Category: PiS

Mam na imię Igor

Wszystkie materiały, w tym ujawniony niedawno film, zostały przekazane do prokuratury – raportował minister Błaszczak. Chwilę później oficjalnie oświadczył, że tego filmu nie widział i nie miał o nim pojęcia

Moim obowiązkiem jest złożenie dziś przed Polakami informacji na temat wydarzeń na Komisariacie Policji Stare Miasto we Wrocławiu.” Tak rozpoczął swoją przemowę minister Mariusz Błaszczak. Przyjrzyjmy się więc nieocenionym informacjom, jakie nas poraziły podczas wczorajszego rządowego wystąpienia w sprawie śmierci Igora Stachowiaka.

Szalenie istotną rzecz minister podał już na drugim wydechu tego bogatego w treść przemówienia. Otóż okazuje się, że rok temu zażądał on NIEZWŁOCZNEGO wyjaśnienia sprawy i wyciągnięcia konsekwencji wobec osób winnych. Doskonale wiemy, jak sprawa prędziutko została wyjaśniona.

Po roku, przez telewizję TVN. 

Dalej dowiadujemy się,  że wszystkie materiały – w tym ujawniony niedawno film – zostały przekazane do prokuratury. Znamienne, że kilka oddechów później minister Błaszczak oficjalnie oświadcza, że tego filmu do niedawna nie widział i nie miał o nim pojęcia. Zatem przekazał do prokuratury materiał, do którego nie zajrzał. To ważne. Jak donosi pewien program satyryczny, a przez niektórych nazywany dokumentalnym, pt. „Ucho Prezesa”, minister jest ogólnie w cholerę zajęty.  Czymś innym.

Co więcej? Same rewelacje. Otóż minister donosi, że rząd PiS świetnie sobie radzi w kwestii bezpieczeństwa. Jasna sprawa. Widać jak na dłoni, jakby się chciało zajrzeć do dowodów. Im dalej w las, tym więcej drzew (do wycięcia), zatem w gęstej od cennych informacji wypowiedzi, dowiadujemy się, że poprzednicy ministra godzili się na iluzoryczne załatwianie spraw, a on się nie godzi. Świetnie. Jesteśmy spokojniejsi.

Ale na czym polega problem? Słyszymy, że emisja filmu z posterunku we Wrocławiu może nadszarpnąć wizerunek Policji, a przecież codziennie tysiące policjantów naraża życie i tylko jednego dnia policjanci podejmują około kilkunastu tysięcy interwencji. Czyli co? Nie należy tego filmu oglądać? Czy puszczać? Czy co? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że  PRAWDA JEST JUŻ BLISKO. Bo przecież „dla policjantów etos służby powinien być najważniejszy”. Tak przynajmniej chciałby minister Błaszczak. Chciałby też, żeby policjant był dla społeczeństwa przykładem. Uff.

Ulgę też przynosi wyznanie ministra, że natychmiast po obejrzeniu filmu w TVN zwolnił policjantów brutalnie katujących paralizatorem Igora Stachowiaka. Stanowisko straciło również paru innych policjantów tuszujących tę sprawę. Wspaniale. Wszystkim nam ulżyło, że w tak wzorowo prowadzonym państwie PiS, osoby w policji stosujące tortury i doprowadzające do śmierci dostają AŻ wypowiedzenie.

Ja kiedyś też dostałam wypowiedzenie, wprawdzie nikogo nie zabiłam, nie użyłam żadnego paralizatora, właściwie to nie wiem, co złego zrobiłam, no ale wiadomo – to były czasy rządów POPRZENIKÓW. Sodoma z Gomorą. Nie to co teraz.

Ale zaraz, zaraz, wysłuchajmy ministra do końca. Czemu ich zwolnił? Dlatego, że znęcali się nad niewinnym człowiekiem? Ależ skąd! Zwolnił ich, bo… nie posłuchali się przełożonych. W PiS-ie to dużo znaczy. Na szczęście jednak – co ma niebagatelne znaczenie dla sprawy – Błaszczak się odgraża, że nie pozwala na takie zachowanie. Od dziś nie pozwala, bo jakoś przez rok, dopóki TVN nie wyemitowało materiału dowodowego – kolebali się w najlepsze na etacie.

W sumie, jak donosi człowiek odpowiedzialny (i to jak!) za bezpieczeństwo obywateli, w kwestii śmierci Igora Stachowiaka chodzi o to, że za czasów PO/PSL było wiele przypadków śmierci na komisariatach. Można je wymienić, jak twierdzi minister. Z tego prawa jednak nie korzysta. Nie wiadomo więc czyje to śmierci, w jakich okolicznościach nastąpiły, ani kiedy. Ale przecież najważniejsze jest to, że kiedyś też ginęli ludzie, więc co się czepiacie?

Jeśli zaś chodzi o meritum, to winni nadużyć w 2008 roku (Igor Stachowiak zginął w 2016 roku) zostaną ukarani. Jakby tego było mało: „Za akcję Widelec też zostaną ukarani!” A już społeczeństwo myślało, że policjantom z Wrocławia (bo chyba w ich temacie było to wystąpienie?) akcja „Widelec” się upiecze. Nie upiecze się.

Jarosław Zieliński, Wiceminister Spraw Wewnętrznych i Administracji jest ostry jak brzytwa. Niezwykła to przenikliwość. Wielkie bowiem słowa, co wiele wnoszą, wypowiada. Glównie to, że jest Wiceministrem Spraw Wewnętrznych i Administracji. I póki będzie, to będzie. A przecież strasznie coś doświadczył na tej sali. No cóż, to się nazywa niezłomność. A jeśli chodzi o odpowiedzi na pytania (niezwykle merytoryczne odpowiedzi!) udzieli ich niejaki „pan minister Mariusz Błaszczyk”.

Biorąc pod uwagę laserową czujność, z jaką obaj ministrowie śledzą sprawy zawodowe – znamienne, że dochodzi do żonglowania tożsamością przełożonego. Ja uważam, że to korzystne. Coś jak Batman i Bruce Wayne. Nigdy nie wiadomo, który z nich ogląda materiały dowodowe i lata jak nietoperz po Sejmie, a który nie ma pojęcia co się dzieje i patrzy rozmarzony w kominek.

Ale słuchajmy! Dalej same race! Według raportu wiceministra, ataki na niego nie mają związku ze śmiercią Igora Stachowiaka. Tu chodzi o rzecz dużo ważniejszą, a mianowicie o niemożliwości wybaczenia mu ustawy dezubekizacyjnej!

To zmienia postać rzeczy. Rząd widzi zupełnie inny wymiar tej kwestii. Ludzie nie są zachwyceni śmiercią młodego człowieka na komisariacie policji absolutnie nie dlatego, że śmierć młodego człowieka na komisariacie policji nie jest rzeczą zachwycającą. Nie. Oni po prostu znów chcą się przywalić za to, że rząd tak bezlitośnie czyni dobro.

Można by rzecz, mamy to. Mamy to, ale jeszcze posłuchajmy innych. Uściślijmy dane. Z pomocą bieży poseł PiS Arkadiusz Czartoryski. I wali jak komputer. A to, że rząd PiS różni się od rządów PO tym, że rzetelnie informuje społeczeństwo o tego typu wydarzeniach. Faktycznie. Dlatego czekaliśmy rok, by na antenie znienawidzonej przez rząd telewizji zobaczyć, jak było. Rzecz składa się jak w szwajcarskim zegarku. A jakby tego było mało, poseł dowala, że w kraju jest 130 tysięcy policjantów i nie da się ich upilnować.

No co. Nie da się.

Zbigniew Ziobro, miotacz konkretów, czeka na swój moment. Należy nam się przecież garść liczb, żeby jednak było nieco poważniej. Lecą zatem liczby. I to jakie!

16 tomów akt śledztwa i 5 tomów akt podręcznych!

58 świadków przesłuchanych, w tym niektórych wielokrotnie!

11 opinii biegłych!

Niezliczona ilość postanowień wydawanych co kilkanaście dni przez bity rok!

I nadal nic nie wiadomo.

Jak podkreśla minister, w tej sprawie nie można pozwolić sobie na partactwo. Dlatego nie można od roku stwierdzić, kto jest winny śmierci człowieka rozebranego, skulonego na zimnych kafelkach w łazience i katowanego przez policjantów. No zabijcie się, czarna magia.

Rozmawiajmy o faktach! – grzmi Ziobro. Tak jest. Podczas wystąpienia rządu zostaliśmy zarzuceni faktami i daleko nam do emocji, które, jak twierdzi minister: wytwarzane są w mediach. Nie, z pewnością nie w strukturach mózgu, żadne tam ciało migdałowate, czy inne bzdury. W mediach.  Musimy zaufać tej retoryce, temu rozumowaniu, bo przecież nikt tu nie wierzy w zdolność samodzielnego myślenia. A więc nic nie czujemy.

Nie czujemy ani łez, ani żalu, ani zduszonej wściekłości, ani bezradnej niezgody, ani lęku o własne dzieci w tej Polsce. Nic nie czujemy, gdy widzimy skulonego nagiego chłopca, który mówi łamiącym się głosem:

– Błagam… Mam na imię Igor…

To państwo jest nasze

Nazywanie spermy „dziećmi nienarodzonymi”.

Lekarze skazujące zgwałconą kobietę na dożywotni koszmar.

Pomysły obcięcia finansowania oddziałów dla noworodków.

Demontaż szkół.

Likwidacja szpitali.

Dyskryminacja kobiet.

Próby wprowadzenia ustawy o całkowitym zakazie aborcji.

Wypowiedzenie konwencji o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie.

Likwidacja opieki okołoporodowej.

Brak finansowania Niebieskiej Linii.

Wycofanie antykoncepcji awaryjnej.

Bezprawie.

To się dzieje tu. W NASZYM kraju. Bo to państwo jest NASZE. Nie, nie jednego człowieka. Nie jednej partii. Nasze.

W piątek o 10.00 będę uczestniczyć w debacie ICH ZAKAZY, NASZE PRAWO zorganizowanej przez Koalicję Mam Prawo. Debata odbędzie się w budynku Sejmu RP.

Nie oddamy Polski.

#topanstwojestnasze

SONY DSC

 

Najwyższa wartość

Działanie EllaOne polega na zahamowaniu produkcji luteiny, co wstrzymuje owulację. Jedyną stratą po zażyciu pigułki są więc rozczarowane plemniki. Zmarnowana sperma

 

W ustawie o planowaniu rodziny z 1993 roku są trzy zapisy o wyjątkach w zakazie przerywania ciąży. Wśród tych wyjątków jest możliwość terminacji ciąży powstałej na skutek czynu zabronionego, czyli gwałtu. Ten zapis w ustawie jest teoretyczny, bo według projektu ograniczającego dostęp do pigułki EllaOne oraz wyznania ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła – kobieta zgwałcona nie może nawet liczyć na antykoncepcję awaryjną.

Dlaczego?

Działanie EllaOne polega na  zahamowaniu produkcji luteiny i wstrzymaniu owulacji. Jedyną stratą po zażyciu pigułki są więc rozczarowane plemniki. Tak, to właśnie ta wartość, dla której sumienie ministra zdrowia nie pozwala pomóc zgwałconej kobiecie. Sperma gwałciciela.

Tymczasem ustawa z 1993 roku – wciąż obowiązująca! – pozwala nie tylko na antykoncepcję, pozwala w tym przypadku nawet na aborcję. Rząd stanowi Prawo i Sprawiedliwość, więc jak sama nazwa wskazuje – powinien zrobić jakiś sprawiedliwy porządek w tym niekonsekwentnym prawie. Spodziewam się rychłej zmiany. Inna rzecz, że logika przeprowadzania zmian przez ten rząd jest zdumiewająca. Drzewa leczone są wycinką, gimnazja likwidacją, trybunał demontażem, przemoc uciszaniem, protest zakazem zgromadzeń.

Dlatego problem zgwałconych kobiet, którym minister zdrowia odmawia legalnej pomocy lekarskiej, może być rozwiązany w równie zaskakujący sposób. Czy zostanie usunięty wyjątek o gwałcie z ustawy antyaborcyjnej? Po co? Rząd nie lubi czarnych marszów. A więc? To proste. Wystarczy zalegalizować gwałt. I po problemie.

500 plus czy krzyż?

Jacek z Małgosią mają mieszkanie w Gdańsku i dom na Kaszubach. Ich wpływy z pisowskiego programu to dodatkowe 12 tysięcy zł rocznie. Marta jest samotną matką, mieszka na stancji. Nie dostanie nic

ciaza-17886169

Ewa z Markiem żyją w willowej dzielnicy Warszawy, ich dom ma trzy kondygnacje i ogród. Mają dwoje dzieci. Dziećmi, gotowaniem i sprzątaniem zajmuje się Niania, bo oboje są aktywni zawodowo. Marek jest dyrektorem w dużej firmie elektronicznej. Ewa zarządza redakcją ważnego wydawnictwa. Ostatnio byli w Izraelu na wakacjach, wcześniej zwiedzili kurorty Włoch, Grecji i Wysp Kanaryjskich. Co miesiąc pobierają dodatkowe 500 zł z programu 500 +.

Marzena z Grześkiem kupili właśnie samochód za sto tysięcy. Zawsze lubili żyć „na bogato”. Niedawno wrócili z Tajlandii. Uprawiają drogie sporty, lubią dobry alkohol i wystawne przyjęcia. Mają dom z ogrodem. Śmieją się z polityki 500+, ale korzystają, bo czemu nie?

To samo mówią Jacek z Małgosią. Mają trójkę dzieci, dlatego ich wpływy z pisowskiego programu wynoszą 12 tysięcy zł. rocznie. Wakacje? Byli w Chinach, teraz wybierają się do Indii. Stać ich. Są posiadaczami mieszkania w Gdańsku i domu na Kaszubach.

Marta ma stancję w Olsztynie. Mąż ją zostawił niedługo potem, jak na świecie pojawił się Kuba. Nie płaci alimentów. Marta pracowała już jako sprzątaczka w Anglii i Norwegii. Mimo że ma wyższe wykształcenie, jest nauczycielką, nie może zarobić na mieszkanie. Prawdę mówiąc, ledwo wiąże koniec z końcem. Próbowała otworzyć własną działalność, ale wykończył ją ZUS. Brała kredyty, bo nie chciała się poddać, więc ma teraz jeszcze długi na głowie. Kuba bardzo chciałby wyjechać na obóz narciarski. Może mógłby, gdyby Marta dostała 500+? Niestety. Samotna matka z tych plusów ma tylko krzyż.

Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje. A miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje. Dziś dostałby od rządu  61 tysięcy złotych miesięcznie.  Ojciec Tadeusz w myśl tej zasady, właśnie zgarnął 3 miliony.

Marta nic.


Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione

Chcemy wolnego wyboru! Ale nie całkiem…

Kurwa mać! Kobiety! Zdecydujmy, o co nam chodzi, czy ktoś ma rozporządzać naszym ciałem i czy chcemy, aby każdy Polak miał prawo osądzać nasze wybory! Nie stawajmy w rzędzie z tymi, którzy uzurpują sobie prawo do osądzania, do rozgrzeszania i potępiania, ważąc argumenty, jak bardzo jesteśmy WINNE. Bo zawsze będziemy!

????????????????????????????????????

fot. Marek Ryćko/Gdańsk

Polska jest krajem wybranym. To tu narodził się Bóg, stąd pochodzi jego Matka i Jan Paweł II. Ludzie urodzeni w Polsce są więc pomazańcami bożymi, dlatego każdy co żyw rwie się do roboty nad potępianiem, albo rozgrzeszaniem innych. Roboty mamy huk. Od świtu do nocy każdy Polak dźwiga obowiązek przeprowadzenia osobistego Sądu Ostatecznego nad tysiącem dusz. Mało tego. Bo żeby tylko sam sąd! Żeby tylko proces. To by się raz dwa potępiło jak leci i cześć. Można jeszcze się p trochę oburzać wieczorem, że jak tak można i pójść spokojnie spać. Ale obowiązek osądzania piętrzy obowiązek kolejny i to obowiązek kluczowy! Należy swój wyrok ogłosić światu! Niech wie! To ważne! Czy ktoś postąpił słusznie, czy źle, czy jest święty, czy podły, czy zasłużył na łaskę, czy na powolne męczarnie, czy jego dzieci mają być dumne, czy czeznąć ze wstydu w szkolnych ławkach? Cały kraj drży od tych wieści, świat ich wyczekuje! Bo przecież każdego OSOBIŚCIE obchodzi czyjś grzech. GRZECH! Rzecz z pierwszych stron gazet, brukowy młyn, siła prawicy, Kościoła i rządu. Siła każdego Polaka, każdej Polki, którzy od otwarcia powiek pędzą rozgrzeszać, albo NIE. Raczej NIE. Chyba że to ktoś kościelny, to tak. Proboszczowy na luzie TAK. Pedofilia? No trudno. Zresztą to pewnie dzieciaka wina. Dr. Chazanowi? Luz. 500 skrobanek? Nie czepiajcie się. Przecież ŻAŁUJE. Jak ktoś żałuje, to jednak Polak daje mu szansę. Gorzej, jak nie żałuje. Nie żałujesz? Kurwa, szmata, giń. Nie żałujesz Natalio? My cię urządzimy. Tak cię urządzimy za tego DZIDZIUSIA, co jeszcze nawet mózgu nie miał i nic nie czuł i wyglądał jak krewetka, bo nawet jeszcze nie jak żelek Haribo, tak cię urządzimy, że twoje narodzone dzieci, co już mają mózg i czują wszystko, będą miały piekło na tej Ziemi. My. Polacy. Polki. Pomazańcy Boży.

Kobiety. Strażniczki patriarchatu, kościelnego porządku. Wyszły na ulicę, żeby walczyć o wybór. Każdy chce mieć wybór, zwłaszcza gdy jest prawie Bogiem. Ale prawie Bóg ma przecież obowiązek potępić kogoś, kto wyboru dokonał. Musi wypunktować niegodziwość powodów, które do WOLNEGO wyboru kogoś skłoniły.

Zapytałam wczoraj kobiety, co by zrobiły, gdyby obecna ustawa antyaborcyjna jednak została zaostrzona? Usłyszałam potężny sprzeciw i ryk syren. Tylko że obecna ustawa to fikcja. Nie ma możliwości przeprowadzenia legalnej aborcji w Polsce. W szpitalach stanął mur pod tytułem „klauzula sumienia”. Kobieta w ciąży bez względu na powód może pożegnać się z własnym prawem. Tak jest i to od dawna. Czarny Protest został wykpiony, a my dałyśmy się wkręcić. Bo walcząc o wycofanie projektu radykalizacji ustawy, pokazałyśmy, że wierzymy w tę fikcję. To bujda na resorach, drogie panie. Martwe prawo, z którego śmieje się cała prawica widząc, jak się dziś miotamy, nie wiedząc do końca, o co nam chodzi. Bo o co nam właściwie chodzi? O wolność? Solidarność? – Nie o taki wybór walczyłyśmy! – wołają członkinie Czarnego Protestu, nawiązując do wyznania Natalii Przybysz. A o jaki? Jaki jest wolny wybór, gdy nie jest wolnym wyborem?

Wczoraj dość dużo energii i czasu na Czarnym Proteście w Gdańsku zostało poświęcone kwestii logo Solidarności, komu wolno, komu nie wolno go używać. No i że jest źle. Tak ogólnie, bo kobiety mają gorzej. Że nie ma edukacji seksualnej. I znów że logo.

Kurwa mać! Kobiety! Obudźmy się, bo nic z tego nie będzie! Zdecydujmy, o co nam chodzi, czy ktoś ma rozporządzać naszym ciałem i czy chcemy, aby każdy Polak miał prawo osądzać nasze wybory! Przestańmy pieprzyć, że nie takie argumenty, nie o to chodzi, nie o mieszkanie, nie o półki, nie o  tamto, nie o sramto! Nie stawajmy w rzędzie z tymi, którzy uzurpują sobie prawo do osądzania nas, do rozgrzeszania i potępiania, ważąc argumenty, jak bardzo jesteśmy WINNE. Bo zawsze będziemy!

Chcemy wolnego wyboru? Jesteśmy solidarne? Walczymy o siebie? Wybór (jeszcze) należy do nas.

Natalia i pięć milionów kobiet*

Kamienowanie Natalii Przybysz powinno trafić do biblijnych przypowieści o miłości chrześcijańskiej. Kto nie miał aborcji? Kto nie zostawił ciężarnej partnerki? Kto nie pożyczył kumpeli pieniędzy na zabieg? Kto nie dał telefonu do lekarza? Niech rzuci kamieniem

270452_1884636911635_2775895_n

Nazywam się Sylwia Kubryńska. Mieszkam w kraju z pięcioma milionami kobiet, które dokonały aborcji*. Są wszędzie. W rodzinach, na uczelniach, w pracy, wśród przyjaciółek, znajomych, artystek. Z tych pięciu milionów tylko dwie się do tego przyznały. Jedna z nich już nie żyje. Druga nazywa się Natalia Przybysz. W ciągu dwóch dni legł na niej narodowy gniew za wszelkie pobudki sumień w pozostałych 4 999 998 kobietach.

Te kobiety, które usunęły ciążę, z kimś tę ciążę miały. Biorąc pod uwagę biologię, za ich „skrobanki” odpowiadają też mężczyźni – to kolejne 5 milionów WINNYCH. No i lekarze. Ile ich było? Ktoś pamięta? Ktoś może pamięta też, z jakich powodów były te decyzje? Czy to w ogóle powinno kogoś obchodzić? No jasne, i to jak! Każdy ma przecież bardzo dużo do powiedzenia, czy powód był wystarczający, bo jaki by nie był, to jednak, zważmy – nigdy nie jest wystarczający, dopóki nas to nie dotyczy.

Kamienowanie Natalii powinno trafić do biblijnych przypowieści o miłości chrześcijańskiej. Kto nie miał aborcji? Niech rzuci kamieniem. Kto nie uczestniczył w decyzji o aborcji? Niech rzuci kamieniem. Kto nie zostawił ciężarnej partnerki? Niech rzuci kamieniem. Kto jej nie pomógł w biedzie? Niech rzuci kamieniem. Kto nie pożyczył kumpeli na zabieg? Niech rzuci kamieniem. Kto nie namówił córki, siostry, krewnej? Niech rzuci kamieniem. Kto nie dał telefonu do lekarza? Niech rzuci kamieniem.

Niech rzuci kamieniem, skoro już musi, bo tylko tak potrafi wyrazić swoją wiarę w Boga. Niestety, będzie musiał rzucić też w mamę, tatę, wujka, ciocię, babcię, dziadka, w siostrę i szwagra. Będzie musiał ukamienować 10 milionów Polaków. Albo niech spierdala.

*  Raport CBOS 2013 r. Doświadczenia aborcyjne Polek. W ciągu całego życia ciążę przerwała, z dużym prawdopodobieństwem, nie mniej niż co czwarta, ale też nie więcej niż co trzecia dorosła Polka. W skali całego społeczeństwa daje to od 4,1 do 5,8 mln kobiet. 


W poniedziałek 2 Czarny Protest na ulicach Polski. Obecność obowiązkowa. Będę przemawiać. A jestem naprawdę wściekła.

Potępione dzieci

Kościół walczy o „życie” letalnych ciąż w imię zbawienia, by na koniec to zbawienie ciurkać. I nie wiesza billboardów w parafiach o tym, że uratowany od aborcji dzidziuś właśnie poszedł do piekła

Motyw z plakatu filmu „Dziecko Rosemary”

Kościół walczy o prawo do życia zygot i płodów, także tych niezdolnych do życia poza ustrojem matki, a Jarosław Kaczyński forsuje projekty o chrztach nienarodzonych, bo najważniejsze, żeby bez względu na traumę rodziców, doprowadzić do sakramentów kościelnych. Swoją drogą jestem ciekawa, czy te narodziny obejmie 500 +, bo przecież za coś trzeba chrzcić. Co gorsza, chrzcić trzeba w każdej fazie rozwoju płodu, bo to w końcu CZŁOWIEK. Tylko jak to zrobić? Problem jest poważny. Watykańscy mędrcy debatują, wertują Pismo Święte, czytają frazy, a jednak nie mogą rozwikłać problemu. Grzech pierworodny pretenduje  nieochrzczonych do „otchłani”, która jest częścią piekła. No więc trzeba chrzcić. Tylko jak?

Czytam dziś rano w artykule Piotra Pacewicza w Oko.press, że nie możliwości ochrzczenia dziecka (płodu?), które poza ustrojem matki zmarło. Chrzcić można tylko żywe dzieci, a tu mamy do czynienia z wadami letalnymi i śmiercią. Rozbija nam się kryształowy pomysł szefa wszystkich szefów i jak to zwykle bywa, władza nie nadąża za zaspokajaniem potrzeb kleru. Bo jak tu nadążać? Jak tego dokonać? Żyje tylko w matce, poza matką umiera. Chciałoby się popsikać święconą wodą, chciałoby się dać kopertę z 500 +. Ale co? Wcisnąć kropidło do pochwy? Naczynia liturgiczne przykładać do brzucha? Polać wodą, gdy w wodzie jest zanurzony? – pytają bezradnie pasterze. Niby miało być człowiekiem od zapłodnienia, a nie da się go ochrzcić. Co gorsza: nie da się też pochować! Dziecko nieochrzczone nie zasługuje na pogrzeb. Tymczasem Komisja Watykańska pociesza, że jest nadzieja. Bóg może temu dziecku wybaczyć. Ale jest warunek, a warunek tkwi w liturgii podczas pogrzebu. Którego nie można zrobić! Koło się zamyka.

Kościół jednak znów daje szansę, dywagując, że może jednak, może i by się dało, ale pod warunkiem, że rodzice szczerze chcieli je ochrzcić. Skąd wiadomo, że chcieli? No, jeśli chodzili regularnie do kościoła, uczestniczyli w grupach parafialnych i szczerze przeżywają śmierć dziecka. Szczerze! Czy depresja będzie ok? Myśli samobójcze? Rozpacz? Co? Bo z tego, co czytam, bardziej chodzi o ten kościół. Czy chodzili regularnie? Dawali na tacę? A jeśli nie? Dzieciak ma karę. Otchłań. Sorry. Dziwicie się, że martwego noworodka można tak ukarać? W Kościele Katolickim można.

A więc po kolei. Prawica walczy zaciekle o „życie” nienarodzonych. Woła do sumień kobiet. Aborcję, nawet w przypadku letalnych ciąż, nazywa największym grzechem, wzbudzając poczucie winy i traumę. Wszystko to robi w imię Boga i zbawienia, by na koniec Kościół to zbawienie ciurkał. I nikomu z hierarchów specjalnie nie przeszkadza, że potępiona grzechem pierworodnym dziecięca dusza runie w „otchłań”. Bo przecież nikt nie rozdziera szat liturgicznych, ani nie wiesza billboardów w parafiach o tym, że uratowany od aborcji dzidziuś właśnie poszedł do piekła.

Pamiętajcie więc, drodzy rodzice. Nie wolno skazywać dziecka na nieistnienie. Ale na potępienie już spoko.