Category: Sens Życia

Nagroda pocieszenia

Nic, tylko kurze ścierać z przedziwnych kształtów przedmiotów ustawionych na kominku. Mozół doglądania, czy oby racja gdzieś nie wyciekła i ten strach, a nuż ktoś tę rację podważy, a nuż ktoś dostanie większy bohomaz za jeszcze większe WIEM WSZYSTKO?

Szukałam statuetki, która ch.. wie, co przedstawia i znalazłam. 

Drodzy Państwo! W związku z wysypem nagród i wyróżnień w dziedzinach najróżniejszych, chciałabym zaproponować nagrodę wyjątkową, taką, jakiej jeszcze nie było, a jednak która być już dawno powinna. Nagrody bowiem trafiają czasem do osób, które coś wiedzą, jak też zauważyłam, bywają osoby, które generalnie wiedzą wszystko. Nominacja, czy statuetka tylko je w tym wszystkowiedzeniu umacnia, zatrzaskuje w splendorze. Straszliwy musi być to stan. Swoją drogą, wcale się nie dziwię, że taka osoba dostaje nagrodę, jakoś przecież trzeba ją pocieszyć. Łatwo nie jest. Bo weź tak wszystko wiedz. Weź się budź codziennie rano z myślą: Jezu, już się niczego nie dowiem. Mój mózg jest wypełniony po brzegi, na nic więcej miejsca nie ma. A niech tylko mi ktoś coś nowego powie, zaraz się odgryzę, w końcu mam za to swoje wiedzenie nagrodę. Certyfikat wszechwiedzy. Marmurowy pomnik doskonałości. Wiekuistą RACJĘ z własnym nazwiskiem.

Dramat. Dramat dramatem, ale nuda! Potworny zastój, grzęzawisko. Nic, tylko kurze ścierać z przedziwnych kształtów przedmiotów, przedmiotów – umówmy się – bliskim swym wyglądem bohomazom, ustawionych na kominku. Mozół doglądania, czy się nic nie zmieniło, czy na pewno nie umknęło, czy oby racja gdzieś nie wyciekła. I ten strach, a nuż ktoś tę rację podważy, a nuż ktoś dostanie większy bohomaz za jeszcze większe WIEM WSZYSTKO? Nie mówiąc już o nałogowej, zalęknionej konieczności gromadzenia następnych, jeszcze bardziej kategorycznych pomników własnej mądrości, bo tak się składa, że kapituły upodobały sobie nagradzanie tych samych osób w kółko, jak rozumiem w myśl spełnienia ludzkiej potrzeby kolekcjonerskiej, czy zapewnienia, że ta poprzednia nagroda to nie była pomyłka pięciu osób, które nieco za dużo wina wypiły na ostatniej gali, ale gruntownie przemyślany efekt piorunującego wrażenia wobec WIEDZY.

Tymczasem najpiękniejszy stan, to stan niewiedzy. Jeśli ktoś nie wie, to się dowie! Jeśli ktoś nie wie, to ma całą zabawę przed sobą. Proces nabywania wiedzy jest przygodą. To czas, gdy człowiek się nie nudzi ani trochę, bo ma całe spektrum do ogarnięcia, całą tę terra incognita przed sobą. I bada! I zdobywa! I odkrywa! A jeśli jeszcze ktoś mu tłumaczy? A jeśli ten, kto tłumaczy, robi to ciekawie? A jeśli ten, kto tłumaczy, sam w sobie, w swoim posiadaniu wiedzy – dopuszcza wątpliwość? I poznanie staje się wspólnym odkrywaniem, wspólnym dochodzeniem prawdy, którą na koniec się otwiera, bo przecież nikt nigdy nie wie dokładnie z całą pewnością JAK JEST?!

I tu się należy nagroda. I niech ją ktoś nazywa nagrodą pocieszenia. Co złego jest w pocieszeniu, które z samej już definicji ma na celu niesienie radości? To najpiękniejsza nagroda na świecie. Nagroda za przyznanie się otwarcie: NIE WIEM. Nie wiem, ale chcę wiedzieć. Chcę posłuchać. Chcę zbadać. Chcę zgłębić. Chcę się doskonalić. Chcę rozmawiać. I, co najważniejsze, za co właśnie nagroda należy się po stokroć: i się tego nie wstydzę.

List do M.

Nie chodzi o przyjaźń

Bo przecież nie może chodzić o coś, czego nie ma

Nie jesteś po mojej stronie

Zawsze na rewersie

Jak orzeł w koronie

Odwrócony

Do góry szponami

Aluminiowa podróbka wartości

Nabyta przez pomyłkę

tylko z jednego powodu:

OKAZJA.

 

Przypadek

Wypadek

Wpadka.

Czarcia pułapka

 

Nie chodzi o przyjaźń

Bo nią nie jesteś

Przywykłam

Jak do tych twoich wielkich pustych haseł:

BÓG HONOR OJCZYZNA

Na moim czole blizna

Boleśnie pulsująca

Gdy człowiek raz kogoś popchnie

Będzie już zawsze

Odtrącał.

 

Nawet nie mogę wykrzyczeć

Jak jestem odpychana

Ja, nauczona SZACUNKU

Z czwartego przykazania

W którym Bóg

Rozkosznie roztargniony

Zapomniał dać mi najmniejsze choćby,

Jakiekolwiek

Prawo do obrony

 

Nie chodzi mi o przyjaźń

Bo nigdy jej nie było

Nie było też na pewno

Czegoś takiego jak miłość.

 

Ty wszystkim opowiadasz

Prawdopodobne historie

Tak troskopodobnie

Tak dobropodobnie

O bliskopodobnej osobie.

Być może

Ze strachu

Wolisz być moim  wrogiem

Bo przecież te wszystkie historie

Opowiadają o tobie.

 

Masz profesurę z przemocy

Doktorat z tortur to mało

Z imponującą precyzją

Twierdzac, że jesteś ofiarą

Uderzasz w takie miejsca

Tak mocno

Tak celnie

Do kości, do szpiku

Żeby najbardziej bolało.

 

Nie bój się mnie, już dobrze.

O sobie nic nie usłyszysz

Przecież żadna moja łza

Żaden dźwięk, żadna skarga

Nic

Nigdy

Cię nie przekrzyczy

 

Nie szukaj mnie więcej i nie dzwoń

Tej nocy stałam się wiedźmą

Która wie.

I jak każdy poeta

Ma swój list do M.

 

Liebe M!

Ja WIEM.

Imitacja dobra

Po prostu jest złem.

Mroczna przepowiednia

Nikomu nie wróżę przyszłości w tym kraju. Nie wróżę powodzenia. Ani pomyślności. Zdrowia – zwłaszcza. Nie wróżę też wielkich pieniędzy, właściwie to żadnych pieniędzy nie wróżę, nawet małych

fot. Maciej Jawornicki

Dzień dobry. Nazywam się Sylwia Kubryńska i nie jestem wróżką. Konkretnie zajmuję się tym, że nie wróżę. Nie wróżę wam przyszłości. Nie ma szans.

Owszem, są wróżki, słyszałam nawet o kilku. Trzeba do nich dzwonić, umawiać się. Kolejki się do nich ustawiają. Niebotyczne. Przepowiadają różne niesamowite rzeczy. Biorą pieniądze za te swoje wróżby i są to, moi drodzy, niemałe pieniądze.

Ja nie biorę pieniędzy. Nawet symbolicznych. Nie ma też do mnie żadnych kolejek, zapisów. Luz. Jeśli zaś chodzi o klimat w moim mieszkaniu, to raczej jest w stylu Ikea. Żadnych kul szklanych, nawet czarnego kota nie mam. Szarego tylko, w dodatku samicę. Pełna nowoczesność i parytet. Szwecja. Są w Szwecji jakieś wróżki? Jakaś komuś wróży w Szwecji? Nie wiem. Ale wiem, że tu, na tej ziemi to nie. Nawet jak by się jakaś pojawiła, to jedno jest pewne: to nie ja. Ja nie wróżę. Nie w tym kraju. Bo jeśli chodzi o ten kraj, to nikomu nie wróżę szczęścia. Nie wróżę powodzenia. Ani pomyślności. W ogóle nic dobrego nie wróżę. Nie wróżę też wielkich pieniędzy, właściwie to żadnych pieniędzy nie wróżę, nawet małych.

Czego jeszcze nie wróżę? Miłości. Nie ma mowy. Nie wróżę nikomu żadnego przystojnego bruneta, co to przyjdzie wieczorową porą. Jaką wieczorową porą?! Dajcie spokój! Pojęcia nie mam, czy przyjdzie, czy nie przyjdzie, ale generalnie nie wróżę. Żadnej z was. I żadnemu. Nawet średnio przystojnego blondyna świńskiego – nie przewiduję. Nic o nim nie wiem, i nic nie powiem. W ogóle niewiele wiem. Owszem, czasem mi się coś wydaje. Wydało mi się już kilka powieści. Ostatnia powieść, co mi się wydała ma tytuł Mama i można ją nawet gdzieś kupić. Ale nic ponadto mi się nie wydaje. Przynajmniej na razie.

Jest jednak coś, co wiem na pewno. Wizja, z którą mogę się tu podzielić. I nie jest to bynajmniej żadne przypuszczenie, nie. To przepowiednia na sto procent skuteczna i prawdziwa. Każdemu powiem prawdę. Owszem, bolesną. Owszem, tragiczną. Owszem, mroczną. Wiejącą lodowatym wiatrem przeznaczenia. Nieuniknioną i straszną. Jednak prawdę. Jednak bezcenną!

No, dobrze, ponegocjujmy. Niech będzie sto złotych. Sto złotych od łebka. To dobra kwota. Mój Boże, toż to dumping! Pokażcie mi hojniejszą wróżkę! Pokażcie konkurencję! Nie ma, nie ma nawet w Szwecji. Ani we Francji. Nostradamus leży i płacze. Tylko ja i tylko tu, w tym kraju, odsłonię wam proroctwo najprawdziwsze z prawdziwych. Tylko ja NIGDY się nie pomylę. Tylko ja w swej kategoryczności określę każdemu przyszłość w stu procentach pewną. I każdemu tę samą.

Mianowicie: śmierć.

Jedyne, co, to to, że każdy z nas może umrzeć. To tak. Powiem więcej: każdy umrze. Wiecie skąd wiem? Wiem to z doświadczenia. Tak się składa, że wszyscy, którzy kiedyś żyli: umarli. Umarł papież. NASZ papież. Niby święty, niby bez niego by się wydawało, że świat nie może się kręcić. No, może świat może się kręcić, ale na pewno nie Polska. I co? Umarł. Świat się kręci, Polska stoi.

Umarł Józef Piłsudski! A nie wyglądał na umierającego. Jakie miał powodzenie u kobiet! Serio. Facet potrafił działać cuda. Zwłaszcza nad Wisłą. Ktoś by mógł powiedzieć – na przykład jakaś wróżka ze Szwecji: oto cudotwórca. A skoro cudotwórca, to na pewno nie umrze. Tacy nie umierają. I co? Jakoś ten cudotwórca od prawie stu lat nie żyje. Gdzie zmarł? Nad Wisłą! Przypadek? Nie, nie, nie. Ja nie sądzę. Ja nie jestem sędzią. Wy mnie w to nie mieszajcie. To już kolejna profesja, z którą nie mam nic wspólnego.

A więc śmierć. Przepowiadam. Każdemu. Każdemu z was i nie tylko. Są ludzie, którym przepowiadam śmierć, a oni nic o tym nie wiedzą. Nawet sobie nie wyobrażają. Siedzą sobie tam… na tym, jak to się tym, nigdy tych dzielnic warszawskich nie mogę zapamiętać, na tym, na Żżż… żo… jak się nazywa ta dzielnica? Nie pamiętam. W każdym razie siedzą i myślą, że wystarczy jedna operacja i człowiek jest nieśmiertelny, nigdy na wózku nie wyląduje. Ja tam nie mam nic do żadnych operacji, chociaż zdrowia nie wróżę. Nie wróżę zdrowia ani długiego życia – nikomu w tym kraju. Tymczasem ona przyjdzie. Przyjdzie, dopadnie. Pozamiata. I bardzo proszę. Zapraszamy! Zapraszamy do Warszawy! Zapraszamy do każdej dzielnicy, nawet tej na Ż…

Zamkną mnie. Teraz to już mnie zamkną na pewno. Zamkną decyzją partii PiŚ. PiŚ jak Polegnij i Śmierdź. Przepraszam: Śmierć. Wrogom Ojczyzny. Ale to nic nie zmieni, los jest nieunikniony. Koniec, amen, pocałujcie mnie w klamkę. Zresztą, nie mam się czym przejmować. Niech mnie zamykają. I tak umrę.


Stand-up gombrowiczowski, Big Book Cafe, Warszawa

Jesteś moja, czyli miłość psychopaty

Ojciec zdaje się coś tam na wzór miłości lepić. Ta „miłość” pojawia się w jego sypialni, do której zanosi córkę…

Najdrozsza_750x200Skończyłam pisać książkę o samotnej matce wychowującej syna. I jakby w odpowiedzi na moją „Mamę”, natychmiast wpadł mi w ręce prebook „Moja najdroższa” Gabriela Tallenta – historia o samotnym ojcu wychowującym córkę. Pierwsze skojarzenie: ta sama samotność. Odizolowanie od społeczeństwa, brak pomocy, oczekiwania. I w obu przypadkach: brak miłości. Jak dół niezasypany, ziejąca, żarłoczna dziura pochłaniająca każdy kolejny dzień życia dziecka. Nigdy nie odzyskane dzieciństwo.

Na okładce „Moja najdroższa” wydawca obiecuje opowieść o okrucieństwie wyrządzanym z miłości. Z jakiej, kurwa, miłości? Czy ktoś tu jeszcze wie, co to w ogóle jest? Czy już wszyscy pomylili miłość z żądzą posiadania? Ta książka ma zły tytuł. Nie powinien brzmieć „moja najdroższa”, ale „absolutnie moja”. Ta mojość to największa przeszkoda w byciu rodzicem. To ślepa uliczka, w której człowiek przestaje być człowiekiem, bo nie umie zrozumieć, że nikt, nawet własne dziecko – do niego nie należy.

Ojciec z tej powieści potyka się o samotność każdego dnia, ale z niczego – bo sam nigdy miłości nie dostał – próbuje skleić jakieś dobro, wciąż walczy o choćby skrawek tego uczucia. Wydaje się coś tam na wzór miłości rzeźbić. Ta „miłość” pojawia się więc w jego sypialni, do której zanosi córkę, by zaspokoić swoje potrzeby. Ta „miłość” ma się niby przejawiać w jego – jakże fałszywym – określaniu swojego dziecka mianem „Kruszynko”.

Nie lubię amerykańskiego patosu, przesada napawa mnie podejrzeniem o fałsz. W „Mojej najdroższej” jest wszystko, co potrzebne do wstrząśnięcia czytelnikiem. Gwałt, przemoc, bicie, wyzwiska, tortury. Jakby autor chciał powiedzieć nam do czego zdolny jest mężczyzna skazany na samotność. A ja widzę to inaczej. Bo moja „Mama” przecież jest kobietą, a w niej też wyją czarne wilki. Myślę, że każdy z nas, bez względu na płeć, ma w sobie demona. Demon żywi się pustką, żyje w głębokiej przepaści, wyrwie po braku. Braku miłości. Ten brak to zło.

Cannelloni z buraka, czyli Żony Hollywood

Mają w Ameryce posiadłość, gdzie jest osiemnaście basenów. Jeżdżą sobie tam we dwoje. I pływają naraz w tych osiemnastu basenach, bo przecież w jednym basenie pływać się nie da

Moja mama mówiła na to, że ktoś się „wygina”. Myślę, że to jest bardzo trafne określenie. Oddaje ono dokładnie to, co dana osoba robi ze sobą, ze swoim ciałem, ze swoim językiem, twarzą, osobowością.

Siedzi – dajmy na to – naprzeciwko was, ale jakby nie do końca siedzi, można powiedzieć, że niby to siedzi, niby to się kręci, niby to się trochę kładzie, a może nawet niby to tańczy. Trudno określić, co ta osoba robi w kwestii siedzenia.

Patrzy. Ale jednak nie patrzy. To znaczy niby patrzy, ale nie wiadomo gdzie. Język jest tu bezradny, bo jakże określić tak nieprecyzyjne patrzenie? Takie patrzenie, niepatrzenie? Ty niby widzisz, ten ktoś ma oczy, temu komuś się nawet wiele wokół tych oczu dzieje, a jednak oczy te zgasłe, nieprzytomne, nieczujne, puste. Wzrok rozbiegany, strzelający po ścianach, wokół, tu, tam, wszędzie, po wierzchu. Tylko nie wprost, tylko nie w duszę, tylko nie w prawdę.

Dalej. Można by się rzucić do określania stanu relacji, w jakim ta osoba się znajduje, ale tu też zasieki. Bo niby to rozmawia, a jednak nie do końca. Niby to mówi, ustami rusza, ale dokądś bieży, którędyś umyka, trochę coś w waszym języku, za chwilę to przeplata jakąś kompilacją innych języków, splata kompilacje, wyciąga z nich własne twory, znów coś tam dodaje, okrasza, zniekształca i właściwie nie wiadomo, co powiedziała, ale jednak musiała powiedzieć, bo przecież tak dużo to kosztowało, tyle energii, czasu, prychania, skrzywień, strzelania oczami, trzepotania rzęsami, wydymania warg!

A gdy się jednak próbujecie dokopać sensu, gdy się jednak uprzecie wyciskać treść, okazuje się, że, owszem, gdzieś przemknęła, ale tak zaszyfrowana, tak zakodowana tajnymi hasłami w innych językach, że przepadła nieodgadniona, albo może i nie przepadła, może i się pojawiła, ale zawiera właściwie tylko coś na kształt: „och”.

Albo: „ee”.

I to właśnie można wypatrzeć i wysłuchać na kanale TVN, śledząc cykl programów pt. „Żony Hollywood”.

I pewnie bym nie wpadła na to, żeby sprawić sobie tego rodzaju rozrywkę i wytrzymać jeden z odcinków tej wstrząsającej relacji (chociaż próbowałam, jednak mam w sobie coś w rodzaju instynktu samozachowawczego, tego samego, co mnie chroni przed kupowaniem karnetu na wesołe miasteczko w Kaletce, biletu do cyrku, czy na kabaret Kryszaka) – gdyby nie zaproszono bohaterów programu do programu innego, jaki, owszem, ku własnemu zdumieniu, zdarza się mi się oglądać, a mianowicie do niejakiego Masterchef.

Nie to, że jestem jakimś samorodnym, niespełnionym talentem kulinarnym, bo kto mnie zna, wie, że zawsze będę tak kombinować, żeby nie robić obiadu. Nie to też, że mnie jakoś kręcą zawody w obrabianiu kaczki. Mam jednak pewną słabość do Magdy Gessler, która robi w jeszcze innym programie tak przepiękną jatkę tym nadętym, zdzierającym kasę za własne nieudacznictwo polskim restauratorom, że nie mogę sobie odmówić przyjemności przebywania w jej towarzystwie, choćby przy okazji.

Tu warto podkreślić, że osobę kombinującej tak, żeby nie robić obiadu, serio frustruje spustoszała mapa przyzwoitych restauracji, w których nikt nie chce cię zrobić w tak zwanego chuja, nikt nie sadza cię przy brudnym stole, nikt nie wciska ci czegoś zamiast czegoś, nikt nie dolewa ci żadnych substytutów, nikt cię nie truje, nie dyma i na koniec nie przynosi bezczelnie bandyckiego rachunku za to wszystko.

No więc zobaczyłam żony Hollywood w Masterchef, który oglądałam ze względu na Kuchenne Rewolucje. Taka akrobacja. A niby do cyrku nie chadzam. A tu cyrk. Przy stole siedzi podstarzała para obwieszona diamentami. Facet nieco łysiejący, na resztce włosów ma balejaż. Na szyi wisior. Złoty. Koszula rozchełstana. Wygląda jak poważnie zniszczony Don Wasyl, tylko że gorzej.

Obok babka składająca się z dekoltu i warg. Wargi są tak napompowane, że zdaje się czuć zagrożenie wystrzelenia spod napiętej skóry jakiejś galaretowatej substancji wprost na podawane wykwintności. Kobieta operuje dziwnym językiem, jak sądzę: AMERYKAŃSKIM i choć wcale niedawno opuściła Polskę, za diabła nie może sobie przypomnieć, jak jest po polsku: jedzenie.

Tym językiem zwierza się, że oto mają u siebie w Ameryce posiadłość, gdzie jest osiemnaście basenów. Jeżdżą sobie tam odpoczywać na weekend, do tych osiemnastu basenów – rzecz jasna – we dwoje. Jak rozumiem, bo tego już bohaterka nie wyszczególniła, a jednak mnie to ciekawi, pływają naraz w tych osiemnastu basenach podczas jednego weekendu, bo przecież w jednym, choćby nie wiem jak dużym i bajeranckim basenie pływać się nie da. W głowie się nie mieści, że są na świecie ludzie, którzy pływają w jednym basenie. To jak opowieść z krajów Trzeciego Świata, lepiej to zostawmy!

Przy okazji nasuwa mi się ostatnia aferka z sesją zdjęciową pewnej celebryckiej pary (kobieta zrobiła karierę na sprzątaniu, a facet kiedyś grał [średnio] w piłkę), która postanowiła podzielić się swoim kompleksem pod tytułem: o jeny, jak nas kręci kasa, tarzanie się w złocie, pieniądze, pieniądze, musimy to pokazać! I nastrzelali fotek na osiemnaście stron pod hasłem: królowa i lokaj bzykają się w Bombaju. Czy gdzieś tam.

No, ale do rzeczy. Pies. O tym nie można zapomnieć. Siedzi ten biedny pies przy stole, skrępowany jakimiś cudacznymi fatałaszkami, karany niepowstrzymywanymi pocałunkami i wyściskiwaniem – no i musi zżerać „special diet”, czyli… canelloni z buraka. A jak nie, to skaczący nad nim kucharze wylecą z programu.

Nie je.

Szanuję ogromnie pisarzy, którzy potrafią opisać rzeczywistość bez używania brzydkich słów. Ja też się bardzo staram. Staram się od lat i jest coraz lepiej. Ostatnio naprawdę idzie mi dość niesamowicie. Mam jednak słabsze chwile. Czasem nie mogę. Wtedy sobie tłumaczę, że te słowa nie są brzydkie, tylko adekwatne. No więc adekwatnie zakończę ten tekst.

JA PIERDOLĘ.

Szkoła. Czyli jak zabić ciekawość

Kiedy człowiek usłyszy ciekawą historię, szuka więcej. Jednak dzieci w szkole niczego szukać nie będą. Dlaczego? Bo muszą wkuć czterdzieści pięć dat na sprawdzian, a kiedy im się nie uda, zostaną obrażone. I na hasło „historia” zrobi im się niedobrze. To bardzo ZŁE DZIECI.

Uczę się. Uczę się, uczę się, uczę się! Boże, jak ja się uczę! Nadrabiam całe dekady szkół rozmaitych, do których nigdy nie przyszło mi uczęszczać. Nadrabiam lekcje, na których nigdy nie byłam, nadrabiam radość, jakiej nigdy w naszych systemach oświatowych nie doznałam.

Uczę się jak dziecko, jak świeżo stąpający po ziemi źrebak. Uczę się całą parą, garściami czerpiąc zachwyt, karmiąc nim swoją ambicję, a raczej: ciekawość.

Chcę wiedzieć! Chcę umieć! Boże, jakie to piękne. Jakie to dobre. Jakie przyjemne! A nawet jeśli trudne, to cudne. Tym cudniejsze, im trudniejsze! Bo przecież każda DOBRA zabawa ma w sobie elementy zawiłości.

Gdy porzuciłam pracę biurwy, postanowiłam, że już nic w życiu nie będę robić z przymusu. No chyba że będą mi kazać esesmańcy. Ale dopóki nie ma esesmańców, dopóki ja jestem tu szefem, a przecież nic i nikt nie może mi zabronić być szefową własnego życia – nie zmuszam się do niczego. Ojciec mi powtarzał, że jeśli będę robić w życiu to, co kocham, nigdy nie będę pracować. Szkoda, że ludzie tak późno to rozumieją.

Zaczęłam – jak wiadomo – od pisania. W pisanie uciekałam od ciężkiej rzeczywistości już w wieku pacholęcym. To tam pojęłam, że ta forma autoterapii jest dla mnie sportem ekstremalnym, swoistą jazdą na nartach po czarnym jak smoła stoku dzieciństwa.

No więc z najlepszych możliwych rozrywek wybrałam tę, o której nikt nie wiedział, do której nikt się nie mógł przyczepić, nikt nie mógł skomentować, nikt nie zdołał podciąć skrzydeł. Ani matka, ani ciotka Jadźka, ani facetka od matmy. Nikt się nie mądrzył, nikt nie powiedział nic przykrego, nikt też nie sarkał, że weź się za lekcje. Bo jak można się przywalić do dzieciaka, który w kółko ślęczy nad zeszytem? A że w zeszycie smoki? Labirynty ucieczek z domu? Wyszukane określenia na głupotę starych? Plany zniszczenia systemów? Opisy pierwszych fascynacji, tudzież rozczarowań? Świat wykręcony na drugą stronę, odbity w szalonych lustrach?

To był unik doskonały. O tyle jednak wadliwy, że gdyby nie musiał być unikiem, byłby PEŁNYM rozwojem. Sama definicja go więc dyskwalifikowała. Bo czemu dziecko musi się ukrywać ze swoją pasją? Czemu ma udawać, że nie pisze, tylko – załóżmy – notuje wykładniki potęg? Swoją drogą, wiecie co to w ogóle jest? A wiecie co to: „notacja wykładnicza”? W życiu, moi drodzy, niezbędna. Ja od ukończenia szkoły nie miałam z tym do czynienia NIGDY. Dlatego czas spędzony w sali 47 mojego liceum, w miejscu, gdzie doznałam jednej z największych traum dzieciństwa, zapamiętam do końca swojego życia jako najgorszą, bo potwornie nieprzyjemną formę jego marnowania.

Bo gdybym nie musiała robić tego, co mnie nie interesuje, zaczęłabym pisać książki w wieku lat dziesięciu. I różne inne rzeczy dla mnie interesujące robić. Na przykład: mówić obcymi językami. Śpiewać. Tańczyć. Grać na scenie.

Ale trzeba było wkuwać daty historyczne, coś, co z szalenie interesującej dziedziny robi rzecz tak nudną i odstręczającą, że przez kolejne lata z trudem człowiek się przełamuje, żeby to zgłębić. Trzeba było nie lada mózgu, żeby wymyślił system tak zniechęcający do czegoś tak interesującego. Bo przecież zdawałoby się, rzecz jest niezwykle prosta: opowiedzieć, co się kiedyś ważnego wydarzyło. Opowiadamy sobie codziennie. Niektóre opowieści są niezwykłe. Czasem wydarza się naprawdę w cholerę ciekawych rzeczy. Jeśli więc jest to ciekawa opowieść, to człowiek sam potem wertuje książki i wikipedię, żeby posprawdzać szczegóły. Kiedy obejrzę film o jakiejś postaci, o wydarzeniu, wojnie, powstaniu, czymkolwiek, natychmiast rozpoczynam poszukiwania odpowiedzi na bombardujące mnie pytania. A kiedy to było dokładnie? A po czym? A czemu? A co?

Gwarantuję jednak, że dzieci w szkole niczego szukać nie będą. Tak się składa, że nie będą zainteresowane. Dlaczego? Bo muszą wkuć czterdzieści pięć dat na sprawdzian, a kiedy im się nie uda tego zapamiętać, zostaną obrażone. I tak na hasło „historia” zrobi im się niedobrze. Bardzo ZŁE DZIECI.

Ja miałam koszmary. Przez wiele lat śniły mi się te absurdy szkolne, ten idiotyczny system zniechęcania do poznawania świata. Dopiero po latach, po terapii, udało mi się z tym zawalczyć. I teraz się uczę. Dopiero teraz. Wstaję rano i nie mogę się doczekać lekcji.

Najpierw język obcy. Rosyjski. Tak mi we krwi na bałałajkach grał. Tak mi tęskno było. Jakbym się przez wiele lat dusiła niepełnym oddechem. A ja chcę oddychać. I nie czekać już ani chwili dłużej!

Ale zaraz, zaraz, przecież obiecałam sobie, że niczego nie będę robić z przymusu! Jak się nauczyć języka, jak chodzić na lekcje, jak być pilną, jak robić postępy i… do niczego się nie zmuszać? Odpowiedź zawsze daje intuicja. Żadnych kursów! Żadnych lekcji w dusznej sali z nauczycielem nudziarzem! Żadnych zeszytów, żadnych podręczników! Już to miałam. Już miałam nawet tego dosyć! Ja chcę się uczyć w sposób nieskażony systemem. Znaleźć kogoś o głębokiej duszy rosyjskiej, kto we mnie rozpali miłość do tego języka, z kim będę na nowo poznawać świat od tej nowej, rosyjskiej strony, do kogo będę tęsknić tak, jak tęskni moja dusza do języka moich przodków.

Szukałam jeden dzień. Tam gdzieś w świecie zawsze jest ktoś, kto na was czeka. Tam w świecie jest zawsze ktoś, kto czeka na mnie. Wystarczy zapytać. Wysłać komunikat. Szukam cię. A ty się znajdujesz. Bo przecież szukasz mnie.

Od pół roku moje życie jest na pół rosyjskie. Kiedy mówię w tym języku podobno jestem inna. Podobno po polsku nie jestem taka. Zresztą sama to czuję. Wiem. Po rosyjsku jestem miękka, otwarta, nieoceniająca, niekłótliwa. Rozśpiewana. Tak, rozśpiewana, od kiedy usłyszałam od mojej rosyjskiej mentorki, jak śpiewa w taksówce „Żestokaja ljubow” i poczułam, jak mój głos się budzi z wieloletniego, jeszcze z dzieciństwa zawstydzonego milczenia.

Ile języków znasz, tyle razy jesteś człowiekiem – powiedział Goethe, w jeszcze innym języku, w tym dokładnie, którego będę się uczyć od następnego marca. Bo teraz uczę się śpiewać.

I naprawdę nie mogę doczekać się kolejnej lekcji.