Category: Sens Życia

Pająk za szklankę

Kochane! Kochani! Udało się! Jutro (10 listopada) na Kongresie Kobiet w ECS w Gdańsku będzie można kupić „Szklankę na pająki”! Każdy, kto kupi „Szklankę” dodatkowo dostanie pająka. Autorka będzie podpisywała książkę. Przybywajcie!

(Gdzie diabeł nie może, tam BaBę pośle…)

45711742_10212829742394359_5377338877528768512_n

Szklanka na pająki

Człowiek rodzi się z wielką wiedzą, tylko potem o niej zapomina. Zapomina z każdym dniem wchodzenia w dorosłość, z każdym nakazem, przykazem, zakazem, z każdą startą ze ściany różą

Tak mnie tu długo nie było, że z pewnością target tego bloga zaczął wymierać. Tymczasem ja jestem, żyję i to nawet dość intensywnie żyję. Robię masę rzeczy, w tym coś takiego, co chcę tu opisać. Jeśli więc ktoś z wymierających moich Czytelników jeszcze ocalał, niech będzie spokojny. Jezus, a nawet literatura: żyje. I choć może jest to zdanie kontrowersyjne, powtarzam, zachowajcie spokój. Ja czuwam.

A czuwając, działam. I nie chodzi o to, że piszę kolejną książkę. To nie ma nic do rzeczy. To może będzie miało znaczenie, ale za jakiś czas. Teraz najważniejsze jest co innego i już spieszę wyjaśniać, co.

Kobieta ma to do siebie, że wciąż się podnosi. Nieważne, ile razy i jak mocno dostanie w łeb, zawsze się jakoś z tej podłogi dźwignie. Pozbiera kredki wysypane z plecaka, zetrze z kolan piach. Łzy krawędzią rękawa szybko wysuszy. Odegnie przykurczone plecy, aż trzaśnie prostowany kark. Na ramię zarzuci kolejne obowiązki niczym dzieci. I idzie dalej. Do przodu. Jakby się w kółko odradzała. Jak ptak.

Skoro więc już jesteśmy przy ptakach, opowiem wam pewną historię. Historia ma na imię Barbara Piórkowska i jest barwnym, niezwykłym ptakiem. Kiedyś, kiedy jeszcze w jej  świecie żyła ta nadzieja, którą dorośli określają dziecięcą naiwnością – napisała książkę. Zapierającą dech opowieść o tym, jak widzi ten świat, a właściwie Gdańsk, bo to tu się wszystko dzieje i to w dodatku w tamtych czasach, gdy o Gdańsku mówił cały świat. No więc jak widzi to wszystko mała dziewczynka? Nigdy wcześniej nie poznałam takiej perspektywy. Nie wiedziałam, że namalowana na ścianie dziecięcego pokoju róża może tak bardzo boleć, gdy się ją ze ściany ściera. Nie wiedziałam, że tęsknota ma smak żaru z paleniska. Nie wiedziałam, że anioły żywią się obrazami, a szatan może mówić głosem przodków. Nie wiedziałam, że znaki, które nam pokazują chmury i ptaki są tak proste i dobre. Nie wiedziałam nawet, że są.

A może wiedziałam? Człowiek rodzi się z wielką wiedzą, tylko potem o niej zapomina. Zapomina z każdym dniem wchodzenia w dorosłość, z każdym nakazem, przykazem, zakazem, z każdą startą ze ściany różą.

Książka Basi Piórkowskiej wszystko przypomina. Ona wygania człowieka z domu do lasu, gdzie otwiera wrota baśni. W najbardziej szarą z szarych prozę życia wlewa kilka kropel srebrnego eliksiru, zamieniając ją w poezję. Ta książka to czyste dobro. Dobro, które każe nam tak przerażający  i – tu przepraszam wszystkie pająki, uciekam się tylko do zacytowania powszechnej a niesprawiedliwej opinii: „obrzydliwy” problem w mieszkaniu jak drepczący bezgłośnie kosmaty owad, rozwiązać nie za pomocą kapcia, ale…. No właśnie. Za pomocą szklanki.

Szklanki na pająki.

No więc Basia napisała tę książkę. Ale w Polsce napisanie najlepszej choćby książki nie gwarantuje niczego. Artysta, zwłaszcza artystka to małe dziecko, które jest bardzo łatwym łupem dla wszelkiej maści cwaniaków. Dlatego teraz zmienię narrację. Z baśni wyjdę w brutalną rzeczywistość, bo właśnie w taką rzeczywistość wyszła nasza mała dziewczynka ze Szklanki na pająki. No więc nasza bohaterka dostała wsparcie na wydanie powieści od miasta (Gdańska), poszła z tym dofinansowaniem do wydawnictwa w Warszawie, wydawnictwo skasowało dofinansowanie, wydrukowało książkę, wypuściło na rynek, czym wywołało potężny i zasłużony aplauz wśród recenzentów, aż w końcu… postanowiło Autorce nie zapłacić za napisaną przez nią powieść ani złotówki. Bo co im kto zrobi? W Polsce? W kraju, gdzie wszyscy chcą mnie zrobić w chuja?

Basia zachorowała. Najpierw pojawiła się depresja. W kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w chuja depresja nie robi na nikim zbyt żadnego wrażenia. Poznałam to na własnej skórze. Gdy chorowałam na depresję i poszłam do mojego ówczesnego szefa, dziś ponownie kandydującego na burmistrza Żukowa (wiem, bo widziałam jego twarz wyplakatowaną na oborze we wsi, gdzie mieszkam) poprosić o zrozumienie, zderzyłam się ze ścianą obojętności, kpiny pomieszanej z jakimiś niepojętymi wyrzutami, że coś ja zła jestem, a nie chora niby. Mam w dokumentacji medycznej zapis, że z powodu traktowania w pracy pojawiły się u mnie myśli samobójcze. Chciałam to pokazać mojemu ówczesnemu szefowi, bo pomyślałam naiwnie, że może zechce mnie przeprosić, ale facet unika mnie jak ognia. Zajęty jest szalenie wieszaniem swojej twarzy na oborze i obiecywaniu ludziom, że będzie dobry.

Nieważne.

Autorka Szklanki ma depresję przez kilka lat. Jeśli ktoś coś liznął w temacie, wie, że depresja jest swego rodzaju ostrzeżeniem, ostatnim dzwonkiem przed katastrofą. U Basi dzwonek dzwonił długo, nikt jednak nie otworzył. Przyszła więc inna choroba, bardziej spektakularna, taka co już nie dzwoni, ale wali z kopa w drzwi. Rak.

Tego już nie umiem opisać, w to się zagłębić nie potrafię. Zostawiam więc w opowieści tę czarną dziurę na wszystko: na lęk, wiarę, złość, nie wiem co jeszcze – zostawiam mojemu ostatniemu żywemu Czytelnikowi tę przestrzeń, niech z nią robi, co chce. Niech tu umieści ociekający łzami parasol, niech wrzuci do niej monetę. Może kiedyś tu wróci. A może lepiej nie.

Ale na pewno wróci do książki. Bo do książek się wraca. Do takich jak Szklanka na pająki wraca się kilka razy. Gdy więc mój ówczesny szef potraktował mnie per noga i wywalił z pracy, wzięłam powieść Basi i pojechałam na rowerze do lasu. Tam się schowałam i czytałam uciekając przed depresją, przed złem, przed twardością istnienia. Tam odnalazłam nadzieję, którą Autorce zabrano.

Miesiąc temu zadzwoniłam do Basi. Powiedziałam jej, że może ja niewiele wiem, ale wiem jedno z całą pewnością. Jej książka musi wyjść drukiem po raz drugi. Ona musi nadrobić tamtą stratę. Wstać, podnieść się i zacząć jeszcze raz. I co najważniejsze: musi znów pojawić się w księgarniach, musi trafić do kobiet. Nie wiem, jak to zrobię, ale zrobię. Nie wiem, jak to zrobię, ale zrobię…

I zrobiłam. Szklanka na pająki ma nową okładkę i mnóstwo nadziei. Że tam gdzieś w świecie znajdzie się jeszcze niejedna kobieta – Czytelniczka, która nie wymarła. Która jeszcze żyje. Bo póki się żyje, jeszcze można to życie zmienić. Ta książka to potrafi. Moje zmieniła.

Gdzie ci mężczyźni?

Po co wy na tę siłownię chodzicie, kiedy w mózgu macie watę? Żeby szpanować muskulaturą, a jak przyjdzie co do czego wiać jak zające? A może, tak jak nasz „bohater”, żeby grozić słabszym?

Na moim osiedlu jest sklep spożywczy marki Lewiatan, a nad nim wielka, nowoczesna siłownia z drinkami wysokobiałkowymi i opcją fitness. Sama tam kiedyś chodziłam, kiedy jeszcze nie wiedziałam na co pieniądze wydawać i że dookoła osiedla są lasy. W lasach można pojeździć na rowerze, pobiegać, różne takie, a wszystko za darmo, żadne karnety sto trzydzieści miesięcznie nie obowiązują. Mniejsza z tym. Wróćmy do sklepu spożywczego, bo tam dzieje się dzisiejsza akcja.

Otóż stoję w kolejce, przede mną facet w sile wieku, nieco starszy ode mnie, lekko zawiany mozolnie kupuje browary. Mozolnie, bo tu coś zagada, tu popatrzy, tu się nachyli, a tam jeszcze coś sprawdzi po kieszeniach, znów zapomni, że miał zapłacić, a jak zapłacić to ile. Znacie te zawieszki po alkoholu, kto tego w Polsce nie zna. No więc on tak zamula tempo obsługi, że ekspedientka już nieco zniecierpliwiona daje mu znaki, ale jak świat światem, nie ma faceta na świecie, który by znaki czytał. Facetowi trzeba jasne i proste komunikaty wysyłać, a i to, jak się okazuje, nie gwarantuje sukcesu.

Żeby dopełnić opowieść, muszę zaznaczyć, że kolejka była spora, za mną jakieś pięć chłopa, prosto ze wspomnianej siłowni, jeszcze z torbami dresy na zmianę, jeszcze spoceni, jeszcze im testosteron pod skórą kipi. No i tak stoimy, a delikwent ma ten swój mały zakupowy melanż, podrywa ekspedientkę, zagaduje, rozwleka, tkwi, przelicza, browary to pakuje do siatki, to z niej wyjmuje, czas się w jego wymiarze zatrzymał. W końcu sklepowa nie wytrzymuje i mówi grzecznie, proszę pana, tu się ludzie spieszą, tu nie wyszynk, o proszę, pani się niecierpliwi.

I ten na mnie.

Wzrok mętny, ale zaczepny. Ja podnoszę brwi do góry, owszem, poszłabym sobie już stąd, mam swoje plany, niekoniecznie chcę spędzić wieczór w kolejce, w tym towarzystwie, także ten. Ale on dalej zaczepnie na mnie patrzy, wzrokiem mętnym świdruje i nagle do mnie:

–  CO?!

– No nic, po prostu się śpieszę.

– I co?! A JA TAKI JESTEM!

On taki jest, sorry, a jak mi się nie podoba, to… – I tu groźnie zaciska pięść, a mnie się robi słabo, bo zauważmy, że ja mam jakieś niecałe sześćdziesiąt kilo wagi i wzrostu też niewiele więcej. Ale objaśniam mu, że niech sobie będzie jaki chce, spoko, tylko nie wszyscy muszą to zaraz akceptować.  Tu pięść zaciśnięta wędruje wysoko, zawisa nade mną i wisi groźnie, a on ściąga brwi i naprawdę jest mi teraz bardzo słabo, naprawdę się boję, naprawdę zaczynam się w środku cała trząść. A towarzystwo z siłowni nic, milczy, stoi, wzrokiem gdzieś po ścianach rzuca.

Wyjdę z tego sklepu, czy nie wyjdę? A jak wyjdę, to czy za rogiem nie dostanę fangi? Rowerem jestem, ten mnie z roweru zwali, skopie, a mnie przecież nikt, jak okiem sięgnąć, nie obroni. Niby pełno ludzi a pustynia. Niby pełno silnych młodych mężczyzn, a kobieta bezbronna zostaje sama na polu walki.

Wiecie, co to strach? Taki prawdziwy, taki surowy, który powstaje w zderzeniu z chamstwem podlanym alkoholem, wyrzezanym z człowieczeństwa? Kiedy mężczyzna podnosi zaciśniętą pięść na kobietę tylko dlatego, że ona się nim nie zachwyca? A wiecie, co to bezsilność? Wobec tej obojętności, czy może też: strachu, bo co ci panowie mieli wówczas w głowach? Sytuacja była wyraźna, nie było można jej nie zauważyć. Facet podniósł na mnie głos, pięścią groził, wszyscy widzieli. I nikt nic nie zrobił. Nikt nic nie powiedział, nie zareagował, nie odgonił agresora, nie zwrócił mu uwagi, nie stanął w mojej obronie.

W końcu poszedł. I ja wyszłam po chwili, rozejrzałam się ostrożnie, wsiadłam na rower i uciekłam. Panowie kupili swoje dietetyczne napoje energetyzujące i też odjechali. Jednego nawet widziałam, szedł szybkim krokiem, chował wzrok ze wstydu. Nie dziwię się. Kryzys męskości w rozkwicie. Mięśnie rozbudowane,  a w mózgu wata. Po co wy na tę siłownię chodzicie? Żeby rysunkiem muskulatury szpanować, a jak przyjdzie co do czego wiać jak zające? A może, tak jak ten nasz „bohater”, żeby grozić słabszym? Bo akurat to by statystyki o przemocy domowej potwierdzały, drodzy siłacze. Prawda jest jednak taka, że siła nie tkwi w mięśniach, ale w głowie. Tam się rozstrzyga kwestia, kto jest mężczyzną, a kto zwykłym fiutem. Niestety, w Polsce rozwój mózgu nie jest zbyt popularny. Pozostają siłownie dla schowanych pod zwalistą konstrukcją mięśni, zwykłych fiutów.

Nagroda pocieszenia

Nic, tylko kurze ścierać z przedziwnych kształtów przedmiotów ustawionych na kominku. Mozół doglądania, czy oby racja gdzieś nie wyciekła i ten strach, a nuż ktoś tę rację podważy, a nuż ktoś dostanie większy bohomaz za jeszcze większe WIEM WSZYSTKO?

Drodzy Państwo! W związku z wysypem nagród i wyróżnień w dziedzinach najróżniejszych, chciałabym zaproponować nagrodę wyjątkową, taką, jakiej jeszcze nie było, a jednak która być już dawno powinna. Nagrody bowiem trafiają czasem do osób, które coś wiedzą, jak też zauważyłam, bywają osoby, które generalnie wiedzą wszystko. Nominacja, czy statuetka tylko je w tym wszystkowiedzeniu umacnia, zatrzaskuje w splendorze. Straszliwy musi być to stan. Swoją drogą, wcale się nie dziwię, że taka osoba dostaje nagrodę, jakoś przecież trzeba ją pocieszyć. Łatwo nie jest. Bo weź tak wszystko wiedz. Weź się budź codziennie rano z myślą: Jezu, już się niczego nie dowiem. Mój mózg jest wypełniony po brzegi, na nic więcej miejsca nie ma. A niech tylko mi ktoś coś nowego powie, zaraz się odgryzę, w końcu mam za to swoje wiedzenie nagrodę. Certyfikat wszechwiedzy. Marmurowy pomnik doskonałości. Wiekuistą RACJĘ z własnym nazwiskiem.

Dramat. Dramat dramatem, ale nuda! Potworny zastój, grzęzawisko. Nic, tylko kurze ścierać z przedziwnych kształtów przedmiotów, przedmiotów – umówmy się – bliskim swym wyglądem bohomazom, ustawionych na kominku. Mozół doglądania, czy się nic nie zmieniło, czy na pewno nie umknęło, czy oby racja gdzieś nie wyciekła. I ten strach, a nuż ktoś tę rację podważy, a nuż ktoś dostanie większy bohomaz za jeszcze większe WIEM WSZYSTKO? Nie mówiąc już o nałogowej, zalęknionej konieczności gromadzenia następnych, jeszcze bardziej kategorycznych pomników własnej mądrości, bo tak się składa, że kapituły upodobały sobie nagradzanie tych samych osób w kółko, jak rozumiem w myśl spełnienia ludzkiej potrzeby kolekcjonerskiej, czy zapewnienia, że ta poprzednia nagroda to nie była pomyłka pięciu osób, które nieco za dużo wina wypiły na ostatniej gali, ale gruntownie przemyślany efekt piorunującego wrażenia wobec WIEDZY.

Tymczasem najpiękniejszy stan, to stan niewiedzy. Jeśli ktoś nie wie, to się dowie! Jeśli ktoś nie wie, to ma całą zabawę przed sobą. Proces nabywania wiedzy jest przygodą. To czas, gdy człowiek się nie nudzi ani trochę, bo ma całe spektrum do ogarnięcia, całą tę terra incognita przed sobą. I bada! I zdobywa! I odkrywa! A jeśli jeszcze ktoś mu tłumaczy? A jeśli ten, kto tłumaczy, robi to ciekawie? A jeśli ten, kto tłumaczy, sam w sobie, w swoim posiadaniu wiedzy – dopuszcza wątpliwość? I poznanie staje się wspólnym odkrywaniem, wspólnym dochodzeniem prawdy, którą na koniec się otwiera, bo przecież nikt nigdy nie wie dokładnie z całą pewnością JAK JEST?!

I tu się należy nagroda. I niech ją ktoś nazywa nagrodą pocieszenia. Co złego jest w pocieszeniu, które z samej już definicji ma na celu niesienie radości? To najpiękniejsza nagroda na świecie. Nagroda za przyznanie się otwarcie: NIE WIEM. Nie wiem, ale chcę wiedzieć. Chcę posłuchać. Chcę zbadać. Chcę zgłębić. Chcę się doskonalić. Chcę rozmawiać. I, co najważniejsze, za co właśnie nagroda należy się po stokroć: i się tego nie wstydzę.

List do M.

Nie chodzi o przyjaźń

Bo przecież nie może chodzić o coś, czego nie ma

Nie jesteś po mojej stronie

Zawsze na rewersie

Jak orzeł w koronie

Odwrócony

Do góry szponami

Aluminiowa podróbka wartości

Nabyta przez pomyłkę

tylko z jednego powodu:

OKAZJA.

 

Przypadek

Wypadek

Wpadka.

Czarcia pułapka

 

Nie chodzi o przyjaźń

Bo nią nie jesteś

Przywykłam

Jak do tych twoich wielkich pustych haseł:

BÓG HONOR OJCZYZNA

Na moim czole blizna

Boleśnie pulsująca

Gdy człowiek raz kogoś popchnie

Będzie już zawsze

Odtrącał.

 

Nawet nie mogę wykrzyczeć

Jak jestem odpychana

Ja, nauczona SZACUNKU

Z czwartego przykazania

W którym Bóg

Rozkosznie roztargniony

Zapomniał dać mi najmniejsze choćby,

Jakiekolwiek

Prawo do obrony

 

Nie chodzi mi o przyjaźń

Bo nigdy jej nie było

Nie było też na pewno

Czegoś takiego jak miłość.

 

Ty wszystkim opowiadasz

Prawdopodobne historie

Tak troskopodobnie

Tak dobropodobnie

O bliskopodobnej osobie.

Być może

Ze strachu

Wolisz być moim  wrogiem

Bo przecież te wszystkie historie

Opowiadają o tobie.

 

Masz profesurę z przemocy

Doktorat z tortur to mało

Z imponującą precyzją

Twierdzac, że jesteś ofiarą

Uderzasz w takie miejsca

Tak mocno

Tak celnie

Do kości, do szpiku

Żeby najbardziej bolało.

 

Nie bój się mnie, już dobrze.

O sobie nic nie usłyszysz

Przecież żadna moja łza

Żaden dźwięk, żadna skarga

Nic

Nigdy

Cię nie przekrzyczy

 

Nie szukaj mnie więcej i nie dzwoń

Tej nocy stałam się wiedźmą

Która wie.

I jak każdy poeta

Ma swój list do M.

 

Liebe M!

Ja WIEM.

Imitacja dobra

Po prostu jest złem.

Mroczna przepowiednia

Nikomu nie wróżę przyszłości w tym kraju. Nie wróżę powodzenia. Ani pomyślności. Zdrowia – zwłaszcza. Nie wróżę też wielkich pieniędzy, właściwie to żadnych pieniędzy nie wróżę, nawet małych

fot. Maciej Jawornicki

Dzień dobry. Nazywam się Sylwia Kubryńska i nie jestem wróżką. Konkretnie zajmuję się tym, że nie wróżę. Nie wróżę wam przyszłości. Nie ma szans.

Owszem, są wróżki, słyszałam nawet o kilku. Trzeba do nich dzwonić, umawiać się. Kolejki się do nich ustawiają. Niebotyczne. Przepowiadają różne niesamowite rzeczy. Biorą pieniądze za te swoje wróżby i są to, moi drodzy, niemałe pieniądze.

Ja nie biorę pieniędzy. Nawet symbolicznych. Nie ma też do mnie żadnych kolejek, zapisów. Luz. Jeśli zaś chodzi o klimat w moim mieszkaniu, to raczej jest w stylu Ikea. Żadnych kul szklanych, nawet czarnego kota nie mam. Szarego tylko, w dodatku samicę. Pełna nowoczesność i parytet. Szwecja. Są w Szwecji jakieś wróżki? Jakaś komuś wróży w Szwecji? Nie wiem. Ale wiem, że tu, na tej ziemi to nie. Nawet jak by się jakaś pojawiła, to jedno jest pewne: to nie ja. Ja nie wróżę. Nie w tym kraju. Bo jeśli chodzi o ten kraj, to nikomu nie wróżę szczęścia. Nie wróżę powodzenia. Ani pomyślności. W ogóle nic dobrego nie wróżę. Nie wróżę też wielkich pieniędzy, właściwie to żadnych pieniędzy nie wróżę, nawet małych.

Czego jeszcze nie wróżę? Miłości. Nie ma mowy. Nie wróżę nikomu żadnego przystojnego bruneta, co to przyjdzie wieczorową porą. Jaką wieczorową porą?! Dajcie spokój! Pojęcia nie mam, czy przyjdzie, czy nie przyjdzie, ale generalnie nie wróżę. Żadnej z was. I żadnemu. Nawet średnio przystojnego blondyna świńskiego – nie przewiduję. Nic o nim nie wiem, i nic nie powiem. W ogóle niewiele wiem. Owszem, czasem mi się coś wydaje. Wydało mi się już kilka powieści. Ostatnia powieść, co mi się wydała ma tytuł Mama i można ją nawet gdzieś kupić. Ale nic ponadto mi się nie wydaje. Przynajmniej na razie.

Jest jednak coś, co wiem na pewno. Wizja, z którą mogę się tu podzielić. I nie jest to bynajmniej żadne przypuszczenie, nie. To przepowiednia na sto procent skuteczna i prawdziwa. Każdemu powiem prawdę. Owszem, bolesną. Owszem, tragiczną. Owszem, mroczną. Wiejącą lodowatym wiatrem przeznaczenia. Nieuniknioną i straszną. Jednak prawdę. Jednak bezcenną!

No, dobrze, ponegocjujmy. Niech będzie sto złotych. Sto złotych od łebka. To dobra kwota. Mój Boże, toż to dumping! Pokażcie mi hojniejszą wróżkę! Pokażcie konkurencję! Nie ma, nie ma nawet w Szwecji. Ani we Francji. Nostradamus leży i płacze. Tylko ja i tylko tu, w tym kraju, odsłonię wam proroctwo najprawdziwsze z prawdziwych. Tylko ja NIGDY się nie pomylę. Tylko ja w swej kategoryczności określę każdemu przyszłość w stu procentach pewną. I każdemu tę samą.

Mianowicie: śmierć.

Jedyne, co, to to, że każdy z nas może umrzeć. To tak. Powiem więcej: każdy umrze. Wiecie skąd wiem? Wiem to z doświadczenia. Tak się składa, że wszyscy, którzy kiedyś żyli: umarli. Umarł papież. NASZ papież. Niby święty, niby bez niego by się wydawało, że świat nie może się kręcić. No, może świat może się kręcić, ale na pewno nie Polska. I co? Umarł. Świat się kręci, Polska stoi.

Umarł Józef Piłsudski! A nie wyglądał na umierającego. Jakie miał powodzenie u kobiet! Serio. Facet potrafił działać cuda. Zwłaszcza nad Wisłą. Ktoś by mógł powiedzieć – na przykład jakaś wróżka ze Szwecji: oto cudotwórca. A skoro cudotwórca, to na pewno nie umrze. Tacy nie umierają. I co? Jakoś ten cudotwórca od prawie stu lat nie żyje. Gdzie zmarł? Nad Wisłą! Przypadek? Nie, nie, nie. Ja nie sądzę. Ja nie jestem sędzią. Wy mnie w to nie mieszajcie. To już kolejna profesja, z którą nie mam nic wspólnego.

A więc śmierć. Przepowiadam. Każdemu. Każdemu z was i nie tylko. Są ludzie, którym przepowiadam śmierć, a oni nic o tym nie wiedzą. Nawet sobie nie wyobrażają. Siedzą sobie tam… na tym, jak to się tym, nigdy tych dzielnic warszawskich nie mogę zapamiętać, na tym, na Żżż… żo… jak się nazywa ta dzielnica? Nie pamiętam. W każdym razie siedzą i myślą, że wystarczy jedna operacja i człowiek jest nieśmiertelny, nigdy na wózku nie wyląduje. Ja tam nie mam nic do żadnych operacji, chociaż zdrowia nie wróżę. Nie wróżę zdrowia ani długiego życia – nikomu w tym kraju. Tymczasem ona przyjdzie. Przyjdzie, dopadnie. Pozamiata. I bardzo proszę. Zapraszamy! Zapraszamy do Warszawy! Zapraszamy do każdej dzielnicy, nawet tej na Ż…

Zamkną mnie. Teraz to już mnie zamkną na pewno. Zamkną decyzją partii PiŚ. PiŚ jak Polegnij i Śmierdź. Przepraszam: Śmierć. Wrogom Ojczyzny. Ale to nic nie zmieni, los jest nieunikniony. Koniec, amen, pocałujcie mnie w klamkę. Zresztą, nie mam się czym przejmować. Niech mnie zamykają. I tak umrę.


Stand-up gombrowiczowski, Big Book Cafe, Warszawa