Category: Sens Życia

Prosimy o cierpliwość

A matka mówiła, żebym na medycynę poszła. Wynalazła szczepionkę na raka. Na wszystkie raki. Spoko. Byłoby łatwiej.

Albo to. Czas między wysłaniem książki do redakcji a odpowiedzią na maila. Wyjątkowy trening cierpliwości. Niezwykła przygoda emocjonalna. Skok na bungie z naderwaną liną. Runiesz o skałę, czy przeżyjesz? Roztrzaskasz się na ziemi, czy polecisz w kosmos? Dotkniesz gwiazd, czy będą cię zeskrobywać z chodnika?

Wysłałam. W poniedziałek. Zeszły! Nie żebym się tu chwaliła, bo nie ma czym. Od zeszłego poniedziałku ani słowa. Ani nic. Zero zachwytów, zero omdleń. Żadnych: rewelacja! Żadnych: rewolucja! Moje męki na nic. Albo, co gorsza: na coś. Coś tam. Tak letnio. TAK SOBIE.

Czy ja się godzę na: tak sobie? Czy ja w ogóle chcę to wydać? W życiu. Ja chcę wszystko albo nic. A tu wygląda, że NIC. Wszak, jeśli ktoś by dorwał książkę w poniedziałek, jeśli by go wbiło w fotel, w kanapę, w plastikowe siedzisko w tramwaju, w ławkę, w psa, przecież jakby szarpały nim stronice jedna za drugą, jakby frazy wyciskały łzy i napadały śmiechem, czy ów ktoś czekałby z wyrażeniem emocji do dziś? JUTRA? POJUTRZA?!

Tamten poniedziałek. To było tak dawno! Wieki temu.  Ledwo pamiętam. Zdaje się, że rozmawiałam z Pauliną, napisała o mnie na Facebooku, dostała dwieście lajków. Co tam lajki! Co tam dwieście! Co tam tysiąc! Nie ma takiej nagrody, która by mnie uspokoiła. Matka mówiła, żebym na medycynę poszła. Została lekarzem, naukowcem. Wynalazła szczepionkę na raka. Na wszystkie raki. Spoko. Byłoby łatwiej.

Ledwo chodzę, ledwo dycham. W łazience wpada mi w ręce miesięcznik „Książki”. Dostaję szału na widok tych wszystkich PISARZY. PISAREK. Pisarek bardziej. Najbardziej nienawidzę tych z NIKE. Pokażcie mi, który pisarz nie nienawidzi sukcesów drugiego?! Która uśmiechająca się na eventach blerwa nie utopiłaby w łyżce wody tej drugiej? Ja topię. Gazetę w wannie. Przynajmniej to.

Mijają dwa dni, jest rozpacz. Jak strasznie spieprzyłam rękopis, że takie milczenie wywołał? Ile można przeczytać w dwa dni? Jak ciekawe, to wszystko! Jak nieciekawe, to nic. Wniosek: NIECIEKAWE. Puszczam marsz żałobny. I  na wszelki wypadek Bauhaus.

Trzy dni, cztery. Zastygam w lodowatym stuporze. Nie podoba się! Nie podoba się! Mało. Nie da się czytać! Przecież przez cztery dni można przeczytać co najmniej dwie książki. Jak dobre to i trzy. A tu jedna stoi w gardle. Moja.

Umrę. Zabiję się. Dzwonię do Wołoskiej. Opowiadam. Mówi, że jestem pierdolnięta. Rozważam i to. Nie kłócę się. W końcu musi kiedyś przyjść odpowiedź! Jutro! Śmierć albo życie!

Nazajutrz nic. Mija tydzień. NIC! Zero odpowiedzi. Wypatrując tłustego druku w skrzynce mailowej, popadam w obsesję. Jeszcze się próbuje podeprzeć kotem. Ten ma marzec. Urwanie ogona. Ucieka, gdy tylko mnie widzi i cudem jakimś, z resztek po dawnej zażyłości, gdy był jeszcze małym kotkiem i lazł co chwila na ręce – teraz rzuca pełne politowania spojrzenie. Sekundę później zapomina o łaskach i prycha ostrzegawczo: radź sobie sama. To sobie radzę. Nie wytrzymuję i piszę alarmową wiadomość:

CO JEST, KURWA?!

– Prosimy o cierpliwość.

Kończy się środa. Jutro czwartek. nie czekam, pierdolę. Już wiem. Wiem to na pewno. Mój życiowy wybór, moja nieśmiertelna zajawka, moja walka z matką: to był błąd. Babcia mawiała: kto nie słucha ojca, matki, ten posłucha psiej kołatki. Trzeba było na medycynę iść. Wynaleźć ten lek na raki. Nic prostszego. I nerwy w spokoju. I ludzkość ocalona.

To państwo jest nasze

Nazywanie spermy „dziećmi nienarodzonymi”.

Lekarze skazujące zgwałconą kobietę na dożywotni koszmar.

Pomysły obcięcia finansowania oddziałów dla noworodków.

Demontaż szkół.

Likwidacja szpitali.

Dyskryminacja kobiet.

Próby wprowadzenia ustawy o całkowitym zakazie aborcji.

Wypowiedzenie konwencji o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie.

Likwidacja opieki okołoporodowej.

Brak finansowania Niebieskiej Linii.

Wycofanie antykoncepcji awaryjnej.

Bezprawie.

To się dzieje tu. W NASZYM kraju. Bo to państwo jest NASZE. Nie, nie jednego człowieka. Nie jednej partii. Nasze.

W piątek o 10.00 będę uczestniczyć w debacie ICH ZAKAZY, NASZE PRAWO zorganizowanej przez Koalicję Mam Prawo. Debata odbędzie się w budynku Sejmu RP.

Nie oddamy Polski.

#topanstwojestnasze

SONY DSC

 

Potęga religii, czyli jak zamienić waginę na żebro

Niby kobiety są w rządzie. Jak silna jest ta manipulacja, skoro same sobie odbierają prawa? Przecież kiedy przestaną być potrzebne, nikt się za nimi nie wstawi. Żadna kobieta, o facecie nie wspomnę

 

Kiedy ludzie umierają z głodu, władza przekonuje ich, że Bóg tak chce. Nędzę w Indiach religia tłumaczy reinkarnacją. Jeśli jesteś w biedzie, umierają ci dzieci, a mąż cię bije – zasłużyłaś na to. Kiedy? To proste. W poprzednim  życiu. Gdyby nie klimat, można by stwierdzić, że mucha nie siada. Tak się jednak na tym świecie plecie, że tam, gdzie bieda, nędza i głód, tam much jest od zabicia. Dosłownie.

Na rany hinduizmu jak z nieba spada plaster w postaci chrześcijaństwa. Co za cud. Inna religia, dobry Bóg, co może spotkać nędzarzy? Coś lepszego? A jakże, umieranie. Matka Teresa ściąga biednych do swych umieralni, nie leczy ich, nie znieczula, patrzy jak cierpią. I przekonuje, że cierpienie to dar od Jezusa, dar z którego trzeba się cieszyć. Nie ma nic piękniejszego niż cierpienie ubogich. Z karmy przechodzimy do miłosiernych obietnic. Z poprzedniego życia wskakujemy na wyższy level.

Na życie po życiu.

Nierówność, dyskryminację, biedę i bezprawie zawsze trzyma w ryzach religia. Nie trzeba zaglądać do Krajów Trzeciego Świata. Wystarczy nam środek Europy. Tu panuje przekonanie, że kobieta ma cierpieć i koniec. Jej się to należy. To przecież Bóg zarządził, że poród to ból i nie należy go umniejszać. Bóg chce poświęcenia dla dzieci i męża. Bóg obiecuje zbawienie po śmierci za wyrzeczenie się szczęścia. Bogu nie podobają się dzieci z in vitro. Bóg kręci nosem na decydowanie o sobie. Bóg zabrania rozwodów, nawet gdy jest przemoc.

Ba! Okazuje się nawet, że Bogu niemiłe jest zapobieganie przemocy. I niby kobiety są w rządzie. Jak silne jest narzędzie religii, skoro same sobie odbierają prawa? Przecież kiedy przestaną być potrzebne, nikt się za nimi nie wstawi. Żadna kobieta, o facecie nie wspomnę.

Co religia, to fajerwerk. A raczej manipulacja, by spacyfikować zagrożenie. Bunt uciśnionych, biednych, głodujących. Bunt dyskryminowanych,  poniżanych, pozbawionych podstawowych praw. Bunt to siła. Religia: jeszcze większa.

Ciągle zastanawiam się, jak to jest, że człowiek musi wierzyć. Skąd w nim ta uległość? Jest mu lżej wytrzymać? Łatwiej się poddać, niż walczyć? Prościej umierać, niż żyć? Zgodzić się z zagładą, niż wyrazić bunt? Zadać cios sobie, niż się bronić? I tylko dlatego, by bronić wiary w coś, czego nikt nie widział?

Ostatnio widziałam przezabawny dialog na filmie Sztuka Kochania. Wisłocka pyta jakiegoś dygnitarza, który traktuje ją (profesorkę medycyny) jak mopa:

  • Skąd pan jest?
  • Z Warszawy – odpowiada facet.
  • Nie, nie z Warszawy. Skąd pan jest?! Nie wie pan? To ja panu powiem. Z waginy pan jest.

Nieprawdopodobne, jakie to proste. A jednak zawiłe, bo od narodzin słyszymy, że jednak z czego innego jesteśmy. Z żebra. Męskiego, rzecz jasna. I to jest potęga religii. Jak zamienić waginę na żebro i nie zostać wyśmianym.

Raj. Ludziom wstęp wzbroniony

Siadamy na piasku, zmęczeni konfliktem i rozpoczynamy martwienie. Nasze dni są policzone. Koniec. I nawet browaru nie ma, żeby się pocieszyć w te ostatnie dni życia…

Albo to. Włączam ten nowy laptop, odchodzę, żeby dać mu się rozkręcić, wracam z kubkiem, patrzę, a na ekranie grota skalna, częściowo zalana słońcem, z groty widać plażę, pas złotego piasku, wygrzanego jak deski w saunie i nietkniętego stopą człowieka. Dalej rozciąga się spokojne morze, może ocean, a może i Spokojny. W oceanie tkwią jeszcze dwie takie skały, zapewne również z grotami, kto wie? Siedzę z tym kubkiem i patrzę zauroczona, kto mi taką niespodziankę zrobił, kto spełnił moje marzenie z poprzedniego wpisu i dał tę sposobność choćby mentalnego pływania w ciepłym morzu oraz fruwania nad falami jak delfin?

No nic, los bywa łaskawy, oto mam swój poranek na bezludnej wyspie i chociaż w głowie wojna, w głowie konflikt, jestem tylko człowiekiem, żaden człowiek nie jest skałą, człowiek to raczej rozdygotany izotop rtęci, ale gdy znajdzie się w takich warunkach: kto wie?

Kurwa, w tym laptopie klawiatura ciężko chodzi, podsuwa mi jakieś słowa nie moje, cholera mnie bierze, myśli szybciej lecą niż znój wciskania klawiszy, ale oto jestem na plaży, w środku stycznia, czas nie istnieje, życie się  nie toczy, PiS się rozwiązał, uchodźcy znaleźli dom, terroryści palą jointy, Kukiz gra na sitarze, Kaczyński bawi się z kotem, a ja fruwam nad falami oceanu.

Tylko: czy sama? Czy ja się tam przeniosłam w towarzystwie? Bo jednak istnieje obawa, że samotność może boleć. Może być dramatem, zwłaszcza po kilku miesiącach. Człowiek to nie wyspa, człowiek to stado, niech więc będę miała swoje. Kogo zatem do stada? Mężczyznę czy kobietę? Facet będzie się mądrzył, ale kto mi zagwarantuje, że kobieta nie? Wszystkie kobiety mojego życia się mądrzyły. A ostatnia przekroczyła Rubikon. Nie ma faceta na tym świecie, który by ją pokonał.

Dobra, niech więc będzie facet. Ale zabawny! Piękny. Miły. Przesadziłam? Człowiek niby marzy, ale jego marzenia powinny mieć punkty styczne z rzeczywistością. Tak twierdzi Dalajlama. Dobra. Już wiem. Zabieram Kubę. Kuba jest spoko. Tylko ja i Kuba. Moje stado. Jesteśmy na wyspie, sami. On marudzi, że nie ma browarów, ani sklepu w pobliżu. Zwłaszcza otwartego. Nie ma blantów, nie ma nic. Po co ci blanty, pytam. Słabo tu jest? A on swoje, że byłoby lepiej z browarem. Lepiej. Ja pierdolę, a co może być: LEPIEJ?

Jest ciepło, jest słońce, jest schronienie, jest plaża, jest woda i jeszcze pewnie jakieś kolorowe ryby w niej. Poza tym jesteśmy ponad potrzebami, to jak raj, ty i ja, Adam i Ewa, nawet nie ma węża ani drzewa, nic nam nie potrzeba. Mówię rymem jak Stachura, równam się z istotą bezcielesną, poetą, wieszczem. Stoję naga w tej grocie, on też nagi, a my zamiast oddawać się rozkoszy, zamiast pryskać się lazurem, zamiast nurkować w przejrzystości, zamiast napawać się bajecznością – kłócimy się o browar. A to dopiero początek. Bo właśnie mojemu Adamowi do łba strzeliło, że plaża jest za mała, nie ma gdzie się ukryć i jak przyjdzie sztorm, to oboje utoniemy.No to trzeba się martwić. Martwmy się!

Siadamy na piasku, zmęczeni konfliktem i rozpoczynamy martwienie. Nasze dni są policzone. Do pierwszego sztormu. Jasna cholera. Ale pech. Przerąbane. Koniec. I nawet browaru nie ma, żeby się pocieszyć w te ostatnie dni życia…

Uderzam z całą siłą w klawisz, rozganiam rajski pejzaż i siadam ciężko do pisania. Ludzkość to gatunek nieszczęśliwy. To wygnani z raju, nigdy nie usatysfakcjonowani straceńcy. Nie wiem, po co kupiłam ten laptop, w tamtym klawiatura, chociaż wybrakowana, ale działała.

d3y4g

Kadra kierownicza (30 sekund)

Najbardziej bali się pytania o zawód. Ich zawód to był największy zawód życia, coś co kiedyś błysnęło nadzieją, a potem wyssało z nich krew, przemieliło na papkę i wyrzygało na bruk

klatka

Teresa pracowała w banku i jak większość pacjentów szpitala w Gołdapi, z tej pracy wylądowała na zwolnienie, potem na terapię, w końcu tutaj. Szpital psychiatryczny gościł pracowników banków różnego szczebla. Byli zatem zwykli pracownicy, tak zwani szeregowi, zajmujący się sprzedażą kart kredytowych i obsługą firm. Opowiadali, że w pracy był mobbing, nie mieli kiedy zjeść kanapki, szef ich rugał i pomiatał, wszystkim znajomym już powciskali kredyt, a na wszelkie sugestie, że na przykład starsza pani ma zaledwie rentę i nie będzie mogła spłacić kredytówki – otrzymywali radykalny rozkaz z góry zawarty mniej więcej w takich słowach: – Banan na twarzy i dzida za ladę!

Bez dyskusji.

Ci pracownicy mieli jeszcze i tak dużo energii, zdarzało im się chcieć nawet wyskoczyć do pobliskiej „Matrioszki” na browar, albo jeszcze lepiej: na kartacze z wódką. Ale leczyła się tu też była kadra kierownicza banków. Z kadry kierowniczej trudno było cokolwiek wycisnąć, oni już znaleźli się na poziomie dramatycznym, z trudem wstawali z łóżek, z trudem wychodzili z pokojów, z trudem poruszali się po zawiłych korytarzach szpitala. Przypominali pacjentów po lobotomii z filmu „Lot nad kukułczym gniazdem”, a ich pobyt w sanatorium albo dopiero rozpoczynał żmudną podróż po oddziałach psychiatrycznych, albo był kolejnym aktem desperackiego ratunku czegoś, co im jeszcze po korporacyjnym praniu mózgu pozostało. Nie nawiązywali kontaktu z innymi, unikali spojrzeń i rozmów. Bali się własnego cienia, a najbardziej bali się pytań z kategorii: zawód. Ich zawód to był największy zawód życia, coś co kiedyś błysnęło nadzieją, a potem wyssało z nich krew, wyrwało wątrobę i serce, przemieliło na papkę i wyrzygało na bruk.

Teresa miała za sobą już jedno wyrzyganie siebie, wyrzygał ją bowiem balet, wyrzygał ją festiwalowo, natychmiast po kontuzji kostki, zanim jeszcze skończyła dwadzieścia pięć lat. A teraz przyjechała do szpitala, nie przyznając się za żadne skarby, jak bardzo czuje się znów wyrzygana. Wyrzygana brutalnie i co ważne: dyscyplinarnie przez potwora o tysiącu głowach, pod nazwą Bardzo Kolorowy i Przyjazny Bank Kredyt Zero Procent.


Jest to fragment powieści, pt. „30 sekund”, którą własnie piszę. 

Jak zostać pisarzem i dlaczego to niemożliwe

Jedyne, co mi pozostaje, to obserwacja świata, w którym wokół PISARZA chodzi się na palcach, podczas gdy pisarka zapierdala na dwóch etatach i wyciera dzieciakom smarki

ho

Kadr z filmu Honorowy Obywatel

Wczoraj byłam w kinie na nominowanym do Oskara Honorowym Obywatelu, filmie o pisarzu, a raczej o jego wielkości i… małości. Nie będę pisać recenzji, bo nie umiem, ale powiem o uczuciu, które mi towarzyszyło, gdy opuściłam kino. Albo o tym, co mnie sparaliżowało dziś w wannie, gdy czytałam opowiadanie Kraków z serii Indyk beltsville Jerzego Pilcha. Albo jeszcze o tym, co mną kiedyś wstrząsnęło, gdy zetknęłam się z wynurzeniami niejakiego Fiodora Dostojewskiego. Albo choćby o tym, co mnie odrzuciło od prozy Charlesa Bukowskiego. Albo to, co mnie zdumiało, gdy oglądałam w Dużym Formacie zdjęcia polskich literatów w koszulkach z napisami: „uważaj, wszystko, co mówisz, może zostać użyte w książce”, i czytałam ich notki, w których buchało ego i wyznań, w jakich niezwykłych okolicznościach i przy ilu papierosach powstają ich utwory. Albo jeszcze to niezwykłe uczucie, które mnie przepełniło pewnej nocy o czwartej nad ranem, gdy pisząc w znoju jakąś opowieść, kilka godzin przed ogarnianiem dzieciaków i pójściem do roboty, odpaliłam Facebook i zobaczyłam tam zdjęcie znajomego poety, przedstawiające wypełnioną przytłaczającą stertą niedopałków popielniczkę, butelkę Whisky i zapisane zamaszystym pismem karty zeszytu w kratkę.

PISARZ. To właśnie określenie, słowo, stan świadomości, BYCIE, struktura postaci złożonej z zupełnie innego białka, z kosmicznego DNA, artystyczna osobowość, a przede wszystkim wyższość ponad innymi – wywołuje we mnie dziwne uczucie niedostatku, zazdrości, paraliżu strachu, że oto mogłabym niby też tak zapełnić niedopałkami popielniczkę, mogłabym patrzeć na innych z góry, mogłabym dokonać zbrodni i nie ponieść kary, mogłabym zaliczać mnóstwo młodych chłopców i nogą wypychać ich z łóżka, opisując potem szczegóły ich anatomii, mogłabym nosić ostrzegawcze koszulki i pić Whisky, ale ni cholery nie mogę z tej prostej przyczyny, że choćby nie wiem co, nigdy nie zostanę PISARZEM. Jakkolwiek bym się nie starała, muszę pracować, wychowywać dzieci, gotować obiady, sprawy seksualne, żeby nie stały się hitem w gimnazjum mojej córki, zachowywać w tajemnicy i w ogóle zachowywać się normalnie, bo w kwestii artystycznej, mogę być co najwyżej… pisarką. A sami widzicie, że określenie: pisarka nie ma się nijak do PISARZA, jest jakby jego zdrobnieniem, jakąś formą imitacji, przyziemnej aspiracji do wzniosłego ponad chmury stanu. Nie w głowie mi pouczanie innych, nie palę, nie lubię whisky, o czwartej w nocy najchętniej bym spała, a gdy muszę pracować, trafia mnie szlag. Nikogo nie zamierzam zamordować, co gorsza, brzydzę się przemocą, jestem zwykła jak Kętrzyn, prosta dziewczyna bez napisów na koszulce, NO LOGO.

Dlatego jedyne, co mi pozostaje, to obserwacja świata, w którym wokół PISARZA chodzi się na palcach, podczas gdy pisarka zapierdala na dwóch etatach i wyciera dzieciakom smarki. Świata, w którym męska forma wyprzedza treść, w kobiecym przypadku powstającą w zaciszu nocy, gdy wszyscy śpią i nikomu się nie przeszkadza. Świata, gdzie zawód PISARZ nie jest po prostu czynnością twórczą, ale niemalże bytem boskim, którego za żadne skarby świata nie doścignie żadna pisarka, bo ma po prostu za dużo na głowie.

Kiedyś mi kumpela opowiadała o swojej pracy. Jest dziennikarką, pracuje wśród facetów, bo jej działka jest „męska”. Wygląda to tak, że gdy przychodzi do pracy, koledzy stoją w grupce, palą papierosy i rozmawiają na temat własnej twórczości i o tym, jak to zajebiście spotkać się właśnie TU, a ona szuka odpowiedniej osoby do przeprowadzenia wywiadu, podchodzi do niej i wykonuje swoją pracę. Inna znajoma, matka trójki dzieci, właśnie wydała świetną książkę, chociaż wcale nie ma niani, a jej facet, wielki talent pisarski, poświęca swój czas na budowanie wizerunku ćmy barowej. Co zrobić, facet musi się zajmować sprawami wiekuistymi, w myśl poczynań Mateusza Kijowskiego, nie będzie zawracał sobie dupy dziećmi, ani alimentami, ma wyższe cele. Efekt, jak widać, jest porażający.

Wciąż pokutuje pejoratywne określenie „kobieca literatura”, tylko jakimś dziwnym trafem nagrody literackie i dziennikarskie ostatnio trafiają coraz częściej do kobiet. Trudno jednak zejść z piedestału (w filmie Honorowy Obywatel ten piedestał został pięknie obryzgany) i pogodzić się z faktem, że pisarz, to zawód jak każdy inny, polega na żmudnej pracy, niezliczonych poprawkach i doskonaleniu warsztatu, a nie ostentacyjnym wypalaniu fajek i nieskończonych dysputach o sensie prowadzącym do kompletnego bezsensu.

Na początku był chaos. I tak już zostało

Wracam z wyprzedaży,  obrywam metki, po czym dochodzę do wniosku, że wszystko jest za duże, za małe, potem zamartwiam się, bo metki oberwałam i szukam, komu by to oddać, po czym oddaję rzeczy za darmo, kupuję browar i mam wreszcie spokój

1238831_190190227825451_1698222596_n

Przez cały ostatni tydzień nic nie robiłam tylko czytałam i pisałam, ze sporą przewagą na to pierwsze. No i robiłam zakupy wyprzedażowe. Moje zakupy wyglądają tak, że jadę na zakupy, wydaję jakąś niepojętą fortunę na nową kurtkę, bluzę, czapkę, rękawiczki, buty i spodnie, po czym obiecuję sobie, że już nie kupię sobie nic w tym kwartale, a za karę sprzedam coś starego na Allegro, w dodatku posprzątam w szafie. Super. Gdy wracam do domu, jeszcze w samochodzie obrywam metki, żeby przypadkiem nie chcieć wrócić i tego wszystkiego oddać, po czym w domu przymierzam i dochodzę do wniosku, że wszystko jest za duże, albo za małe. Potem zamartwiam się przez dwa dni, że metki oderwałam, w dodatku zgubiłam paragon. I już teraz szukam w myślach osoby, której moje nowe rzeczy się okażą ani za małe ani za duże, po czym oddaję za darmo, kupuję browar i mam wreszcie spokojną głowę, żeby zająć się pisaniem albo czytaniem, ze sporą przewagą na to drugie. A więc bezsens. Totalny bezsens i brak konsekwencji. I chaos. Nie wiadomo, czy bardziej twórczy, czy bardziej destrukcyjny, bo jednak obie sfery dzieli cienka bezbarwna linia. Zupełnie niewidoczna.

Nie robię żadnych noworocznych postanowień, bo się pogubię w tym szale, bez postanowień trudno żyć, z postanowieniami się nie da.

Śniło mi się na przykład, że byłam na imprezie, pokłóciłam się z matką, z ojcem, z całą rodziną, ze znajomymi, że przemycałam narkotyki, że była policja, rewizja, mało nie wpadłam z gigantyczną szyszką marihuany, podczas gdy kumpel ciągał się ostentacyjnie z torbami kokainy. W dodatku biegałam jak owczarek niemiecki, między siostrą, szwagrem, bratem, szwagierką i kuzynką, doglądając, czy wszyscy się aby dobrze bawią, tymczasem wszyscy mieli wszystko w dupie. A najbardziej, co mi szalenie imponowało, wszystko w dupie miał mój brat, który prezentował dość ostentacyjnie pogląd określany przez Wołoską skrótem WNW*. Wtedy pomyślałam, o co by tu się jeszcze pomartwić, aha, matka i stary, trzeba się pogodzić, bo co oni tam; więc biegnę, ale za późno, gdzieś powyjeżdżali. I znów bezsens, chaos, brak konsekwencji. Gdy opowiadałam to na terapii, pięć razy zadzwonił telefon, przyszedł niejaki Dziadzio podłączyć kolejny, zresztą pracownik ex-pracy, znam typa, zaraz rozwinie wieści, że się leczę psychiatrycznie, jakby to jakaś tajemnica była. Za chwilę zadzwonił ten nowy telefon i wytworzyła się rzeczywistość równoległa dzwoniącym poprzednio telefonów, co stanowiło kolejną rzeczywistość – równoległą do mojego snu, w którym biegły równolegle co najmniej trzy rzeczywistości.

_______________________________

* Wyjebane Na Wszystko.