Guovssahas

Od kiedy pamiętam, od pierwszych chwil mojej świadomości na tej ziemi, co nie ukrywam, z miejsca przyprawiło mnie o przerażenie – wszyscy wokół byli dziećmi. 

I mama. I tata. I panie w przedszkolu. I panie w szkole. Babcia najmniej. Ale dziadek za dwoje. 

Wszyscy. 

Wszyscy. 

Każdego dnia doświadczałam tego faktu z coraz większym poczuciem niemocy i beznadziei. Przepaść czarnej rozpaczy jęła wypełniać moje serce. 

Wszyscy. Wszyscy. 

Wszyscy. 

Przecież skoro są dziećmi, trzeba się nimi opiekować! Trzeba się nimi zająć, wyręczyć, poprowadzić! Trzeba im pieluchy zmieniać, prasować skarpetki! Trzeba ich lulać i tulić, nawet jak są okrutni. Mówią, że dzieci są okrutne. Wiedzą, co mówią.

Wszyscy. 

Wszyscy.

Koledzy w szkole, koleżanki z klasy. Pani dyrektor. Facet z radia, facetka z telewizji. 

Wszyscy. 

Jestem zorzą polarną. Rozpędzonym wiatrem słonecznym rwącym ku błękitowi atmosfery, by na nim grać. Struna po strunie rozpiętej na wielowymiarowych gryfach, na nieskończonej przestrzeni klawiatur. Gram melodię, wybijam rytm. Mój głos niesie się po szmaragdowym niżu biegunowym wprost od rozpaloności Słońca. Moja temperatura to zmiana. Nigdy nie zbadana niewiadoma emocji. 

Wczoraj rzucałam krzesłem, dziś zanurzam się w wannie. Zamykam dłońmi przestrzeń niewidzialną, gdzie ukryta jest moja dusza. W niej rozgrywają się kompozycje geniuszu świadomości o milionie imion. Sylwia. Noemi. Guovssahas. 

Wszyscy. Wszyscy. 

Wszyscy. 

Nie ma już płci. Nie ma już ego. Nie ma już małej opiekunki dzieci świata. Jest tylko wodorowa reakcja łańcuchowa. Zieleń. Błękit. Czerwień. Biel. 

Wolność. 

Zadzieram głowę i z otwartymi ustami patrzę w Niebo. Pomruk burzy przeszywa moje ciało. 

Gdy się urodziłam wszyscy byli dziećmi.

Nadal są. 

Niech sobie będą. 

nemezis.me

fullsizeoutput_ad
Gdy się urodziłam, wszyscy byli dziećmi…

Kobieta niedoskonała

To ja. Właśnie dziś. Śniła mi się szmaragdowa sukienka. Kosztowała 77 zł. A ja pieniędzy plik po stówach w ręku trzymam i nie mogę zapłacić. Sprzedawca pyta, na jakie imię odłożyć. Podaję imię. Nie, nie to. 

Podaję inne. 

Szmaragdowa sukienka jest moja. Wiem to na pewno. Ale nie mogę jej dostać, bo wciąż myślę o tej JESZCZE BARDZIEJ SZMARAGDOWEJ. O tej doskonalszej. O tej, którą szkoda, że ta tutaj nie jest. Znacie to? Wiecie o co mi chodzi? Super kiecka, szkoda, że nie szersza, ale trudno. SCHUDNĘ. Albo: leży idealnie, szkoda że nie TROCHĘ INNY KOLOR. Ale dobra. Niech będzie. 

Tymczasem moja sukienka ze snu mówi: nie. Jak ci nie pasuje: spadaj. I pieniędzmi tu nie szastaj, to nic nie da. Jak się nazywasz? No właśnie. Zastanów się, czy ci się twoje imię podoba. 

Obudziłam się cała głupia. I z tym planem w głowie: jak zrobić, żeby się polepszyć. Dzisiaj będę mądrzejsza. Dzisiaj będę miłosierniejsza. Dzisiaj to już w ogóle, kurde, w boga się zmienię. Boginię. Boguistą. 

Tak, to dziś jest ten dzień, w którym zbawię świat. 

To DZIŚ. Dziś się stanie. 

A tu pada deszcz. Deszczowy dzień na zbawienie świata? Serio? Ktoś widział deszcz w raju? Na tych okładkach publikacji świadków Jehowy, na tych „Strażnicach” i „Przebudźcie się”, widzieliście kiedyś DESZCZ? Ja nie. Ale dobra. Niebadane są fantazje bogów. Może i deszcz. Nie mam czasu zresztą na dywagacje, deszcz nie deszcz, muszę świat zbawiać. W końcu jestem dziś o krok od doskonałości. To już teraz. Stanie się. Za chwilę. 

Szmaragd to taki kolor różny. Jasny szmaragd jest bodaj najdoskonalszy. Sukienka z mojego snu nie była jasna. I w jakieś esy floresy, z zieleni w błękit, dynamicznie, bez stałości. Cała jakby ruchoma, zmieniająca się bez przerwy, niby aura. Nie było w niej nic z tej stałości kamienia szlachetnego, z tej marmurowej niezłomności, jaką jest drogocenna skała. A jednak miała ten kolor. To imię. Szmaragd. 

Zawsze chciałam mieć imię z kamienia. Bo czyż nie kamień nosimy od narodzin u swojej szyi, na zawsze, do śmierci? Wszak to nie jest nasz pomysł, żeby się tak nazywać. Ktoś nam to imię nadaje i potem się męcz. Że ci się nie podoba. Że masz inny pomysł. Że nie jesteś wcale Ania, ale Ewa właściwie. Albo Jasmin. Albo, jeszcze lepiej: NIKOL. 

A ja mam imion tysiąc! I wszystkie ulotne jak dym. Dziś Sylwia, jutro Noemi. A pojutrze nie wiem jeszcze. Moje imiona to sukienki, których mam w szafie tak dużo, że wkrótce z pewnością szafa wybuchnie i wyrwie południową ścianę kamienicy, w której mieszkam. Stanie się to w samym środku najbardziej niewłaściwego dla wybuchów szaf czasie i rozpocznie lawinowy cykl wybuchów wszystkiego na całym świecie, co efektem domina wywoła koniec świata. 

Tak. 

Tak właśnie myślą mężczyźni, gdy drżącym głosem pytają: ile masz tych sukienek?

Sukienki kobiet najpierw ich zachwycają, a potem, gdy ośmielone zachwytem kobiety rozkręcają swoje możliwości – zaczynają przerażać. Aż wreszcie i ostatecznie powodują koniec świata. 

A ja tymczasem jestem zajęta kupowaniem kolejnej kiecki za 77 i koniec świata byłby za chwilę nastąpił, gdyby ten subiekt nie odmówił transakcji. 

 Mam jeszcze kartę – mówię, ale facet jest nieugięty. Nie, to nie facet. Facet chce ją sprzedać. To ona. 

To MOJA ciemno-szmaragdowa, niestała, niedoskonała, zanieczyszczona błękitem sukienka. To ona odmawia. I będzie w tym uporze, dopóki jej nie zaakceptuję. 

Boże, jak ja dziś wyglądam! Dałabym zdjęcie, ale mi się nie chce. Liczę na waszą wyobraźnię. Siedzę jak zombi, patrzę tępo na deszcz, włos w nieładzie, oczy w słup. Nawet ten tekst mi nie idzie. A ja zbawiać świat się wybieram. Ha, ha, ha. 

Nic mi się nie chce. 

Zadzwoniłam do Ewelement, ale jej się z kolei gadać nie chce. To w zestawieniu z moim „nic” nieźle się spięło. Przeprowadziłam więc żywy monolog o doskonałości liczby 7, której druga siódemka w doskonałości przecież tylko przeszkadza, a ona na to odpowiedziała:

– Kot mi wlazł do talerza. 

Siąpi tak, że nie wiem, czy w ogóle gdzieś wyjdę. Ale kupiłam sobie niedawno parasolkę w groszki. I jest nowa dostawa w lumpie…

Idę. Kupię sobie sukienkę. W końcu jak długo ten świat może istnieć?

 

PS. nemezis.me

Promienie czarnego światła

Emanuję samym dobrem. Chyba że trzeba, to jeszcze złem.

Miałam napisać tylko to jedno zdanie (a właściwie dwa), ale jak już podłączyłam te kable, te hasła powpisywałam, cały ten mozół za mną – chciałoby się rozkręcić nieco.

Dobro i zło. Coś, czego w naturze nie ma. Czy kiedy lew rozszarpuje łanię, jest zły? Te pojęcia zostały wymyślone po coś, a jak coś zostało wymyślone po coś, z miejsca wydaje się podejrzane. Sama natura nie wymyśla, nie musi. Jest taka zasada. Jak przestaję myśleć, to od razu wiem. Tak właśnie jest ze wszystkim, ale człowiekowi się wydaje, że musi coś tam kombinować straszliwie, bo niby od tego ma mózg. Czasem racja, czasem warto się zastanowić. W szachy jak się gra, na przykład. Ale żeby wymyślić dobro i zło, trzeba mieć w tym gruby interes. Palcami wytykać nie będę. Oni wiedzą.

Człowiek jest jak kamień. Czasem szlachetny. Czasem nawet diament. Miałam ostatnio sposobność widzieć diamenty. I powiem wam o nich coś, czego zwykły śmiertelnik nie wie. W dzisiejszych czasach ludzie rzadko myślą o kamieniach szlachetnych. Do diamentów nawet nie podchodzą, bo się boją, że ich cena zje. Albo coś. Nie wiem. W modzie jest biżuteria doskonale żadna, taka co, nie daj Boże, nie wywoła emocji.

A ja lubię. Wchodzę do jubilera, każę pokazać najpiękniejszy pierścionek z – na przykład – diamentami. Przymierzam go, podnoszę do światła. Sprzedawca zasypuje mnie propozycjami rabatów, a ja tymczasem mam ten swój taniec z kamieniami.

Potem zaczynam marudzić. O jeszcze większy rabat, rzecz jasna. O to, że nie wiem, czy pasuje. Zmniejszyć by trzeba. Coś tam. Zakładam okulary, zaczynam badać szlif, jak rasowy znawca. No nie wiem… Hm. Jest piękny, ale… Zawieszam głos i daję sprzedawcy szansę na szczerość. Teraz dowiem się wszystkiego. Co tam ewentualnie jest jakie.

No i wreszcie, gdy już wszystko o sobie wiemy, bierzemy ten nasz pierwszy mały ślub, a raczej: zaręczyny. Odkładam pierścionek na ladę i mówię: – Muszę to przemyśleć. Proszę dla mnie go przechować do, dajmy na to, środy.

– Na jakie imię?

Ha. Kochani. Na jakie imię! Najpiękniejsze! Najbardziej stosowne! Najszykowniejsze! Na takie, żeby ten subiekt wiedział, że ja i kamień, to jedno.

Nie powiem wam, na jakie imię, bo same swoich macie pewnie aż nadto. I każda inne przecież. I wszystkie te pierścionki za milion na was czekają, byście do nich przyszły, byście z nimi potańcowały, byście je na te swoje właściwe imiona poodkładały do środy. I byście do środy były the Lords of the Rings.

Słabo?

Wróćmy do diamentów. Czego ludzie o nich nie wiedzą? Powiem tak: niczego. Ale mnie chodzi konkretnie o taką rzecz, że ludzie nie wiedzą o tym, że diamenty świecą na czarno. Diamenty świecą czarnym światłem.

Wiem, bo widziałam. Mało tego, mam świadków. A propos świadków, jest to historia o dwóch kobietach, które mnie ostatnio odwiedziły zupełnym przypadkiem. Poznałyśmy się w Mistrzyni i Małgorzacie. Jedna z nich zapragnęła kupić moją książkę, ale taką, której akurat nie miałam w tej mojej pyciej księgarence. Jakoś tak się złożyło, że jej nie było. Zaproponowałam, żeby mnie odwiozły do domu, w domu mam. Pojechałyśmy. Stanęłyśmy pod domem. Mówię, może wejdziecie na herbatę? A nie znamy się przecież wcale. One dwie grzeczne, urzędniczki. Ale już ze mną parę minut spędziły. I mówią tak.

Kobieta nr 1: – Pranie wywiesiłam, siedem pralek, na deszcz idzie. A, ch… z praniem.

Kobieta nr 2: – Mam małego psa w domu. Nie powiem, że ch… z psem. Ale ch… tam.

Wicher mojego jestestwa porusza tym Kosmosem. Weszły. I wtedy właśnie zeszło na te diamenty. I Magda, ta od psa, również widziała ich czarne światło. Czarne światło istnieje.

Czemu diamenty świecą czasem na czarno? Bo oddają mrok, jaki przez nie przechodzi. Zwracają to, co dostają.

Człowiek jest jak kamień. Bywa że szlachetny. Bywa że diament. Dobro i zło nie istnieje. Jest tylko zwierciadło. Blask zwróconych promieni i zimne jak lód odbicie mroku.

PS. nemezis.me

IMG-1578

 

Sztafira

Była Ewka. Przyszła zafarbować mi włosy. Wiem, wiem. Pisałam, walczyłam. Taką byłam Walkirią, że aż się sama podziwiam. Ale pomyślałam sobie tak. Mogę mieć srebrne włosy, gdy jestem Nemezis. Zamieniam się w czarno srebrny posąg i roztaczam potęgę Przeznaczenia. Ale czasem schodzę do WW (waszego wymiaru, czyli właśnie tu) i wtedy lubię się pobawić w kolor. 

I teraz: jaki kolor?

Zawsze marzyłam o burzy rudych (złotych?) włosów. Nawet książkę o nich napisałam. Pierwszą tą. Tę. Last Minute w sensie. 

Burzę już mam. Siedzę w ogrodzie i patrzę na przecudnej urody motyla, który z tajemnym uporem lata bardzo blisko mnie. Coś ode mnie chce. Przyglądam się skrzydłom: bajka. Żywy pomarańcz w regularne czarne kropki, układające się w jakby napis, czy wzór? Paź Królowej? Ale chyba sama królowa paziów. Takiego jeszcze nie widziałam. Takiej. 

Szybko, imię. Uwielbiam nadawać imiona zwierzętom. Motyl, królowa, paź… Skąd taki motyl bierze ten kolor? Z natury…

I nagle olśnienie. A jak babcia malowała jajka na Wielkanoc? Łupiny od cebuli gotowała w wodzie, białe jajko do gara i po chwili wyjmowała taki kolorystyczny odpał, że żadne barwniki z debilnym zającem nie dorastają temu do pięt. 

A co to jest skorupka jajka? Czym różni się od włosa? To ja, kochany motylu, sprawdzę. 

Przyszła Ewka, nałożyła mi wywar z łupin cebuli na głowę i już. A tak niedawno dzwoniono z rodziny i radzono: ty się odsztafiruj. Idziesz na wojnę. Na wojnie trzeba być odsztafirowanym. 

No to jestem. Proszę docenić, to mój pierwszy w życiu wpis o farbowaniu włosów. Długo myślałam, czy dać zdjęcie (pomna tego, że kiedyś na FB jakiś koleś mi napisał: a co ty w domu lustra nie masz?). Jednak pokazać efekt farbowania włosów bez zdjęcia jest raczej trudno. Mam nadzieję, że koleś mi wybaczy. 

Imię motyla jest oczywiste. Podpowiedział, jak pofarbować włosy nie nakładając na siebie śmierdzącej sikami mazi za milion. Czyli: jak się od-Sztafirować.

PS. nemezis.me 

Kubryńska_Nemezis

Post Scriptum

Lubię tę część korespondencji. A gdy oglądam swoje pamiętniki, dochodzę do wniosku, że nawet uwielbiam. Mam na przykład taki zapis z któregoś tam 1989 roku:

Kurwa mać. 

PS. I tu następuje szczegółowy opis rzeczonego kurwa mać. 

No więc Post Scriptum to mój znak rozpoznawczy. I tu go nagle zabrakło. Myślę jednak, że w mojej historii znalazło się (a właściwie się nie znalazło) wiele rzeczy, których zabrakło. 

Jest taka legenda o Feniksie. Feniks to ptak, który coś tam, lata, żyje, zmaga się, nagle: trach! – zamienia się w popiół i tyle go widzieli. Podobnie jest ze mną. Spopieliłam się własną naiwnością, wiarą w DOBRO (he,he), wiarą w człowieka (jeszcze lepsze) i przekonaniem, że im więcej będę pracować, tym lepiej. Może i lepiej, ale nie dla mnie. Paru ludziom pomogłam. Nikt nie docenił. A gdy się w popiół zamieniałam, też nikogo nie było. 

No, może dwie osoby. Ale o nich potem. 

Z Feniksem jest jednak taka zasada, że Feniks wraca. Odradza się z popiołów, z zapomnienia powstaje. Z ciszy wybrzmiewa. I te swoje „post scriptum” dodaje. A ma ich nieskończoność. 

Umierałam tysiąc razy, znam się na tym. Wiem też, co się dzieje po śmierci. Wszystko to (co się dzieje po śmierci, co do śmierci doprowadza i w ogóle mnóstwo piekielnie ciekawych rzeczy) opisuję ZE SZCZEGÓŁAMI. I wszystko to (co się dzieje po śmierci, co do  śmierci doprowadza oraz o wyżej wspomnianych dwóch osobach) możecie przeczytać tu:

nemezis.me

Już wam zazdroszczę. 

PS. Można dać PS do PS? Nie wiem, JA MOGĘ. Dziękuję więc wszystkim tym, co nie przestali we mnie wierzyć. Niby wiarę w człowieka wychichotałam, ale jednak czasem trzeba jej oddać honor. 

Nemezis

List pożegnalny

To mój ostatni tekst. Długo myślałam, jak go napisać. Przyznam, że zarwałam niejedną noc układając go w duchu. A teraz, gdy do niego usiadłam, mam kompletną pustkę w głowie. Nie pamiętam tamtych fraz, a przecież takie były akuratne.
Nie wiem, co się mówi, gdy się odchodzi. Może najlepiej: nic?

Jednak coś mi każe się pożegnać, wyjaśnić, dlaczego. No więc wyjaśniam.
Nie mam już siły.
Już nie mogę.

Kilka miesięcy temu zapragnęłam dowiedzieć się prawdy. Zaczęło się niewinnie – powołując się na obowiązujące w Polsce prawo, wysłałam grzeczne pytanie do najpopularniejszej sieci sprzedaży książek (celowo nie wymieniam nazwy) z prośbą o udzielenie mi informacji, ile sprzedało się moich powieści. Bo wiem, że dużo. Czytelniczki i Czytelnicy mówią, że zmieniłam ich życie. Sprzedawcy tych księgarni opowiadają, że moje książki idą jak ciepłe bułeczki. Tymczasem moje wynagrodzenie oscyluje na granicy nędzy.

Odpowiedzi nie dostaję. W księgarniach są wszystkie moje tytuły, w ciągłej sprzedaży. Wydawane pod znakiem wydawnictwa, z którym… nie mam żadnej umowy wydawniczej. Na moje pisma i pytania wydawca nie reaguje. Zawiadamiam prokuraturę. Nic się nie zmienia. W międzyczasie Wysokie Obcasy wyrzucają mnie z pracy. Bez wyjaśnienia, bez podania przyczyny. Właściwie nie mam za co żyć. Ale przecież się nie poddaję.

Zakładam własne wydawnictwo BaBa. Wydaję książki, nie tylko swoje. Dwoję się i troję, nie śpię, wypruwam żyły, żeby je wypromować. Ale kiedy ktoś wpisuje moje nazwisko w wyszukiwarkę, wyskakuje mu wiadoma sieć. Media, które tak chętnie do tej pory robiły ze mną wywiady, teraz nagle milczą. Mogę policzyć na palcach jednej ręki, którzy dziennikarze mają odwagę ze mną rozmawiać. Jeszcze mniej decyduje się na publikacje moich słów.

Zaczynam znikać. Nie mogę się przebić przez system, który ktoś kiedyś stworzył, bo bardzo mu się to opłacało. System, który wypłaca autorom niecałe dwa złote od książki. Albo i nie.

Zostaję sama. Pukam do różnych drzwi – bez skutku. Jedyna instytucja, która okazuje mi pomoc to śp. Paweł Adamowicz, Prezydent Gdańska. Reszta się przygląda. Ludzie lubią się przyglądać. Patrzeć, jak niewielka kobieta walczy na arenie z trzygłowym smokiem. Ciekawe, czy da radę?

Otóż nie dałam. Smok mnie zeżarł. Odchodzę. I jedyne, co jeszcze mogę zrobić, to ocalić moje „dzieci”, zwrócić im należny szacunek. Zmieniam więc tytuły i okładki (tu pragnę podziękować najbliższej Rodzinie za wsparcie) i wydaję wszystkie moje powieści ponownie. Książki są wystawione w przedsprzedaży, będą drukowane według zamówień. Obsługą zajmą się moi Najbliżsi. A ja tymczasem żegnam ten dziwny świat. Zostawiam Wam moje powieści. Może pamięć o nich przetrwa dłużej niż ja…

Sylwia Kubryńska

Sylwia Kubryńska
fot. Ewelina Lubecka/GryfEL

Krucjata Nemezis

Wszystko jest tak, jak przypuszczałam. Widzę przez okno. Na łóżku siedzi Mała Dziewczynka i choć nigdy wcześniej jej nie widziałam – faktycznie ma blond loki, buzię spuchniętą i czerwoną od łez. A on nad nią pochylony. A ja walę w drzwi… 

Jadę autobusem. W autobusie pełno ludzi. Siedzę na końcu przy oknie. Miejsca na końcu są najlepsze. Tam jest kanapa i tam się siedzi komfortowo, zwłaszcza, gdy w planie daleka podróż. Ja zwykle siadam na końcu, by się nie martwić, że ktoś się dosiądzie i zacznie gadać. Znacie to? Nagle do autobusu wchodzi lekko zawiany osobnik i, rzecz jasna, siada obok was? I gada? W moim przypadku to niemożliwe. Owszem, na kanapie z tyłu zawsze może ktoś usiąść, ale nawet, ciąg rozmówców na mnie się nie kończy. Wystarczy odwrócić głowę, niech gada z kimś innym. Na najbliższym przystanku przezornie patrzę więc w okno i co widzę?

Z autobusu wychodzi kobieta. Ma bordową sukienkę. Podchodzi do pobliskiego kiosku, staje przy nim. Patrzę na nią, ale jest jakaś taka… nieuchwytna. Zmrużam oczy, skupiam wzrok, ale widzę coraz mniej. Ona znika! Rozpływa się w powietrzu. Co ciekawe, bordowa sukienka zostaje. Nie mogę w to uwierzyć. Wyciągam telefon, żeby zrobić zdjęcie choć pustej sukience. Ale telefon mnie nie słucha. Wciąż pokazuje ostatnio zrobione zdjęcie, aparat uparcie nie działa.

Jakaś obca dziewczynka, która nie wiadomo skąd się wzięła, pogania mnie: dalej, dalej! Ale ja nie umiem. Nie mogę. Podnoszę wzrok, patrzę na kiosk. Sukienka znikła.

Nie ma już nic.

Autobus jedzie dalej. Dalej, dalej…

Od ponad roku wynajmuję pokój z kuchnią w pewnym domu na wsi. Do tej pory był względny spokój, jednak został zburzony. Któregoś dnia wprowadził się tu pewien „Młody Mężczyzna”. Tak go określiła właścicielka mieszkania. Młody Mężczyzna robi regularne imprezy, takie z kategorii, którą można określić: pijackie burdy. Pijackie burdy są coraz głośniejsze, coraz trudniej je znieść, zwłaszcza gdy się leży z gorączką 39,1 stopni i walczy z sepsą. Ja walczę trzeci tydzień i gdy tylko w malignie uda mi się zasnąć, śnią mi się sny niepojęte o znikających kobietach. A trzech minutach budzi mnie gardłowo zduszony okrzyk: KUUUUURWAAAA, JA PIERDOLĘ, POLEJ!!!

I łomot spadających sprzętów, i walnięcie pięścią w ścianę, i zabłąkane w rzucie krzesło lądujące na suficie.

Jestem coraz bledsza. Coraz bardziej śpiąca. Coraz bardziej milcząca. Jednak wstaję z łóżka, idę do kuchni zrobić herbatę i wtedy słyszę TO.

Z kuchni lepiej słuchać. W kuchni są te rury, te połączenia piekielne, które niosą głosy i krzyki, które nie dadzą zasnąć nawet na trzy minuty.

I nie można już uciec od tego krzyku, bo ten krzyk to wcale nie jest krzyk, ale płacz i bynajmniej nie należy do Młodego Mężczyzny, ale do maleńkiego dziecka, do malutkiej, trzyletniej dziewczynki z blond lokami, która siedzi na łóżku i bardzo się boi, bo jej tata jest groźny okrutnie i nie ma do niej cierpliwości, kto by miał po takiej libacji?

W piżamie, w kapciach, z narzuconą tylko kurtką biegnę, biegnę na pomoc, dalej, dalej, bo przecież nie wiem, jaki demon szaleje w ciele Młodego Mężczyzny, który nie ma cierpliwości do Małej Dziewczynki. Demony bywają groźne, a demon dwudniowej libacji jest groźny piekielnie. Dobrze to wiem. Pamiętam. Też kiedyś byłam dziewczynką.

Wszystko jest tak, jak przypuszczałam. Widzę przez okno. Na łóżku siedzi Mała Dziewczynka, i choć nigdy wcześniej jej nie widziałam – faktycznie ma blond loki, buzię spuchniętą i czerwoną od łez. A on nad nią pochylony. A ja walę w drzwi.

Dalej nie mogę pisać, bo ręce mi się trzęsą. Nie mówcie mi o policji. Policja nigdy mi nie pomogła. Nigdy. Teraz też nie. Wiem tylko, że muszę uciekać. Muszę ratować siebie, bo we mnie też jest Mała Dziewczynka. W dodatku chora na sepsę. Spierdalam. Do widzenia. A raczej: żegnam. Znikam, jak kobieta z mojego snu. Ale gdy po roztrzęsionej próbie spakowania rzeczy wsiadam do samochodu, nagle okazuje się, że jakimś niepojętym sposobem mam dziurawy układ chłodniczy i spod auta leje się woda.

Dżizas-kurwa-ja-pierdolę. Z butelką wody do chłodnicy, w gorączce po niewyleczonej sepsie, przez te pieprzone dziury w drodze, aby dalej od Młodego Mężczyzny i jego spragnionego demona agresji, od tych dzieci potrąconych, od tych strzyg kaszubskich – muszę uciekać, muszę ratować siebie, bo mnie, kur…, naprawdę niedługo nie będzie.

Nad drogą przelatuje kruk. Leci w kierunku Gdańska. Leć za mną, zdaje się mówić. Leć za mną, nie zginiesz.

Samochód muszę porzucić. Pieniędzy na naprawę nie mam, właściwie nie mam na nic na razie, bo jak wiecie, wydawca mi zapłacił za moje bestsellery jedno wielkie gówno i jakim cudem się rozeszło. Chodzę więc po Gdańsku i pytam, czy mnie kto przenocuje? Bo nieco wieje, a ja po chorobie i jakby co, to gdzieś są dobrzy ludzie?

Pierwszy był klasztor w Oliwie. Tak, wiem, naoglądałam się filmów w młodości, teraz realizuje własny scenariusz. Jest soczysty. Każda scena jak z bajki. Mała Dziewczynka w różowych trampkach idzie przez wielkie miasto, w ręku trzyma pudełko zapałek. Co chwila ogrzewa zmarznięte dłonie. Na ile wystarczy?

Drugi: Caritas w Sopocie. Trzeci: klasztor we Wrzeszczu. Wreszcie ten ostatni, wyznaczony trasą kruka. Zakon w Gdańsku. Posępny i groźny jak dom z horroru, na wysokim wzniesieniu, w oknach kraty. Ostatni przystanek z kioskiem przy drodze. Przy kiosku staje kobieta i kątem oka zauważa, że ma na sobie bordową sukienkę. Jak to się stało, mój Boże?! Kiedy ją założyłam? Czy to jakieś fatum? Jeszcze moment i zniknę! Mała Dziewczynka jej podpowiada: dalej, dalej. Dalej, naciśnij ten przycisk. Naciska. Wielka, żelazna brama otwiera się. Skulona postać w czarnym habicie wyciąga przed siebie kościstą dłoń.

Chodź.

Prowadzi mnie do piwnic. Rozglądam się po korytarzu, na ścianach krucyfiksy. Czy jesteś wierząca, pyta. Bo ja CHCĘ, żebyś poszła z nami na mszę. Ja CHCĘ. Pójdziesz.

Drżę. Czuję, że drżę. Ale to jeszcze nie jest strach. Nie mam przecież wyjścia. Muszę gdzieś spać. Nie mogę się bać.

Moja cela jest w suterenie, przez okno widać kawałek dziedzińca okolonego klasztornymi murami. Tylko fragment trawy, mury i kraty. A ja jestem przecież Wichrem, jestem wiatrem, który nigdy się nie dał nigdzie zamknąć.

Ciemno. Cicho. Straszno.

Żeby chociaż ptak przeleciał. Ale ptaków już nie ma. Nieba już nie ma. Tylko ten Chrystus umordowany wisi na drzewcu i dogorywa. Ta śmierć trwa dwa tysiące lat. Zimnem moje ciało przeszywa. Szukałam schronienia, trafiłam za kraty. Czy tego chciałeś, kruku?

Ta historia się nie kończy. Ta historia jest ciągłym, nieskończonym rytmem zmian. To ja ją piszę. A co napiszę, się stanie. Mam na imię Nemezis. Co mam napisać teraz?

Z  autobusu wysiadła kobieta w bordowej sukience. Przez chwilę jeszcze był po niej ślad. Przez chwilę jeszcze jest po mnie ślad. Czy ktoś mnie zatrzyma w stop-klatce, zanim zniknę na zawsze…?

IMG_0047
fot. Ewelina Lubecka