Jak napisać powieść, czyli rzecz o kocie

Przez pół nocy układałam w głowie ten tekst, wstałam rano, pamięć: zero. Miałam chyba pisać o kocie, ale nie że mam kota, kogo to obchodzi. To miał być raczej kot przemykający przez tekst, skradający się jak do polowania, niewidzialny, przyczajony, dziki. Nieobecny. No i jak widzicie, idzie mi dość niesamowicie, kot jest nieobecny totalnie, od piątej już linijki nie istnieje w najlepsze, a przecież kończę akapit.

Nigdy nikomu specjalnie nie radziłam, jak pisać książki, bo to są zwykle porady z tak zwanej niewypowiedzianej D, ale teraz mnie trochę korci. A nuż widelec ktoś przeczyta, zrozumie i książkę popełni. Niechby to nawet była jedna osoba! Niechby jedna książka! Już świat trochę mniej podły.

Ale do rzeczy, bo mi się bohater liryczny zgubił. Ten, którego nie ma.

Kot.

Co ma kot do powieści? W dodatku: kot nieistniejący? W dodatku do powieści nienapisanej? Już wyjaśniam.

Zasada napisania powieści (nienapisanej, rzecz jasna) jest taka, że nie ma zasad. Nieraz bywam świadkiem szkolnej prelekcji na temat, słysząc nieśmiertelne: „wstęp, rozwinięcie, zakończenie”, zwiewam natychmiast.

Teraz też wiejmy.

A wstęp, rozwinięcie i zakończenie zostawmy polonistom. Jest to frakcja absolutnie poprzedzona wstępem, bardzo silnie rozwinięta oraz porządnie ZAKOŃCZONA. Takich powieści jest cały srempik, nota bene załamujący ręce, że nic się nie sprzedaje. Osobiście, jako autor, odebrałam mnóstwo tego typu informacji. Książka przez miesiąc w ścisłej TOP TEN, ale „się nie sprzedaje”. Ludzie autora na ulicy palcami pokazują, w Biedronce zaczepiają, korespondencją zasypują. Jednak „zastój”. Dramat po prostu. I tak z każdym tytułem, niestety. Tylko z torbami pójść. Czemu więc coraz to nowe srempiki w najdroższych punktach otwierają?

Nie dojdziesz.

Wróćmy do tematu. Jak już wspomniałam, sprawa jest dość prosta, zasada niezwykle łatwa do zapamiętania: ZASAD BRAK.

I byłoby po tekście, gdyby nie pewna zawiłość.

Otóż jest coś, co każdemu pisarzowi spędza sen z powiek, każdego pisarza męczy okrutnie, każdemu kłopotów w życiu przysparza. I dobrze się z tym zaznajomić, zanim się za pióro chwyci:

Rzeczywistość kontra fikcja literacka. 

Wypunktujmy dla ułatwienia.

  1. Rzeczywistość.
  2. Fikcja literacka.

Jak  zauważyliście, postawiłam oba zagadnienia w kontrze. I dopóki takie pozostają, dopóty nie rozwiążemy problemu.

Ale po kolei.

Są tacy, co skupiają się na punkcie 1. Kronikarze. Piszą jak leci, dzień za dniem, godzina za godziną. Jest jak jest. Zero polotu. W przypływie empatii (albo lęku) czasem imię zmienią. A potem znów richtig toczka w toczkę.

Życie, owszem, jest ciekawe. Owszem, pisze dobre scenariusze. Ale, no właśnie. Te scenariusze są ZA dobre. To w życiu dzieją się właśnie rzeczy niewiarygodne, szokujące, paraliżujące. I jak to się spisze, to potem czytać się nie da.

Życie nikogo nie rozpieszcza. Każdy przeżywa własne piekło. Czy zatem po przeżyciu swojego piekła, ma ktoś jeszcze ochotę na piekło autora? Toczka w toczkę spisane ciężkim drukiem, opasło wydane, z ceną makabryczną do makabry zawartej w tekście – adekwatną?!

Druga rzecz: znajomi. Rodzina. OTOCZENIE. Wszyscy obrażeni, nadąsani, niezadowoleni.  I to jak!

Brak sukcesu i ostracyzm. I wtedy właśnie przychodzi ten moment dojrzałości artystycznej, kiedy autor jest już tak cholernie nieszczęśliwy, samotny i przymierający głodem, że umiera.

Po śmierci sprawa wygląda już zupełnie inaczej, autor staje się bohaterem, jego książki idą jak woda, wszyscy są zadowoleni, zwłaszcza gdy nie ma komu tantiemów płacić.

I teraz punkt drugi. Fikcja literacka. Pozornie bezpieczna forma ekspresji. Czemu pozornie? Bo jak odlecisz za bardzo, to ci schizofrenię zdiagnozują. A odlecieć łatwo. Bo przecież trzeba coś przeżyć, żeby napisać. Jak się nie przeżyje, to się nie napisze, bo się nie wie. A jak się nie wie, to się takie farmazony tworzy, że potem najwyżej już tylko dostać nagrodę literacką.

Bo trzeba wiedzieć, że nagradzane są głównie takie powieści, których nikt nie czyta. Bo się nie da. Z zawiłości niepodobna wygrzebać choćby szczątków akcji, bohaterowie są z tektury, a całość najeżona słowami z encykliki papieskiej. Czy czegoś tam. W każdym razie Kowalski nie pojmie.

Wtedy trzeba dać nagrodę, żeby się sprzedało, bo mieć na półce nagrodzoną książkę jest mega. (Mega też jest mieć brodę do pasa i za ciasne spodnie oraz biegać osiem maratonów tygodniowo, ale o tym później.)

Dobra. Byliśmy przy kronikarstwie i różowo nie było. Jesteśmy przy fikcji literackiej i też jakoś różowo nie jest. To co robić?

W przyrodzie zasada jest taka, że ideał zwykle powstaje przez połączenie dwóch pozornie niedoskonałych czynników. Przykład: deszcz i słońce. Jak pada, wszyscy sarkają, jak świeci słońce, też problem. Ale gdy na niebo wystrzeli tęcza, zachwyt ogólny.

Owszem, są tacy, co dławią zachwyt w sobie, żeby na „tych” nie wyjść. Ale i tak.

A więc połączenie. Wtopienie rzeczywistości w literacką fikcję. Wejście w skórę bohatera lirycznego. Otoczenie się ogrodem fantazji jak twierdzą. I RELAKS. Nic nie wymyślasz, samo się wymyśla. Śni się. Przychodzi. Rozsiada na kanapie. I czeka, aż opiszesz. Bo to po to jest.

Do mnie właśnie przyszło.

Należy do gatunku kotowatych.

Jest bohaterem lirycznym rodzaju żeńskiego.

I czeka na wydanie swojej pierwszej, a mojej ósmej powieści.

 

07226C43-0C64-4725-99D1-31F6648DBF0C
Noemi Susenbach

Historia pewnego obrazu

Depresja to niezwykła choroba. Zgadzam się: groźna. Bezwględna. Ale w tej bezwzględności jest bezcenna wartość. Co nie zabije, to wzmocni. Kto przeżyje, ten wie. Wie wszystko…

Gdy po raz pierwszy weszłam do Ważka Caffe, rzucił mi się w oczy portret. Przedstawiał osobę skądinąd mi znaną, a znaną tak blisko, że nie mogłam oderwać oczu. Kiedyś  pewnie miotana niepokojem Boże, skąd znam tę osobę!, pozostałabym w stuporze nieodgadnięcia. Kiedyś w ogóle bym pozostała w stuporze nieodgadnięcia wielu kwestii, nie tylko postaci na obrazie. Ale tamte czasy minęły. Tajemnice, o których szepczą znajomi za plecami, kręcąc głowami z niedowierzaniem: „ślepa, czy co?” – cudownym sposobem się przede mną odsłoniły. 

Depresja to niezwykła choroba. Zgadzam się: groźna. Bezwględna. Ale w tej bezwzględności jest bezcenna wartość. Co nie zabije, to wzmocni. Kto przeżyje, ten wie. Wie wszystko. 

Także patrzę, trach, wiem. Poznaję. 

Ktoś namalował mnie samą. 

Skąd znał? Dlaczego?!

Usiadłam przy stoliku, zamówiłam ciastko, zadałam pytanie kluczowe. Kto jest autorem obrazu? 

– Pewna znajoma malarka – poinformowała mnie niezwykle uprzejma właścicielka kawiarni o imieniu Małgorzata.

I zaraz potem objaśniła w szczegółach, na czym polega sukces smaku pałaszowanej przeze mnie szarlotki. Wszystko na maśle… codziennie świeże… jaja… mąka… – dobiegały mnie słowa, a ja tkwiłam w obrazie po uszy i jak zwykle ignorowałam sprawy kulinarne. 

Są ludzie, którzy ignorują sprawy kulinarne. Nigdy nie zapiszą żadnego przepisu, ich mózg wyłącza skupienie, gdy tylko coś w tej kwestii usłyszą. Sterowane układem autonomicznym decyzje umysłu o odrzuceniu wszelkich tego typu informacji dzieją się bez użycia woli. I choćby nie wiem, jakby się człowiek skupiał – nie zapamięta ani jednej linijki z żadnego przepisu na nic. 

Należę do tych ludzi. 

I żeby nie było. Umiem gotować. Gotuję wyśmienicie. Ale nie pytajcie, jak to robię. Nie mam zielonego pojęcia. Nic na ten temat nie wiem. Ostatnio piekłam ciasteczka. Ewelement świadkiem. Siedziała przy stole, ja zagniatałam ciasto (???!!!), a gdy przyszło włączyć piekarnik, jęłam naciskać jakieś tajemne przyciski (bez skutku), wreszcie nieco już zirytowana odeszłam dwa kroki, uniosłam dłonie, zaklęłam i wykonałam gest w rodzaju „abrakadabra” – po czym piekarnik się włączył. 

Ciasteczka wyszły bajeczne. Dosłownie. 

Wracając do obrazu. Wisi na ścianie i ukazuje mnie światu, a ja nie wiem, skąd, dlaczego, jak. Zbliżam się, przyglądam, patrzę, oczom nie wierzę. Obraz jest podpisany… moim imieniem! 

– Ile za ten obraz?

Małgorzata odpowiada coś w rodzaju: milion pięćset, sto dziewięćset. Wiem, że nie mam takiej sumy. I wiem, że muszę mieć ten obraz. Bo to ja. Bo to MOJE. 

Mijają miesiące. Jak wiecie, odwiedzam „Ważkę” niemal codziennie. Tu są moje książki, tu jest moja dusza. I przychodzi TEN dzień. Ten dzień jest dniem proroczym, zwiastunem nadchodzącego roku. Skąd to wiem? Tak się składa, że właśnie czytam książkę o cywilizacji Majów. I dokładnie tego dnia dowiaduję się o tym dniu. Dziewiętnasty listopada. Dzień proroctwo, wzór na kolejny rok, symbol przyszłości. Wszystko, co się dziś wydarzy, rozpocznie wydarzenia w dwa tysiące dwudziestym!

Zrywam się jak oparzona. Nie mam czasu. Muszę działać, muszę zadbać o przyszłość! Czego bym w niej pragnęła? To oczywiste. W przyszłym roku chcę osiągnąć sukces wydawniczy, chcę…! 

Dziś muszę sprzedać książkę. Nie ma to tamto. MUSZĘ. 

Lecę do Ważki na skrzydłach, z daleka już widzę kogoś w kawiarni. Jakąś babę. Z dzieckiem. Trudno. Wcisnę jej Poradnik dla psychopatów. Nie dam wyboru. I tak jak powiedziałam, nie daję wyboru. Wchodzę wejściem smoka, na bezczela oznajmiam, co następuje:

– Dziś jest święty dzień Majów, dzień proroczy. Muszę sprzedać książkę! 

Kobieta odwraca głowę, przygląda mi się przez moment, po czym odpowiada zgodnie z planem:

– Biorę. Ile?

Kuźwa, życie jest takie proste, myślę i siadam obok niej, obok dzieciaka. Dzieciak grzebie w czekoladzie na gorąco, nieśmiało się uśmiecha. Zna się na Majach. Wszystkie dzieci znają się na Majach. Wszystkie dzieci są „Maya”. 

– A ty, Sylwunia, jak sobie radzisz?- słyszę zatroskany głos Małgorzaty zza zaplecza. – Jak po rozwodzie? Udało ci się jakoś stanąć na nogi?

To nie do mnie! Ludzie, to nie do mnie! Jak powiedział Szaman Mako: w ciemności wszystkie Noemi są czarne. Małgorzata rozmawia z tą kobietą, która nosi moje stare imię. Która… 

Nie na darmo czytam książki. Nie na darmo mi wiedza o dawnych cywilizacjach. Patrzę na kobietę z dzieckiem, zaraz na własny portret. TO ONA. I mówię jej słowami: 

– Biorę. Ile?

A ta wcale nie zdziwiona, bo przecież już dawno temu przeszłyśmy na język Hopi i nic nie musimy sobie tłumaczyć – odpowiada, że nie weźmie ode mnie miliona pięćset, bo wie, że tyle nie mam. I wymieniamy się bez zbędnych ceregieli własnymi talentami. 

Talent to moneta o wielkim nominale. Bezcennym. 

Byłoby super, gdybym teraz mogła wam wyjaśnić, że ona mnie znała wcześniej. Ale tego nie zrobię. Bo ona mnie nie znała. Ona nic o mnie nie widziała. Wiedząc jednocześnie wszystko. 

Skąd wiedziała wszystko? Jakże to proste. A jakże tajemnicze. 

Wracam do domu z obrazem, ona wraca do domu z książką. Ja obraz wieszam na ścianie, ona chce postawić książkę na półkę. Na półce w jej wynajętym mieszkaniu stoi inna książka. W niebieskiej okładce. Coś w tej okładce przykuwa uwagę.

Może znajome imię? 

Artystka bierze książkę, ogląda. Na okładce kobieta dość doskonała wytrzymuje ból siedząc na nożach.

Chwilę później mój telefon dźwięczy. SMS. Od nowej znajomej. 

Zobacz, co mam. Gdy uciekałam z domu, niewiele zdążyłam zabrać. Ale o tej książce pamiętałam…

nemezis.me

Sylwia Mickiewicz Sylwia Kubryńska

Gwiazda, której nikt nie widział

Pamiętacie czasy, gdy się zapalało świeczki i w ciemnościach, na słuchawkach, żeby stara nie pruła – słuchało Dead Can Dance? Sisters of Mercy? The Cure?

Czy ktoś odmówi jej elegancji?

Śmierć to tabu, przemilczany temat. Albo odwrotnie: woda na młyn. Można ją przehandlować na tekst w gazecie, albo rozmienić na drobne rzucone księdzu. Użyć. Wykorzystać. Wybory wygrać. Płytę sprzedać. Lajka dostać. Pohisteryzować na tyle, na ile się opłaci. A potem zużytą wyrzucić, wzgardzić. Przykryć foliową plandeką. Zakopać. Zapomnieć.

A co z poezją śmierci? Co z jej magią?!

Pamiętacie czasy, gdy się zapalało świeczki i w ciemnościach, na słuchawkach, żeby stara nie pruła – słuchało Dead Can Dance? Sisters of Mercy? The Cure? Pamiętacie ten mrok, który nikogo nie przerażał, nikomu nie szarzał życia, przeciwnie: nadawał koloryt?

Co z tego, że czarny! Czy ktoś odmówi czerni elegancji? Czy ktoś zarzuci czerni jakikolwiek brak?

Nie bez powodu istnieje pojęcie ciała doskonale czarnego. W czerni bowiem tkwi perfekcja, tajemnica domknięcia wszystkich barw świata. Czarny to jednocześnie wszystko i nic. Największa gęstość i najmniejsza powierzchnia. Kategoryczność grawitacji. Totalna niewidzialność.

Niedościgniony paradoks słynnego zdania: „ciemność widzę!” do dziś nie został pokonany w dialogach. Każdy by chciał. Każdy by marzył. Być ujrzanym i nie istnieć. Istnieć i być niewidzialnym. Do wyboru, do koloru. Jedynego. Najlepszego. Czarnego.

Podobno jest taka gwiazda, której nikt nie widział. Nazywa się Nemezis. Jej potężna grawitacja wyrywa z orbit ciała niebieskie, które krążą gdzieś poza naszą świadomością, dopóki wyrwane ze swojego toru nie zmienią kierunku. Być może to właśnie jej znudziło się panowanie gadów i postanowiła zmieść ich z powierzchni Ziemi jednym niedostrzegalnym ruchem woli wyrywając z toru pokaźny meteoryt.

Czerń Nemezis ma niezwykłą moc.

Czerń Nemezis ma moc śmierci.

Hałaśliwa pstrokacizna tandety wyparła z życia szlachetność śmierci. Ludzkość o niej zapomniała. Jakby jej nie było, jakby nie istniała – niczym kolor czarny. A przecież jest. Na każdym kroku. Codziennie.

Wczoraj, dziś, jutro.

Byliśmy, jesteśmy, będziemy.

Umieraliśmy, umieramy, umrzemy.

nemezis.me

Wieża w ogniu

Ktoś może zapytać, jak Wifi zareagowała na obecność Nuny. Odpowiedź jest oczywista. Wifi zareagowała na obecność Nuny jak typowy kot. Nijak.

Koty maja osobowość perfekcyjnie odizolowaną od wszystkich innych osobowości. Koty to wyspy nie tylko bezludne, ale też bezkocie, bezpsie, doskonale pozbawione jakichkolwiek wpływów lądy bogate za to w ptactwo, myszy i ważki. Konkretnie: w kocim świecie nie ma nikogo, kto by kotu przeszkadzał.

Gdyby tylko ludzie odrobinę zmądrzeli, mogliby nauczyć się od kotów tego dystansu. Niestety, na wszystko się zanosi, nawet na koniec świata, ale na to, że ludzie zmądrzeją: kategorycznie nie.

Koty nie przejmują się więc innymi kotami, choćby to były same ocetoloty, czy inne serwiwale.

Żaden kot nie bierze do głowy tego, co sobie o nim inny kot pomyśli. W jego kryterium wartości nie ma więc miejsca na plotki, a fakt, że w ludzkim świecie istnieje takie zjawisko jak dziennikarstwo (opłacane i to słono opłacane plotkarstwo, które nadaje potężny sens istnienia, wywołuje żywe reakcje, wypełnia czas spotkań, rozmów, a nawet winduje lub niszczy życie ludzkie) – mógłby doprowadzić kota do takich spazmów śmiechu, że biedny by się udusił.

Na szczęście kot w ramach ekspresji emocji, zdecydowanie wybiera ziew.

Dlatego właśnie Wifi na widok Nuny ziewnęła, po czym zamknęła oczy i poszła spać. Miała prawo. Dopiero co rozłupała jakiegoś nieszczęsnego gołębia, którego truchło leży teraz pod oknami mieszkania Wió i drażni Sąsiadkę z PP. Sam pies PP od jakiegoś czasu siedzi cicho, ciało gołębia daje mu do myślenia, nie jest wszak dużo od gołębia większy, za to głośniejszy w cholerę. Pamiętajmy też, że pies nie ma skrzydeł. Krótko mówiąc: PP jest w tak zwanej „D”. Nie zadziałało palenie świec żywota, kot wziął sprawy w swoje pazury i dał radę. Cisza jak makiem zasiał.

Nuna za to chodzi ze mną krok w krok, zwiedza okolicę, była nawet w kawiarni, gdzie ludzkość oszalała na jej widok. No tak. Ludzie szaleją na widok kota, ale za cholerę się od kota nie uczą.

Ludzie w ogóle się niczego nie uczą, choć w kwestii rozwoju robią histeryczne halo. Organizują warsztaty, sympozja, wykłady. W tym celu muszą przede wszystkim wydać kasę. Człowiek musi wydać kasę, żeby ujrzeć sens w czymkolwiek. Zapaćkać internet ogłoszeniami. Zdjęć napstrykać. Dyplomów nadrukować. Pooznaczać się ze znajomymi. Plakatów, ulotek, reklam narobić. Nie mówiąc już o czymś takim jak gadżety. Catering. Pokazy akrobatyczne. Hotele pięciogwiazdkowe. Baseny. Sauny. E tam, baseny, sauny. Zajęcia fitnes! Odchudzanie! Oczyszczanie jelit!

Mindfullness.

Kołczing. Srołczing.

Wegejogozen.

Kiedyś miałam okazję być na czymś takim. Nazywało się to Kongres Kobiet. Feministyczny zjazd w celu pitolenia o sprawach, które tak naprawdę wszyscy mają dokładnie tam, gdzie jest PP. Zjechało z wielkich miast redaktorek i innych celebrytek tłum. Każda hotel za kupę szmalu dostała. Wino, kolację i diabli wiedzą co jeszcze. Telewizja, gazeta, zdjęcia na ściankach. Szumu narobiły, a kobiety jak klepały patriarchat tak klepią…

Czytaj dalej

Morze jest gniewem

noemi susenbachCoraz więcej mnie po tamtej stronie, po tej coraz mniej. Co to znaczy? To znaczy, że życie mnie zmęczyło. Zmęczyło mnie i choć obiecałam nie marudzić – nie zmienia to faktu, że życie mnie zmęczyło. 

Z przerażeniem stwierdzam, że nie mam siły pisać, a przecież to było zawsze jedyne, co mnie przy życiu trzymało. Wniosek: nie mam siły żyć. 

Z przerażeniem stwierdzam, że mnie to nie przeraża. 

Przypominam sobie wszystkie chwile rezygnacji, trudne odcinki mojej drogi z przeszłości i dziś mi się zdaje, że to jakieś żarty, formy treningu przed tym, co najgłębsze, najmroczniejsze, najtrudniejsze do pokonania.

Trzy lata w depresji, leki, szpitale, napady histerii, wyrzucanie z siebie czarnych gałganów rozpaczy, a nawet myśli samobójcze – wszystko to nic w porównaniu z dzisiejszą katatonią NICZEGO. 

NIC jest jak potężna grawitacja, siła ciążenia nie do pokonania, gdy ciało przywiera do łóżka tak mocno, że istnieją obawy rozłupania mebla na pół. Albo w ogóle w drzazgi. 

Łóżko, pękając na kawałki wbija się w podłogę, podłogę rozrywa, zawala się wszystko do piwnic, do lochów. Wpadam w kryptę, na samo dno den. A tam niekończąca się impreza bezzębnych demonów, które podają mi truciznę. Na cholerę mi trucizna, pytam, a oni mówią: żeby nie czuć. 

Tylko że ja już nic nie czuję! 

– Nieprawda – szepczą demony. – Czujesz jak diabli. 

Na potwierdzenie tych słów dociera do mnie kategoryczny chłód, przenika kości, mrozi nerwy. Zamraża. Czuję więc. Czuję lodowatą niemoc, której nie pozbędę się nigdy, chyba że trafi mnie szlag. 

Nie mam siły na truciznę, nie lubię przełykać, wolę sobie zapalić. Jak na zawołanie pojawia się rura wydechowa i naprawdę potężny mach za friko. 

Człowiek się rodzi, żeby umierać. Życie wymaga poświęceń. 

A na plaży gromadzą się tłumy. Nadciąga sztorm. Morze jest gniewem, którego nikt nie dostrzega. „Czujesz jak diabli”, mówią demony i mają rację. Czuję tę furię, niezgodę, wściekłość. Odtrącam kieliszek znieczulenia. Słucham najgłębszego z głosów. Snu. 

Narysuj stolik z jasnego drewna, schowaj się pod nim przed burzą. Patrz, jak w odmętach znikają życia. Razem ze śmieciami z brzegu. 

Kiedyś napisałam książkę o gniewie. Teraz gdzieś ją tam ktoś sprzedaje, nic mi do tego.  Pozostał jedynie sam gniew. Moja ukochana emocja, która mnie niesie, nie daje się poddać demonom. Wkurwia mnie wszystko. Dzięki Bogu. Dzięki temu żyję. 

Jeszcze. 


nemezis.me

Boże, weź się zlituj!

Ja już nie wymagam cudów. Ale zamienić coś tak przepięknego jak kobiece piersi w płaską klatkę piersiową?! Obsypaną przypadkowym włosiem???!!!

Siadam do pisania z zupełnie pustą głową, ale wiem, że to jedyny ratunek przed natłokiem myśli, bombardowaniem Drezna, zrzutem napalmu emocji, pandemonium uczuć. 

To bombardowanie Drezna tylko przez Vonneguta się załapało. Chociaż życie to życie. Każde takie samo w obliczu stracenia. 

Chciałam napisać, że wyluzujcie, nie bądźcie tacy poważni, wyjmijcie te kije z gardeł. Albo najlepiej: rozśmieszyć do rozpuku. Co ja będę pouczać, lepiej rozbroję tę bombę powagi. I siadam właśnie obecnie do pisania, do rozśmieszania, do rozpuku (kuźwa, co to rozpuk?) – cała zaryczana, w procesie rozpadu z rozpaczy*.

Słowo rozpacz ma chyba konotacje z rozpadem, nawet się identycznie zaczyna…

Mózg ma taką właściwość, że jak człowiekowi okrutnie źle, zaraz podsuwa absurdalną myśl o etymologii wyrazu, jakim jest owo źródło zła. 

Boże. 

O ile jesteś. 

Kimkolwiek jesteś.

Czymkolwiek. 

Weź się zlituj. 

A właściwie, pierdol się! 

I znów pojawia się ten moment na etymologię wyrazu, a raczej – w tym wypadku na jego znaczenie, czyli, czekajcie, sprawdzę: na DEFINICJĘ. 

Pierwsze znaczenie tego słowa. Mylić się. Po prostu. Właściwie to nie jest pierwsze, szczerze powiedziawszy, jest to chyba nawet ostatnie znaczenie tego słowa w słowniku, ale najbardziej mi się spodobało. Mylić się. Co zatem powiedziałam? Boże, myl się! Myl się dalej. Nie ma sprawy. Masz do tego prawo. Ludzka rzecz błądzić, to co dopiero boska?! „Bóg się pomylił” – gdzieś przeczytałam ostatnio. No pewnie. Luźno. Można. Co tam dalej?

UPRAWIAĆ SEKS ZE SOBĄ ZAWZAJEM. 

Mega. Zwłaszcza, gdy jest się bogiem. Teraz pytanie: kobietą, czy mężczyzną? Bo ja bym wolała kobietą. W tym wypadku tak. Z facetem to zawsze zdrada. No może nie zawsze, ale – zważcie – często. Nader często. Szczególnie, gdy jest się kobietą. 

Kolejna rzecz: estetyka. Trzeba być naprawdę bogiem, by choć w części tak zachwycać jak kobieta. Przepraszam za szczerość. Ale serio, niech pierwszy uderzy w nożyce, kto się nie zgadza. 

Ja już nie wymagam cudów. Ale zamienić coś tak przepięknego jak kobiece piersi w płaską klatkę piersiową?! Górnolotnie zwaną torsem??? I jeszcze do tego obsypaną przypadkowym włosiem???!!!

Jezu. Nie wiem, kto to wymyślił. Chyba kościół katolicki. Bo jak oni coś wymyślą, to pozamiatane. Pod dywan najczęściej. 

Albo te brody do pasa, trymowane pieczołowicie przez salony fryzjerstwa międzynarodowego w języku zagranicznym na Strzyży, Gdańsk Garnizon, stary?

Albo te ciąże przenoszone czworaczo-bliźniacze, gdzie zarodek po wsze czasy wypojony czteropakiem odżywki chmielowej nigdy się w nic ciekawszego od płynu wytwarzanego w nerkach i wydalanego z organizmu, zawierającego produkty przemiany materii bezużyteczne lub szkodliwe dla ustroju – nie stworzy?!

Hę?

Dobra. Nie będę się pastwić. Nazwaliby mnie feministką, gdyby nie ten incydent z feministkami. I teraz nie wiadomo nawet jak mnie określić. Bez obaw. Samo przyjdzie. Zawsze przychodzi. Ten epitet na końcu języka, który swą nieokreślonością nie daje spokoju przez cały bankiet, by się na schodach objawić. To jest tak zwana spóźniona riposta. Zabłyśnięcie poniewczasie. Można wrócić, próbować olśnić jeszcze tlącym się światłem, ale jakoś głupio. To się nie wraca. 

Co tam jeszcze w definicji mamy? Zajmować się powolnie, robić coś powoli. Fakt. Tempo zawrotne, mój drogi. Mówię: „mój drogi”, bo tak się certolić może tylko facet. Codziennie, powtarzam, CODZIENNIE słyszę: pani Sylwio, spokojnie, już niedługo, za chwilę, jeszcze moment. Przysięgam. Jeszcze moment. Tylko że ten moment trwa dokładnie tyle, ile trwa moje życie. A tego obliczyć nie sposób, bo „Wiki” bzdury napisali. Od razu mówię. Poprawić się nie dało, bo mnie zignorowali.

W sumie racja, kto jak kto, ale bohater rekordu może nie wiedzieć, kiedy się urodził. Ja nie wiem. Owszem, powiedzieli mi, ale żeby tak sama z sobie wiedziała? Nie. 

Zmyślać, mówić coś głupiego. 

Coś dla pisarza. Każdy bóg to wszak artysta, przyznajcie. Ma prawo zmyślać, choćby duby smalone. Zresztą bóg ma prawo do wszystkiego, nawet do psucia. Bo to też jest. Kurcze, ile znaczeń ma to słowo! Ile w nim emocji! Niedowierzanie, zachwyt, lekceważenie, wściekłość. Co tylko chcesz. Tylko brać. I w życie wprowadzać.

Gdybym była bogiem, robiłabym to od świtu po zmierzch. W nocy też. Bez ustanku. Szkoda czasu. Zresztą, nie trzeba być bogiem. Jeśli chodzi o mnie, to wręcz zachęcam. 

MOŻNA.

fullsizeoutput_255
fot. Ewelement

* Jestem załamana, bo już nie mogę. 

* Tak miało być, zanim nie napisałam ostatniego słowa. 

* Puenta zawsze mnie zaskakiwała. 

* I co teraz?

* Kurwa mać!

Jakie są plusy bycia niesławną?

Sława to taki stan, w którym nikt cię nie rozumie i należy się zabić.

IMG_2069Postanowiłam pisać już tylko o pozytywnych sprawach, podkreślając w nich pozytywny aspekt w pozytywny sposób. I już, już miałam zamykać tego bloga, gdy w ostatnim desperackim rzucie myśli przyszedł mi do głowy pomysł napisania o zaletach bycia niesławną. 

Niewiele ludzi wie, jakie to uczucie: być najpierw sławną, a potem niesławną. 

Aby w pełni ukazać walory tego drugiego stanu, muszę zacząć od początku, a więc od bycia niesławną. Bo przecież z jakiejś niesławy najpierw trzeba wyjść, żeby stać się sławną, by potem ostatecznie popaść w niesławę. 

Pierwsza niesława jest jak woda. Ani słodka, ani gorzka. Dzień jak codzień. Nic się nie dzieje, nikt się nie interesuje, cisza, martwota. Życie znojne i nieustanne próby realizacji tej swojej fanaberii, jaką jest twórczość. Potem nagle mały ruch. Ludzie zaczynają się interesować. Doceniać. Życie się zmienia. Z początku niby powoli, ale jednak pruje coraz śmielej i nawet nie wiesz, kiedy mówisz do trzech milionów widzów. 

Wiecie jakie to paraliżujące? 

Weź się pomyl! Weź się wygłup! Weź się zdradź!

Z początku jeszcze nie bierzesz do głowy, bo niby z jakiego powodu ta spina? Ale szczerość zaczyna być nierozumiana. Gorzej: wywołuje protest. Oburzenie. A ty w zamrożeniu ważysz każde słowo, żeby afery nie było. 

Im większa sława, tym gorzej. Wynika to z matematycznej zasady. Im więcej wokół ludzi, tym większa grupa osób ma problem ze zrozumieniem. A właściwie: ty masz problem. Jak mawiał Einstein – mówię, że to on, choć nigdzie nie znalazłam potwierdzenia źródła i już zaczynam podejrzewać, że to moje słowa: 

Jeśli obsługa urządzenia wymaga instrukcji, należy zabić projektanta. 

Na nasze będzie: Jeśli słowa są niepojęte, należy zabić autora. (Autorkę !!!)

No więc sława to taki stan, w którym nikt cię nie rozumie i należy cię zabić. A że nikt się nie odważy, nie ma wyjścia, musisz zabić się sama. 

Wtedy przychodzi niesława. I nagle rzecz wygląda zupełnie inaczej. Oczywiście nadal nikt cię nie rozumie, ale przestaje ci to doskwierać. Topnieją tłumy, cichną telefony, pustoszeje komunikator. Nastaje pustka wokół. Nie ma nawet zaproszeń na galę, co warto podkreślić, piszemy wszak o pozytywach.  

Wolność. Zero ustaleń, umów, zobowiązań. Żadnych pracodawców i żadnych oczekiwań. Nie ma reguł, terminów, warunków. Wszystko znika.  

Tymczasem możliwości pozostają!

Możesz teraz pisać co chcesz, mówić co chcesz i robić co chcesz. 

W kwestii zrozumienia? Nie masz stanowiska. Tym razem to już naprawdę nie twój problem. Zresztą, wystarczy zapytać Einsteina o tę frazę. Jak to było? 

Jeśli urządzenie ci się nie podoba, zrób lepsze. Na pewno umiesz. 

Sami przetłumaczcie, jak to na nasze będzie. 

nemezis.me