Historia pewnego obrazu

Depresja to niezwykła choroba. Zgadzam się: groźna. Bezwględna. Ale w tej bezwzględności jest bezcenna wartość. Co nie zabije, to wzmocni. Kto przeżyje, ten wie. Wie wszystko…

Gdy po raz pierwszy weszłam do Ważka Caffe, rzucił mi się w oczy portret. Przedstawiał osobę skądinąd mi znaną, a znaną tak blisko, że nie mogłam oderwać oczu. Kiedyś  pewnie miotana niepokojem Boże, skąd znam tę osobę!, pozostałabym w stuporze nieodgadnięcia. Kiedyś w ogóle bym pozostała w stuporze nieodgadnięcia wielu kwestii, nie tylko postaci na obrazie. Ale tamte czasy minęły. Tajemnice, o których szepczą znajomi za plecami, kręcąc głowami z niedowierzaniem: „ślepa, czy co?” – cudownym sposobem się przede mną odsłoniły. 

Depresja to niezwykła choroba. Zgadzam się: groźna. Bezwględna. Ale w tej bezwzględności jest bezcenna wartość. Co nie zabije, to wzmocni. Kto przeżyje, ten wie. Wie wszystko. 

Także patrzę, trach, wiem. Poznaję. 

Ktoś namalował mnie samą. 

Skąd znał? Dlaczego?!

Usiadłam przy stoliku, zamówiłam ciastko, zadałam pytanie kluczowe. Kto jest autorem obrazu? 

– Pewna znajoma malarka – poinformowała mnie niezwykle uprzejma właścicielka kawiarni o imieniu Małgorzata.

I zaraz potem objaśniła w szczegółach, na czym polega sukces smaku pałaszowanej przeze mnie szarlotki. Wszystko na maśle… codziennie świeże… jaja… mąka… – dobiegały mnie słowa, a ja tkwiłam w obrazie po uszy i jak zwykle ignorowałam sprawy kulinarne. 

Są ludzie, którzy ignorują sprawy kulinarne. Nigdy nie zapiszą żadnego przepisu, ich mózg wyłącza skupienie, gdy tylko coś w tej kwestii usłyszą. Sterowane układem autonomicznym decyzje umysłu o odrzuceniu wszelkich tego typu informacji dzieją się bez użycia woli. I choćby nie wiem, jakby się człowiek skupiał – nie zapamięta ani jednej linijki z żadnego przepisu na nic. 

Należę do tych ludzi. 

I żeby nie było. Umiem gotować. Gotuję wyśmienicie. Ale nie pytajcie, jak to robię. Nie mam zielonego pojęcia. Nic na ten temat nie wiem. Ostatnio piekłam ciasteczka. Ewelement świadkiem. Siedziała przy stole, ja zagniatałam ciasto (???!!!), a gdy przyszło włączyć piekarnik, jęłam naciskać jakieś tajemne przyciski (bez skutku), wreszcie nieco już zirytowana odeszłam dwa kroki, uniosłam dłonie, zaklęłam i wykonałam gest w rodzaju „abrakadabra” – po czym piekarnik się włączył. 

Ciasteczka wyszły bajeczne. Dosłownie. 

Wracając do obrazu. Wisi na ścianie i ukazuje mnie światu, a ja nie wiem, skąd, dlaczego, jak. Zbliżam się, przyglądam, patrzę, oczom nie wierzę. Obraz jest podpisany… moim imieniem! 

– Ile za ten obraz?

Małgorzata odpowiada coś w rodzaju: milion pięćset, sto dziewięćset. Wiem, że nie mam takiej sumy. I wiem, że muszę mieć ten obraz. Bo to ja. Bo to MOJE. 

Mijają miesiące. Jak wiecie, odwiedzam „Ważkę” niemal codziennie. Tu są moje książki, tu jest moja dusza. I przychodzi TEN dzień. Ten dzień jest dniem proroczym, zwiastunem nadchodzącego roku. Skąd to wiem? Tak się składa, że właśnie czytam książkę o cywilizacji Majów. I dokładnie tego dnia dowiaduję się o tym dniu. Dziewiętnasty listopada. Dzień proroctwo, wzór na kolejny rok, symbol przyszłości. Wszystko, co się dziś wydarzy, rozpocznie wydarzenia w dwa tysiące dwudziestym!

Zrywam się jak oparzona. Nie mam czasu. Muszę działać, muszę zadbać o przyszłość! Czego bym w niej pragnęła? To oczywiste. W przyszłym roku chcę osiągnąć sukces wydawniczy, chcę…! 

Dziś muszę sprzedać książkę. Nie ma to tamto. MUSZĘ. 

Lecę do Ważki na skrzydłach, z daleka już widzę kogoś w kawiarni. Jakąś babę. Z dzieckiem. Trudno. Wcisnę jej Poradnik dla psychopatów. Nie dam wyboru. I tak jak powiedziałam, nie daję wyboru. Wchodzę wejściem smoka, na bezczela oznajmiam, co następuje:

– Dziś jest święty dzień Majów, dzień proroczy. Muszę sprzedać książkę! 

Kobieta odwraca głowę, przygląda mi się przez moment, po czym odpowiada zgodnie z planem:

– Biorę. Ile?

Kuźwa, życie jest takie proste, myślę i siadam obok niej, obok dzieciaka. Dzieciak grzebie w czekoladzie na gorąco, nieśmiało się uśmiecha. Zna się na Majach. Wszystkie dzieci znają się na Majach. Wszystkie dzieci są „Maya”. 

– A ty, Sylwunia, jak sobie radzisz?- słyszę zatroskany głos Małgorzaty zza zaplecza. – Jak po rozwodzie? Udało ci się jakoś stanąć na nogi?

To nie do mnie! Ludzie, to nie do mnie! Jak powiedział Szaman Mako: w ciemności wszystkie Noemi są czarne. Małgorzata rozmawia z tą kobietą, która nosi moje stare imię. Która… 

Nie na darmo czytam książki. Nie na darmo mi wiedza o dawnych cywilizacjach. Patrzę na kobietę z dzieckiem, zaraz na własny portret. TO ONA. I mówię jej słowami: 

– Biorę. Ile?

A ta wcale nie zdziwiona, bo przecież już dawno temu przeszłyśmy na język Hopi i nic nie musimy sobie tłumaczyć – odpowiada, że nie weźmie ode mnie miliona pięćset, bo wie, że tyle nie mam. I wymieniamy się bez zbędnych ceregieli własnymi talentami. 

Talent to moneta o wielkim nominale. Bezcennym. 

Byłoby super, gdybym teraz mogła wam wyjaśnić, że ona mnie znała wcześniej. Ale tego nie zrobię. Bo ona mnie nie znała. Ona nic o mnie nie widziała. Wiedząc jednocześnie wszystko. 

Skąd wiedziała wszystko? Jakże to proste. A jakże tajemnicze. 

Wracam do domu z obrazem, ona wraca do domu z książką. Ja obraz wieszam na ścianie, ona chce postawić książkę na półkę. Na półce w jej wynajętym mieszkaniu stoi inna książka. W niebieskiej okładce. Coś w tej okładce przykuwa uwagę.

Może znajome imię? 

Artystka bierze książkę, ogląda. Na okładce kobieta dość doskonała wytrzymuje ból siedząc na nożach.

Chwilę później mój telefon dźwięczy. SMS. Od nowej znajomej. 

Zobacz, co mam. Gdy uciekałam z domu, niewiele zdążyłam zabrać. Ale o tej książce pamiętałam…

nemezis.me

Sylwia Mickiewicz Sylwia Kubryńska

Gwiazda, której nikt nie widział

Pamiętacie czasy, gdy się zapalało świeczki i w ciemnościach, na słuchawkach, żeby stara nie pruła – słuchało Dead Can Dance? Sisters of Mercy? The Cure?

Czy ktoś odmówi jej elegancji?

Śmierć to tabu, przemilczany temat. Albo odwrotnie: woda na młyn. Można ją przehandlować na tekst w gazecie, albo rozmienić na drobne rzucone księdzu. Użyć. Wykorzystać. Wybory wygrać. Płytę sprzedać. Lajka dostać. Pohisteryzować na tyle, na ile się opłaci. A potem zużytą wyrzucić, wzgardzić. Przykryć foliową plandeką. Zakopać. Zapomnieć.

A co z poezją śmierci? Co z jej magią?!

Pamiętacie czasy, gdy się zapalało świeczki i w ciemnościach, na słuchawkach, żeby stara nie pruła – słuchało Dead Can Dance? Sisters of Mercy? The Cure? Pamiętacie ten mrok, który nikogo nie przerażał, nikomu nie szarzał życia, przeciwnie: nadawał koloryt?

Co z tego, że czarny! Czy ktoś odmówi czerni elegancji? Czy ktoś zarzuci czerni jakikolwiek brak?

Nie bez powodu istnieje pojęcie ciała doskonale czarnego. W czerni bowiem tkwi perfekcja, tajemnica domknięcia wszystkich barw świata. Czarny to jednocześnie wszystko i nic. Największa gęstość i najmniejsza powierzchnia. Kategoryczność grawitacji. Totalna niewidzialność.

Niedościgniony paradoks słynnego zdania: „ciemność widzę!” do dziś nie został pokonany w dialogach. Każdy by chciał. Każdy by marzył. Być ujrzanym i nie istnieć. Istnieć i być niewidzialnym. Do wyboru, do koloru. Jedynego. Najlepszego. Czarnego.

Podobno jest taka gwiazda, której nikt nie widział. Nazywa się Nemezis. Jej potężna grawitacja wyrywa z orbit ciała niebieskie, które krążą gdzieś poza naszą świadomością, dopóki wyrwane ze swojego toru nie zmienią kierunku. Być może to właśnie jej znudziło się panowanie gadów i postanowiła zmieść ich z powierzchni Ziemi jednym niedostrzegalnym ruchem woli wyrywając z toru pokaźny meteoryt.

Czerń Nemezis ma niezwykłą moc.

Czerń Nemezis ma moc śmierci.

Hałaśliwa pstrokacizna tandety wyparła z życia szlachetność śmierci. Ludzkość o niej zapomniała. Jakby jej nie było, jakby nie istniała – niczym kolor czarny. A przecież jest. Na każdym kroku. Codziennie.

Wczoraj, dziś, jutro.

Byliśmy, jesteśmy, będziemy.

Umieraliśmy, umieramy, umrzemy.

nemezis.me

Wieża w ogniu

Ktoś może zapytać, jak Wifi zareagowała na obecność Nuny. Odpowiedź jest oczywista. Wifi zareagowała na obecność Nuny jak typowy kot. Nijak.

Koty maja osobowość perfekcyjnie odizolowaną od wszystkich innych osobowości. Koty to wyspy nie tylko bezludne, ale też bezkocie, bezpsie, doskonale pozbawione jakichkolwiek wpływów lądy bogate za to w ptactwo, myszy i ważki. Konkretnie: w kocim świecie nie ma nikogo, kto by kotu przeszkadzał.

Gdyby tylko ludzie odrobinę zmądrzeli, mogliby nauczyć się od kotów tego dystansu. Niestety, na wszystko się zanosi, nawet na koniec świata, ale na to, że ludzie zmądrzeją: kategorycznie nie.

Koty nie przejmują się więc innymi kotami, choćby to były same ocetoloty, czy inne serwiwale.

Żaden kot nie bierze do głowy tego, co sobie o nim inny kot pomyśli. W jego kryterium wartości nie ma więc miejsca na plotki, a fakt, że w ludzkim świecie istnieje takie zjawisko jak dziennikarstwo (opłacane i to słono opłacane plotkarstwo, które nadaje potężny sens istnienia, wywołuje żywe reakcje, wypełnia czas spotkań, rozmów, a nawet winduje lub niszczy życie ludzkie) – mógłby doprowadzić kota do takich spazmów śmiechu, że biedny by się udusił.

Na szczęście kot w ramach ekspresji emocji, zdecydowanie wybiera ziew.

Dlatego właśnie Wifi na widok Nuny ziewnęła, po czym zamknęła oczy i poszła spać. Miała prawo. Dopiero co rozłupała jakiegoś nieszczęsnego gołębia, którego truchło leży teraz pod oknami mieszkania Wió i drażni Sąsiadkę z PP. Sam pies PP od jakiegoś czasu siedzi cicho, ciało gołębia daje mu do myślenia, nie jest wszak dużo od gołębia większy, za to głośniejszy w cholerę. Pamiętajmy też, że pies nie ma skrzydeł. Krótko mówiąc: PP jest w tak zwanej „D”. Nie zadziałało palenie świec żywota, kot wziął sprawy w swoje pazury i dał radę. Cisza jak makiem zasiał.

Nuna za to chodzi ze mną krok w krok, zwiedza okolicę, była nawet w kawiarni, gdzie ludzkość oszalała na jej widok. No tak. Ludzie szaleją na widok kota, ale za cholerę się od kota nie uczą.

Ludzie w ogóle się niczego nie uczą, choć w kwestii rozwoju robią histeryczne halo. Organizują warsztaty, sympozja, wykłady. W tym celu muszą przede wszystkim wydać kasę. Człowiek musi wydać kasę, żeby ujrzeć sens w czymkolwiek. Zapaćkać internet ogłoszeniami. Zdjęć napstrykać. Dyplomów nadrukować. Pooznaczać się ze znajomymi. Plakatów, ulotek, reklam narobić. Nie mówiąc już o czymś takim jak gadżety. Catering. Pokazy akrobatyczne. Hotele pięciogwiazdkowe. Baseny. Sauny. E tam, baseny, sauny. Zajęcia fitnes! Odchudzanie! Oczyszczanie jelit!

Mindfullness.

Kołczing. Srołczing.

Wegejogozen.

Kiedyś miałam okazję być na czymś takim. Nazywało się to Kongres Kobiet. Feministyczny zjazd w celu pitolenia o sprawach, które tak naprawdę wszyscy mają dokładnie tam, gdzie jest PP. Zjechało z wielkich miast redaktorek i innych celebrytek tłum. Każda hotel za kupę szmalu dostała. Wino, kolację i diabli wiedzą co jeszcze. Telewizja, gazeta, zdjęcia na ściankach. Szumu narobiły, a kobiety jak klepały patriarchat tak klepią…

Czytaj dalej

Morze jest gniewem

noemi susenbachCoraz więcej mnie po tamtej stronie, po tej coraz mniej. Co to znaczy? To znaczy, że życie mnie zmęczyło. Zmęczyło mnie i choć obiecałam nie marudzić – nie zmienia to faktu, że życie mnie zmęczyło. 

Z przerażeniem stwierdzam, że nie mam siły pisać, a przecież to było zawsze jedyne, co mnie przy życiu trzymało. Wniosek: nie mam siły żyć. 

Z przerażeniem stwierdzam, że mnie to nie przeraża. 

Przypominam sobie wszystkie chwile rezygnacji, trudne odcinki mojej drogi z przeszłości i dziś mi się zdaje, że to jakieś żarty, formy treningu przed tym, co najgłębsze, najmroczniejsze, najtrudniejsze do pokonania.

Trzy lata w depresji, leki, szpitale, napady histerii, wyrzucanie z siebie czarnych gałganów rozpaczy, a nawet myśli samobójcze – wszystko to nic w porównaniu z dzisiejszą katatonią NICZEGO. 

NIC jest jak potężna grawitacja, siła ciążenia nie do pokonania, gdy ciało przywiera do łóżka tak mocno, że istnieją obawy rozłupania mebla na pół. Albo w ogóle w drzazgi. 

Łóżko, pękając na kawałki wbija się w podłogę, podłogę rozrywa, zawala się wszystko do piwnic, do lochów. Wpadam w kryptę, na samo dno den. A tam niekończąca się impreza bezzębnych demonów, które podają mi truciznę. Na cholerę mi trucizna, pytam, a oni mówią: żeby nie czuć. 

Tylko że ja już nic nie czuję! 

– Nieprawda – szepczą demony. – Czujesz jak diabli. 

Na potwierdzenie tych słów dociera do mnie kategoryczny chłód, przenika kości, mrozi nerwy. Zamraża. Czuję więc. Czuję lodowatą niemoc, której nie pozbędę się nigdy, chyba że trafi mnie szlag. 

Nie mam siły na truciznę, nie lubię przełykać, wolę sobie zapalić. Jak na zawołanie pojawia się rura wydechowa i naprawdę potężny mach za friko. 

Człowiek się rodzi, żeby umierać. Życie wymaga poświęceń. 

A na plaży gromadzą się tłumy. Nadciąga sztorm. Morze jest gniewem, którego nikt nie dostrzega. „Czujesz jak diabli”, mówią demony i mają rację. Czuję tę furię, niezgodę, wściekłość. Odtrącam kieliszek znieczulenia. Słucham najgłębszego z głosów. Snu. 

Narysuj stolik z jasnego drewna, schowaj się pod nim przed burzą. Patrz, jak w odmętach znikają życia. Razem ze śmieciami z brzegu. 

Kiedyś napisałam książkę o gniewie. Teraz gdzieś ją tam ktoś sprzedaje, nic mi do tego.  Pozostał jedynie sam gniew. Moja ukochana emocja, która mnie niesie, nie daje się poddać demonom. Wkurwia mnie wszystko. Dzięki Bogu. Dzięki temu żyję. 

Jeszcze. 


nemezis.me