Krucjata Nemezis

Wszystko jest tak, jak przypuszczałam. Widzę przez okno. Na łóżku siedzi Mała Dziewczynka i choć nigdy wcześniej jej nie widziałam – faktycznie ma blond loki, buzię spuchniętą i czerwoną od łez. A on nad nią pochylony. A ja walę w drzwi… 

Jadę autobusem. W autobusie pełno ludzi. Siedzę na końcu przy oknie. Miejsca na końcu są najlepsze. Tam jest kanapa i tam się siedzi komfortowo, zwłaszcza, gdy w planie daleka podróż. Ja zwykle siadam na końcu, by się nie martwić, że ktoś się dosiądzie i zacznie gadać. Znacie to? Nagle do autobusu wchodzi lekko zawiany osobnik i, rzecz jasna, siada obok was? I gada? W moim przypadku to niemożliwe. Owszem, na kanapie z tyłu zawsze może ktoś usiąść, ale nawet, ciąg rozmówców na mnie się nie kończy. Wystarczy odwrócić głowę, niech gada z kimś innym. Na najbliższym przystanku przezornie patrzę więc w okno i co widzę?

Z autobusu wychodzi kobieta. Ma bordową sukienkę. Podchodzi do pobliskiego kiosku, staje przy nim. Patrzę na nią, ale jest jakaś taka… nieuchwytna. Zmrużam oczy, skupiam wzrok, ale widzę coraz mniej. Ona znika! Rozpływa się w powietrzu. Co ciekawe, bordowa sukienka zostaje. Nie mogę w to uwierzyć. Wyciągam telefon, żeby zrobić zdjęcie choć pustej sukience. Ale telefon mnie nie słucha. Wciąż pokazuje ostatnio zrobione zdjęcie, aparat uparcie nie działa.

Jakaś obca dziewczynka, która nie wiadomo skąd się wzięła, pogania mnie: dalej, dalej! Ale ja nie umiem. Nie mogę. Podnoszę wzrok, patrzę na kiosk. Sukienka znikła.

Nie ma już nic.

Autobus jedzie dalej. Dalej, dalej…

Od ponad roku wynajmuję pokój z kuchnią w pewnym domu na wsi. Do tej pory był względny spokój, jednak został zburzony. Któregoś dnia wprowadził się tu pewien „Młody Mężczyzna”. Tak go określiła właścicielka mieszkania. Młody Mężczyzna robi regularne imprezy, takie z kategorii, którą można określić: pijackie burdy. Pijackie burdy są coraz głośniejsze, coraz trudniej je znieść, zwłaszcza gdy się leży z gorączką 39,1 stopni i walczy z sepsą. Ja walczę trzeci tydzień i gdy tylko w malignie uda mi się zasnąć, śnią mi się sny niepojęte o znikających kobietach. A trzech minutach budzi mnie gardłowo zduszony okrzyk: KUUUUURWAAAA, JA PIERDOLĘ, POLEJ!!!

I łomot spadających sprzętów, i walnięcie pięścią w ścianę, i zabłąkane w rzucie krzesło lądujące na suficie.

Jestem coraz bledsza. Coraz bardziej śpiąca. Coraz bardziej milcząca. Jednak wstaję z łóżka, idę do kuchni zrobić herbatę i wtedy słyszę TO.

Z kuchni lepiej słuchać. W kuchni są te rury, te połączenia piekielne, które niosą głosy i krzyki, które nie dadzą zasnąć nawet na trzy minuty.

I nie można już uciec od tego krzyku, bo ten krzyk to wcale nie jest krzyk, ale płacz i bynajmniej nie należy do Młodego Mężczyzny, ale do maleńkiego dziecka, do malutkiej, trzyletniej dziewczynki z blond lokami, która siedzi na łóżku i bardzo się boi, bo jej tata jest groźny okrutnie i nie ma do niej cierpliwości, kto by miał po takiej libacji?

W piżamie, w kapciach, z narzuconą tylko kurtką biegnę, biegnę na pomoc, dalej, dalej, bo przecież nie wiem, jaki demon szaleje w ciele Młodego Mężczyzny, który nie ma cierpliwości do Małej Dziewczynki. Demony bywają groźne, a demon dwudniowej libacji jest groźny piekielnie. Dobrze to wiem. Pamiętam. Też kiedyś byłam dziewczynką.

Wszystko jest tak, jak przypuszczałam. Widzę przez okno. Na łóżku siedzi Mała Dziewczynka, i choć nigdy wcześniej jej nie widziałam – faktycznie ma blond loki, buzię spuchniętą i czerwoną od łez. A on nad nią pochylony. A ja walę w drzwi.

Dalej nie mogę pisać, bo ręce mi się trzęsą. Nie mówcie mi o policji. Policja nigdy mi nie pomogła. Nigdy. Teraz też nie. Wiem tylko, że muszę uciekać. Muszę ratować siebie, bo we mnie też jest Mała Dziewczynka. W dodatku chora na sepsę. Spierdalam. Do widzenia. A raczej: żegnam. Znikam, jak kobieta z mojego snu. Ale gdy po roztrzęsionej próbie spakowania rzeczy wsiadam do samochodu, nagle okazuje się, że jakimś niepojętym sposobem mam dziurawy układ chłodniczy i spod auta leje się woda.

Dżizas-kurwa-ja-pierdolę. Z butelką wody do chłodnicy, w gorączce po niewyleczonej sepsie, przez te pieprzone dziury w drodze, aby dalej od Młodego Mężczyzny i jego spragnionego demona agresji, od tych dzieci potrąconych, od tych strzyg kaszubskich – muszę uciekać, muszę ratować siebie, bo mnie, kur…, naprawdę niedługo nie będzie.

Nad drogą przelatuje kruk. Leci w kierunku Gdańska. Leć za mną, zdaje się mówić. Leć za mną, nie zginiesz.

Samochód muszę porzucić. Pieniędzy na naprawę nie mam, właściwie nie mam na nic na razie, bo jak wiecie, wydawca mi zapłacił za moje bestsellery jedno wielkie gówno i jakim cudem się rozeszło. Chodzę więc po Gdańsku i pytam, czy mnie kto przenocuje? Bo nieco wieje, a ja po chorobie i jakby co, to gdzieś są dobrzy ludzie?

Pierwszy był klasztor w Oliwie. Tak, wiem, naoglądałam się filmów w młodości, teraz realizuje własny scenariusz. Jest soczysty. Każda scena jak z bajki. Mała Dziewczynka w różowych trampkach idzie przez wielkie miasto, w ręku trzyma pudełko zapałek. Co chwila ogrzewa zmarznięte dłonie. Na ile wystarczy?

Drugi: Caritas w Sopocie. Trzeci: klasztor we Wrzeszczu. Wreszcie ten ostatni, wyznaczony trasą kruka. Zakon w Gdańsku. Posępny i groźny jak dom z horroru, na wysokim wzniesieniu, w oknach kraty. Ostatni przystanek z kioskiem przy drodze. Przy kiosku staje kobieta i kątem oka zauważa, że ma na sobie bordową sukienkę. Jak to się stało, mój Boże?! Kiedy ją założyłam? Czy to jakieś fatum? Jeszcze moment i zniknę! Mała Dziewczynka jej podpowiada: dalej, dalej. Dalej, naciśnij ten przycisk. Naciska. Wielka, żelazna brama otwiera się. Skulona postać w czarnym habicie wyciąga przed siebie kościstą dłoń.

Chodź.

Prowadzi mnie do piwnic. Rozglądam się po korytarzu, na ścianach krucyfiksy. Czy jesteś wierząca, pyta. Bo ja CHCĘ, żebyś poszła z nami na mszę. Ja CHCĘ. Pójdziesz.

Drżę. Czuję, że drżę. Ale to jeszcze nie jest strach. Nie mam przecież wyjścia. Muszę gdzieś spać. Nie mogę się bać.

Moja cela jest w suterenie, przez okno widać kawałek dziedzińca okolonego klasztornymi murami. Tylko fragment trawy, mury i kraty. A ja jestem przecież Wichrem, jestem wiatrem, który nigdy się nie dał nigdzie zamknąć.

Ciemno. Cicho. Straszno.

Żeby chociaż ptak przeleciał. Ale ptaków już nie ma. Nieba już nie ma. Tylko ten Chrystus umordowany wisi na drzewcu i dogorywa. Ta śmierć trwa dwa tysiące lat. Zimnem moje ciało przeszywa. Szukałam schronienia, trafiłam za kraty. Czy tego chciałeś, kruku?

Ta historia się nie kończy. Ta historia jest ciągłym, nieskończonym rytmem zmian. To ja ją piszę. A co napiszę, się stanie. Mam na imię Nemezis. Co mam napisać teraz?

Z  autobusu wysiadła kobieta w bordowej sukience. Przez chwilę jeszcze był po niej ślad. Przez chwilę jeszcze jest po mnie ślad. Czy ktoś mnie zatrzyma w stop-klatce, zanim zniknę na zawsze…?

IMG_0047
fot. Ewelina Lubecka

Między ustami a brzegiem pucharka

Nazajutrz obudziłam się w czerni najgorszego poranka w życiu, z gorączką piekielną, i była to zaraza najstraszliwsza w świecie, która wysyła ludzi na tamten świat…

dracula
Hrabia królował w czasach zarazy, do mnie też przyszedł, ale się nie dałam…

Założenie było dobre. Odpocząć. Odpocząć, pójść a rurki z kremem, pozbierać wymordowane po występach ciało w całość. Z wiosny niechybnie nadchodzącej skorzystać. Ze słońca poczerpać konieczną do dalszej walki energię. Bo walka się nie skończyła, choć zasoby owszem.

No więc jadę w Polskę, jadę na ten przedłużony weekend, na poły jeszcze zimowy, ale przecież już ciepły, już pełen nadziei i blasku. Nawet okulary słoneczne założyłam. Nawet płaszczyk lżejszy. Bo przecież nie ma nic bardziej znienawidzonego jak kurtka zimowa na przednówku. Tak jak nie ma nic bardziej upragnionego jak lżejszy ciuch w przedwiośniu.

Ach, jak będzie cudownie! Nazajutrz wstanę, założę te swoje fiu-bździu i polecę do cukierni na pucharek. Znacie te pucharki? Pal licho, jak one smakują, ale jak wyglądają! Najbardziej lubię te ciemnowiśniowe gałki lodów upakowane w triadę, którą wieńczy bita śmietana, gęstą czernią czekolady polana.

Albo sorbetowy menuet o barwie mango, tej głębokiej żółto-pomarańczowej nucie plus, no nie wiem, niech mnie zaskoczą: orzechy? migdały? płatki kokosa? rodzynki?

No i kawa! Albo herbata! Boże mój, jak się cieszę na samą o tym myśl! Choć i tak zwykle moja podróż do krainy słodyczy kończy się szybciej, niż zaczyna, bowiem po przestudiowaniu karty menu i wydaniu z siebie tych wszystkich zachwytów, zamawiam tartę warzywną i cześć.

Tym razem tak nie będzie! Tym razem będę postacią z bajki, panienką z grochami na spódnicy, Pchłą Szachrajką, panną Kiką, Babeczką.

No i tak opisując Państwu swój urlop nieszczęsny dotarłam, nomen omen, do informacji, którą Państwu chciałam przekazać już dawno, ale nie miałam na to siły. Otóż w tak zwanym międzyczasie (szczerze mówiąc, nie wiem, kiedy) wydałam książkę dziesięcioletniej Tosi Bardowskiej, a książka ma tytuł „Babeczka” i jest doskonałym uzupełnieniem rodzinnym, kiedy starzy czytają Poradnik dla psychopatów, a dzieciak zawraca głowę. Należy mu kupić Babeczkę i spokój.

Wracając do nieszczęsnego urlopu. Dlaczego nieszczęsnego? Bo nazajutrz obudziłam się w czerni najmroczniejszego poranka w życiu, z gorączką 39 stopni, z zapaleniem absolutnie wszystkiego i była to zaraza najstraszliwsza w świecie, która wysyła ludzi na tamten świat, a imię jej brzmi: SEPSA.

Jak się domyślacie, nie poszłam na żaden pucharek ani tartę, ani nic. Przez tydzień walczyłam o życie, a teraz leżę bez tchu i właściwie nie mam nawet siły zakończyć tego tekstu. Niech więc będzie nieskończony, niech trwa, niech niesie mój słaby głos w przestworza, niech przeistoczy się w melodię, której nuty, zamiast rodzynek w pucharku, zagrają coś weselszego niż marsz żałobny.

BaBa z Gdańska. Spektakl z przytupem

Veni vidi vici. Siadłam z ekipą, napisaliśmy projekt i wygraliśmy. Mamy to. 22 lutego w Gdańsku zrobimy taką wiksę, jakiej świat nie widział. Wiksę dla psychopatów

Wszystko jest ze sobą tak splątane, że nawet nie wiem, od czego zacząć. Chyba od tego, że mi się kiedyś przyśnił sen – gdzieś okolicach Kołobrzeskiej w Gdańsku jakiś dziwny budynek z windą, drzwi, mieszkanie na pierwszym piętrze, tu przedpokój, tam kuchnia, a ja w nim całkiem zadowolona, bo czeka mnie coś fajnego. Macie czasem takie sny? Ja mam ciągle. No więc mija czas, mija pół roku, rok i nagle dzwoni do mnie Monika Ksieniewicz-Mil z Onetu i prosi o wywiad. Oczywiście, nie z powodu tamtego snu, raczej z powodu koszmaru zwanego rzeczywistością, czyli: Empik, wydawcy, walka o BaBę, walka o kobiecość itd. Temat rzeka.

Oczywiście się zgadzam. Jadę do niej, bo ma małe dziecko, w ręku trzymam adres i nagle mi się skleja w głowie ten obraz, ten budynek, ta okolica. Wchodzę na piętro (muszę mówić, które?), wchodzę do mieszkania – wszystko się zgadza. To tu. Jest dobrze, myślę. Powinnam być zadowolona.

Czy będę? Mój syn zawsze odpowiada w takim momencie: to się okaże. Bo w życiu nic nie jest proste, choć jest proste idealnie. Będę. Ale nie tak szybko, kochani. I nie z oczywistego powodu.

Wywiad się ukazał po jakichś dwóch miesiącach z tytułem, który całkowicie zmienił charakter rozmowy. W pierwszej chwili się wściekłam. Potem pomyślałam, trudno. Jest taka filozofia Wschodu, nazywa się aikido. Siła przeciwnika jest twoją siłą. A moje zadowolenie ze snu jest przede mną. Czekam więc dalej. I któregoś dnia dostaje od Moniki wiadomość. Nie marudź, tylko weź dupę w troki, swoją ekipę i działaj. I wysyła mi linka. Do Otwartego IKM, żeby zawalczyć o dofinansowanie na wydarzenie artystyczne.

Veni vidi vici. Siadłam z ekipą, napisaliśmy projekt i wygraliśmy. Mamy to. 22 lutego w Gdańsku zrobimy taką wiksę, jakiej świat nie widział. Wiksę dla psychopatów.

Parę słów o ekipie. Kacper (z dziobem) to mój syn, ten od: „to się okaże”. Aktor po Baduszkowej, człowiek piękny i zdolny, przepełniony Słońcem. Na spektaklu będzie opowiadał o tym, co zrobić gdy dzwoni telefon, co zrobić, gdy nie dzwoni telefon i jak być w dwóch miejscach na raz. Poza sceną nosi Julkę na barana (to ta w koronie), swoją dziewczynę. Julia nazywa się Olędzka i jest gwiazdą estrady. Kiedyś rozbiła bank w programie Mam Talent i do dziś śpiewa w telewizji. Bywa księżniczką w bajkach Disneya. Jesli chodzi o barwę głosu to jest typem Amy Winehouse. Podczas spektaklu będzie śpiewać o tym, jak sobie poradzić bez chłopaka i dlaczego to takie proste.

Cwaniara.

Zofia. Wzrok morderczo zimny. To moja córka. Autorka rysunków Poradnika dla psychopatów. Kobieta niewidzialna. Cudem na zdjęciu uchwycona, chyba tylko dlatego że to ajfon był. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś zdołacie ją zobaczyć. Podejrzewam, że będzie ciężko. Podobno na wydarzenie się wybiera, ale czy ciałem, czy duchem – nie wiadomo. Jedno jest pewne. Będzie w formie swoich genialnych rysunków. Coś jak Banksy. Słabo?

No i ja. Ja wam opowiem, jak napisać książkę w trzy tygodnie i zatańczę afrykański taniec. Powiem więcej. Nie tylko ja go zatańczę. Wszyscy go zatańczymy. Weźcie wygodne buty. Albo na bosaka też można.

Wisienkę na torcie stanowi niejaki Brat Zacieszyciela, który najpierw komentował wszystko co piszę na blogu, straszliwie mnie wkurzał, bo wytykał literówki, a potem po prostu zajął miejsce w moim życiu. I teraz całymi dniami naprawia żarówki. Serio. Przynosi z elektrośmieci jakieś zużyte, wyrzucone, zapomniane świecidła i je naprawia. I potem działają. Tym sposobem mam w chacie prawdziwe iluminacje. Jak chcecie zobaczyć, przyjdźcie. Wrażenia niezapomniane.

Jeszcze raz. IKM na Długim Targu, 22 lutego, to jest piątunio, idealny czas na melanż w nietypowym wykonaniu, kupa śmiechu, wino, kobiety i śpiew, słowem: BaBa z Gdańska. Godzina 18.00.

Z uwagi na ograniczoność miejsc warto się zapisać: redakcja@baba.com.pl

Walentynki dla psychopatów

Z chłopakami wiadomo, jak jest. Dziewczyna zastanawia się, co poszło nie tak z ewolucją gatunku ludzkiego, że z jednej strony wygenerowała człowieka, z drugiej zaś strony wciąż trwa przy małpie?

Przez całe życie mordowałam się z tym „świętem”, wciąż nie wiedząc, co z nim począć. No, może nie całe życie, bo przecież w wieku dziecięcym, czy też we wczesnym nastolęctwie pojęcia nie miałam, że jest na świecie jakaś szajba na temat czternastego lutego. A potem nagle trach, jest temat. I nie wiadomo, co z tematem zrobić. Owszem, wcześniej były jakieś zrywy na Dzień Chłopaka, była też nerwówka z okazji Dnia Kobiet. Wigilia odbijała się czkawką w relacjach, bo jak ktoś kogoś wyjątkowo lubił, to coś tam kupił na prezent, a jak nie kupił, to jednak głupio. Kasy nie było, oczekiwania rosły i jakby tego wszystkiego było mało, z nadejściem pierestrojki wybuchły te Walentynki. I problem.

Najpierw problem, bo trzeba szybko zorganizować jakiegoś chłopaka. Kasa kasą, ale każdy głupi potrafi laurkę zrobić, byle był. Gorzej jak go nie ma.

Z chłopakami wiadomo, jak jest. Z chłopakami, zwłaszcza w okolicach siódmej klasy podstawówki jest mianowicie tak, że dziewczyna zastanawia się, co poszło nie tak z ewolucją gatunku ludzkiego, która z jednej strony wygenerowała człowieka, z drugiej zaś strony wciąż trwa przy małpie? Długo trwa. Dziewczyny już czytają Hemingwaya, podczas gdy chłopaki walczą na patyki krzycząc do siebie: „drzrz-drzrz!!!” Ciężko się zakochać. Ale. Laurkę się chce. Zwłaszcza, gdy Dorota ma ich siedemnaście.

I tak zaczyna się najstraszliwsze zjawisko na świecie, zarzewie każdej katastrofy, mianowicie: KOMPROMIS. A potem, gdy już ludziom się nie chce robić żadnych laurek, gdy ludzie już mają jakąś kasę, dzieje się jeszcze gorzej. Bo z tego utartego kompromisu, z jakiegoś rozpędu kulturowego coś koniecznie TRZEBA, choć w ogóle się nie chce. I znudzeni idziemy do Oszą, kupujemy na odczepnego pluszowe serce z Chin plus Carlo Rossi, żeby nie było tak smutno. Pluszowe serce z Chin, jak sama nazwa wskazuje, pochodzi z Chin, a coś co pochodzi z Chin niewiele ma z miłością wspólnego. Coś, co pochodzi z Chin jest raczej związane z pracą nieletnich za nędzne grosze i ja bym się z takiej „walentynki” cieszyła umiarkowanie. Za Carla Rossi też bym się nie cieszyła, bo to zwykły kwach przebrany za fiu-bdździu.

Tymczasem jest rozwiązanie. I to rozwiązanie jest nie tylko prostym wyjściem z problemu, który nam zafundował we wczesnych latach dziewięćdziesiątych powiew mody z zachodu. Jest to rozwiązanie dużo większego kalibru, bo jest to wyjście zagmatwanej sprawy wywołanej zawartym kiedyś tam, we wczesnym życiu KOMPROMISEM. To rozwiązanie ma na imię książka, a ściśle jest to Poradnik dla psychopatów. Prezent na wszelkie walentynki, jak się patrzy – to raz. ale to dopiero początek radości. Bo Poradnik dla psychopatów to książka, jak sama nazwa wskazuje, dla każdego faceta. I – z tego, co życie poznałam – niejednej kobiety. To zbiór prostych rozwiązań w każdej kłopotliwej sytuacji, zwłaszcza gdy sytuacje ocierają się o relacje tych dwóch skrajnie różnych gatunków: kobiety i mężczyzny.

Spieszyłam się napisać ten Poradnik właśnie na Walentynki. Wiem, jak to „święto” weszło w naszą polską przekorę. Wiem, że nie leży, a raczej tkwi ością w gardle naszej polskiej mentalności. Tu się raczej karierę robi na śmierci, nie na miłości. A Poradnik ze śmiercią tańczy. Poradnik bawi na cmentarzu. Dlatego dajcie sobie spokój z wycieczkami po galeriach handlowych. Powiem wam, co jest teraz w galeriach handlowych. Festyny. Imprezy z wodzirejem, który drze paszczę do mikrofonu. Powiem wam też, co się dzieje w zupełnie innym miejscu. Na przykład: w domu. W domu jest cisza, kocyk, internet. W internecie jest strona internetowa: BaBa.com.pl. Tam się klika i po dwóch dniach przyjeżdża kurierem (nie pocztą, zrezygnowałam właśnie z usług poczty na zawsze, człowiek uczy się całe życie, tego, że należy zrezygnować z poczty na zawsze, również) rozwiązanie wszystkich problemów.

fullsizeoutput_e7

Jestem zajeBaBana, czyli o wpadce BaBy

Wszystkich, którzy mają niedogodność czytania romansu z piasków Sahary – najmocniej przepraszam. A że przepraszanie nie ma mocy realnego zadośćuczynienia, proponuję konkretną rzecz…

Zważywszy na powszechność kaleczenia języka polskiego, słowotwórstwo w skali globalnej, płynące z telewizorów i radioodbiorników poklejone ze słów angielskich, a może i amerykańskich, kto ich tam wie? – twory, a także różnego rodzaju wtręty tajemne, moja Spółdzielnia Literacka BaBa wyszła przed szereg. I nie to, że specjalnie jakoś, metodycznie, ale przypadkiem, a może raczej: przez nieuwagę. Albo – choć nie wypada mi się tłumaczyć – na skutek pośpiechu, natłoku pracy, brak doświadczenia i znajomości narzędzi, które z racji mojej artystycznej natury są mi od zawsze obce. 

Na przykład program do składu książki. Rzecz o trudności wymiaru kosmicznego. Żeby to opanować, a jednocześnie pilnować spraw księgowych, prawnych, a także terminów, promocji, wysyłki, rodziny i pisania książek – trzeba mieć trzy głowy minimum, z wymaganiem 150 IQ dla każdej. 

STARAM SIĘ! Ale nie zawsze się udaje. Oto właśnie dotarło do mnie, że moja powieść SAMUM została złożona przez wspomniany program tak sprytnie, że po prawej stronie, owszem, jest OK, ale po lewej program postanowił wywinąć numer i poprzenosić wyrazy od tak zwanej czapy. I tak powstała zupełnie nowa definicja stylistycznej formy powieści, której ja jestem prekursorem. 

Wszystkich, którzy z tego powodu mają niedogodność czytania romansu z piasków Sahary – najmocniej przepraszam. A że przepraszanie nie ma mocy realnego zadośćuczynienia, proponuję konkretną rzecz. 

Każdy z was, kto kupił (kupi) u mnie Samum, przy kupnie następnej dowolnej książki otrzyma zupełnie gratis Poradnik dla psychopatów. Wystarczy podać w zamówieniu hasło: „BaBa tkwi w szczegółach”. Będę wiedziała o co chodzi. Jeszcze chusteczkę do okularów dodam. Tym, którzy już złożyli kolejne zamówienie, wrzucam do koperty drugi „Poradnik” w ekstrasie. 

W razie pytań, piszcie. I mam nadzieję, że mi wybaczycie. ZajeBaBana jestem. 

Ta książka nie jest dla dzieci

Wcześniej w swoich książkach pochylałam się tylko nad kobietami. Kobieta to fascynujący temat, owszem. Ale przecież facet to terra incognita! Niezgłębiona czarna czeluść nie wiadomo czego…

Szanowni Państwo! Oddaję w Wasze ręce moją najnowszą książkę, pt. Poradnik dla psychopatów. Wiem, jak bardzo jest ona kontrowersyjna. Kontrowersją i to gigantyczną kontrowersją dzisiejszych czasów jest bowiem założenie, że człowiek powinien dbać o siebie. Różne z tego powodu ukuto określenia. Jest wśród nich pełne prychnięć słowo: – Egoista! Albo też: – Narcyz. Egocentryk. Wreszcie najmocniejsze: – Psychopata. 

Każdy, kto w tym kraju traktuje samego siebie dobrze – naraża się na powyższe epitety. Nie jest bowiem popularne być dla siebie fair, nie jest w dobrym tonie odnosić się do siebie z czułością. Tu obowiązują wzorce męczenników, ludzi urobionych po pachy DLA INNYCH,  którzy, rzecz jasna, nie okazują wdzięczności. 

W tym poradniku nie ma miejsca na wdzięczność. Nie ma też mowy o oczekiwaniach. Jedynym założeniem tej książki jest maksyma Papula, który na pytanie podczas rozmowy kwalifikacyjnej, jakie są jego życzenia w nowej pracy, odparł: – Żeby nie było spiny i żeby było wiadome.

I tego będziemy się trzymać.  

Ta książka nie jest dla dzieci. A dla kogo? To pierwsza książka, którą pisałam z myślą o mężczyznach. Wszak większość kobiet jest przekonanych, że ich facet to ktoś w rodzaju socjopaty, narcyza, albo i lepiej. Niech więc dowiedzą się, jak funkcjonuje TEN umysł. Lepiej WIEDZIEĆ. Zwłaszcza, gdy masz do czynienia z psychopatą.

Wcześniej pochylałam się tylko nad kobietami. Kobieta to fascynujący temat, owszem. Ale przecież facet to terra incognita! Niezgłębiona czarna czeluść nie wiadomo czego. Postanowiłam tam zajrzeć. Postanowiłam pokonać lęk i spojrzeć demonowi prosto w oczy. Doświadczenie niezwykłe. Coś w rodzaju zanurkowania w czarną dziurę. Kto wie, co jest po jej drugiej stronie? Zapętlenie rzeczywistości? Pustka? A może nowy wszechświat? Sami się przekonajcie. Ze swojej strony mogę tylko powiedzieć, że jeszcze nigdy się tak nie bawiłam, jak przy pisaniu tej książki.

Jeśli więc nie masz faceta – kup sobie ten poradnik. Jeśli masz faceta, kup dwa. Jeśli masz dwóch facetów, kup od razu pięć. Na zapas.

Poradnik dla psychopatów jest pozycją dla osób o mocnych nerwach i dużym poczuciu humoru. Poruszam w nim tematy skostniałe od powagi, rozkruszam monumenty wszelkiej poprawności. Dobieram się do skóry różnym, przekonanym o swojej nienaruszalności, instytucjom. Można się więc przy nim zdenerwować, ale też uśmiać do łez. W każdym razie – emocje gwarantowane. Nawet dla tych, co podobno emocji nie odczuwają.

Poradnik ma formę wydania kieszonkowego. Celowo. W każdej chwili można go bowiem ukryć w kieszeni dżinsów, albo w dużej dłoni, by nikt z osób niepożądanych go nie zauważył. Jest tak skonstruowany, żeby można było w nim notować. Po każdym rozdziale jest miejsce na notatki. Każda strona z ołówkiem należy więc do was. Tu możecie zapisywać własne pomysły rozwiązań poruszanych problemów. Być może wasze pomysły okażą się lepsze od moich i któregoś dnia dostanę zupełnie nową wersję Poradnika dla psychopatów? Oby. Przecież nikt nie powiedział, że mam rację. 

Książka jest ilustrowana. Rysunki wykonała moja córka, która jest geniuszem. Każdy rysunek niesie potężny potencjał emocjonalno-artystyczny. Przedstawia on bohatera naszego poradnika w opisywanych sytuacjach i osadzonego w przestrzeni pozbawionej kolorów. Wy tę przestrzeń możecie wypełnić własnymi kolorami.

Pokażcie mi, jak widzicie świat. Bo o to przecież chodzi. O wasze pomysły i waszą ekspresję. Bo każdy z was jest artystą. 

I każdy może być psychopatą…


Żeby kupić książkę, wystarczy kliknąć TU. W dniach 28-31 stycznia Poradnik jest dostępny w sprzedaży przedpremierowej. Premiera książki odbędzie się 14 lutego – wysyłka od 1 lutego! Poradnik, zamiast pluszowego serca z oszą, może być więc doskonałym prezentem na to przesłodzone święto. Aha. Podpiszę wszystkie książki w sprzedaży przedpremierowej. Chyba, że ktoś nie będzie chciał, to wtedy nie.

Każdy, kto teraz go kupi, dostanie w ekstrasie prezent, który enigmatycznie nazwę: niezbędnik psychopaty. WARTO. Z założenia bowiem robimy w BaBie małe nakłady. Potem nie będzie już tak łatwo…

poradnik

Tajemniczy Don Pedro Paweł Adamowicz

Istnienie składa się z trzech czasów. Czas przeszły, teraźniejszy i przyszły. Ten pierwszy stanowi problem, gdy ktoś umiera. Nigdy nie wiadomo, jak powiedzieć. Gdańsk go lubił? A to, że dziś tonie we łzach – czy nie świadczy o tym, że Gdańsk nadal go lubi? I że będzie lubił w tym trzecim czasie, w tym przyszłym, wiecznym, na zawsze?

  • Musimy się spotkać – napisałam na jego messengerze. – Pilne.

Po czym pojechałam gdzieś tam coś załatwiać i zapomniałam o swojej nagłej wiadomości. Godzinę później zadzwonił telefon. Spojrzałam na wyświetlacz, ale nic nie zobaczyłam, bo nie miałam okularów. Na wszelki wypadek więc krzyknęłam tym swoim zwyczajem, gdy nie wiem z kim rozmawiam: „czego? kto tam?!”

  • Tajemniczy Don Pedro.

Od razu go poznałam. Po głosie, a może po tym sposobie mówienia? Nikt inny by nie nawiązał do Baltazara Gąbki w takim stylu. Tylko on. Paweł Adamowicz.

Powiedział, że pracuje codziennie do dwudziestej pierwszej, ale znajdzie dla mnie czas. Nie czekałam długo. Spotkaliśmy się dwa dni później, pamiętam, że to był wtorek.

Nie spóźnił się ani minuty. Przyjął mnie z honorami. W tym społeczeństwie, gdzie artyści są traktowani jak nieszkodliwi wariaci albo po prostu brutalnie robi się ich w balona – to była dla mnie nowość. Jeszcze nikt, przedstawiciel żadnej instytucji nie potraktował mnie z takim szacunkiem. Do tej pory.

Starałam się być konkretna, wszak warto się odwzajemnić i szanować czyjś czas. Opowiedziałam mu o losach pewnej książki o Gdańsku, której wydanie wsparł osiem lat temu. Szklanka na pająki Basi Piórkowskiej, pamięta pan? Pamiętał. I od razu kupił  dwieście egzemplarzy dla gdańskich szkół. Bez żadnych upustów. Z walczącej z wiatrakami artystki bez grosza stałam się osobą, która realnie wydaje cenioną nie tylko w Polsce literaturę piękną. I ma wsparcie Prezydenta.

Kilka tygodni później spotkaliśmy się na Kongresie Kobiet w Europejskim Centrum Solidarności. Byłam z Baśką i z książkami, rozłożyłam stoły i zaczęłam sprzedawać. Pierwsze koty za płoty. Szło różnie. Jeszcze mało ludzi, jeszcze nikt nic nie wie. I nagle przyszedł on. Najpierw kupił egzemplarz dla siebie, potem z nami usiadł. Jak się domyślacie, od razu wokół naszego kramu zrobił się tłum.

Żałuję, że więcej z nim nie porozmawiałam. Że tylko wysłałam mu podziękowania, zamiast je osobiście złożyć. Że nie miałam czasu, a może śmiałości napisać znów na jego messengerze: spotkajmy się. Przecież nigdy nie wiadomo, czy jeszcze będzie nam dane pogadać. Pożartować.

Tajemniczy Don Pedro odszedł. Nastała Niebieska Noc. Jadę samochodem przez moje miasto, widzę jego uśmiechniętą twarz na czarno-białych zdjęciach i ściska mnie w gardle. Siedzi pochylony, ręką podpiera się o kolano. Patrzy łagodnie w obiektyw. Czy żartował, gdy mu robiono to zdjęcie? Na pewno. Zawsze żartował. Nigdy nie chodził z obstawą. Ludzie go lubili. Gdańsk go lubił.

Istnienie składa się z trzech czasów. Czas przeszły, teraźniejszy i przyszły. Ten pierwszy stanowi problem, gdy ktoś umiera. Nigdy nie wiadomo, jak powiedzieć. Gdańsk go lubił? A to, że dziś tonie we łzach – czy nie świadczy o tym, że Gdańsk nadal go lubi? I że będzie lubił w tym trzecim czasie, w tym przyszłym, wiecznym, na zawsze?

Nie mogę pisać tego tekstu. Łzy mi przeszkadzają. Bycie artystą nie jest łatwe, człowiek ma nerwy na wierzchu. Ale są na tym świecie ludzie, którzy widzą w tym wartość. Są. Byli. Był.

Jest?

Będzie.