodego człowieka na komisariacie policji nie jest rzeczą zachwycającą. Nie. Oni po prostu znów chcą się przywalić za to, że rząd tak bezlitośnie czyni dobro.

Można by rzecz, mamy to. Mamy to, ale jeszcze posłuchajmy innych. Uściślijmy dane. Z pomocą bieży poseł PiS Arkadiusz Czartoryski. I wali jak komputer. A to, że rząd PiS różni się od rządów PO tym, że rzetelnie informuje społeczeństwo o tego typu wydarzeniach. Faktycznie. Dlatego czekaliśmy rok, by na antenie znienawidzonej przez rząd telewizji zobaczyć, jak było. Rzecz składa się jak w szwajcarskim zegarku. A jakby tego było mało, poseł dowala, że w kraju jest 130 tysięcy policjantów i nie da się ich upilnować.

No co. Nie da się.

Zbigniew Ziobro, miotacz konkretów, czeka na swój moment. Należy nam się przecież garść liczb, żeby jednak było nieco poważniej. Lecą zatem liczby. I to jakie!

16 tomów akt śledztwa i 5 tomów akt podręcznych!

58 świadków przesłuchanych, w tym niektórych wielokrotnie!

11 opinii biegłych!

Niezliczona ilość postanowień wydawanych co kilkanaście dni przez bity rok!

I nadal nic nie wiadomo.

Jak podkreśla minister, w tej sprawie nie można pozwolić sobie na partactwo. Dlatego nie można od roku stwierdzić, kto jest winny śmierci człowieka rozebranego, skulonego na zimnych kafelkach w łazience i katowanego przez policjantów. No zabijcie się, czarna magia.

Rozmawiajmy o faktach! – grzmi Ziobro. Tak jest. Podczas wystąpienia rządu zostaliśmy zarzuceni faktami i daleko nam do emocji, które, jak twierdzi minister: wytwarzane są w mediach. Nie, z pewnością nie w strukturach mózgu, żadne tam ciało migdałowate, czy inne bzdury. W mediach.  Musimy zaufać tej retoryce, temu rozumowaniu, bo przecież nikt tu nie wierzy w zdolność samodzielnego myślenia. A więc nic nie czujemy.

Nie czujemy ani łez, ani żalu, ani zduszonej wściekłości, ani bezradnej niezgody, ani lęku o własne dzieci w tej Polsce. Nic nie czujemy, gdy widzimy skulonego nagiego chłopca, który mówi łamiącym się głosem:

– Błagam… Mam na imię Igor…

On by mnie zabił

Nieprawdopodobna tragedia. Mąż zabija żonę z powodu pomalowanych paznokci, nie ma komu ugotować obiadu, mężczyzna kona w straszliwych męczarniach z głodu…

Słuchaj, mówi Teresa do Krysi, która wróciła z domu z przepustki. Słuchaj, jak ci coś powiem, to padniesz! Alicja leży zwinięta w kłębek na tapczanie i słyszy tę rozmowę, bo w słuchawkach skończyła się płyta. Od kilku dni bez przerwy słuchała starej płyty, która napawało ją jedynym bezpiecznym uczuciem – rozpadającym się smutkiem. Płakała po cichu pod kołdrą, a potem zasypiała. Gdy się budziła i słyszała ich paplanie, znów włączała w swojej komórce tę samą płytę i znów płakała i znów zasypiała. Tym razem poczuła w sobie kompletną, totalną bezradność, taką, która uniemożliwiała kliknięcie w komórce zapętlonej ikonki. Przez ciszę w słuchawkach słyszała więc rozmowę Teresy z Krysią i apatycznie rozważała ich słowa:

– Pojechałaś do domu z pomalowanymi paznokciami?!

– No coś ty! Teraz pomalowałam.

– A tamte zmyłaś?

– No jasne. Przecież by mnie zabił, idiota.

Znów wróciło wspomnienie, tamte dni, miesiące, lata ukradzione z jej życia, całe dzieciństwo i młodość pozbawione jej samej. Jakby ktoś pożyczył od niej ciało i duszę i siał w nich spustoszenie od pierwszych dni pojawienia się na świecie. Postać wypełniona pustką, bolesną, rozpadającą się na kawałki pustką, w której nie ma miejsca na nią samą, bo jej dawno już nie ma, nie ma i nie było. Zmyłaś paznokcie? Oczywiście, przecież by mnie zabił. Co za absurd, pomyślała. Co to jest za absurd, co to jest za wywrócenie jestestwa na drugą stronę! Ktoś odbiera ci ciebie, twoje prawo do własnego ciała, do własnych paznokci. Ktoś to zagarnia, a ty się na to godzisz. Zagarnia paznokcie, potem twarz, potem całe ciało, potem pamięć, pamiętniki, sumienie, wyznanie, poglądy, cały umysł, całe życie. Krysia jest niemłoda, ma już pod pięćdziesiątkę, może nawet więcej – a jednak nie ma nic swojego, nie ma nawet paznokci. Gotuje obiady na przepustce dla męża, na przepustce ze szpitala. Jedzie do niego nakarmić, przewinąć, ogarnąć, kurwa, a paznokcie musi zmywać, bo by ją zabił. Jak to zabił? A jakby zabił, to co? Umarłby z głodu? Co za paradoks, dwa trupy w mieszkaniu, TVN Uwaga, żółto czarna taśma wokół i spiker relacjonuje:

– Nieprawdopodobna tragedia. Mąż zabija żonę z powodu paznokci, nie ma komu ugotować obiadu, mężczyzna kona w straszliwych męczarniach z głodu.

——————————————————————————

(fragment książki „30 sekund”)

30-sekund-okladka-72dpi

Zamrożony gniew

Depresja to nigdy niewykrzyczane NIE. To gula w gardle, ta sama, która towarzyszyła ci w dzieciństwie, gdy strasznie nie chciałaś się rozpłakać, gdy chciałaś coś powiedzieć, ale ani nic nie powiedziałaś, ani nie uchroniłaś się od płaczu

270452_1884636911635_2775895_n

Od ponad roku choruję na depresję. Ale tak naprawdę tyle czasu próbuję ją wyleczyć, bo choruję od dzieciństwa. Oczywiście wcześniej nic o tym nie wiedziałam i usiłowałam zrobić wszystko, żeby nie czuć, że jestem chora. Najsprytniejszym zabiegiem, jakiego dokonał mój organizm były silne bóle głowy, które pojawiły się w dzieciństwie. Były tak silne, że traciłam przytomność w szkole, a  gdy ktoś mnie odprowadzał do domu, zalegałam nieruchomo na kanapie jak jaszczurka, nie mogąc ruszyć nawet małym palcem u nogi. Dziś wiem, że tak wygląda depresja –  nie możesz ruszyć nawet małym palcem u nogi. Ale wtedy nie wiedziałam. Wtedy znosiłam ten ból jako coś zwyczajnego, zwyczajnie znosiłam też lęki, które rosły w pokoju, zamieniały szafę w potwora, kwiaty w oknach w przerażające maski, a w drzwiach ukazywały szatana. Kuliłam się przed ogromem, który tętnił niepojętym tętnem strachu, rósł w nieskończoność i pożerał mnie, małą, znikającą, nieważną.

Któregoś dnia, gdy byłam już dorosła, ból głowy stał się tak silny, że leżałam bez ruchu, patrząc w sufit, po którym przesuwały się obrazy małych dzieci z wbitymi w plecy kolcami. Łzy lały mi się po policzkach, choć nie mogłam wykrztusić choćby słowa. Zdawało mi się, że umieram i tylko szkoda mi było tego życia, w którym jestem mamą.

W szpitalu dali mi zastrzyk. Jakiś taki, który cudownym sposobem natychmiast eliminował ból. I wtedy dopiero zaczęło się piekło. Moje piekło, osobisty zgon w męczarniach, gdzie tęsknisz do zwykłego bólu głowy, gdzie leżenie bez ruchu zdaje się wybawieniem, bo przecież wystarczy leżeć cicho, żeby przetrwać. Tu, w moim piekle nie wystarczy leżeć cicho. Tu chce się krzyczeć wrzeszczeć, wołać, ale nic nie można, bo coś zapycha ci dech. Tu, w nieruchomym leżeniu, nie ma żadnej ucieczki. Tu dopada cię rozdzierająca rozpacz, taka totalna, wiekuista, uświadamiająca, że nic, nic ci nie pomoże, czarna piana, rozpadlina, dół. Cierpienie nie do opisania, gnijąca tkanka, żywe istoty rozpadające się w męczarniach. Jak opisać ból człowieka, który stracił nadzieję? Który wie, że każdy kolejny dzień zbliża go do śmierci, a każdy kolejny dzień będzie tylko gorszy od poprzedniego, bo przecież nic, nic, czarna piana, rozpadlina, dół?

Postanowiłam nigdy nie brać tych zastrzyków, nigdy nie łykać prawdziwych leków na migrenę, z lekką niczym obłok aspiryną razy trzy plus ibuprom razy dwa – dryfować między bólem fizycznym, a cierpieniem psychicznym, które przecież zawsze można dodatkowo zalać browarem i uśmierzyć fajką. Ale gdy w środku obudził się mój zrozpaczony demon, takie dziecko z przerażającą twarzą, które nigdy nie zaznało oddechu, choć krzyczy – nikt go nie słyszy, zastyga więc z otwartymi ustami i bezsilnym niemym wrzaskiem, kiedy się to coś we mnie obudziło, zapragnęło rzucać krzesłem po ścianach i wyć jak zraniony niedźwiedź, skapitulowałam. Straciłam wszystkie maski, straciłam siłę do dalszego grania, straciłam nawet rodziców, których zamroziłam tak samo jak wcześniej zamroziłam swój gniew.

Depresja to zamrożony gniew. To nigdy niewykrzyczane NIE. To gula w gardle, ta sama, która towarzyszyła ci w dzieciństwie, gdy strasznie nie chciałaś się rozpłakać, gdy chciałaś coś powiedzieć, ale kurwa, ani nic nie powiedziałaś, ani nie uchroniłaś się od płaczu. To wstyd, że jesteś taka, to ból, że siebie nie znosisz, to rozpacz, że nikt cię nie rozumie.

Od tygodnia jestem w ośrodku dla chorych na depresję. W zdumieniu słyszę swoje historie, opowiadane przez najróżniejszych ludzi. Ludzie są różni. Każdy jakiś jest. Są młodzi, są starsi, są tacy jak ja. Zgięci, spłakani, połamani. Szukający samotności, uciekający od zgiełku, przerażeni. I choćby nie wiem, co ich tu sprowadziło, zwolnienie z pracy, zawód miłosny, mąż alkoholik, przemoc, rozwód, kredyt, czy trzy książki napisane w ciągu roku – wszyscy, absolutnie wszyscy chorują na tę samą chorobę. Na dzieciństwo. Na zamrożony w nim gniew.